Kurtki puchowe na jesień

Kurtki puchowe na jesień

W dzień całkiem ciepło i przyjemnie, szczególnie, kiedy stoi się w słońcu. Jednak gdy tylko złocista kula kryje się za horyzontem ciepło ucieka, temperatura spada czym prędzej. Można wtedy ukryć się z gorącą herbatą w schronisku, by przeczekać cały wieczór, noc i poranek. Można też założyć coś lekkiego i ciepłego, żeby spokojnie podziwiać nocne panoramy i świecącą nad głową Drogę Mleczną. Kurtka puchowa na jesień sprawdzi się wtedy doskonale.

Puchówki, chociaż kojarzą się z ubiorem stricte zimowym, znakomicie nadają się także na jesienne i wiosenne chłody. Podczas przejściowych pór roku  najlepsza będzie kurtka puchowa w wersji light. Nie tylko ze względu na wagę, ale także niewielką objętość i komfort termiczny, jaki daje. Nie zmarznąć to jedno, ale chodzi też o to, żeby w kurtce nie było… zbyt ciepło. W naszym przewodniku opowiemy, na jakie parametry warto zwrócić uwagę wybierając kurtkę puchową na jesień lub wiosnę.

Chłodne wieczory z puchówką – żaden problem! (fot. Rab)

 

Puch i pierze, czyli czym wypełnione są kurtki

O kurtkach z naturalną ociepliną zazwyczaj mówimy puchówki lub kurtki puchowe i generalnie jest to prawda. Tyle że ociepliną w nich stosowaną jest zarówno puch, jak i pierze. Puch to delikatne piórka rosnące tuż przy ptasiej skórze, które składają się w większości z… powietrza. Tak! To nie pomyłka. Puch zatrzymuje blisko skóry ciepłe powietrze ogrzane przez organizm. Zatem sam puch nie tyle grzeje, co izoluje. Chroni przed ucieczką tego ogrzanego powietrza i przed wymianą z powietrzem pochodzącym z zewnątrz. Pierze to pióra, które rosną dalej od skóry, mają niższe parametry izolacji, ale stosuje się je w odzieży puchowej, żeby zmniejszyć jej koszt. Poznasz je po tym, że przypominają pióra z ich charakterystyczną, twardą końcówką.

Do odzieży i sprzętu outdoorowego używa się puchu kaczego lub gęsiego. Za cieplejszy uznaje się puch gęsi i to nim wypełnia się kurtki na najtrudniejsze warunki. Natomiast wiosenna czy jesienna kurtka puchowa może być wypełniona zarówno puchem gęsim, jak i kaczym.

 

Parametry puchu

W kurtkach puchowych mamy kilka parametrów, na które warto zwrócić uwagę przy wyborze i zakupie.

  • Sprężystość – wyrażana w jednostkach cui (lub cuin), czyli anglosaskich calach sześciennych. Jednostka ta informuje, jaką objętość będzie miała uncja (znowu te anglosaskie jednostki!) puchu. Tu zasada jest prosta – im więcej tym lepiej, chociaż jednocześnie „tym drożej”. Nie bez znaczenia jest też fakt – tym cieplej. W kurtce puchowej na jesień 600-650 cui będzie naprawdę wystarczające.
  • Stosunek puchu i pierza – puch daje o wiele lepszą izolację, dlatego warto, żeby w kurtce było go jak najwięcej. Producenci podają stosunek puchu do pierza w prosty sposób np. 80/20 czy 90/10, oznacza to, że (w pierwszym przypadku) ocieplina składa się w 80% z puchu i w 20% z pierza. Jaki stosunek będzie miała dobra jesienna kurtka puchowa? Od 70% puchu powinno być OK. Tutaj też warto podkreślić, że oczywiście wraz ze wzrostem ilości puchu, w górę idzie cena całej kurtki.
  • Waga – czyli ilość puchu w kurtce. W kurtce puchowej na jesień nie musi być go dużo, zatem kurtka będzie raczej lżejsza, chociaż trzeba wziąć pod uwagę, że piszemy tutaj o samej wadze wypełnienia. To, ile ostatecznie będzie ważyć kurtka, zależy też od materiału zewnętrznego, ale o tym słów parę trochę później.
puch o różnej sprężystości

Puch o różnej sprężystości (fot. Rab)

 

Certyfikaty, czyli jak mądrze wybrać puch

Puch jest produktem naturalnym, na dodatek jego pozyskanie różni się od np. pozyskiwania wełny. Certyfikat RDS to swego rodzaju „zaświadczenie” dla tych, którym nie jest wszystko jedno, skąd pochodzi puch, którym wypełniono kurtkę bądź śpiwór. Oznacza, że zwierzęta były dobrze traktowane podczas hodowli, a puch pozyskano w sposób, który nie przyczynił się do ich cierpienia. Więcej o branżowych certyfikatach możesz przeczytać w artykule o Eko-certyfikatach w branży outdoor. Patagonia w swoich kurtkach puchowych stawia na puch, który pozytywnie przeszedł ocenę niezależnej organizacji NSF International. Także w tym przypadku oznacza to etyczne pozyskanie, a także prześledzenie całego łańcucha dostaw – od fermy po gotowy puch w fabryce.

 

Mokry puch

To, czego nie lubi puch, to woda. Mokry traci swoje właściwości izolacyjne, poza tym długo schnie. Dlatego producenci stosują specjalne zabezpieczenia, którym pokrywają pojedyncze kłębki puchu. Mówimy wtedy o puchu hydrofobowym, który co prawda nie jest całkowicie wodoodporny, natomiast na pewno w wilgotnym środowisku poradzi sobie zdecydowanie lepiej i dłużej utrzyma swoje właściwości termiczne niż puch bez takiej impregnacji. Ponieważ jesień i wiosna to pory roku słynące z mżawek, mgieł i dżdży, lepiej jeśli twoja kurtka puchowa będzie miała impregnacje. Taki impregnowany puch znajdziesz w modelu Featherlite Down Montane lub Forge Hoody Black Diamond. Możesz też na kurtkę puchową założyć hardshella, który zabezpieczy ją przed wodą, a ciebie przed utratą ciepła.

 

Materiał zewnętrzny

Delikatny puch a także pierze lubią „wychodzić” z materiału zewnętrznego. Dlatego też czołowi producenci odzieży i sprzętu puchowego starają się tak dobierać materiały zewnętrzne, by utrata puchu była jak najmniejsza. Materiał zewnętrzny musi pozwalać puchowi na rozprężenie się, a przy tym zachowywać niską wagę i dobrą kompresję. To wszystko po to, żeby kurtka puchowa mogła z tobą pojechać dosłownie wszędzie. Rab w swoich kurtkach stosuje tkaninę Pertex®, która cechuje się lekkością i wiatroodpornością (np. kurtka Microlight). Natomiast Patagonia skupia się na tym, by materiał był ekologiczny, wykorzystuje więc… butelki, by z przetworzonych tworzyw sztucznych stworzyć włókna do produkcji materiału zewnętrznego.

Puchówki często uszyte są tkanin rodziny Pertex (fot. Rab)

Producenci stosują także różne wzory przeszyć. Autorskie wzory i technologie mają dwa cele. Po pierwsze utrzymują puch we właściwym miejscu, a po drugie mają zapobiegać utracie izolacji.

Zwróć uwagę, by materiał zewnętrzny był zabezpieczony warstwą DWR. To hydrofobowe wykończenie utrudnia wnikanie wody w materiał zewnętrzny. Podczas deszczu zauważysz na powierzchni kurtki krople deszczu, które po prostu strząsasz, by nie wnikały do środka. Warstwa DWR radzi sobie dobrze z niewielkimi opadami deszczu, pozwalając ci wrócić do domu i gdy rozpada się na dobre zmienić kurtkę na coś wodoodpornego.

 

Jeśli nie puch, to co?

Wybór sztucznego wypełnienia, zamiennika puchu, stosowanego w kurtkach ocieplanych może przyprawić o ból głowy. Różnym rodzajom ocieplin przyjrzymy się w drugiej części poradnika o lekkich, ocieplanych kurtkach na jesień.

Skarpety trekkingowe na lato

Skarpety trekkingowe na lato

Planujesz letni wypad w góry, dobierasz każdy element ubioru, by jak najbardziej pasował do zmiennej pogody, która może spotkać cię na szlaku. Membrany, oddychające, techniczne materiały zarówno w odzieży, jak i obuwiu. Jednak przyznaj się szczerze, jak długo wybierasz skarpety trekkingowe? I czy przypadkiem nie jest to wybór mocno przypadkowy i, niezależnie od pory roku, ciągle taki sam.

Skarpety są często traktowane przez wiele osób po macoszemu. Takie mało znaczące coś. Ani to odzież, ani obuwie. To buty mają mieć (lub nie) membranę, porządną podeszwę, dobrą cholewkę. Od nich zależy komfort wędrówki. Opowiem wam pewną historyjkę, a jej puentę znajdziecie na końcu tego artykułu. Niech będzie dobrą tezą, że wybór skarpet w góry ma znaczenie.

Kilkanaście lat temu na obozie wędrownym w Bieszczadach urządziliśmy sobie konkurs stojących skarpetek. Być może nie uwierzycie, ale one rzeczywiście stały! Szczególnie, gdy właściciel nie zmieniał ich od trzech dni, a szlaki przemierzał w wojskowych butach. Oprócz przypadłości w postaci sztywnienia skarpetek, można też było zaobserwować zdarte do krwi pięty i palce stóp, które niekiedy wyłączały delikwenta z kolejnego dnia wędrówki. Byliśmy młodzi i twardzi, zatem był to tylko maksymalnie jeden dzień.

