Dlaczego outdoorowiec powinien mieć sandały

Dlaczego outdoorowiec powinien mieć sandały

Wiosna, lato, jesień, zima – na każdą porę dobierasz odpowiedni strój i dodatki w swoim górskim czy po prostu outdoorowym wyposażeniu. Zwracasz uwagę na termikę i oddychalność odzieży, by była jak najbardziej funkcjonalna i zapewniła ci jak największy komfort użytkowania. Czy jednak zawsze wybierasz te optymalne rozwiązania, które dadzą ci 100% satysfakcji i wygody?

Czasem w naszych planach plenerowych nie uwzględniamy takich akcesoriów, do których przylgnęła łatka “miejskości” lub (co gorsza) jesteśmy do nich w jakiś sposób uprzedzeni bez większego powodu. I to jest ogromny błąd, przez który sami siebie skazujemy na niepotrzebny dyskomfort, a takie mity trzeba po prostu odczarowywać, zatem… bierzemy się za jeden z nich.

 

Wygodne obuwie na lato? Wybierz sportowe sandały

Myśląc o letnich i wiosennych wypadach za miasto niektórzy odruchowo sięgną do szafy po mniej lub bardziej zaawansowane obuwie sportowe. Mam tu na myśli wszelkiego rodzaju niskie buty trekkingowe, wygodne podejściówki i inne modele o zabudowanej konstrukcji. A czy przypominasz sobie takie dni, gdy mimo lekkiego odzienia, jednym z Twoich marzeń było to, by ściągnąć z nóg buty i móc wyciągnąć nogi na nieograniczone niczym działanie przyjemnego chłodzącego wiatru, który trochę ukoi ich zmęczenie i przywróci błogi stan rozluźnienia? Jeśli tak, to właśnie podałam ci pierwszy argument, dlaczego w Twojej szafie powinny znaleźć się sandały turystyczne.

Sandały trekkingowe

Sandały trekkingowe sprawdzają się także na festiwalach muzycznych (fot. Teva).

 

Ciepło ucieka od stóp

Ta zasada jest równie ważna latem, jak i zimą. I o ile zimą raczej nie muszę tłumaczyć, dlaczego warto mieć obuwie ciepłe i nie narażać stóp na zmarznięcie, o tyle latem stwierdzenie działa całkiem odwrotnie, ponieważ twoje ciepło także ucieka przez stopy. Dzięki sandałom łatwo pozbędziesz się jego nadmiaru w gorące dni. To prawda, że sandałów nie ubierzesz w wysokie partie gór i na trekking z dużym, ciężkim plecakiem, ale dzisiejsze rozwiązania pozwolą ci już całkiem swobodnie przemierzać niskie wzniesienia, rozległe doliny i tym bardziej – zwiedzać miejskie atrakcje w tych bardziej i mniej odległych zakątkach świata. Musisz pamiętać że to, co wyróżnia sandały outdoorowe od miejskich kolekcji fashion, to przede wszystkim dbałość o twoje bezpieczeństwo i wygodę poruszania się po zróżnicowanym terenie.

 

Konstrukcja sandałów turystycznych zapewnia wygodę przez cały dzień

Nie tylko komfort termiczny działa na korzyść wdzięcznego letniego obuwia. Dużym plusem jest także jego konstrukcja. Sandał składa się z podeszwy, która trzyma się na nodze dzięki systemowi dopracowanych pasków. Jeśli masz problem z dopasowaniem kształtu buta do swojej stopy, to warto zwrócić uwagę na rozwiązanie, jakie w swoich modelach proponuje Teva. Ich sandały sportowe posiadają 3 punkty regulacji taśm, które z łatwością odpowiednio dopasujesz do swojej nogi. Taśmy zapinane są wytrzymałymi rzepami Velcro, więc nie musisz się martwić, że niepostrzeżenie coś się nagle obluzuje. Sandały Teva wykonane są z lekkich materiałów syntetycznych. To kolejny atut, który daje przewagę nad pełnymi butami latem – są szybkoschnące i możesz w nich brodzić w leśnych potokach. A po wszystkim nic ci nie będzie chlupać i się ślizgać. Znasz jeszcze jakiś rodzaj buta, który może ci to zaoferować?

Sandały sportowe

Sandały sportowe dadzą ci komfort i uczucie lekkiego kroku na cały dzień (fot. Teva).

Jedna z części podstawowego zestawu, który od dziecka uczono nas pakować ze sobą na wyjazd, to przecież klapki. Dlaczego by ich nie zastąpić sandałami – skoro i tak bierzemy dodatkowe obuwie? Na takim rozwiązaniu skorzystasz dużo bardziej, ponieważ sandały mają zdecydowanie więcej zastosowań.

 

Co mogą ci zaoferować sandały trekkingowe?

Ano wiele! Jeśli wybierzesz te wodoodporne, to pod prysznicem z powodzeniem zastąpią Ci wspomniane klapki, a ponadto mogą posłużyć jako wygodne kapcie w schronisku. Takie buty to też swoboda podczas biwaku i brak ograniczeń w trakcie spływów kajakowych i relaksacyjnych wypadów nad wodę. Może zdarza ci się spędzać jakieś dni w roku na łódce? Osobiście nie wyobrażam sobie chodzić w zabudowanych butach podczas np. żeglowania. A kto by chciał męczyć stopy w ciężkich buciorach na asfaltowym odcinku zaplanowanej trasy, gdy można z plecaka wyciągnąć… już dobrze wiesz co ;). Wspomniane wyżej wędrówki po dolinach i niewymagających szlakach to ewidentnie większa przyjemność z przewietrzoną stopą. W dodatku sandały są nieocenionym kompanem w podróży – zwłaszcza tej w ciepłe zakątki świata. Zwiedzanie zabytków, szwędanie się po miastach i miasteczkach nie musi przecież odbywać się według zasad górskiego ekwipunku. To samo dotyczy dnia restowego, szkoda męczyć stopy, które skądinąd w resztę dni będziesz przykurczać w butach wspinaczkowych. A gdy wracasz? Lub przemieszczasz się pociągiem, autobusem, samolotem, to w czym Ci najwygodniej będzie siedzieć? Myślę, że wybierzesz tę samą odpowiedź, co po zejściu z letniej wyrypy do auta…

 

Tylko podeszwa czy aż podeszwa

Na pierwszy rzut oka sandał może wydawać się tylko trzymającą się nogi podeszwą. Ale czy rzeczywiście – tylko? Sandały outdoorowe, mimo że proste w budowie, mogą skrywać w sobie wiele nowoczesnych technologii, których nawet wprawione oko zagorzałego piechura zwyczajnie nie dostrzeże. To może poczuć tylko stopa. Co zatem znajdziemy w podeszwie? Na początek amortyzująca wstrząsy pianka Eva zapewni ci „miękki” krok na twardym podłożu tak jak w modelu Original Universal. Dla nieco bardziej wymagających wycieczek powstają takie rozwiązania, które dbają o odpowiednie rozłożenie ciężaru i świetną przyczepność do podłoża. Shock Pad™ to konstrukcja pięty w podeszwie, dzięki której nie odczujesz wstrząsów podczas dynamicznego marszu. Natomiast system Durabrasion™ zapewni ci niezmienną stabilność na mokrym i suchym szlaku, podnosząc przy tym wytrzymałość buta, gdy będziesz intensywnie korzystać z uroków swojej podróży. Oba udogodnienia można znaleźć w sandałach Hurricane XLT.

Sandały męskie i damskie Teva

Gdy podróżujesz, gdy odpoczywasz (fot. Teva).

 

Wiadomo, że chodzi o… detale

Diabeł tkwi w szczegółach, to mądrość znana nie od dziś. Zatem czas najwyższy wspomnieć o miękkim wykończeniu paska, który będzie opierał się o ścięgno Achillesa i tym samym niwelował ryzyko powstawania bolących i nieprzyjemnych otarć. Znajdziesz go między innymi w wygodnych Terra Fi Lite. W dodatku w sandałach turystycznych Teva zastosowano sprawdzony system mocowania pasków USS (Universal Strapping System), który opiera się na 4 punktach zaczepienia i bocznej taśmie. Pozwala to uzyskać nieograniczony komfort ruchu bez drażniącego ucho efektu „kłapania”. To miłe uczucie, gdy but współpracuje z każdym twoim ruchem, na stałe wpisze się w pakiet doznań, jakie przywozisz ze sobą z niezapomnianych podróży.

Na koniec tych wyliczeń jeszcze coś specjalnego. Coś, co rozwieje ostatecznie wątpliwości, że sandały mogą wiele w sobie skrywać, czyli Microban® Zinc. To środek, w który zostały wyposażone wszystkie podeszwy sandałów Teva. Jego zadanie to rozprawienie się z bakteriami, które są przyczyną powstawania nieprzyjemnych zapachów. To pozwoli ci na zachowanie nienagannej higieny w naprawdę upalne dni i podczas podróży do krajów, w których lato trwa cały rok. Wtedy takie sandały jak np. Winsted zawsze znajdą miejsce w twoim plecaku.

 

Dla każdego coś dobrego – sandały męskie, damskie i dziecięce

Sandały sportowe to nie tylko liczne rozwiązania podnoszące twoją wygodę latem. To także ciekawy design i wesoła kolorystyka, nawiązująca do tej barwnej pory roku. Mężczyźni pewnie chętniej sięgną po stonowane wzory jak w Winsted Solid. Z kolei dla kobiet nie brakuje także codziennych casualowych fasonów, które chętnie założysz do miejskiej stylizacji, zachowując przy tym cały komfort korzystania z dobrodziejstw outdoorowej mody. W naszej ofercie znajdziesz także modele dla dzieci.

Sandały Teva dla każdego

Sandały Teva – każdy znajdzie model dla siebie (fot. Teva).