Dzisiaj dzielę się tym wspomnieniem z kpiarskim uśmiechem, bo wiem, jak ważny jest wybór właściwych skarpet w góry. Co prawda konkurs można by przegrać z kretesem, ale za to do wygrania są nogi bez odcisków gotowe do codziennych zmagań z górskimi szlakami. Marcin opisał swój eksperyment ze skarpetami Smartwool, dowodząc, że nie tylko nie sztywnieją po wielodniowym użytkowaniu, ale nawet nie śmierdzą.

 

Jakie skarpety sportowe wybrać na lato

Duży wybór skarpet turystycznych to z jednej strony błogosławieństwo (dla stóp), z drugiej przekleństwo wyboru. Jak zatem szukać, by znaleźć właściwe? I czy istnieją skarpety uniwersalne? Od razu zepsuję całą zabawę i powiem, że nie ma czegoś takiego jak skarpety, które sprawdzą się zawsze i wszędzie. Wybór powinien zależeć od pory roku, rodzaju aktywności, obuwia oraz specyficznych predyspozycji jak marznące lub przeciwnie, nadmiernie pocące się stopy.

Wiosna nadeszła na dobre, zatem skupię się na skarpetkach przeznaczonych na  cieplejsze pory roku. Są one cieńsze niż modele zimowe, ale – co może niektórych zadziwić – często mają podobny skład materiałów, z których je wykonano. Miłośnicy merino nie muszą wcale rezygnować z tej fantastycznej wełny. Wśród skarpet Smartwool znajdziesz modele wiosenno-letnie,  w których wykorzystano włókna merynosowe. Nie musisz się obawiać, że będą zbyt ciepłe. Merino jest włóknem aktywnym, co oznacza, że świetnie chroni przed różnymi warunkami – zimą grzeje, latem nie pozwala na przegrzanie. Ponadto warto mieć na uwadze antybakteryjność tej wełny, która przekłada się na ich dłuższą świeżość. Skarpety z merino są także miękkie i delikatne dla stóp, co z pewnością docenisz podczas wielogodzinnego użytkowania. Pamiętasz konkurs, o którym pisałam wcześniej – z merino nie ma co liczyć na zwycięstwo, ale na komfort zdecydowanie tak.

Skarpety sportowe po wspinaczce

Innymi włóknami, z którymi możesz zetknąć się w letnich modelach skarpet turystycznych są poliestrowe włókna Coolmax. Ich budowa sprawia, że błyskawicznie odprowadzają wilgoć. Dzięki temu po pierwsze ryzyko spada ryzyko zapocenia butów, a co za tym idzie powstawania urazów. Po drugie zaś – masz uczucie chłodniejszych, a więc mniej zmęczonych stóp.

Częstym błędem, który sama także popełniałam, jest założenie, że skarpety trekkingowe, to skarpety grube. Nawet na upalne lato. Cóż za nieporozumienie. Po ośmiu godzinach wędrówki po włoskich ferratach miałam ochotę ciepłe skarpety wyrzucić jak najdalej i chcąc nie chcąc w turystycznych sklepach w Arco oglądałam na wystawie… skarpety.

 

Długość skarpet trekkingowych dobierz do butów

Dobierz długość skarpetek do wysokości cholewki buta. Rada niby trywialna, a często – szczególnie wśród męskiej części populacji – można dostrzec, że ta prawda traktowana jest z niedowierzaniem. Do lekkich butów biegowych spokojnie wystarczą skarpetki należące do grupy micro lub mini. Mają one tę zaletę, że zakrywają tylko tyle stopy, ile trzeba, by chronić ją przed  urazami mechanicznymi w butach (otarciami, odciskami), a jednocześnie pozwalają na swobodną wymianę ciepła. To ważne przy biegach terenowych lub długodystansowych, by pozwolić skórze nóg na swobodne oddychanie, a co za tym idzie, regulowanie temperatury.

Średniej długości skarpety tuż nad kostkę dobierz do butów podejściowych, natomiast te do połowy łydki – do wysokich butów trekkingowych. W ten sposób połączysz wygodę i bezpieczeństwo podczas trekkingów.

Sprawę skarpet zakładanych do sandałów wolałabym przemilczeć. Jeśli jednak z jakiegoś względu (oby tylko nie estetycznego!) musisz je założyć – zrób z tego performance. Niech cię zauważą i docenią, zamiast wyśmiać.

 

Rozwiązania konstrukcyjne skarpet Smartwool

Znani producenci odzieży outdoorowej, w tym także skarpet, prześcigają się w rozwiązaniach, które zapewnią użytkownikom najwyższy komfort. Proponują np. damskie skarpety trekkingowe, które charakteryzują się węższą budową, lepiej dopasowaną do drobniejszych stóp, a także inną kolorystyką. Powszechnie bowiem wiadomo, że tam, gdzie mężczyźni widzą tylko kolor niebieski, panie użyją kilkunastu nazw, dla każdego z odcieni osobnej. Przekonaj się i zobacz damskie skarpety Smartwool w różnych kolorach.

Wzorzyste skarpety sportowe

Niemal wszystkie modele skarpet mają w okolicy palców płaskie szwy, które nie powodują odcisków podczas wędrówek. Standardem są także wentylowane strefy w wierzchniej części skarpetki. Stosowany tam luźniejszy splot typu mesh ułatwia wentylację. Strefa ta pokrywa się w umiejscowieniem języka, dzięki czemu nadmiar ciepła jest naprawdę skutecznie odprowadzany.

Smartwool dla modeli swoich skarpet podaje zawsze poziom amortyzacji, jaki one oferują. Jest to jednocześnie jedna z informacji przydatnych przy wyborze skarpet ze względu na teren, typu wędrówki i pogodę.

Porównanie stopnia amortyzacji oraz przeznaczenia skarpet (rys. Smartwool)

System 4 Degree odpowiada za idealne, ale bezuciskowe dopasowanie skarpetki. System łączy w sobie strefy wentylacyjne i amortyzacyjne. Taka budowa odpowiada zatem z jednej strony za szybkie odprowadzanie ciepła, z drugiej dba o wygodę przede wszystkim pięt i palców, a zatem tych miejsc, które są najbardziej narażone na  powstawanie odcisków. Specjalne ściągacze rozmieszczone pod łukiem stopy, na jej wierzchu i w okolicy kostek zapewnia właściwe ułożenie skarpety przez całą wędrówkę oraz wzmacniają ochronę przed kontuzjami. Dzięki nim możesz zapomnieć o denerwującym ześlizgiwaniu i rolowaniu się skarpetek.

 

Wróćmy do opowieści sprzed lat. Współczesne skarpety, które powstały z najnowocześniejszych przędz raczej nie wygrałyby naszego bieszczadzkiego konkursu. Nic jednak straconego. Chociaż zwycięzca przez cały dzień pławił się w sukcesie, dziwnym trafem, gdy przyszedł wieczór miał problem, w którym namiocie będzie spać. Wtedy ów zaszczytny tytuł stał się przeszkodą. W skarpetach z wełny merino możesz zapomnieć o nieprzyjemnych zapachach po wędrówce. W tych, w które mają coolmax, będzie ci przyjemnie chłodno w stopy. Nowoczesna konstrukcja zadba o bezpieczeństwo i wygodę podczas wędrówki. Dzięki nim w trakcie zdobywania połonin, szczytów czy grani ciesz się wędrówką i… zapomnij o skarpetach.

Sztuczny puch – kurtki na jesień

Sztuczny puch – kurtki na jesień

Kurtki puchowe są lekkie, ciepłe i świetnie się kompresują. To wszystko prawda. Jednak druga strona medalu to ich słaba odporność na wilgoć i wysoka cena oraz budzący niekiedy wątpliwości sposób pozyskiwania puchu. Kurtki ze sztucznym ociepleniem są coraz doskonalsze i tańsze. Czy zatem kurtka z syntetycznym wypełnieniem może konkurować jakością z kurtką puchową?

Jak zwykle w takich momentach odpowiedź cisnąca się na tak postawione pytanie brzmi: to zależy. Przede wszystkim od celu, miejsca i klimatu, w którym będzie użytkowana. Generalnie – poza naprawdę ekstremalnymi wysokościami bądź mega niskimi temperaturami – kurtki ze sztucznymi ocieplinami radzą sobie równie dobrze, jak puch, a niekiedy nawet lepiej. Szczególnie jesienią. W poprzednim tekście omówiłam kurtki z puchem naturalnym, teraz pora na część drugą – czyli kurtki jesienne ze sztuczną ociepliną.

Włókna naśladujące naturę, czyli sztuczny puch

Syntetyczne ociepliny, których zadaniem jest izolowanie od niskich temperatur, nazywane są niekiedy zbiorczo „sztucznym puchem”. I dzieje się tak nie bez powodu. Naukowcy w laboratoriach próbują bowiem odwzorować strukturę puchu. Wiadomo bowiem, że puch nie tyle grzeje, co izoluje, zatrzymując ogrzane powietrze blisko ciała. Celem poszukiwań i badań jest stworzenie takiej plątaniny sztucznych włókien, by pozwalały na efektywne zatrzymanie jak największej ilości ogrzanego powietrza.

Jednym z pionierów wykorzystywania syntetycznych materiałów była oczywiście armia amerykańska, na potrzeby której – i pewnie za wielkie kwoty – prowadzono badania nad „sztucznym puchem”. Efektem było powstanie ociepliny PrimaLoft. Ocieplinę w jej różnych wariantach stosują z powodzeniem The North Face, Salewa czy Rab. Do dziś jest najbardziej znanym sztucznym zamiennikiem puchu i zwykło się mówić kurtka z primaloftem nawet wtedy, gdy w wewnątrz znajduje się zupełnie inne syntetyczne wypełnienie. Gdy już bowiem raz zaprzęgnięto włókna poliestrowe w służbę walki z mrozem, starano się robić to coraz lepiej i (czy też lub) pod własną marką.

Obecnie istnieje co najmniej kilkanaście różnych ocieplin, w których główną rolę odgrywa poliester. Do najbardziej znanych należą Thinsulate™ Featherless i Cirrus™ – stworzone przez firmę 3M i stosowane w kurtkach Marmot. W ocieplinę Coreloft wyposaża w swoje kurtki ocieplane Arc’teryx, natomiast Montane wykorzystuje Polartec Alpha.

Zalety i kilka wad

  • Kurtki z syntetycznym ociepleniem w niektórych sytuacjach będą się sprawdzać lepiej niż ich puchowe odpowiedniki. Włókna są przede wszystkim tańsze w produkcji niż pozyskiwanie puchu, szczególnie puchu o dużej sprężystości i dobrym stosunku puchu i pierza. Argument ekonomiczny to częsty powód wyboru kurtek ze sztucznym ociepleniem. Ale nie jedyny i nie ostateczny.
  • Kurtka ze sztucznym ociepleniem lepiej sprawdzi się wszędzie tam, gdzie chłód łączy się z wilgocią. Ocieplinom stworzonym w laboratorium nie tylko wilgoć i woda nie szkodzą (dla przypomnienia puch się zbija), ale nawet gdy zostaną zmoczone, nadal zachowują swoje właściwości izolacyjne. Dlatego nie musisz obawiać się nadchodzących znikąd chmur i deszczu. Jesienne słoty w górach lub w mieście przestaną być dzięki temu utrapieniem. Co więcej kurtka ze sztuczną ociepliną wysycha o wiele szybciej niż wypełniona zaimpregnowanym puchem.
  • Oddychalność kurtek ze sztuczną ociepliną jest o wiele lepsza niż wypełnionych naturalnym puchem. Dlatego bardzo dobrze sprawdzają się w przypadku aktywności o sporym stopniu intensywności. Możesz wtedy liczyć na sprawne odprowadzenie wilgoci na zewnątrz, a więc i na dobrą termoregulację.
  • Kurtki ze sztucznym puchem o wiele łatwiej utrzymać w czystości. Można je prać po prostu w domowej pralce. Po wypraniu szybko schną i błyskawicznie odzyskują swoje właściwości termiczne. To ważne szczególnie, gdy w twoim kalendarzu przygoda goni przygodę.

Kurtka Thermoball The North Face

  • Naukowcy ciągle pracują nad lepszą sprężystością. Obecnie sztuczne ociepliny są w stanie „naśladować” puch gęsi do sprężystości ok. 600-700 cui. To wystarczająco dla zdecydowanej większości zastosowań o charakterze turystycznym. Takie ocieplenie sprawdzi się jesienią, nawet gdy lekki przymrozek ciągle czuć będzie nad ranem. Takie parametry to zbyt mało do najbardziej ekstremalnych warunków. W najwyższych górach i na biegunach puchowe kurtki nie mają sobie równych.
  • Ze sprężystością wiąże się także stopień kompresji. Niestety nie ma jednego parametru, który by go określał. Prace trwają także na tym polu, żeby zapewnić poliestrowym włóknom jak największą kompresję. Objętość kurtki po złożeniu to w niektórych przypadkach bardzo ważny argument przemawiający za zakupem danego modelu. Dobra wiadomość jest taka, że sztuczne ociepliny klasy premium mają kompresję, którą śmiało można zestawić z kompresją naturalnego puchu.
  • Podobnie jest z wagą. Naturalny puch pozostaje wciąż niezrównany jeśli chodzi o stosunek wagi i izolacji. W tej materii zdecydowanie producenci i naukowcy mają jeszcze nad czym pracować. Obecnie im więcej sztucznej ociepliny (np. PrimaLoft) tym kurtka cieplejsza. Jednocześnie im jest jej mniej, tym bardziej zaspokaja potrzeby najbardziej dynamicznych użytkowników. Patrząc jednak na rozwój tego segmentu odzieży możemy przypuszczać, że producenci jeszcze nas zaskoczą wagą i jakością kurtek ze sztucznymi ocieplinami.

Eko i nie eko

Dla niektórych osób sam fakt pochodzenia puchu budzi etyczny sprzeciw przed używaniem go w odzieży i sprzęcie. Z ocieplinami syntetycznymi jest łatwiej, ponieważ nie pochodzą od zwierząt. Jednak poliester jest włóknem syntetycznym, a zatem jego powstanie wiąże się z kosztem środowiskowym. Jeszcze większy na środowisko wpływ mają poliestrowe śmieci. Dlatego też coraz więcej producentów stosuje w swoich wyrobach włókna poliestrowe pochodzące z recyklingu. Ten obecnie światowy trend pozwala na przetworzenie tego, co do niedawna lądowało na wysypiskach śmieci i ponowne wykorzystanie surowców. Ociepliny pochodzące z recyklingu często mają dopisek Eco w swojej nazwie. Tak jest w przypadku PrimaLoft Eco czy 3M™ Thinsulate™ Eco Featherless.

Nie puch i nie syntetyk

Na rynku outdoorowym pojawiają się także kurtki hybrydowe, w których połączono wypełnienie naturalne i syntetyczne. Tam, gdzie potrzebne jest najwięcej ciepła, czyli w obrębie torsu możesz liczyć na niezawodność np. naturalnego puchu. Natomiast w miejscach o większej potliwości lub narażonych na opady, stosowana jest ocieplina sztuczna. To dobre rozwiązanie jeśli wybierasz się na wymagającą wspinaczkę, gdzie mimo chłodu, będziesz dużo czasu spędzać w ruchu. Kurtka częściowo jest odporna na wodę, zatem przelotny deszcz nie powinien wyrządzić jej krzywdy.

Kurtka Hyperia Icebreaker

Jeszcze innym rodzajem ociepliny, która nie wpisuje się ani w kategorię puch, ani w „sztuczny puch” jest MerinoLoft®. Naturalna ocieplina pochodząca z wełny merino, którą w swoich kurtkach proponuje marka Icebreaker. Włókna merino mają większość zalet sztucznych ocieplin – są lekkie, ciepłe, oddychające i „działają” nawet wtedy, gdy są wilgotne. Są również biodegradowalne, a ich pozyskiwanie jest zdecydowanie bardziej etyczne od puchu. Czyżby właśnie merino zdobywało kolejny segment rynku odzieży outdoor?

Nie tylko jednak merino, także wełna tyrolskich owiec wypełnia kurtki. W zeszłorocznej kolekcji marki Salewa pojawiła się ocieplina TirolWool® Celliant łącząca w sobie naturalną wełną i sztuczne włókna. Taki mariaż to więcej ciepła, które jest zatrzymywane blisko ciała, lepsza oddychalność i większa odporność na wilgoć.

Kurtki ocieplane na jesień to cała gama produktów. Jeśli działasz w chłodniejszym, ale suchym terenie kurtki z puchem naturalnym będą dobrym wyborem. Dzięki impregnacji puchu nie musisz martwić się przelotnym deszczem. Natomiast w przypadku bardziej niepewnej pogody, mniejszego budżetu lub dużej intensywności działań sprawdź ofertę kurtek ze sztucznym ociepleniem.

Via ferrata blisko Polski – cz. III, Góry Żytawskie, Niemcy

Via ferrata blisko Polski – cz. III, Góry Żytawskie, Niemcy

Via ferraty mają także nasi zachodni sąsiedzi. Te najbliższe Polski poprowadzono w przepięknych Górach Żytawskich, przypominających nieco bardziej znaną Szwajcarię Saksońską. Tutejsze krajobrazy utworzyły skały piaskowcowe przez wieki poddawane erozjom. Nie są to wysokie góry i skały, a jednak dostarczają niezapomnianych wrażeń i przygód.

W poprzednim tekście przedstawiłam Wam dwie czeskie miejscówki ferratowe. W tym natomiast zapraszam do poznania ubezpieczonych szlaków w Niemczech – tuż przy granicy polsko-niemiecko-czeskiej. Polecam szczególnie gorąco dwa miejsca, w których możecie zasmakować zupełnie innych wrażeń niż na ferratach czeskich – to Oybin oraz Jonsdorf, miejscowości oddalone od siebie zaledwie 10 min. jazdy samochodem, warto je zatem odwiedzić podczas jednego wyjazdu. Z Dolnego Śląska można się tam wybrać na jednodniowy wypad – z Wrocławia droga na miejsce zajmuje 2,5 godziny. Przed wyjazdem zalecam śledzenie prognoz pogody. Wchodzenie na ferraty w czasie deszczu oraz po ustaniu opadów, gdy skały są jeszcze wilgotne, jest zakazane.

 

Via ferrata Nonnensteig

Nad południową częścią uroczego miasteczka Jonsdorf górują wzgórza zwieńczone piaskowcowymi formacjami skalnymi. Jako że ludzie lubią takie formy porównywać z czymś, co znają, te porównano do grupy zakonnic i stąd ich nazwa Nonnensteig. Tak też została nazwana via ferrata, którą poprowadzono po „zakonnych” skałkach. Na szczycie wzgórza postawiono urocze schronisko, do którego można też dotrzeć wygodnym szlakiem.