Przemierzanie kilometrów, zwiedzanie i podróżowanie latem może być dużo lżejsze, gdy wyposażysz się w sandały trekkingowe. I to nie znaczy wcale, że musisz wybierać pomiędzy idealną wentylacją, a ochroną stóp i ich komfortem przy długotrwałym łazikowaniu. To wszystko możesz mieć w jednym – teraz wybór należy tylko do ciebie.

1% podatku na góry

1% podatku na góry

Pierwsze miesiące nowego roku to czas snucia planów, organizacji nowych projektów i realizacji postanowień noworocznych. To także czas bardziej przyziemnych obowiązków – jak rozliczenia podatkowe roczne.

Jako podatnicy co roku mamy możliwość przekazania 1% podatku na tak zwane Organizacje Pożytku Publicznego.

 

Co to oznacza w praktyce?

Składając zeznanie roczne, czyli dokument PIT, do urzędu skarbowego, możemy zdecydować o tym, gdzie trafi 1% naszego podatku. Podatek od dochodu to pieniądze, które każdy podatnik musi oddać na rzecz Skarbu Państwa, jednak zamiast przekazać je w całości, możemy 1% z tej kwoty przekazać wybranej organizacji. Nas to nic nie kosztuje, nie wyciągamy żadnej kwoty z przysłowiowej „kieszeni”, a możemy wspomóc stowarzyszenia czy fundacje, które są bliskie naszemu sercu.

1% to niewiele, ale razem wszystkie te kwoty składają się na duże sumy

 

Jak przekazać 1% podatku?

Jest to bardzo proste – nic nie musimy osobiście przekazywać. Wszystkim zajmą się za nas urzędnicy, wystarczy tylko w odpowiedniej rubryce wpisać nr KRS danej organizacji oraz w drugiej kwotę do przekazania – nie może ona jedynie przekroczyć 1% podatku należnego. W deklaracji możemy również wskazać konkretny cel organizacji, który chcemy wesprzeć. Jest to ważne, gdy chcemy skierować środki od nas na pomoc konkretnej osobie, nad którą fundacja sprawuje opiekę.

 

Czym jest Organizacja Pożytku Publicznego?

Są to fundacje i stowarzyszenia, które działają non profit – nie pobierają zysków z prowadzenia określonej działalności, a fundusze przekazują na realizację celów opisanych w swoim statucie. Taka działalność musi otrzymać oficjalny status Organizacji Pożytku Publicznego i zostać wpisana na ich listę, wtedy możemy przekazać jej część naszego podatku.

Jeśli myślisz, że 1% to niewiele i nie warto się tym interesować, to może przemówią do Ciebie liczby, które są niemałe. Średnia stawka 1% waha się między 40 a 60 zł, jeśli pomnoży się to przez kilkadziesiąt tysięcy wpłat – wychodzi całkiem niezła sumka. Co roku na OPP w sumie przekazuje się miliony złotych. W roku 2018 była to kwota: 760 milionów! Wiele organizacji przyznaje, że dochody z 1% są ich głównym środkiem utrzymania. W obliczu tych faktów, uważamy, że warto wpisać wybrany KRS do rubryki.

Ponieważ lista Organizacji z roku na rok rośnie i przejrzenie jej w całości może zająć sporo czasu, to w tym artykule zebraliśmy dla górskich miłośników organizacje związane z górami i aktywnościami okołogórskimi. Przedstawiamy je poniżej.

 

Ogólnopolskie OPP

Fundacja Ratownictwa Tatrzańskiego TOPR

Tej fundacji chyba nikomu nie trzeba bliżej przedstawiać. Ratownicy z Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego pilnują bezpieczeństwa na Tatrzańskich szlakach i idą z pomocą każdemu, kto w Tatrach tę pomoc wezwie. Fundacja środki finansowe przeznacza na zakup specjalistycznego sprzętu i ekwipunku ratowniczego, szkolenia ratowników, ochronę tatrzańskiego środowiska i wspieranie inicjatyw, które przyczynią się do bezpieczeństwa w Tatrach. O swoich wydatkach oficjalnie informują na stronie internetowej fundacji TOPR.

Fundacja GOPR

Podobnie jak ratownicy tatrzańscy, tak i GOPR-owcy dbają o nasze bezpieczeństwo we wszystkich pozostałych rejonach górskich w Polsce. Fundacja GOPR obejmuje swoją działalnością wszystkie grupy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego w Polsce. Środki przekazywane są na rozwój ratownictwa i zaopatrzenie ratowników w sprzęt i ekwipunek oraz naprawy, modernizacje sprzętu i badania naukowe, które mają na celu podnosić skuteczność działalności GOPR-u. Wpłacając 1% możemy wyszczególnić, na którą konkretnie grupę chcemy łożyć.

Fundację GOPR możesz wspierać na różne sposoby. 1% to jedno. Ideę wspierania ratowników GOPR można propagować ustawiając sobie w stopce maila atrakcyjną grafikę lub dodając nakładkę na na zdjęcie profilowe na Facebooku.

Fundacja Wspierania Alpinizmu Polskiego im. J. Kukuczki

Fundacja im. Jerzego Kukuczki działa już od prawie 30 lat. Jej główne cele to wspieranie wypraw górskich i ludzi, którzy w tych górach działają. Fundacja wspiera inicjatywy poprawiające bezpieczeństwo w górach i promocję oraz utrwalanie wiedzy o polskich dokonaniach górskich. Prowadzi zbiórki na rzecz osób poszkodowanych w górach. Pod opieką fundacji są także rodziny osób, które w górach zapłaciły najwyższą cenę m.in. wdowa po Piotrze Morawskim – Olga Morawska z dziećmi.

Poszkodowanym w górach pomożesz z Fundacją Kukuczki

 

Fundacja Wspierania Ratownictwa Górskiego, Sportu oraz Działalności Charytatywnej RADAN

Fundacja zajmuje się wsparciem wszystkich grup ratowników GOPR, a prócz tego dodatkowo sponsoruje różne sportowe zajęcia i imprezy dla dzieci i młodzieży. Jako swój cel założyła umożliwienie młodym sportowcom rozwój i otwarcie ścieżki do kariery na arenie międzynarodowej. Powstała z inicjatywy ratownika i wiceprezesa z grupy GOPR w Beskidach.

Możesz przekazać 1% podatku wpisując cel szczegółowy GOPR, bądź przekazać kwotę na konkretną grupę wpisując: GOPR Karokonosze, GOPR Krynica, GOPR Podhale, GOPR Bieszczady, GOPR Jura, Grupa Wałbrzysko-Kłodzka lub Grupa Beskidzka

Fundacja Czarodziejska Góra

Fundacji przyświeca hasło: „Wierzymy, że Każdy może zdobyć swój Everest”. Wspiera ona osoby wykluczone społecznie ze względu na stan zdrowia, ograniczenia intelektualne czy uzależnienia. Swoimi działaniami pragnie pomóc dzieciom, młodzieży i dorosłym, a w ramach tej pomocy organizuje obozy rehabilitacyjno-wspinaczkowe, wyjazdy górskie, wspólne zdobywanie szczytów i edukacyjne programy międzynarodowe.

 

Fundacja Wspinka

Fundacja, która dba o czystość i bezpieczeństwo w polskich skałach. Odświeża stare drogi wspinaczkowe i tworzy nowe. Za cel postawiła sobie również rozwój infrastruktury na skałkowych terenach wspinaczkowych. Co roku organizuje sprzątanie Doliny Będkowskiej i Kobylańskiej. Prowadzi portale internetowe o wspinaczkowej tematyce oraz tworzy bezpłatne e-przewodniki, organizuje szkolenia. Fundusze przeznacza na dalszy rozwój swojej działalności.

 

Fundacja im. Anny Pasek

Główny nurt fundacji to dbanie o realizację górskich i naukowych pasji wśród młodych ludzi, by realizowali je jak najdłużej. Fundacja stawia przy tym na rozwój i edukację w sferach przyrodniczych – nauka oraz ochrona, a także w obszarze nauk geograficznych. Podejmuje działania promujące fotografię podróżniczą i bezpieczeństwo w górach.

Rozwój i edukacja – wspierasz?

Lokalne OPP

Przy wyborze Organizacji, dla której przekażesz część swojego podatku, możesz również pokierować się lokalnym patriotyzmem i rozejrzeć, czy w Twojej miejscowości lub jej okolicy jest taka, której działania chcesz wesprzeć. Dla przykładu podajemy kilka lokalnych klubów i stowarzyszeń.

 

Klub Wspinaczkowy Kotłownia – Lublin

Klub wywodzi się z Lublina. Propaguje różnego rodzaju sporty i aktywności wspinaczkowe. Środki przeznacza na budowę ściany, zajęcia dla dzieci i młodzieży, zawody i organizację wyjazdów wspinaczkowych.

Klub Wysokogórski Kraków

Jeden z najbardziej rozpoznawalnych Klubów Wysokogórskich w Polsce. Klub prowadzi własne sekcje wspinaczkowe, turystyczne i narciarskie. Finanse przeznacza na szkolenia, wyprawy i działania podnoszące bezpieczeństwo w działaniach górskich.

 

Rzeszowski Klub Wysokogórski

Klub działa w Rzeszowie i integruje tamtejsze środowisko górskie. Dba o rozwój działalności górskiej klubowiczów i bezpieczeństwo w uprawianiu sportów górskich.

 

Wałbrzyski Klub Górski i Jaskiniowy

Klub, podobnie jak inne tego typu organizacje, ułatwia swoim członkom prowadzenie wszelkiej aktywności górskiej, wspinaczkowej i jaskiniowej oraz dostęp do szkoleń. Organizuje wyjazdy i zawody, współpracuje z PZA.

 

Speleoclub Wrocław

Wrocławski klub dla miłośników eksploracji jaskiniowej. Organizuje kursy, szkolenia, wyjazdy klubowe, parki linowe dla dzieci. Fundusze pokrywają koszty organizacyjne powyższych, a także realizację projektów prospołecznych np. zajęcia tematyczne dla dzieci szkolnych i współpracę w zakresie badań naukowych w Tatrach.