Parkowanie i dojście do ferraty

W miejscowości Jonsdorf (kurort) należy kierować się na ul. Groβschönauer. Ma ona charakterystyczny kształt litery „U”, na dole znajduje się duży i wygodny parking (płatny – 2 euro/2 godz.). To miejsce, z którego najszybciej, bo w ok. 10-15 min. można dotrzeć do via ferraty. Miasteczko jest bardzo popularnym miejscem odpoczynku i w letni dzień raczej będzie tam tłoczno, a co za tym idzie mogą być problemy ze znalezieniem miejsca do parkowania. Wtedy ratunkiem mogą być inne parkingi, z których niestety dojście do ferraty zajmie więcej czasu. Z doświadczenia wiem, że najlepiej przyjechać tam dość wcześnie lub popołudniu. Całość – dojście do ferraty, przejście jej i powrót – można zmieścić w dwóch godzinach. Warto zabrać ze sobą plecak, gdzie oprócz sprzętu ferratowego znajdzie się miejsce na coś do picia.

Górujące nad Jonsdorfem Skały Zakonne – tamtędy poprowadzono via ferratę (fot. archiwum własne).

Wejście na ferratę znajduje się przy szlaku wiodącym do schroniska Berggasthof Nonnenfelsen. Z parkingu najprościej jest ruszyć wzdłuż drogi w kierunku hotelu Gondelfahrt, następnie skręcić w lewo i obejść niewielki staw. Alejka prowadzi wokół łąki, z niej doskonale widać cel i zarazem kierunek wędrówki. Przy małym basenie wchodzimy w lasek i mając skały po prawej, a łąkę i strumyczek po lewej stronie idziemy do skrzyżowania. Wystarczy skręcić w prawo, by natknąć się na tablicę informacyjną via ferraty Nonnensteig. To pora, by uzbroić się w uprząż, lonżę i kask.

Atrakcje ferraty Nonnensteig

Via ferratę poprowadzono przez skały z piaskowca. Jest to zupełnie inny typ szlaku, niż te w Decinie, a nawet Vodni Brana, o których pisałam ostatnio. Ferrata biegnie niejako „wzdłuż” zwykłego szlaku (albo raczej nad nim) – wychodzi z niego, a na szczycie z powrotem się z nim łączy. Lecz o ile zwykła droga to po prostu wygodna aleja w lesie, o tyle ferrata oferuje mnóstwo dodatkowych atrakcji i zahacza niemal o każdą napotkaną skałę.

Wejście na ferratę zaczyna się od drabinki, w którą układają się klamry zamocowane w skalnym zacięciu. Pierwszą z atrakcji ferraty Nonnensteig jest mostek łączący dwie grupy skalne. Nie ma się co bać – mostek jest wygodny, bezpieczny, a osoby mniej oswojone z wysokością z radością przyjmą wiadomość, że akurat w tym miejscu ekspozycji za dużej nie ma. Drugi mostek – tym razem już mniej stabilny, wykonany z trzech stalowych linek – jest ostatnią przeszkodą wiodącą do celu. Zawieszono go nad szlakiem, zatem często można spotkać turystów, którzy zadzierają głowy, by wypatrzeć ferratowych akrobatów.

Podczas przechodzenia tej ferraty natkniecie się zarówno na klamry wbite w skałę, jak naturalne pęknięcia czy nierówności piaskowca wzdłuż których poprowadzono stalową linę. Jest parę miejsc, w których trzeba zaufać sile własnych rąk oraz wąskie przejścia, w których można poruszać się poprzez prowadzenie tułowia na jednej ścianie, zaś nóg i rąk na ścianie położonej naprzeciwko (w jaskiniach nazywamy te techniki zapieraczką lub rozpieraczką).

Przyznam się szczerze, że via ferrata Nonnensteig jest moim ulubionym szlakiem ubezpieczonym w pobliżu Polski i zawsze chętnie na nią wracam. Odkrywam też wtedy ze zdumieniem, że jest całkiem długa i ma trudniejsze kawałki. Jednak nie na tyle trudne, by sobie z nimi nie poradzić. Większość trasy jest niezwykle malownicza i miło jest czasem przysiąść na głazie lub po prostu podziwiać widoki. To, co przydaje się to buty z dobrą podeszwą – najlepiej niezawodnym Vibramem – które dają dobre oparcie nogom w czasie pokonywania płaskich odcinków na zupełnie gładkich ścianach.

Czas, jaki zajmuje przejście ferraty zależy od grupy i jej sprawności. Przy wejściu podana jest informacja o 30 min., aczkolwiek trasa jest tak malownicza, że nie warto się spieszyć.

Dla kogo via ferrata Nonnensteig

Tak naprawdę na tej ferracie da sobie radę każdy w miarę sprawny turysta. Nie ma tutaj dużej ekspozycji, zatem będzie dobra nawet dla osób, które odczuwają dyskomfort na wysokości czy w wielkiej przestrzeni. Jeden trudniejszy moment to wejście na drabinkę, która jest w lekkim przewieszeniu. To miejsce, w którym dla niedoświadczonego „ferratowicza” może się przydać pomoc kogoś z dołu. Poza tym – idealna ferratka, by zacząć przygodę z żelaznymi perciami.

Warto zapoznać się z praktycznymi informacjami znajdującymi się na tabliczkach przy wejściu na ferratę. Za złamanie zakazu wejścia, gdy skały są mokre (w czasie deszczu lub po ustaniu opadów), trzeba się liczyć z mandatem w wysokości 100 euro (ośmielam się twierdzić, że za osobę). Ferrata jest zamknięta od 15 grudnia do  31 marca każdego roku.

 

Via ferrata Alpine Grat – duża ekspozycja i świetne widoki

Alpine Grat to via ferrata nieco trudniejsza od Nonnensteig w Jonsdorfie. Przede wszystkim trudniej ją znaleźć, a poruszanie się po niej wymaga pewnego obeznania z ekspozycją. Chociaż znam takie osoby, dla których była to pierwsza ferrata, i stała się miłością od pierwszego wrażenia.

Parkowanie i dojście do ferraty

Ferrata Alpine Grat zlokalizowana jest nieopodal miejscowości Oybin. Charakterystycznym punktem, do którego trzeba się kierować w poszukiwaniu miejsca parkingowego, są skalne kielichy czy też grzyby z czerwonawego piaskowca (Kelchstein). Warto je przy okazji obejrzeć, bo są to ciekawe i bardzo ładne formacje. Żeby trafić na właściwą ścieżkę, której w okolicy trochę się krzyżuje, najlepiej stanąć tyłem do wjazdu na parking. To będzie droga bez szlabanu, biegnąca na wprost. Dojście do ferraty zajmuje jakieś 15-20 min. marszu przez las. Niestety brak tam dobrego oznaczenia, trzeba więc wypatrywać miejsca, gdzie po prawej stronie jest ni to przecinka, ni polana. Po prostu zarośnięty krzakami kawałek terenu prowadzący do podnóża skał. Skał, których w okolicy Oybina nie brakuje. Wśród tych zarośli stoi nawet tablica informująca, że to właściwe miejsce – jeśli będziecie jej wypatrywać, raczej jej nie ominiecie. Druga tablica z przepisami i informacjami o bezpieczeństwie stoi u podnóża skał, a więc zaraz przy starcie ferraty.

Alpine Grat – opis ferraty

Ferrata ta położona jest między dwoma, biegnącymi równolegle szlakami. Szkopuł w tym, że szlaki te są położone na różnych wysokościach. Dolny (start ferraty) u podnóża skał, a górny (koniec) na ich szczycie. Dla osób, które cenią sobie twardy grunt pod nogami mam dobrą wiadomość – do miejsca finiszu można dojść wygodnie szlakiem i z balkonu widokowego podziwiać okolicę oraz śmiałków na via ferracie.

Tłok na ferracie Alpine Grat (fot. A. Robak).

Podobnie jak ferrata w Jonsdorfie, Alpine Grat także zaczyna się od drabinki w postaci klamer wbitych w ścianę. Dopiero po pokonaniu paru stopni zaczyna się stalowa lina ubezpieczająca cały przebieg ferraty. Ferrata w zasadzie cały czas ma przebieg pionowy, niewiele jest płaskich odcinków i są one zazwyczaj bardzo krótkie. To ważne, bo w miejscach pionowych trzeba zachować nie tylko ostrożność, ale także bezpieczne odstępy pomiędzy wędrującymi osobami. Przy wielu osobach na via ferracie, może to wpływać na dłuższy czas jej pokonywania. I tutaj uwaga dla niecierpliwych – nie poganiamy, nie komentujemy, nie wyprzedzamy (poza tymi płaskimi odcinkami) innych osób. Ekspozycja niektórym dodaje skrzydeł, a innym podcina.

Komu spodoba się ferrata Alpine Grat?

Na pewno ferrata spodoba się osobom obeznanym z wysokością i tym, które lubią przy okazji pooglądać, co jest dookoła. Jej położenie sprawia, że dość szybko wychodzi się powyżej drzew. Można podziwiać widać nieodległy Oybin, a także wystające gdzieniegdzie stare skały piaskowcowe tworzące krajobraz Gór Żytawskich. Ferrata nie jest długa, jej pokonanie zajmuje pół godziny (chyba że utknie się w „korku”). Nie ma też na niej technicznych trudności, większość trasy pokonuje się po sztucznych ułatwieniach takich jak klamry czy pręty. Jedynie zakończenie wymaga większej sprawności, trzeba bowiem pokonać barierkę balkoniku widokowego – jeśli jest na nim sporo ludzi, trzeba się nagłówkować, jak to zrobić na piątkę ze stylu.

 

Bonus – ferratki w Oberoderwitz

Zostało Wam trochę czasu? Możecie pojechać do miejscowości Oberoderwitz, by przejść się po tamtejszych ferratkach. Są one krótkie – jedna wyceniana na B (zatem to ledwie trudniejszy szlak), druga na C/D i ona wymaga trochę zacięcia. Ferratki znajdują się na wzgórzu Spitzberg. Najlepiej zaparkować na parkingu przy lesie, wystarczy zaledwie 5 min., żeby znaleźć się na miejscu, nie trzeba brać ze sobą zabierać plecaka. Bez wody też można się spokojnie obejść, bo trasy te są naprawdę krótkie.

Łatwiejsza ferrata znajduje się przy lewym krańcu dużej wycinki leśnej. Jest tam udeptana ścieżka, a pod skałą można dostrzec tablicę informacyjną. Trasa, którą wiedzie, nie stanowi żadnych problemów, szczególnie dla kogoś, kto poradził sobie w Jonsorfie, Oybinie czy Decinie.

Trudniejsza ferrata, która nazywa się dokładnie tak, jak wzgórze, czyli Spitzberg,  zaczyna się poziomym trawersem. Można go odpuścić i podejść ścieżką pod pionową skałę, ale… nie warto! Pokonanie tego trawersu to zmierzenie się z trudnością D i sprawdzian nie tylko dla siły rąk, ale także podeszwy butów. Po trawersie jest już łatwiej, chociaż cały czas pionowo w górę. I to dosłownie pionowo. Ferrata biegnie równolegle do pobliskich dróg wspinaczkowych. Tutaj nie znajdziecie sztucznych ułatwień (poza stalową liną), trzeba więc piąć się po skale. Tradycyjnie w takich przypadkach – warto zachować rozsądną odległość pomiędzy poszczególnymi osobami.

Na szczycie znajduje się schronisko (dobrze wiedzieć, że tamtejszy parking przeznaczony jest tylko dla gości lokalu) oraz punkty widokowe. Przy dobrej pogodzie ze Spitzbergu można dostrzec Karkonosze i Jeseniki.

Widok z ferraty Alpine Grat na Oybin (fot. archiwum własne).

 

Via ferraty to coraz popularniejszy sposób na górskie eskapady. Oczywiście tego typu szlaki wymagają wyposażenia w uprząż, lonżę (sprawdź jaką), kask i rękawiczki. Jednak po tej „inwestycji” jest to ten rodzaj sportu, za który nie trzeba dodatkowo płacić. Nie trzeba, ale można. Przegląd i utrzymanie ferrat kosztuje i są to niemałe pieniądze. Dlatego kluby (w tym przypadku DAV) zachęcają do wrzucania datków do skarbonek umieszczonych na szlaku. Jeśli zatem macie w kieszeni nawet 1 czy 2 euro warto dorzucić się do szczytnego celu jakim jest bezpieczeństwo i rozwój rejonów ferratowych.

Nie trzeba jechać od razu do Włoch czy Austrii, by zasmakować ferratowej przygody. Ferraty blisko Polski to dobry poligon doświadczalny i miejsca, gdzie możecie sprawdzić się przed wyruszeniem na legendarne żelazne percie setki kilometrów od domu. Kiedy zaś połkniecie bakcyla, nie pozostaje nic innego jak „zaklepanie” długiego weekendu lub urlopu i obranie kierunku na południe. W naszym cyklu ferratowym spodziewajcie się jeszcze opisu żelaznych dróg w Dolomitach i Alpach Salzburskich.

Polecam także czeską aplikację Ferrata Guide, która po ostatniej aktualizacji ma także angielską wersję językową.

 

Tatry zimą – 10 przykazań zanim pojedziesz tam pierwszy raz

Tatry zimą – 10 przykazań zanim pojedziesz tam pierwszy raz

Jeśli Tatry latem, jesienią czy wiosną zawładnęły twoim sercem, spróbuj odwiedzić je także zimą. Zobaczysz wówczas ich jeszcze piękniejszą stronę. Nie są tak straszne, jak się wydają. O ile oczywiście zachowasz zdrowy rozsądek i będziesz pamiętać o kilku podstawowych zasadach. Większość z przedstawionych poniżej „przykazań” sprawdzi się zresztą nie tylko w Tatrach, ale każdych polskich górach. Korzystajcie ze śniegu i mrozu, bawcie się dobrze, no i przede wszystkim bezpiecznie.

1. Sprawdzaj pogodę przed wyjazdem i w jego trakcie

Pogoda podczas zimowych wędrówek odgrywa rolę kluczową. Pamiętaj, że to ty musisz dopasować swoje górskie plany do warunków pogodowych. To nie czas na to, by za wszelką cenę wejść na wymarzony szczyt. Zdanie „jakoś to będzie” zimą w górach nie powinno w ogóle padać.

W Tatrach służby – zarówno parkowe (TPN), jak i ratownicze (TOPR) – na bieżąco monitorują nie tylko stan pogody, ale także szlaków. Potraktuj ostrzeżenia poważnie i, co najważniejsze, krytycznie podejdź do własnych umiejętności. Jeśli latem jakiś szlak sprawił ci trudność, zimą może się okazać nie do pokonania, a na pewno jego przejście zajmie o wiele więcej czasu.

Gdy już dotrzesz pod tatrzańskie wierchy, uważaj także na piękną, słoneczną pogodę. Szczególnie jeśli poprzedziły ją duże opady śniegu. To najbardziej zdradliwa zimowa pogoda w górach, która bezpośrednio wiąże się z rosnącym zagrożeniem lawinowym.

Szałasy na Hali Gąsienicowej. Obowiązywał wtedy 3. stopień zagrożenia lawinowego.

 

2. Sprawdzaj stopień zagrożenia lawinowego

Ten punkt nawiązuje do poprzedniego, ponieważ sytuacja lawinowa zależy od pogody. W dużym skrócie – najbardziej niebezpieczny jest ładny, słoneczny dzień, który nastąpił po obfitych opadach śniegu. Im opadów było więcej, tym poprawa pogody bardziej powinna nas zaalarmować i postawić w stan ostrożności. Nie musisz sam badać stopnia zagrożenia lawinowego. Od pierwszych większych opadów śniegu na stronach TPN i TOPR pojawiają się stosowne informacje. Są one dostępne także m.in. przy wejściu na teren Parku i na specjalnych ekranach w schroniskach, a ostatnio także w niektórych zakopiańskich kwaterach.

Skala, którą przyjęto do oznaczania zagrożenia lawinowego, jest międzynarodowa i zaczyna się od stopnia pierwszego. Im wyższy, tym zagrożenie większe, a schodzenie lawin jest możliwe przy mniejszym obciążeniu i na stokach o niższym nachyleniu. Najwyższy to stopień piąty i oznacza on ekstremalne zagrożenie oraz wiąże się z całkowitym zakazem wyjścia w góry. Nie znaczy to jednak, że wszystko poniżej „piątki” to ostrzeżenia na wyrost. Ostrożność należy zachować już od pierwszego stopnia, mimo że towarzyszy mu opis o dobrze związanej pokrywie śnieżnej, a przy trzecim poważnie się zastanowić przed każdym wyjściem w góry, dokładnie sprawdzić przebieg szlaku i związane z nim niebezpieczeństwa.

Piktogramy oznaczające stopnie zagrożenia lawinowego

 

3. Wybierz cel odpowiedni do pogody

Zaplanuj cel i elastycznie podejdź do jego zmiany. Elastyczność powinna być twoim słowem-kluczem. Chodzi przecież o bezpieczne i pełne pozytywnych wrażeń spędzenie wolnych dni w naszych najwyższych górach. Jeśli zatem synoptycy prognozują opady śniegu, odpuść sobie wędrówki szlakami ponad dolnym reglem. Gdy przewidywane są mgły, nie wybieraj się na zdradzieckie Czerwone Wierchy. Wybieraj szlaki przetarte, po których łatwiej (i szybciej) się wędruje. Hala Gąsienicowa, Kościelec, Kasprowy Wierch, Starorobociański Wierch, a także tatrzańskie doliny są zimą po prostu przepiękne.

W wielu najbardziej popularnych miejscach stoją schroniska, w których czekać będzie ciepła herbata i pyszna szarlotka – a to, oprócz widoków, najlepsza nagroda za zimową wędrówkę. Nie warto też popadać w paranoję. Dobrze ubrany i wyposażony turysta poradzi sobie w Tatrach Zachodnich czy na łatwiejszych szlakach Tatr Wysokich. Wszystko przede wszystkim warto robić z głową.

Schronisko Murowaniec na Hali Gąsienicowej

 

4. Zabezpiecz się na wypadek śliskich szlaków

Nawet szlaki biegnące dolinami, czy to Kościeliską, czy Chochołowską potrafią być przykryte cienką i zdradziecką warstwą lodu lub wyślizganego śniegu. Żeby nie trafić do kroniki TOPR oraz darować sobie odwiedziny zakopiańskiego SOR-u warto na każdą wędrówkę zabrać raczki czy raki. Te pierwsze będą idealne w dolinkach i dolinach (o ile, umówmy się, nie jest to Dolina Pięciu Stawów Polskich). Są lekkie, zajmują niewiele miejsca w plecaku a ich założenie jest nie tylko dziecinnie proste, ale i bardzo szybkie. Idealnie sprawdzą się na płaskich odcinkach, na zmrożonym śniegu lub lodzie.

Co innego w wyższych górach – tam raczej trzeba będzie skorzystać z raków. Pamiętaj o kilku najprostszych zasadach używania raków, żeby korzystanie z nich było jak najwygodniejsze. Sprawdź, jaki rodzaj raków (koszykowe, półautomatyczne, automatyczne) najlepiej pasuje do twoich butów górskich. Raki koszykowe są najbardziej uniwersalne, chociaż ich założenie zajmuje najwięcej czasu. Przed wyruszeniem w góry poświęć chwilę i wyreguluj właściwy rozmiar raków, tak żeby nie trzeba było tego robić na szlaku.