 

Uniwersytecki Klub Alpinistyczny – Warszawa

Lokalny klub warszawski. Organizuje obozy, spotkania, wyjazdy i zawody. Za fundusze wspiera juniorów i wymienia asekurację na obitych drogach w skałach. Klub wydaje na terenie całego kraju swój biuletyn.

 

Bielski Klub Alpinistyczny – Bielsko-Biała

Tak jak pozostałe kluby zrzesza miłośników aktywności górskich, dba o ich rozwój. Nie obojętna jest mu ochrona środowiska naturalnego i krajobrazu gór.

 

 

Powyższa lista jest tylko wybranym przez nas zbiorem Organizacji Pożytku Publicznego, oczywiście możesz znaleźć inne działalności, których założenia bardziej ci się podobają. Naszym celem było ułatwienie dotarcia do tych, które wspierają działania w środowisku górskim i przekazanie krótkiej informacji na ich temat, bo to, że warto wpisać jakikolwiek KRS, to już przecież wiesz.

Jak to się robi w górach, czyli Alpine Wall Tour wytycza „Premiere” – wywiad z Łukaszem Dudkiem i Jackiem Matuszkiem

Jak to się robi w górach, czyli Alpine Wall Tour wytycza „Premiere” – wywiad z Łukaszem Dudkiem i Jackiem Matuszkiem

Premiere to mocny, polski akcent na legendarnej ścianie Cima Grande di Lavaredo w Dolomitach. Kultowym rejonie wspinaczkowym dla każdego, kto szuka ambitnych celów do zrealizowania we wspinaniu górskim. Nad nową drogą zespół Alpine Wall Tour pracował przez dwa sezony. Efektem jest wytyczenie pięknej 450 metrowej linii składającej się z 12 wyciągów. Jak wyglądały prace nad drogą i jakie towarzyszyły im emocje? Zapytaliśmy o to u źródła.

 

Kurz już  trochę opadł. Jakie są dzisiaj Wasze wrażenia po wytyczeniu nowej linii wielowyciągowej – Premiere, w Dolomitach?

Jacek: Ja się bardzo cieszę, że nam się udało to zrobić, bo to jest taką wisienką na torcie. To też dla nas wielka satysfakcja, że jesteśmy takim zespołem, który konsekwentnie od lat działa w górach i realizuje wytyczone sobie cele. Jesteśmy skuteczni w górach – to jest fajne.

Łukasz: Dokładnie, w zasadzie począwszy od 2012 roku, jak postanowiliśmy, że wejdziemy w ten świat górski, to wszystkie założone cele realizujemy. Wytyczenie nowej drogi było jednym z nich. Każdego roku dokładaliśmy jakąś cegiełkę, chcieliśmy jakieś nowe doświadczenia zbierać z tego wspinania i nam się to udało.

 

Jak się przygotowywaliście do tego celu? Przedsięwzięcie było duże, a Wy wcześniej nigdy tego nie robiliście.

J: Mi się podoba w naszym wspinaniu to, że wytyczamy sobie cały czas nowe cele i musimy zdobyć doświadczenie, żeby je zrealizować. Fajne jest to, że droga, którą chcemy wytyczyć czy przejść, to nie jest pewniak. Że jest w tym wszystkim taki element przygody. A czy przygotowywaliśmy się do tego? W sumie całe życie.

Ł: Myślę, że można to skwitować takim jednym hasłem – na przypale albo wcale (śmiech). Nie chodzi nawet o wytyczenie nowej drogi, bo gdy po raz pierwszy pojechaliśmy na wielowyciągową drogę w górach, też nie wiedzieliśmy do końca, jak to wszystko będzie. W teorii zdawaliśmy sobie sprawę, jak to ma mniej więcej wyglądać, natomiast w rzeczywistości okazywało się, że są pewne szczegóły, których nie mieliśmy dogranych. Trzeba było dotrzeć to wszystko już w trakcie wspinania.

 

Pierwotnie mierzyliście też w inną ścianę i inny rejon do realizacji tego projektu. Jak to się stało, że padło na Tre Cime di Lavaredo?

J: Tak naprawdę, to chcieliśmy się już trochę odkleić od tych “Tre Cimów”, bo tam kręci się nasza cała historia. Stwierdziliśmy, że znajdziemy jakąś inną, dużą, piękną ścianę, na której wytyczymy niesamowitą linię. Taką ścianą właśnie byłaby Marmolada, ale szybko okazało się, że wszystkie logiczne i piękne linie są już albo wytyczone, albo zajęte. No i trochę się poodbijaliśmy od tych ścian – byliśmy jeszcze na Taè Pic, ale ta ściana z kolei nie wyglądała zbyt obiecująco – była krucha. Przenieśliśmy się jeszcze obok na następną ścianę, ale okazała się jeszcze bardziej krucha. Chociaż z dołu wyglądała dość obiecująco, to w środku ściany są bloki wielkości samochodów, które trzymają się na krawędzi.

Ł: Na dobrą sprawę byliśmy wtedy w beznadziejnym położeniu. Mieliśmy duże chęci do działania, minął już tydzień wyjazdu, a my byliśmy w punkcie wyjścia. Pomysł, żeby wrócić na Cimy wziął się zupełnie przez przypadek. W czasie, gdy Jacek gotował nam obiad, ja kartkowałem już kolejny raz przewodnik Tre Cimów i natknąłem się na drogi jeszcze bez przejścia klasycznego. Jedną z tych dróg była La Strada wytyczona przez polski zespół w latach ‘80 i stwierdziliśmy, że fajnie by było postawić taką kropkę nad i w dokonaniach polskich zespołów na Tre Cime di Lavaredo i przejść tę drogę klasycznie.

Tre Cime di Lavaredo

Wybór ściany na nową drogę nie jest łatwy (fot. J. Matuszek)

 

I ruszyliście pod ścianę?

J: Tak, ale niestety okazało się, że pierwsze 100 metrów drogi jest permanentnie mokre, a my nie chcieliśmy wytyczać linii, której nikt nie będzie mógł i chciał po nas przejść. Wtedy znaleźliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej kawałek suchej ściany. Wytyczyliśmy pierwszy wyciąg, potem drugi i już wiedzieliśmy, że stworzymy nową linię, ale nie będziemy uklasyczniać La Strady, bo byłaby to sztuka dla sztuki.

 

Coś Was pociągało w tej nowej ścianie?

J: Tak, ciągnął nas do niej filar, który znaleźliśmy po lewej stronie. Jest przepiękny! Zaczyna się około 200 metrów nad ziemią i wiedzieliśmy, że wspinanie na ostrzu filara będzie powietrzne i ekscytujące.

Ł: Po 6-7 wyciągach udało nam się dotrzeć do niego i na nim kontynuowaliśmy wspinaczkę praktycznie do samej góry

J: Wspinanie na nim jest wyjątkowe, bo dochodzisz do miejsca, w którym nie ma żadnych nachwytów tylko są same odciągi, więc wspinamy się trochę “na misia”, cały czas przytulając się do filara.

 

Jak wyglądało planowanie drogi? Wiedzieliście jak będą przebiegać kolejne wyciągi?

J: Była pewna wizja. Widzieliśmy filar i na pewno chcieliśmy się nim wspinać, ale wytyczanie drogi to jest taki proces, który się dzieje na bieżąco i często patrzy się na formacje i idzie gdzie “puszcza”. Bierzemy pod uwagę, jak chcielibyśmy iść, ale równie ważne jest, by ta linia była logiczna, by ktoś następny nie miał problemu z odczytaniem tej właściwej sekwencji. Chcieliśmy bardzo uniknąć czegoś takiego, że puścimy naszą drogę jakąś super gładką płytą, forsując kawałek skały, ale będzie można go obejść.

 

Jak porównacie teraz, znając już ten proces wytyczania drogi, wspinanie sportowe/klasyczne powtarzające czyjeś przejście do tworzenia nowej, własnej linii? Spodobało Wam się to?

Ł: Powtarzanie istniejącej drogi jest o tyle łatwiejsze, że mamy pewność, że taką drogę da się poprowadzić, bo skoro ktoś już to zrobił, to może być kwestia większej siły czy motywacji, ale wiadomo, że da się ten kawałek skały przejść. Natomiast przy Premiere cały czas towarzyszyło nam uczucie niepewności i takich chwil zwątpienia mieliśmy całkiem sporo. Dochodziliśmy do miejsca i mówiliśmy – nie, no tutaj to już się nie da przejść, albo dojdziemy 50 metrów wyżej i trzeba będzie się wycofać, to co zrobimy?

 

Czyli metoda prób i błędów?

Ł: Metr po metrze szukaliśmy cały czas przejścia w ścianie. Mimo że droga nie ma technicznych najwyższych światowych trudności (7b przyp. aut.). to wytyczenie nawet takiej drogi wymaga dużo większego zaangażowania fizycznego i psychicznego niż powtórzenie już istniejącej drogi.

J: Zdecydowanie. To zaangażowanie, w wytyczeniu swojej drogi jest zdecydowanie większe, przewyższa jakiekolwiek powtórzenie drogi. Mi się bardzo ten proces spodobał, szczególnie ta przygoda i niepewność, która temu towarzyszy. Pamiętam, jak zdobywałem każdy kolejny metr i osadzaliśmy kolejne przeloty, to był tak wielki sukces! Porównywalny z poprowadzeniem całego normalnego wyciągu. A to było przewspinanie jakichś 3-4 metrów.

Alpine Wall Tour wytycza Premiere

Łukasz przygląda się ścianie podczas zjazdu. (fot. J. Matuszek)

Cała paleta emocji – od frustracji po totalną euforię?

AWT: Dokładnie!

Ł: Warto zaznaczyć, że kolejny aspekt wytyczania drogi to ta część fizyczna. Takiej roboty ścianowej, nawet nie wspinania. Za każdym razem, gdy wchodziliśmy wyżej, zakładaliśmy poręczówki, zjeżdżaliśmy na sam dół, więc kolejnego dnia musieliśmy podejść do tego miejsca, gdzie skończyliśmy. Do tego dochodzi jeszcze zrzucanie kruszyzny, czyszczenie tych wyciągów. To jest mozolny proces i po tygodniu pojawia się zwykłe znużenie i taka myśl o poranku, że znowu trzeba iść do roboty. Dlatego nie wyobrażam sobie robić tego na co dzień – jest to zbyt żmudny proces.

J: To prawda, ale jeszcze chciałem dodać, że w tworzeniu nowej drogi jest też ten akt twórczy, kreacja. To coś takiego nieuchwytnego, co w zasadzie zapisuje się w historii wspinania.

Ł: Gdy wyjdzie następna edycja przewodnika po Tre Cime di Lavaredo, znajdzie się tam nasza droga i nazwiska.

 

Mówiliście o ważnej roli psychiki. Czy przygotowywaliście się do tego jakoś? Braliście pod uwagę, że przyjdą momenty frustracji, załamania i coś będzie szło nie po Waszej myśli?

J: Brałem pod uwagę, że będzie ciężko, że będziemy musieli się na przykład wycofać. Zrobimy kilkadziesiąt wyciągów i skała “nie puści”. Trzeba to wszystko kalkulować, ale myślę, że trzeba też być odpowiednio dojrzałym, żeby wytyczać nowe drogi – i osobowościowo, i jako wspinacz. Trzeba mieć kompendium umiejętności, żeby to robić. Bo takie właśnie sytuacje i zwątpienie na pewno się pojawią. Ono jest wpisane w ten proces, kluczowe jest, jak sobie z nim poradzimy i czy nas nie przerośnie.

Ł: Wynikiem u nas był optymizm, który cały czas się pojawiał. Od momentu, kiedy zaczęliśmy prace nad drogą, nie wątpiliśmy w to, że uda nam się osiągnąć sukces. Czasami utknęliśmy w jakimś miejscu i wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, ale w momencie gdy wywalczyliśmy dany punkt i jeszcze wspięliśmy się kilka metrów wyżej, to napawało nas to większym optymizmem.

 

Jak ważne w takich sytuacjach jest partnerstwo?

J: Bardzo ważne jest to, że robiliśmy to we dwóch. Nieraz na jednym wyciągu zmienialiśmy się na prowadzeniu kilka razy.

Ł: Dochodziło do sytuacji, że osoba prowadząca fizycznie jeszcze dałaby radę się wspinać, ale głowa odmówiła posłuszeństwa, wtedy był szybki zjazd do stanowiska i zmiana na prowadzeniu. Jeśli była potrzeba, to nawet dwa razy się zmienialiśmy na jednym wyciągu. To jest duży komfort, że można sobie zaufać.

Zespół Alpine Wall Tour

Radość zawsze na pierwszym planie. (fot. J. Matuszek)

Jak długo się pracuje na taki komfort, ile się już razem wspinacie?

J: W górach wspinamy się razem już jakoś 7 lat.

Ł: Zaczęło się od skałek, kiedy próbowaliśmy drogę jednowyciągową, która miała jakieś 90 metrów długości. Można by było ją spokojnie podzielić na 3 wyciągi. Wtedy stwierdziliśmy, że skoro robimy tak długie drogi za jednym podejściem, a te najkrótsze wielowyciągówki mają niewiele więcej metrów, może byśmy spróbowali czegoś dłuższego.

J: To był ten moment, gdy podjęliśmy decyzję, ale pamiętam, że wcześniej przez kilka lat namawiałem Łukasza na te góry i nie do końca był jeszcze przekonany. A ja wiedziałem, że jak mam się wspinać w górach, to tylko z Łukaszem, bo mam do niego zaufanie i on jest mocnym i sprawdzonym zawodnikiem. Nie chciałbym z nikim innym robić trudnych rzeczy.

 

Czyli na pierwszej drodze wielowyciągowej wiedzieliście już czego się po sobie spodziewać?

Ł: Tak, ale zdecydowanie na pierwszym takim wyjeździe przeżyliśmy chrzest bojowy. Mam wrażenie, że na żadnym kolejnym wyjeździe nie dostaliśmy tak w kość. Niby już troszeczkę się wspinaliśmy wielowyciągowo, ale rzuciliśmy się od razu na bardzo trudne drogi. Pierwsze było Kaisers neue Kleider (8b+, 250 m, jedna z dróg Trylogii Alpejskiej  – przyp. red.), która miała tylko kilka przejść. To jest jedna z najtrudniejszych dróg wielowyciągowych w Europie. Niestety wszystkie słabości, jakie wtedy mieliśmy, podczas tego przejścia były napiętnowane. Dużo rzeczy związanych ze wspinaniem wielowyciągowym musieliśmy się nauczyć.

J: Na szczęście mieliśmy taki zapas sportowy, że jednak bardzo szybko się zaadaptowaliśmy. Myślę, że w porównaniu z innymi początkującymi zespołami, przewagę nam dało to, że poziom sportowy i ogólne wytrenowanie było bardzo wysokie. Dlatego te błędy przekuliśmy w umiejętności.

Zespól podczas akcji w ścianie

Prace nad drogą trwają… (fot. E. Romański)

Coś Wam utkwiło w pamięci z tej pierwszej drogi?

Ł: Ja zapamiętałem, jak pierwszego dnia sami nie wiedzieliśmy do końca , ile tego sprzętu będzie nam potrzebne. Tak załadowaliśmy plecaki, że jak przyszło do tego, żeby się z nimi wspinać to szybko stwierdziliśmy, że musimy cały sprzęt odchudzić. I to mocno.

 

Pojawiały się też błędy logistyczne już w ścianie?

AWT: Oj tak, cały czas.

Ł: Podczas jednych z pierwszych wyjść mieliśmy kiepski plecak, wtedy jeszcze nie współpracowaliśmy z Salewą, i przy wyciąganiu kurtki wypadły buty wspinaczkowe, które stoczyły się do podnóża ściany. Kilka dni później mieliśmy dokładnie taką samą historię z butelką wody.

J: Na szczęście mieliśmy drugą, bo inaczej musielibyśmy zjechać.

Ł: Bardzo duży problem mieliśmy też z “małpowaniem”, czyli podchodzeniem na przyrządzie samozaciskowym. Jak trenowaliśmy tę czynność na nizinach, to szło nam niby gładko, ale jak później okazało się, że trzeba “przemałpować” 150 metrów ściany, to już nie było to takie oczywiste.

J: Za to teraz, już po tylu latach i metrach, które przemałpowaliśmy, tak mamy to wyćwiczone, że jak wzięliśmy kolegę, który na co dzień pracuje na wysokościach, to musieliśmy mu wszystko pokazać od nowa. A wydawało nam się, że osoba, która robi to na co dzień, powinna bardzo szybko poruszać się na linach

Ł: Tak, poruszał się tempem żółwia, wyglądał tak jak my kilka lat wcześniej (śmiech).

 

Później były też pierwsze noclegi. Jak wspominacie spanie w portaledge’u?

J: Gdyby nie to, że portaledge waży 10 kg i trzeba wtachać dużo sprzętu i żywności, żeby w ogóle zabiwakować, to samo biwakowanie jest przyjemne.

Ł: Może akurat nie podczas pierwszej nocy (śmiech), bo mieliśmy portaledge’a bez namiotu, który można na nim rozstawić. Wiedzieliśmy, że nie będzie nam potrzebny, bo będziemy spać pod olbrzymim okapem. Jak doszliśmy do tego miejsca, to okazało się, że u podnóża okapu jest wielka rysa, z której notorycznie kapie woda. Akurat rozbiliśmy się w tym miejscu, na które ta woda kapała i cała noc była niezbyt komfortowa.

J: Tak, w zasadzie od pasa w dół byliśmy cali mokrzy. Przykryliśmy sobie tylko twarze.

Alpine Wall Tour - "Premiere"

Noc w ścianie to nieunikniony element bigwallowej przygody. (fot. archiwum AWT)

Kolejna przygoda spotkała Was na drodze Brento Centro. Zaskoczyła Was bardzo duża kruszyzna. Gdybyście wiedzieli o niej wcześniej, to zdecydowalibyście się na to przejście?

AWT: (chwila ciszy i zwątpienia) Chyba nie.

J: Myślę, że nie podjęlibyśmy się tej wspinaczki, gdybyśmy wiedzieli, że ta droga jest aż tak krucha. Czytaliśmy o niej, że jest krucho, nawet ekstremalnie krucho.

Ł: Ale wszyscy tak piszą (śmiech).

J: Tak, każda droga jest tak opisana w górach. Ale jak pod tym podpisuje się David Lama, to należy mu ufać. Niedawno też wytyczył jakąś nową drogę i napisał, że jest ekstremalnie krucho i nie poleca. I wiem, że na pewno tam nie pójdę jego śladem. Jeszcze chciałbym dodać – nie wybierajcie się tam na Brento Centro, naprawdę.

Ł: Jednak trzeba przyznać, że linia zdecydowanie jest ciekawa. To kwestia dwóch różnych pojęć, bo jeżeli stoimy na parkingu i widzimy, jak jest wytyczona – to w zasadzie jest jedyna klasyczna droga przecinająca znajdujące się tam morze okapów. To wygląda niesamowicie spektakularnie i efektownie. Nie wiem, czy którakolwiek z dróg, które przeszliśmy, robi równie duże wrażenie. Co innego jednak, jak się ma już bliższy kontakt z tą drogą – kruszyzna i przeloty w nią wbite. Tam mogą oderwać się całe połacie skał.

 

Stoczyliście tam też największą walkę psychiczną? Co było dla Was najtrudniejsze?