Poćwicz poruszanie się w rakach, nie jest to bardzo trudne, niemniej warto nauczyć się tego „szerszego kroku”. Załóż stuptuty, które ochronią cię zarówno przed wpadającym do butów śniegiem, jak i przed przypadkowym zahaczeniem rakami o nogawki spodni. I rzecz najważniejsza, jeśli schodząc z gór zamierzasz przyspieszyć zjeżdżając na czterech literach, zawsze, ale to zawsze zdejmuj raki. Zjazd na siedzeniu w Dolinie Małej Łąki skończył się w przypadku mojej koleżanki skręceniem stawu skokowego. Na szczęście tylko skręceniem, chociaż o wyjściach w góry nie było już mowy.

 

5. Ubierz się warstwowo

To, co kiedyś nazywało się ubiorem na cebulkę dziś nazywamy ubiorem warstwowym. Podstawowa różnica między nimi? W ubiorze warstwowym chodzi o funkcjonalny dobór warstw. Każda z nich ma do spełnienia określoną funkcję i dlatego jest zrobiona z konkretnych materiałów.

Zadbaj o to, by każda z warstw uzupełniała całość ubioru. Pierwsza to oczywiście bielizna termoaktywna, której zadaniem jest odciąganie wilgoci z dala od skóry. Kolejna – warstwa docieplająca – powinna zapewnić najwyższy komfort termiczny. Zewnętrzna – chronić przed niesprzyjającymi warunkami, takimi jak wiatr, śnieg czy marznący deszcz. Pamiętaj o ważnej zasadzie – dopóki jesteś w ruchu, twój organizm produkuje masę ciepła. Twoje ubrania muszą je mądrze wyprowadzić na zewnątrz, natomiast kiedy tylko stajesz, choćby na krótką chwilę, koniecznie zadbaj, by ciepło nie uciekało, lecz kumulowało się blisko ciała. Z tego też względu wędrówka w puchówce to słaby pomysł, podobnie zresztą, jak i postój bez okrycia się puchem (naturalnym bądź sztucznym).

Warstwa podstawowa wystarcza podczas drogi w górę

W warstwie docieplającej podczas dłuższego postoju na Twardej Kopie

 

 6. W góry obowiązkowo z czołówką

Weź poprawkę w swoich planach na szybko zapadający zmrok a wraz z nim na spadającą temperaturę. Oprócz właściwego ubioru koniecznie zabierz ze sobą w góry czołówkę ewentualnie latarkę ręczną. Mrok zapada nawet ok. godz. 16.00. Nie bądź jednym z tych turystów, którzy nawet na najprostszych szlakach nie radzą sobie tylko dlatego, że jest ciemno. Od początku grudnia do końca lutego nie obowiązuje zakaz poruszania się po TPN po zmroku, ale jest on znoszony tylko ze względu na wcześniejsze godziny zachodzącego słońca. Planowanie nocnych wycieczek to nie jest dobry pomysł. Noc to w Tatrach czas, kiedy zwierzęta mogą spokojnie dojść do wodopoju czy poszukać innego miejsca z jedzeniem. Turyści to dla mieszkańców lasu niepotrzebny stres, którego możemy im zaoszczędzić choćby przez te kilka(naście) ciemnych godzin.

 

7. Co musisz mieć w plecaku

Koniecznie spakuj do plecaka kilka drobiazgów, od których będzie zależał twój komfort i bezpieczeństwo podczas tatrzańskiej wędrówki w zimie. Nie zawsze się przydadzą, jednak to, że są pod ręką wpływa na bezpieczeństwo Twojego wyjścia.

Koniecznie miej ze sobą mapę – jeśli dysponujesz zimową wersją mapy tatrzańskiej, zapoznaj się z nią i weź ją ze sobą. Naładuj telefon i zainstaluj w nim aplikację Ratunek oraz wpisz numery telefonów do TOPR: 985 lub 600 100 300.
Koniecznie powiadom bliskich i/lub gospodarza o planowanej trasie wędrówki i przewidywanej godzinie powrotu. Godzinę tę potraktuj jako alarmową, ustal ją tak, żeby realny był powrót do bazy lub chociaż do cywilizacji, która pozwoli na szybki kontakt. O ile oczywiście ciągle masz działający telefon. Żeby wydłużyć jego działanie możesz zabrać także power bank. Dobrze też mieć ze sobą kompas i zapasowe baterie do czołówki.

Oprócz elektroniki zdecydowanie warto mieć ze sobą apteczkę koniecznie wyposażoną w folię NRC (zwaną też kocem ratunkowym). Przyda się oczywiście termos z gorącą herbatą i trochę słodyczy. Na wszelki wypadek zapakuj zapasowe rękawiczki, czapkę i skarpetki. Oprócz tego okulary przeciwsłoneczne, bo odbijające się od śniegu promienie słońca potrafią naprawdę zrobić krzywdę oczom. Jeśli szybko się poruszasz, zapakuj do plecaka puchówkę lub kurtkę ze sztucznym puchem, a na wędrówkę nałóż bieliznę termoaktywną i softshell.

 

8. Uważaj na przebieg szlaków zimowych

Nie ufaj swojej pamięci do szlaków. Jest to tym zdradliwsze, że zimą wszystko wygląda inaczej. Przykryte warstwą śniegu nikną pod nim charakterystyczne głazy, pnie, a nawet podejścia. Poza tym niektóre szlaki zimą są zamykane, przede wszystkim ze względu na ryzyko schodzenia lawin. Zerknij na stronę TPN i zapoznaj się z komunikatami odnośnie do zamkniętych szlaków bądź zmienionych ich przebiegów. Nigdy nie chodź „na pamięć”. Zimowe warianty poprowadzone są bezpieczniej na tę porę roku i dla własnego bezpieczeństwa trzeba się do takiej zmiany zastosować.

Na okres zimowy (do 1 grudnia do 15 maja) co roku TPN zamyka następujące szlaki:

  • Przełęcz w Grzybowcu – Wyżnia Kondracka Przełęcz
  • Dolina Tomanowa – Chuda Przełączka
  • Dolina Pięciu Stawów Polskich – Świstówka Roztocka – Morskie Oko

Natomiast po słowackiej stronie Tatr obowiązuje zakaz wychodzenia w szlaki powyżej schronisk od 1 listopada do 15 czerwca.

Kondracka Przełęcz z niewielką, ale mocno przewianą warstwą śniegu

 

9. Skuś się na skitury

Jeśli tylko jeździsz na nartach, spróbuj wolności, jaką dają skitury. Dzięki nim możesz połączyć dwie pasje – wędrówki i narciarstwo. Na początek możesz obrać łatwy cel jakim jest Kasprowy Wierch – najlepiej przez Halę Gąsienicową. Wycieczka jest bezpieczna i stosunkowo łatwa. W zależności od kondycji zajmie ci od kilku godzin po cały dzień. Poza tym jeśli nie czujesz się za dobrze w zjazdach poza trasami, zawsze możesz zjechać do Kuźnic tradycyjną nartostradą.

W Zakopanem znajdziesz sporo wypożyczalni, w których dostępny jest sprzęt skiturowy. Jednak w okresie świąteczno-noworocznym lub podczas ferii lepiej zawczasu zarezerwować komplet, żeby w ostatniej chwili nie musieć zmieniać planów.

Skiturowa wycieczka na Kasprowy Wierch przez Halę Gąsienicową

 

10. Zabierz lawinowe ABC

Wybierasz się na wycieczkę skiturową albo na trudniejszy szlak? Zawsze zabieraj ze sobą detektor lawinowy, sondę i łopatę, czyli lawinowe ABC. Naucz się też sprawnie nimi posługiwać. Najlepiej co roku odświeżać wiedzę i umiejętności posługiwania się detektorem i sondą. Skuteczna akcja ratunkowa jest możliwa wtedy, gdy szybko można namierzyć ofiarę lawiny, a nic nie daje takiej gwarancji prócz detektora, sondy oraz prawidłowego posługiwania się nimi.

Nie zapominaj, żeby przy wejściu na szlak włączyć detektor i zrobić test grupowy. Dzięki niemu wszystkie osoby, z którymi wędrujesz, mogą sprawdzić czy ich sprzęt działa i jest wyszukiwany przez inne urządzenia.

 

W bonusie jest jeszcze punkt jedenasty.

11. Odwiedź centrum treningowe na Kalatówkach

To miejsce, w którym możesz poćwiczyć posługiwanie się detektorem i sondą lawinową. Nie zastąpi oczywiście ćwiczeń w terenie, ale na pierwszy czy drugi kontakt z tymi urządzeniami jest to bardzo ciekawe miejsce. Centrum działa zimą, gdy tylko porządna warstwa białego puchu przykryje polanę. Przy hotelu górskim Kalatówki wyznaczono miejsce, gdzie schowano kilka skrzynek z nadajnikami. Chodzi o by namierzyć detektorem sygnały z ukrytych na polanie skrzynek. Właściwe zaliczenie zadania odbywa się poprzez wbicie sondy w skrzynkę. Można wybrać kilka poziomów trudności i przechodzić pomiędzy nimi. Na miejscu są wolontariusze, którzy wypożyczają sprzęt i pokrótce objaśniają jego obsługę.

Automat treningowy na Polanie Kalatówki

Zdaję sobie sprawę, że to zaledwie „liźnięcie” tematu zimowej turystyki w Tatrach. Osobom, które chciałby się wybrać w wyższe partie czy na bardziej zaawansowane szlaki, polecam kursy turystyki zimowej. To kilka dni solidnej wiedzy praktycznej, która jest przekazywana przez doświadczonych instruktorów w najpiękniejszych polskich górach.  Daj się namówić na zimowy wypad w Tatry!

Jak spakować plecak turystyczny

Jak spakować plecak turystyczny

Niedbale albo źle spakowany plecak to częsta przyczyna dyskomfortu a może nawet bólu podczas wędrówki. To także potencjalne źródło niebezpiecznych sytuacjach na trudniejszych odcinkach szlaku. Poznaj zasady ergonomicznego pakowania plecaka, ruszaj w drogę i ciesz się przygodą.