J: Pamiętam wyciąg już pod koniec drogi, wyceniony na 6a. Takie trudności ja przebiegam. Powinno mi to zająć około 10 minut, a wspinałem się po nim godzinę. Kruszyzna była tak wielka, że to było dla mnie jak taniec pająka po chwytach, które mogą się urwać. Sekwencja, której szukałem, to było, jak przejść, żeby nie urwać kawałka ściany i całych jej struktur. A najstraszniejsza historia zdarzyła się, gdy staliśmy u podnóża ściany przed finalnym przejściem. Spoglądaliśmy w górę, a obok nas zeszła cała lawina kamieni i ścięła drzewa. Kamienie były takiej wielkości, że jakbyśmy tam stali, to byłby koniec naszej historii. Łukasz wtedy bez słowa wziął plecak i zaczął się wspinać do góry, żeby jak najszybciej iść wyżej i uciekać przed tymi kamieniami, które samoczynnie odczepiają się od góry. Dlatego nie wybierajcie się tam, nie polecam tej wspinaczki.

 

A co w takim razie było najciekawszą przygodą podczas realizacji  górskich projektów?

Ł: Może te burze, które nas dopadły. Na End of Silence widzieliśmy mordor, jak zbliżał się do nas, pamiętasz?

J: To było emocjonujące.

AWT: Tak szybko jeszcze nigdy nie zjeżdżaliśmy (śmiech).

Załamanie pogody w czasie wspinaczki

Pogoda nie zawsze jest wymarzona. (fot. J. Matuszek)

To już było po zakończonej drodze?

Ł: Nie, podczas próby. Była taka sytuacja, jak doszliśmy do najtrudniejszych wyciągów. Ja spróbowałem wyciąg, później Jacek próbował i jak zjechał, to widzieliśmy jak u wylotu doliny idzie mordor, ale to faktycznie taki jak we “Władcy Pierścieni”. Ciemna, czarna, burzowa chmura. W tym momencie zaczęliśmy zjeżdżać. Udało nam się zjechać do podstawy ściany, ale zostały jeszcze zjazdy z drzew do ścieżki dojściowej. Gdy dotarliśmy do tych drzewek, to przyszło takie załamanie pogody, że nie byliśmy w stanie się ruszyć na metr. Skuliliśmy się i czekaliśmy, czy przetrwamy to jakoś.

J: Pamiętam, że grad uderzał mnie w plecy. Cieszyłem się tylko, że mam kask, by nie uderzał mnie też w głowę. Miałem wrażenie, że deszcz pada poziomo, bo wiało tak mocno.

Ł: Ale pamiętam też przyjemniejsze historie. Jak pierwszy raz podeszliśmy pod północną ścianę Cimy Zachodniej i wszyscy nas przestrzegali – weźcie sobie ciepłe rzeczy, bo tam słońce nie zagląda i jest bardzo zimno. A my akurat trafiliśmy w moment, kiedy chyba jest najcieplejsza część roku. Okazało się, że wspinaliśmy się bez koszulek. Było tak niesamowicie ciepło. Myślę, że takich dni w roku tam jest może 3-4, a my akurat w nie trafiliśmy. Jakbyśmy się wspinali na południu Hiszpanii, a wszyscy radzili, że puchówka i czapka są podstawowym zestawem na tej ścianie.

J: Niesamowite było też wspinanie się w nocy podczas finalnego przejścia Bellavisty (8b+, 500 m) i Drogi Hiszpańskiej (8b+/c, 500 m – Cima Grande).

Ł: W zasadzie zawsze kończyliśmy w ciemnościach i z czołówkami.

J: Tak, a kilka lat później skończyliśmy drogę Project Fear (8c, 550 m – Cima Ovest di Lavaredo). i byliśmy pierwszy raz na szczycie o zachodzie słońca, i było przepięknie.

Ł: Ale za to dopadła nas burza też po drodze. To było takie dość traumatyczne przeżycie. Gdy Jacek wspinał się kominem, zaczęło lać i byłem pełen obaw, czy jak przejdę tym kominem, to będę walczył ze skałą czy rwącym potokiem. Jacek doszedł do półki i założył stanowisko z jednego haka, przez który zaczęłą przepływać rzeka. Gdy do niego dotarłem, to po kilku minutach miejsce, w którym się wspinaliśmy, zamieniło się w wodospad.

Alpine Wall Tour w ciemnościach

Radość po ukończeniu drogi w ciemnościach. Alpine Wall Tour na szczycie (fot. J. Matuszek)

Jakie macie teraz kolejne cele? Chcecie wytyczać jeszcze nowe drogi?

AWT: Na razie robimy przerwę.

Ł: Jacek się nauczył latać i chce sobie polatać.

J: Będę w tym roku robił taki duży projekt – samotny trawers Dolomitów – wspinaczkowo-paralotniowy. Będę przemierzał Dolomity z północy na południe. Do pokonania jest 190 kilometrów. Po drodze wytyczyłem sobie 10 szczytów, na które zamierzam wejść i z nich zlatywać na paralotni. Daje sobie na to trzy tygodnie.

 

Ktoś już tego próbował?

J: Nie wydaje mi się, to jest pionierska sprawa. Od września uczę się dopiero latać na paralotni, ale dobrze mi idzie, mam dobrych mentorów i myślę, że do sierpnia będę już na odpowiednim poziomie. Jeszcze w tym roku chcę zrealizować cały projekt.

 

Trzymamy zatem kciuki za powodzenie. Łukasz, planujesz jakieś projekty solowe?

Ł: Myślałem, żeby zrobić jeszcze coś nowego we wspinaniu i spróbować czegoś samotnie, ale dużo zależy od tego, jak uda mi się przygotować. Mało wspinałem się sam i zależy, jakie umiejętności uda mi się posiąść w najbliższym czasie. Jeśli będzie mi dobrze szło, to chciałbym spróbować drogi, która będzie wymagająca. Nie chcę jeszcze się publicznie zobowiązywać.

 

Ale droga jest na celowniku?

Ł: Tak, jest już na celowniku, ale wszystko zależy od tego, jak będzie przebiegał progres we wspinaniu solowym.

 

Ciągnie Was cały czas do nowości. Chyba szybko się nudzicie?

Ł: Wydaje mi się, że to jest kwestia motywacji. Ciągłe robienie nowych rzeczy motywuje do tego, żeby działać w górach, żeby się wspinać i to jest bardzo istotny bodziec.

J: Ja już myślę o przyszłym roku. Łukasz też miał pomysł, żeby pojechać gdzieś dalej. Mi się ten pomysł podoba, ale nie będziemy jeszcze tutaj o tym mówić

 

To na koniec powiedzcie jeszcze nam, jak świętujecie swoje sukcesy? Macie jakiś swój mały rytuał?

Ł: Dużą pizzą (śmiech)

J: Raz było tak, że skończyliśmy właśnie trudną drogę i od razu na głodnego wpakowaliśmy się do samochodu, i ruszyliśmy w stronę Polski. Nagrodą było to, że nasz operator, Wojtek Kozakiewicz, będzie prowadził, a my możemy w tym czasie spać.

Alpine Wall Tour na tle Tre Cime di Lavaredo

Sukces! I radość… że to już koniec. W tle masyw Tre Cime di Lavaredo. (fot. archiwum AWT)

Czyli projekt ukończony i już myślicie o kolejnym? Czy cieszycie się chwilę tym zrealizowanym?

AWT: Nie, no nie, cieszymy się.

Ł: Cieszymy się tym, że to już koniec (śmiech).

J: Zbijamy piątki na szczycie i jest radość, ale też trzeba pamiętać, że jeszcze z tego szczytu trzeba zejść.

Ł: Wszystkie nasze finalne przejścia trwały bardzo długo i były wyczerpujące. Począwszy od Bellavisty po ostatnią naszą drogę Premiere wspinaliśmy się po 24 godziny albo dłużej. Przychodziliśmy na parking tak padnięci, że nasza radość wynikała z tego, że to już się skończyło. Rok 2015 był tak intensywny, że nie wyobrażam sobie, żeby to powtórzyć. Od maja do września cały czas działaliśmy. Eksploatacja organizmu była niesamowita.

J: Oj tak, 2015 rok był najcięższym rokiem w naszej karierze. Zdecydowanie. Myślę, że to już jest nie do powtórzenia, Już nie jesteśmy tacy młodzi, a to było balansowanie na krawędzi. Bardzo krótki czas, a tak intensywny. W międzyczasie nasze życie też się zmieniło, Łukaszowi się urodził syn, a mi córka. Jesteśmy ojcami i jakoś wszystko trzeba godzić.

Ł: Dlatego nie rzucamy już wszystkiego na jedną szalę. Nie ryzykujemy i dajemy sobie taki margines. Trochę więcej odpoczynku, żeby mieć jeszcze siłę i czas dla najbliższych.

J: Z czasem zmienia się myślenie i sukcesem jest też powrót do domu. To nie są już czasy, kiedy mamy po 20 lat i wydaje nam się, że jesteśmy niezniszczalni. Ta kalkulacja ryzyka zmienia się też w momencie, kiedy stajemy się rodzicami.

 

W takim razie życzymy dalszych sukcesów i szybkich powrotów do najbliższych 🙂

Rozmawiała Angela Semczuk – redaktor skalnik.pl

 

Wykaz dróg wymienionych podczas rozmowy:

Premiere (7b, 450 m – Cima Grande di Laveredo)

La Strada ( VI+ A2 – Cima Grande di Laveredo)

Des Kaisers neue Kleider (8b+, 350 m, jedna z dróg Trylogii Alpejskiej – Wilder Kaiser)

Brento Centro (8b, 900 m – Monte Brento)

End of Silence (8b+, 350 m, jedna z dróg Trylogii Alpejskiej – Feuerhöndl)

Bellavista (8b+, 500 m – Cima Ovest di Lavaredo)

Droga Hiszpańska (8b+/c, 500 m – Cima Grande)

Project Fear (8c, 550 m – Cima Ovest di Lavaredo)

 

Z Alpine Wall Tour mieliśmy też okazję porozmawiać chwilę przed kamerą:

12 powodów, by umówić się z kobietą kochającą wspinaczkę

12 powodów, by umówić się z kobietą kochającą wspinaczkę

Słysząc słowo „wspinaczka”, być może widzisz już w wyobraźni ambitną skalną drogę do pokonania i może nawet walczącego z jej trudnościami wspinacza? A gdyby tak odpowiedzieć sobie na pytanie, jak będzie brzmiała forma żeńska od słowa: wspinacz? Czy nie będzie to właśnie wspinaczka…?