 

Poznaj swój plecak

Producenci sprzętu outdoorowego prześcigają się w rozwiązaniach, które proponują klientom. Szczerze – nie znam żadnej osoby (sama też przyznaję się do tego całkiem szczerze), która poznałaby swój plecak od podszewki i wiedziała, do czego zaprojektowano poszczególne kieszenie, klamry i troki. Producenci chwalą się rozwiązaniami, a użytkownicy i tak wiedzą swoje. Gdyby jednak poświęcić kwadrans jeszcze przed spakowaniem plecaka i przyjrzeć się dokładnie plecakowi – ile ciekawych zakamarków i patentów można znaleźć. Czasem warto zmienić swoje przyzwyczajenia i wypróbować coś nowego – z nuż okaże się to strzałem w dziesiątkę i drobiazgiem, który zmieni komfort nie tylko używania plecaka, ale w ogóle wędrówki.

W moim plecaku Osprey są specjalne pętle do chwilowego odłożenia kijków. Na początku traktowałam je jako zbędny gadżet – przecież kije trekkingowe to sobie mogę ponieść w ręce. Mogę, a i owszem, dopóki nie zaczyna się robić na tyle stromo, że warto użyć rąk do wsparcia. Ile mi czasu zajęło na nowo odkrycie tych uchwytów – wstyd się przyznać. Są idealne, gdy mam przed sobą parę ruchów „z napędem na cztery kończyny” w górę. Dla odmiany bardzo szybko zaznajomiłam się, polubiłam i korzystam z elastycznej kieszeni na froncie, do której – zgodnie z przeznaczeniem – najczęściej wkładam kurtkę przeciwdeszczową.

 

Jak dobrze spakować plecak

Najlepiej zgromadzić wszystkie rzeczy, które ostatecznie wylądują w plecaku, w jednym miejscu – chociażby na podłodze czy łóżku. Dzięki temu możesz zerknąć na wszystko, złapać się za głowę, a następnie powoli eliminować to, co nie jest ci potrzebne. Możesz też sprawdzać metodycznie każdą rzecz i w razie konieczności błyskawicznie uzupełniać braki. W bonusie natomiast otrzymujesz piękny plan zdjęciowy, żeby pokazać innym swoje przygotowanie do wyprawy.

Piękny plan zdjęciowy przed zapakowaniem plecaka (fot. Gregory)

To, ile rzeczy zabierzesz, zależy oczywiście od charakteru wyjazdu. Powiem jedno – im mniej, tym lepiej, chociaż rzadko komu zdarza się nie ulec pokusie pustego plecaka, który nagle jest wypełniony po brzegi i trudny do podniesienia z podłogi.

Gdy już masz wszystko przygotowane, podziel zebrane przedmioty na trzy główne grupy:

  • grupa 1.: lekkie, ale sporych rozmiarów, rzadko używane (np. śpiwór, bielizna, ręcznik)
  • grupa 2.: ciężkie i nieporęczne, używane sporadycznie (np. kosmetyczka, zapasowe buty, odzież, elementy kuchni turystycznej, jedzenie)
  • grupa 3.: lekkie rzeczy, które muszą być pod ręką (np. kurtka przeciwdeszczowa, puchówka, apteczka)

Oddzielnie ułóż także podręczne drobiazgi, dla których znajdzie się miejsce w kieszonkach zewnętrznych.

 

Schemat pakowania plecaka

Rzeczy z grupy pierwszej lądują na dnie plecaka. Ważne, żeby ubrania szczelnie wypełniły przestrzenie, które powstały po schowaniu śpiwora i/lub maty samopompującej. Ciuchy outdoorowe mają tę cudowną właściwość, że nie trzeba ich prasować, zatem nie bój się wciskać ich w najmniejsze zakamarki. Jeśli zostawisz wolne przestrzenie plecak turystyczny będzie się w tym miejscu „łamał”, co sprawi, że będzie mniej stabilny i może zaburzać równowagę podczas marszu.

Większe plecaki mają często zamek w dolnej części plecaka, ułatwia on wyciąganie śpiwora bez konieczności rozpakowania całości bagażu. Jednak nie zapominaj o grawitacji – najczęściej rano włożenie śpiwora z powrotem w to samo miejsce jest co najmniej kłopotliwe. Jednak praktyka czyni mistrza – warto więc próbować.

Najcięższe rzeczy – często będą to buty, zapas jedzenia, kuchenka i garnki turystyczne, ale także lina, uprząż, ekspresy wspinaczkowe – powinny zająć środkową część komory plecaka. Im bliżej pleców, tym lepiej – znajdą się bowiem najbliżej twojego środka ciężkości. Jeśli ciężkie przedmioty są jednocześnie sztywne lub mają twarde krawędzie, zawiń je w ubrania, dzięki temu unikniesz irytującego wbijania się tych przedmiotów w plecy i niepotrzebnych przestojów podczas wędrówki.

Na samej górze głównej komory plecaka powinny się znaleźć rzeczy, które dobrze mieć na szlaku pod ręką – kurtka membranowa, docieplenie, a podczas chłodniejszych pór roku także kurtka puchowa, zapasowe skarpetki, rękawiczki, czapka oraz apteczka. Te rzeczy mogą się przydać podczas załamania pogody lub jakiegoś wypadku, zatem szybkie do nich dotarcie jest kluczowe.

Dobrze spakowany plecak to bezpieczeństwo na szlaku (fot. Osprey)

 

Dodatkowe miejsce w plecaku

W dobrych plecakach turystycznych znajdziesz także mnóstwo dodatkowego miejsca na przechowywanie potrzebnych drobiazgów. W kieszonkach umieszczonych w klapie bez trudu zmieści się czołówka, mapa, coś słodkiego do przegryzienia, dokumenty. Standardem są także kieszonki w pasie biodrowym – pomieszczą pieniądze lub kartę płatniczą, dokumenty, smartfon. Plecaki Gregory na szelkach mają specjalne uchwyty ułatwiające bezpieczne zamocowanie okularów przeciwsłonecznych – to praktyczne rozwiązanie na przykład, gdy część szlaku biegnie lasem, gdzie słońce nie operuje tak mocno. Otwarte kieszenie boczne i/lub frontowe ułatwiają przechowywanie np. termosu.

Żeby nie gubić się w poszukiwaniu drobiazgów dobrze jest pakować je zawsze w to samo miejsce. Jak każdy nawyk, także i ten wymaga wypracowania, ale po którymś razie bez zastanawiania się będziesz wiedzieć, gdzie są zapasowe baterie do czołówki lub bezbłędnie sięgniesz po wielofunkcyjnego buffa.

Jeśli ruszasz na szlak z namiotem (lub tarpem), najlepszym rozwiązaniem jest przytroczenie go na zewnątrz plecaka. Najlepiej zrobić to do bocznych troków, a jeszcze lepiej rozdzielić go na dwie części, np. z jednej strony umocować rurki stelaża, z drugiej – poszycie. Karimatę możesz natomiast włożyć pod klapę u góry lub pod trokami zapinającymi klapę do przodu plecaka.

W chyba każdym plecaku turystycznym znajdziesz specjalne pętle służące do transportu kijów trekkingowych i czekana. Pętle te umieszczone są na froncie plecaka, pomagają w łatwym i bezpiecznym transportowaniu tego sprzętu. Jeśli natomiast chodzi o zapasy wody dobrze jest zaopatrzyć się w bukłak na wodę – plecaki dobrych producentów mają różne patenty na bezpieczne i wygodne transportowanie camelbacków.

Czekan zamocowany na froncie (fot. TobiasMeyer / Deuter)

Powyższe rady dotyczą dość standardowych wycieczek w góry. Kiedy bowiem wybierasz się do jaskini cała ta teoria bierze w łeb. W moim przypadku nie zmienia się zasada dotycząca dna plecaka, tam rzeczywiście lądują najlżejsze rzeczy – kombinezon zewnętrzny i wewnętrzny oraz kalosze. Gorzej z górną częścią, trzeba tam bowiem zmieścić zarówno sprzęt jaskiniowy osobisty (uprząż, przyrządy), jak i zbiorowy (liny, karabinki, wory) oraz jedzenie i picie. Pakowanie takiego plecaka, by był chociaż trochę wygodny, to sztuka przez duże SZ.

 

Właściwa regulacja plecaka

Kiedy już wszystko znalazło swoje miejsce w plecaku zadbaj o właściwe dopasowanie i wyregulowanie plecaka. Nie ma sensu robienie tego przed spakowaniem, bo inaczej układa się plecak pusty, a inaczej załadowany, podobnie zresztą znaczenie ma ciężar bagażu. Regulacja jest tak samo ważna, jak całe pakowanie, dlatego nie miej skrupułów nawet jeśli pożyczasz od kogoś plecak. On musi być idealnie dopasowany. Dlatego też jestem wielką zwolenniczką damskich modeli  szczególnie dla pań o kobiecej budowie. Sama taką mam, i swój plecak kocham za to, że układa się w odpowiednich miejscach. Myślę, że już nigdy nie wrócę do modeli uniseks (czyli męskich).

Poprawnie spakowany plecak (fot. Gregory)

 

Pamiętaj – to nieprawda, że wystarczy raz wyregulować plecak, by mieć spokój na wszystkie wypady. Po pierwsze to może zadziałać tylko wtedy, gdy masz swój plecak i nikomu go nie pożyczasz. Jednak nawet w takim przypadku regulacja będzie konieczna w zależności od tego, ile waży twój bagaż. Im cięższy, tym regulacja powinna być precyzyjniejsza, by dobrze odciążyć kręgosłup, przenieść ciężar w największym stopniu na biodra. Jak to zrobić w praktyce, pokazuje Sławek.