To już nie te czasy, że na ścianach i w skałach 90% łojantów to mężczyźni. Teraz sztuczne hale są na równi wypełnione nadmiernie buzującym testosteronem oraz kobiecym sprytem i zwinnością. W plenerze wcale nie rzadziej usłyszymy damski wnerw niż soczyste męskie zirytowanie. I nie stoi na przeszkodzie łojantkom brak żeńskiego odpowiednika wspinacza, ponieważ kobiece wspinanie wchodzi na wyżyny i jest nie tylko tak samo zauważane, ale także cenione.

 

A za co można cenić wspinającą się partnerkę – nie tylko na ścianie, ale i w życiu?

Powodów do zachwytu nad taką dziewczyną jest co najmniej kilka. Niektóre z nich są wręcz oczywiste, bo przecież po co dzielić czas na pasję i randkowanie, skoro jedno z drugiego może wynikać? Chłopaku, zaoszczędź sobie nerwów i postaw na 2w1: kobietę z pasją. Sam się od niej trochę nauczysz, a ona będzie miała wiele niespotykanych zalet. Zapoznaj się z nimi, zanim jeszcze postanowisz dać się złapać 😉

 

1. Nie będzie miała pretensji o godziny spędzone w skałach

Bo sama w nie pojedzie. Koniec z wymyślaniem coraz to kreatywniejszych powodów, dlaczego nie ma cię na weekend. Koniec z wymówkami i pretensjami. Te cię mogą czekać co najwyżej wtedy, gdy jej nie zabierzesz. Nie martw się także, jeśli twoja pasja nie polega na wspinaniu, bo też będziesz mógł ją ze spokojem realizować bez wymówek. A ona… i tak pojedzie w tym czasie w skały lub (w najlepszym wypadku) ładować na panelu. Tak czy inaczej wyświadczysz jej przysługę, a sam na tym też skorzystasz.

kobiece wspinanie

Jak najlepiej spędzać czas? To zdjęcie rozwiewa wszelkie wątpliwości.

 

2. Zawsze zabierze ze sobą coś smakowitego

Znudził ci się kurczak z ryżem, kabanosy i tuńczyk z puszki zabierane pod skałę? To zabierz dziewczynę. Nie wiem jak wy, ale my już trochę dziewcząt w akcji widzieliśmy. Mają one taką jedną charakterystyczną cechę, która zazwyczaj między kolejnymi próbami wyłania im się nagle z plecaka. Czasem nosi nazwę jakiejś sałatki owocowej, czasem kaszy z warzywami. Prawda jest taka, że nawet jeśli będzie to kiść bananów, to większe prawdopodobieństwo, że to właśnie ona ją zmieści wśród szpeju. I zazwyczaj ma jej więcej niż sama potrzebuje.

 

3. Poznasz tajniki techniki

Podobno prawdziwa siła techniki się nie boi, ale nie od dziś wiadomo, że opanowując tę czarną magię, szybciej będziesz mógł się zmierzyć z trudnościami na poziomie 8. Kobiety niezaprzeczalnie ten fakt potwierdzają, ponieważ pomimo swojej zazwyczaj drobniejszej budowy, nie odstają od umięśnionych partnerów. Potwierdzać tę regułę zdają się też zapatrzone w ich zwinność oczy kumpli pod ścianą. Wiadomo z obserwacji w końcu można wiele wyciągnąć. Przy okazji dowiesz się także, że wzrost naprawdę nie ma znaczenia. 

4. Nigdy nie usłyszysz o złamanym paznokciu…

To nie bajka! Takie skargi kojarzą się nam z kobietami, ale nie wspinaczkami! Może coś jej się zadrze, może coś zahaczy przy walce w pionie. Ale nigdy się na to nie poskarży, bo będzie to oznaką, że paznokcie były po prostu za długie. I trzeba je spiłować. Ot, co! Przecież łamią się tylko długie paznokcie.

 

5. Zabawy z mąką to dla niej codzienność

Kto dzisiaj chętnie bierze się w domu za lepienie pierogów? A do tego ciasta jeszcze jakieś… Przecież brudzi się to to, wszędzie mąka lata, cały biały człowiek potem. I pół kuchni przy okazji też. Ale dla naszej bohaterki przecież zabawy z białym proszkiem to czysta przyjemność. Wtedy czuje się jak ryba w wodzie.

wspinaczka magnezja

„Wspinaczka” nie boi się, że zabrudzi sobie dłonie.

6. Zabierze ci część domowych zadań

Odkręcisz mi słoik? Tego i wielu innych podobnych pytań już nie usłyszysz. Technika techniką, ale trochę siły też trzeba mieć, żeby zawisnąć na jednym palcu. Wkręcenie żarówki i sięgnięcie do najwyższej szafki w salonie jest dobrą okazją do potrenowania, by w końcu rozwiązać ten upierdliwy problem na baldach. Tym samym wszystkie domowe czynności, do których trzeba „męskiej ręki” przestaną cię absorbować. To się nazywa równouprawnienie, prawda?

 

7. Poznasz cechy stylowego outdooru

Tak, tak. Ściana to nie wybieg, ale żeby dobrze się czuć, przecież trzeba też jakoś wyglądać. Nagle zorientujesz się, że te wszystkie pstrokate kolory w outdoorowych stylizacjach da się jakoś połączyć. Podział na męskie i damskie też się okaże bardziej sensowny. Może przy okazji i tobie się udzieli polowanie na okazje

 

8. Zna trochę przydatnych węzełków

Przydatna umiejętność – nie tylko podczas wspinania. Który facet nie ma nigdy problemów z zawiązaniem krawata, niech pierwszy rzuci węzłem. Dla niej to przecież dodatkowe pole do popisu zręczności i okazja do pokazania, że poradzi sobie z każdą długością. Nie zdziw się zatem, gdy zastaniesz kreatywnie powieszone pranie w domu, poznasz dziwne metody troczenia do plecaka. I jak przyjdzie wam powiesić hamak, to pierwsza się zgłosi. Żagle też powinny jej się spodobać… Tylko pamiętaj, że szubienica to też węzeł… a złość piękności szkodzi.

węzły kobieta wspinaczka

Kobieta, która się wspina, może nauczyć cię kilku praktycznych węzełków.

 

9. Lubi (i daje!) jasne komunikaty

Zrozumienie między partnerami to podstawa udanego związku, a we wspinaniu gwarancja dłuższego życia. Chyba żaden inny sport nie uczy tak jasnego wydawania komend. Tu nie może być miejsca na pomyłkę. Z czasem przekłada się to także na inne sfery życia. Chyba słyszałeś nieraz o tym, że „mężczyźni są niedomyślni”? Ciebie od teraz to nie dotyczy.

 

10. Nie grożą ci wakacje na plaży

Kto by chciał całe dnie wygrzewać się na piasku, gdy wokół tyle do zdobycia. Poznacie, czym są wspinaczkowe wakacje we dwoje (i z całą wspinaczkową familią też). A gdy wyjedziecie w innym celu, to z pewnością znajdzie się wiele rzeczy do zrobienia i innych aktywności, by tylko nie siedzieć w miejscu.

 

11. Nie poprosi cię o noszenie torebki

Co sądzisz o mężczyznach z damską torebką? Bo nam przychodzi na myśl pewna bajka dla dzieci… No nie. Żenada. Widziałeś nieraz takie scenki, gdy kobieta oddaje swój tobołek takiemu Tinky-Winky i później dumnie kroczą – ona wolna, a on z zaniżonym poczuciem swojej męskości? Nasza wspinaczka i tak zazwyczaj wybierze plecak, więc torby na pewno ci nie odda.

12. Pokochasz jej psychikę

Wspinanie to sport, więc kształtuje ciało, a najlepiej tę część odpowiedzialną za myślenie. Wspinająca się kobieta nabywa z czasem większej pewności siebie i zdecydowania. Staje się odważniejsza i otwarta na zmiany. Tak ukształtowany charakter przyciąga i budzi szacunek.

 

Co jeszcze…

Taka dziewczyna doskonale rozumie, że buty czasem mogą pachnieć inaczej niż przy zakupie, będzie robić ci tematyczne prezenty, zgodzi się jeden pokój w mieszkaniu przeobrazić w mini siłownię, a wybierając nową szafę sprawdzi, czy da się wygodnie z niej wyciągać szpej. Jest jeszcze cała masa pozytywów związanych z wzajemnym motywowaniem się, wspólnymi treningami i niekończącymi się dyskusjami o pasji. Pamiętaj, że osoby wspinające się zazwyczaj są otwarte na przygody i podejmują wyzwania. Z taką partnerką nuda cię nie zaskoczy. W końcu sport to zdrowie. Ale uważaj, bo nieraz atrakcyjność wspinaczki może przesłonić partnerowi piękno górskiego krajobrazu…

Uwaga! Tekst ma charakter żartobliwy, wszelkie podobieństwa do konkretnych osób i zdarzeń są przypadkowe, a jakiekolwiek odmienne w tym temacie zdania czytelników prosimy zgłaszać w komentarzach poniżej – chętnie poznamy też inne cechy wspinaczek 😉
Jak wejść na Rysy latem

Jak wejść na Rysy latem

Najwyższy szczyt w Tatrach po stronie polskiej. A co za tym idzie – także najwyższa góra w Polsce. Nic dziwnego, że wiele osób marzy o tym, by na nią wejść. Z całego kraju zjeżdżają się tysiące turystów z zamiarem spróbowania swoich sił w drodze na Rysy. Atrakcyjność tego celu przyciąga mniej i bardziej zaawansowanych górołazów, w każdym możliwym wieku i z różnym stopniem górskiego doświadczenia. A wszystko dlatego, że w Polsce wyżej stanąć się już nie da.

 

Szlak na Rysy

Na Rysy można wejść na dwa sposoby – czerwonym szlakiem od strony słowackiej i także czerwonym od Morskiego Oka, czyli ze strony polskiej. Mimo że różnią się one między sobą poziomem trudności, to o obu na pewno można powiedzieć to samo – są żmudne, długie i trzeba pokonać po drodze dużą różnicę wysokości. Przygotowanie do wejścia na Rysy powinieneś zacząć jeszcze na nizinach, bo na nic się zdadzą twoje chęci, jeżeli cały rok przesiedziałeś przed biurkiem lub na kanapie. Mimo że pozornie łatwo się dostać w ich rejon – w końcu szlak zaczyna się w najbardziej obleganym miejscu polskich Tatr – to jest to bez dwóch zdań szczyt wymagający.

Na co konkretnie trzeba się przygotować? Postaram się opisać to poniżej. A ponieważ szlak z Morskiego Oka wzbudza dużo emocji, zwłaszcza wśród początkujących turystów, to właśnie nim się będziemy wspinać.

Droga: Palenica Białczańska – Morskie Oko – Czarny Staw pod Rysami – Bula pod Rysami – Rysy – Bula pod Rysami – Czarny Staw pod Rysami – Morskie Oko – Palenica

Czas według mapy: 11 h 40’

Dystans: 24,8 km (12,4 km w jedną stronę)

Przewyższenie: 1515 m (suma podejść: 1708 m)

 

Osławiona asfaltówka

Jak już pisałam wyżej, do wejścia przyda ci się dobra kondycja. Po polskiej stronie najdalej możesz dojechać busem lub autem na parking w Palenicy Białczańskiej, który znajduje się na wysokości 984 m n.p.m. (a ty finalnie masz się znaleźć ponad 1500 metrów wyżej!). Tutaj przejdziesz przez bramki wejściowe do Tatrzańskiego Parku Narodowego i zaczniesz swoją przygodę. Początek to oczywiście osławiona asfaltówka prowadząca do Morskiego Oka (przez niektórych błędnie nazywana ceprostradą, bo ta właściwa znajduje się gdzie indziej). Ten spacer zajmie ci 2 godziny z kawałkiem. Przez wprawionych w bojach górołazów jest to znienawidzone 9 km dreptania asfaltem, ale są sposoby, by sobie tych nerwów oszczędzić.

Droga do Morskiego Oka

Droga Oswalda Balzera, czyli „asfaltówka” do Morskiego Oka. W tle widać już szczyty.

Aby polubić ten element wycieczki, polecam na asfaltówkę stawić się bardzo wcześnie rano, co z resztą jest w ogóle dobrym pomysłem w wycieczce na Rysy. O świcie nie ma tu tłumów i co chwilę wymijających się fasiągów (przypominam przy okazji, że prawdziwy piechur nie korzysta z tych usług o żadnej porze). W promieniach porannego słońca również ta droga potrafi mieć swój urok. Po niedługiej chwili od wyjścia z parkingu w tle majaczą już szczyty Mięguszowieckie, z każdym krokiem coraz lepiej widoczne, a pierwszy na widoku (już po około 10 minutach od bramek) wyłania nam się najwyższy szczyt Tatr – Gerlach.

Po 45 minutach dotrzesz do Wodogrzmotów Mickiewicza. Z mostu widać dwa z trzech wodospadów – Pośredni i Niżni Wodogrzmot, odpowiednio po prawej i po lewej stronie drogi. Jeszcze kawałek wędrówki za nimi i zacznie się seria skrótów przecinających asfaltową drogę. Po około 2,5 godzinach od wyjścia z parkingu meldujemy się w Morskim Oku.

 

Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami

Morskie Oko można śmiało nazwać wizytówką polskich Tatr (zwłaszcza jak się podliczy ilość odwiedzających je turystów, w tym obcokrajowców). I nie ma co się dziwić – jest piękne. Staw otaczają wysoko wznoszące się Szczyty Mięguszy – Czarny, Pośredni i Wielki Mięguszowiecki Szczyt. Dumnie prezentuje się sylwetka Mnicha, która – mimo że niższa od towarzyszy, przyciąga od razu wzrok swoją ostrą, zadziorną turniczką. To miejsce, to również doskonała baza wypadowa dla taterników.

Szczyty Mięguszowieckie nad Morskim Okiem

Szczyty Mięguszowieckie wznoszą się dumnie nad Morskim Okiem

Ze schroniska czeka cię jeszcze czterogodzinna wyrypa do góry, więc to dobry moment na krótki odpoczynek i jakąś przekąskę. W schronisku znajduje się przechowalnia plecaków, można za 3 zł zostawić większy sprzęt np. śpiwór, karimatę i odzież, jeśli jesteś przygotowany/a również na nocleg w górach.

Po odpoczynku z Morskiego Oka ruszamy czerwonym szlakiem wzdłuż stawu w stronę Czarnego Stawu pod Rysami. Jest to bardzo przyjemny spacerek po kamiennej ścieżce, aż dojdziesz po 20 minutach do schodów wiodących pod staw. Niepozorne kamienne schodki potrafią naprawdę dać w kość, ale jest to dobra rozgrzewka, bo od tego momentu twoja droga będzie coraz bardziej stroma. Przy Czarnym Stawie oczywiście warto się zatrzymać, ponieważ to świetny punkt widokowy na znajdujące się poniżej Morskie Oko i Dolinę Rybiego Potoku. Widać stąd, jak woda z Czarnego Stawu spływa kaskadami Czarnostawiańskiej Siklawy wprost do Morskiego Oka. Nad Czarnym Stawem pod Rysami wznosi się też oczywiście cel twojej wspinaczki – Rysy, wraz z granią Niżnych Rysów i Żabimi szczytami. Po prawej stronie widać także historyczną Kazalnicę Mięguszowiecką, na której znajdują się najtrudniejsze drogi wspinaczkowe w Tatrach. Ty tutaj odbijasz w przeciwną stronę. Znak wskazuje jeszcze 3 h 20 minut do szczytu.

 

U podnóża szczytu

Znad Czarnego Stawu pod Rysami musisz dostać się dokładnie na jego drugą stronę. Poprowadzi cię tam ścieżka wzdłuż lewego brzegu stawu. Ułożone na niej kamyki wiją się w wyraźną drogę, gdy ją pokonasz, będziesz u podnóża wymarzonej góry. W tym miejscu wszystko, co najłatwiejsze, jest już za tobą. Zaczyna się właśnie długie podejście po stromych stopniach, obsypującym się kamienisto-trawiastym zboczu i często śliskim błocie. Długi Piarg to bardzo żmudny i wyczerpujący element szlaku na Rysy. To właśnie tu góra weryfikuje kondycję i gotowość organizmu na takie wyzwania. Mimo że technicznych trudności jeszcze tutaj nie ma, to zawracający ludzie na tym podejściu są nierzadkim widokiem.

Ścieżka nad Czarnym Stawem

Wzdłuż lewego brzegu stawu biegnie wąska ścieżka. Dalej widać już podejście Długim Piargiem i zakosy.

Po półgodzinnym podejściu, ścieżka wije się brzegiem Kotła pod Rysami, który jest jednym z najbardziej zacienionych miejsc w Tatrach. Tu możesz zacząć czuć chłód, a przy gorszej pogodzie robi się tam też bardzo ślisko, więc przydatnym sprzętem są kije trekkingowe, o dobrych butach górskich już nie wspominając, bo to mam nadzieję, że jest dla ciebie oczywiste.

Podejście na Rysya

Kije trekkingowe na podejściu są naprawdę dobrym kompanem.

Ponieważ nie chcę cię zniechęcać ani straszyć, to w całej tej udręce jest także niemały plus – widoki. No, pod warunkiem, że masz dobrą pogodę, bo ja już miałam okazję iść do góry, kompletnie nie wiedząc, co jest dookoła. Mam nadzieję, że ty będziesz mieć więcej szczęścia. Z tej perspektywy pięknie widać oba stawy i schronisko w dole. Po jakimś czasie znikną ci one z pola widzenia, ale spokojnie – nie na stałe i to dobry znak, bo świadczy o tym, że jesteś coraz wyżej. W drodze do łańcuchów miniesz bardzo charakterystyczny głaz na Długim Piargu (mi on się kojarzy z taką lwią skałą) – idealne miejsce na pamiątkowe foto. A wiadomo – takie są oblegane, więc czasem trzeba postać do niego w kolejce.

Droga na Rysy - charakterystyczny głaz

Miałam szczęście (albo byłam przezorna, wychodząc wcześniej), bo nie musiałam stać w kolejce do zdjęcia na głazie.

Pnąc się do góry, będziesz mijać również różnej wielkości tak zwane „wieczne śniegi”, co w przypadku drogi na Rysy widać gołym okiem już na początku podejścia, a nawet z Morskiego Oka. Pokaźne płaty śniegu zalegają tutaj w kotle i pod ścianami Buli przez cały rok. Bula pod Rysami jest kolejnym charakterystycznym punktem na twojej drodze. Raczej jej nie pominiesz, ponieważ w jej rejonie teren się ewidentnie wypłaszcza. Bula wznosi się na wysokości 2054 m n.p.m. Ale, uwaga! Szlak na nią bezpośrednio nie prowadzi, miniesz ją prawą stroną i zostawisz w tyle. To kolejne dobre miejsce na szybką regenerację, dlatego że zaraz, kilka kroków za nią, zaczynają się już pierwsze łańcuchy. W pobliżu Buli (z północno-wschodniej strony) wznoszą się Tomkowe Igły. Wyraźnie tu widoczne ostre turnie od razu rozpoznasz, bo nazwa „igły” pasuje do nich jak ulał.

Po ciepłej herbatce z ładnym widokiem czas na owiane grozą…

 

Trudności w drodze na Rysy

Do tej pory największymi trudnościami było strome podejście Długim Piargiem, długi dystans oraz osypujące się spod nóg i śliskie kamienie. Jeśli ten test przeszedłeś/aś bez problemu to super – czas na najciekawszy element szlaku. I tu też czas na moją dygresję: bardzo dużo osób zapuszcza się wysoko bez przygotowania, ponieważ szlak w ¾ długości rzeczywiście nie oferuje nic ciekawego, poza widokami. Będąc już tak blisko, ludzie bez wcześniejszego obycia ze skałą, ekspozycją i doświadczenia na łańcuchach, decydują się na kolejny krok w stronę trudności, nie bardzo wiedząc, czym one w zasadzie są. Jeśli też czujesz, że należysz do tej grupy, to mówię ci – zawróć, nie ma w tym nic złego. Góra nigdzie się nie wybiera. Naprawdę nie ma sensu się ścierać, jeśli choć drobna cząstka ciebie czuje, że nie jest pewna tego, co robi. Nagła panika przy zderzeniu z przepaściami i wymagającym terenem jest realnym zagrożeniem i cudownie, jak tylko na niej się kończy. Niestety ciągle jeszcze docierają na niziny gorsze historie, a twoje ryzyko naraża także innych, którzy znajdą się w pobliżu. Koniec dygresji.

Ekspozycja na łańcuchach

Ekspozycja na odcinku z łańcuchami jest naprawdę duża.

Skoro odpocząłeś/aś i wiesz, co robisz, możemy iść dalej.

 

Szlak na Rysy – łańcuchy

Do szczytu zostało czasowo około 1 – 1,5h. Łańcuchy od tego miejsca ciągną się w sumie na długości 300 m już do samego wierzchołka, ale są także miejsca, gdzie można na chwilę złapać oddech. W zasadzie pomiędzy grupami łańcuchów znajdują się przejścia zwykłą ścieżką. I bardzo dobrze, że one są, ponieważ musisz pamiętać, że szlak jest obustronny i często trzeba się mijać z osobami schodzącymi. Gdy wybierzesz się na szczyt w piękny letni dzień, to zapewne sam/a nie będziesz, a niektórym się spieszy do góry i mogą cię także mijać bokiem. Generalnie – trzeba uważać, im więcej jest ludzi dookoła – tym bardziej.

Początek trudności na Rysach

Trudności zaczynają się niepozornie. Kruchy szlak zamienia się w większe bloki, a w oddali widać łańcuchy.

Łańcuchami wkraczasz na skalną grzędę, która przebiega po lewej stronie żlebu, a dokładniej Rysy. Właśnie tej, o której większość myśli, że wzięła się z niej nazwa szczytu (tak naprawdę pochodzi ona od licznych rys na długim zboczu, które przechodzi przez Niżnie Rysy aż do Żabiej grani). Twoja droga będzie teraz cały czas stroma. Nieraz trzeba będzie zadrzeć wysoko nogę i trzymać się łańcucha. Są też miejsca, gdzie bez problemu można chwytać się skały. Granitowe tarcie daje pewny chwyt. Łańcuchy są poprowadzone przez bloki skalne, a czasem całkiem duże, bardziej gładkie płyty.

To, co będzie ci sprawiać największą trudność, to zależy od ciebie – Twoich umiejętności, siły, lęków, a nawet wzrostu. Ekspozycja co prawda jest cały czas bardzo duża, ale masz ją za plecami. Przez większą część tej wspinaczki będziesz podziwiać strukturę skały. Warto jednak czasem się rozejrzeć na boki, ponieważ znowu tutaj pięknie widać stawy, a także bardzo dokładnie grań Żabiego Konia – cel tatrzańskich wspinaczy.

Widok na stawy z drogi na Rysy

Warto się czasami odwrócić dla takich widoków 😉

 

Widoki ze szczytu Rysów

Grzęda kończy się wyjściem na przełączkę. Wszyscy piszą, że to najbardziej eksponowane miejsce na szlaku. I mają rację! Dlatego tu jeszcze się nie rozluźniaj. Przejście jest bardzo wąskie, a po obu jego stronach – przepaść ponad 500 metrów w dół. Nie będę pisać, że to najtrudniejszy odcinek, bo jak już wspomniałam – zależy co, na kim robi wrażenie. W każdym razie to miejsce poznasz na pewno, a z niego masz już 5 minut do szczytu. Poruszając się wschodnią stroną grani, mijasz jeszcze kilka łańcuchów, bloków skalnych i… jesteś na szczycie! Gratulacje!

Rysy

Ostatnie kroki w drodze na szczyt. Za eksponowaną przełęczą teren jest już dużo prostszy

Widoki zapierają dech. Możesz podziwiać jak na dłoni Wysokie Tatry Słowackie – na pierwszym planie doskonale widać Wysoką, a dalej również Ganek, Kończystą i Gerlach. W dole pięknie prezentuje się z całym swoim otoczeniem Mięguszowiecka Dolina. Widać także na północy szczyty wokół Doliny Rybiego Potoku i Dolinę Białej Wody. Rozróżnisz bez problemu również Tatry Zachodnie. W takich momentach można by mieć oczy dookoła głowy. Przy dobrej pogodzie z Rysów widać aż 80 innych szczytów i 13 stawów. Podobno przy idealnych warunkach widoczność jest na 200 km do przodu, więc realnie możesz zobaczyć nawet Kraków w oddali!

Rysy mają trzy wierzchołki, a ich najwyższy liczy sobie 2503 m n.p.m. (według najnowszych danych jest to jednak 2500 m n.p.m.) W całości znajduje się po stronie słowackiej, dlatego my pamiętamy zawsze wysokość wierzchołka granicznego, północno-zachodniego, czyli 2499 m n.p.m. Warto się pokusić o te 4 (a może tylko 1 ;)) dodatkowe metry i przejść na najwyższy wierzchołek. Przejście jest eksponowane, ale nie ma w nim trudności. To dosłownie kilka kroków.

Słowacki wierzchołek Rysów

Przejście na słowacki wierzchołek, a w tle Wysoka i Gerlach.

 

Kilka praktycznych wskazówek

Na koniec chcę ci zostawić parę praktycznych wskazówek, jeśli ci się spodobają, korzystaj śmiało.

Trudność szlaku: mówi się, że to jeden z najtrudniejszych szlaków w Tatrach. Wskazówka ode mnie: oswój się z ekspozycją i sztucznymi ułatwieniami, zanim wybierzesz się na Rysy. Na pierwszy raz świetnym wyborem jest Szpiglasowy Wierch od Doliny Pięciu Stawów lub Zawrat z Doliny Gąsienicowej. Rysy nie powinny być twoim pierwszym tatrzańskim szczytem, jeśli nie masz doświadczenia.

Pora roku i dnia: na Rysy najlepiej wybrać się oczywiście latem (lipiec i sierpień, a przy dobrach warunkach czerwiec i wrzesień). Wtedy dzień jest najdłuższy, a pogoda najładniejsza. Na szlaku nie powinno już być topniejącego śniegu. I wtedy też wchodzi najwięcej ludzi… Rysy to najwyższa góra w całych Tatrach, na którą prowadzi szlak turystyczny. Postaw na świt, i tak zapewne nie będziesz sam/a na szlaku, ale z prawdziwym tłumem miniesz się, już schodząc. W trudnościach lepiej nie stać w kolejce i nie przepychać się między sobą.

Pogoda: przed wyjściem pogodę zawsze należy sprawdzić, to oczywiste, ale doświadczenie nauczyło mnie, że w Tatrach najlepiej się sprawdza ta, którą aktualnie widać na niebie. Obserwuj chmury, mgły i wiatr na bieżąco, by w razie załamania zawrócić. W górach najpewniejsza pogoda jest rano, więc to kolejny powód, by wcześniej wstać. Popołudniu często jest zmienna i przychodzi załamanie. Weź też pod uwagę, że na szczycie temperatura będzie niższa o co najmniej kilka stopni, a wiatr potęguje zimno.

Co ze sobą zabrać? Dobrą kondycję, trochę zdrowego rozsądku i oczywiście ładną pogodę. A tak całkiem serio to dobrą poradę znajdziesz w naszym filmie:

Dla mnie święta trójca w górach to: buty, kurtka przeciwdeszczowa i plecak – to musi być pierwszorzędnej jakości, sprawdzone i niezawodne. Resztę można nadrobić doświadczeniem.

Zestaw typu via ferrata: ratownicy i pracownicy Tatrzańskiego Parku Narodowego sugerują używanie na szlakach ze sztucznymi ułatwieniami zestawu – uprząż i lonża. Jeśli tylko masz ochotę, to zabezpiecz się w ten sposób. Wcześniej jednak poćwicz przepinanie, żeby nie sprawić sobie kłopotu na wysokości. Weź też pod uwagę, że lonża będzie mniej płynnie przesuwać się po łańcuchu niż stalowej lince, więc wybierz taką z dużym prześwitem karabinków.

Ostrożność: naprawdę w takich miejscach jej nigdy za wiele. Rysy są obsypującym się szlakiem, zarówno w dolnej, jak i górnej jego części. Bądź ostrożny/a, by nie zrzucać kamieni na innych i czyjny/a, by wypatrywać tych, które mogą spaść na ciebie.

W MOKu (czyli schronisku nad Morskim Okiem) możesz zostawić duży plecak i udać się na szczyt z mniejszym pakunkiem, jeśli spędzasz w górach kilka dni.

Pamiętaj, że zejście trwa równie długo co wejście, więc zaplanuj na zdobycie Rysów cały dzień. To około 8 godzin z samego Morskiego Oka i z powrotem.

Jeśli masz czas, polecam schodząc, zjeść obiad w Roztoce – mają tam przepyszną kuchnię.

Na koniec pamiętaj, by kogoś poinformować o swoich planach i naładować telefon.

Do zobaczenia na szczycie!