Bielizna termoaktywna – jaką markę wybrać

Bielizna termoaktywna – jaką markę wybrać

Bielizna dla ludzi aktywnych niejedno ma imię. Warto wiedzieć, czym tak naprawdę różni się od zwykłych kalesonów i koszulki. Jeśli przed tobą zakup bielizny termoaktywnej, na początku zastanów się chwilę w jakich warunkach i do jakich aktywności będziesz jej używać. Ten tekst pomoże ci w tym wyborze.

To, co nosimy blisko skóry jest tak samo ważne, jak to, czym przykrywamy się z zewnątrz. Bieliznę termoaktywną nazywa się niekiedy funkcyjną. I to jest dobra nazwa, bo bielizna ta spełnia określoną funkcję, o której więcej napiszę w dalszej części artykułu. Jednak częściej zdarza się traktować bieliznę termoaktywną i termiczną, jako dwie nazwy dla tej samej grupy produktów, co już nie jest prawidłowe.

 

Bielizna termoaktywna a bielizna termiczna

Niech nie zmylą was podobne nazwy – te dwie grupy produktów mają zdecydowanie różne funkcje do spełnienia i powinny być dobierane pod rodzaj aktywności, jaką zamierzacie podejmować w chłodne, zimne czy wreszcie mroźne dni. Poniżej w maksymalnym skrócie podaję różnice między oboma rodzajami bielizny.

Bielizna termoaktywna została stworzona dla wszystkich, którzy podczas chłodniejszych pór roku chcą nadal pozostawać aktywni. Świetnie sprawdza się przy większości dyscyplin sportowych o średnim i dużym stopniu intensywności. Jazda na nartach, wyjścia na skiturach, wycieczki biegówkowe, a także wędrówki górskie – to tylko najbardziej klasyczne aktywności zimą. Owszem panują wtedy niskie temperatury zewnętrzne. Jednak nasz organizm wydala ogromne ilości ciepła, które w postaci  potu pojawiają się na skórze. Zadaniem bielizny termoaktywnej jest skuteczne odprowadzenie tego potu z dala od skóry.

W bieliźnie termoaktywnej wykorzystywane są przede wszystkim włókna sztuczne, takie jak poliester. Ich budowa sprawia, że woda (czyli pot) jest błyskawicznie „zabierana” i transportowana na zewnątrz. Zamiast znajdować się w pobliżu skóry i tym samym powodować dyskomfort w postaci zimnego okładu, wilgoć znajduje się po zewnętrznej stronie materiału. Naturalne włókna, które wykorzystuje się do produkcji bielizny termoaktywnej, to przede wszystkim wełna merino, a także celulozowy Tencel. Merino jest włóknem o aktywnej izolacji, zatem chroni zarówno przed przegrzaniem, jak i wychłodzeniem. Ponadto wełna z merynosów potrafi zatrzymać wilgoć ważącą do ok. 35% masy własnej i nie powodować uczucia chłodu. Bielizna merino jest lekka, zapewnia komfort termiczny i ma wysoką antybakteryjność. Używana dzień po dniu w ogóle nie śmierdzi, co na kilkudniowym wyjeździe jest cechą nie do przecenienia.

Jeśli jesteście zmarzluchami, a każde wyjście z domu, gdy na zewnątrz temperatura oscyluje wokół 0°C przyprawia was o dreszcz grozy, postawcie na bieliznę termiczną. Jej głównym zadaniem jest zapewnienie komfortu termicznego, czyli sprawienie, żeby nie było zimno. Materiały, z których powstała izolują przed niekorzystnymi warunkami i pozwalają zachować maksimum wydzielonego ciepła blisko skóry. Zatem bielizna termiczna sprawdzi się przede wszystkim przy niewielkich aktywnościach – kiedy patrzysz, jak Twoje dzieci pędzą na sankach lub wybierasz się na spacer po zimowym parku czy lesie.

Warto pamiętać o rzeczy najważniejszej. Bawełniana bielizna nie jest ani termiczna, ani tym bardziej termoaktywna. Zatem przy jakiejkolwiek aktywności w chłodniejszych porach roku lepiej zapomnieć o bawełnianej odzieży.

 

Pisząc bielizna, mam na myśli…

Chociaż zazwyczaj myślimy o bieliźnie w kategorii majtek (lub bokserek) oraz stanika, to w przypadku bielizny turystycznej raczej są to także legginsy (kalesony) i koszulka z długim lub krótkim rękawem. Noszone jako komplet bądź oddzielnie, w zależności od potrzeb i warunków atmosferycznych. Tak jak w przypadku „tradycyjnej” bielizny także i w przypadku bielizny termoaktywnej mamy do czynienia z podziałem „płciowym”. Bielizna termoaktywna (damska/męska) na pierwszy rzut oka różni się… kolorami. Są jaśniejsze, bardziej jaskrawe, takie, które paniom się po prostu podobają. Chociaż kolory są ważne, to jednak nie wszystko. Bielizna termoaktywna dla kobiet została dopasowana do damskiej sylwetki. Jest szersza w miejscach, gdzie tego oczekujesz – w biuście i biodrach, węższa w talii, ma też krótsze nogawki i rękawy. Lepsze dopasowanie do sylwetki to nie tylko wygoda, bo bielizna nie krępuje ruchów. To przede wszystkim skuteczniejsza ochrona, przekładająca się na szybsze odprowadzanie wilgoci i utrzymywanie jej z dala od ciała. Dzięki temu, że powstały modele damskie, bielizna termoaktywna męska nie musi już być uniseksowa. Coraz popularniejsza jest także oferta kierowana do najmłodszych, po szczegóły odsyłam do tekstu Oli i Mariusza.

Którą markę wybrać

Po tym rozbudowanym wstępie pora przejść do meritum. Na rynku polskim bieliznę termoaktywną – chociaż nieraz chciałoby się napisać „termoaktywną” – można znaleźć niemal wszędzie. Jednak radzę dobrze się zastanowić przed wyborem i szukać bielizny termoaktywnej renomowanych producentów. Nie są to jedynie potentaci branży znani na całym świecie, czyli Smartwool oraz Icebreaker, ale także nasze polskie marki.

Przecieracie oczy ze zdumienia? Tak, mamy w naszym kraju firmy, które produkują bieliznę termoaktywną najwyższej jakości. Warto poznać ich ofertę i przekonać się, że spod znaku „made in Poland” wychodzi odzież, z której możemy być dumni.

 

Bielizna termoaktywna Kwark

Kwark to niewielka, szczecińska firma, której znakiem rozpoznawczym jest bielizna z materiału Polartec® Power Stretch Pro®. Bielizna Kwark, co dodaję z niemałą satysfakcją, cechuje się przede wszystkim fantastyczną jakością wykonania i krojem dopasowanym do sylwetki. Dzięki temu można się w niej czuć jak w drugiej skórze. Niezależnie od płci i kształtów. Panie będą szczególnie zachwycone damskim krojem i żywymi kolorami. Skąd to wiem? Mam i używam bluzę oraz kalesony z Kwarka z Power Stretch Pro®. Jest to zestaw, który doceniam szczególnie na szkoleniach zimowych lub podczas wypadów na narty, gdy słupek termometru uparcie tkwi poniżej -10°C. Co więcej, o ile tylko właściwie dobrałam warstwy ubrania, nigdy nie zdarzyło mi się przegrzać w bieliźnie Kwark. Lubię ją także za to, że po praniu wraca do swojego pierwotnego kształtu. Za każdym, gdy zakładam świeżo wypraną bieliznę Kwark mam wrażenie, że to zupełnie nowy komplet. Spoza skalnikowej oferty używam także kwarkowego ocieplacza do skafandra nurkowego i uważam jego zakup za jedną z lepszych decyzji przy kompletowaniu nurkowego szpeju. Ale to zupełnie inna historia.

 

Brubeck – bielizna dla aktywnych

Od ponad 15 lat lat coraz bardziej znana i popularna jest w Polsce bielizna termoaktywna Brubeck. Niektórych zaskoczy być może fakt, że jest produkowana w… Zduńskiej Woli. Warto dodać, że to produkcja od A do Z, czyli od przędzy po gotowy produkt. Z niemałą dumą można powiedzieć, produkt najwyższej jakości. Nieraz od przyjaciół słyszałam zdanie „biorę ze sobą Brubecka”, co miało oznaczać, że do plecaka właśnie został włożony komplet bielizny termoaktywnej marki Brubeck.

W ofercie marki Brubeck można znaleźć wszystkie elementy ubioru, które zwykliśmy nazywać bielizną. Właściwie dobrany rodzaj przędzy i splot, z którego powstaje dzianina odpowiadają za efektywne odprowadzanie wilgoci i utrzymywanie blisko ciała komfortowej temperatury. Bielizna Brubeck jest na tyle cienka, że prawie w ogóle jej nie czuć, nie krępuje ruchów i mimo aktywności utrzymuje się we właściwym miejscu.

Marka Brubeck oferuje trzy kolekcje: Active, Comfort i Protect, każda z nich dzieli się jeszcze na kilka podgrup. Dzięki temu dopasowanie właściwego produktu staje się bardzo łatwe i precyzyjne. Gdzie sprawdzi się bielizna Brubeck? Niemal wszędzie – od zboczy K2 (marka Brubeck była oficjalnym partnerem Narodowej Zimowej Wyprawy na K2 2017/18), przez wycieczki skiturowe, górskie wędrówki (nie tylko zimą), a także podczas styczniowej wizyty na pustyni.

Przez cały rok można też jej używać podczas jaskiniowych eksploracji. Chociaż ubiór jaskiniowy to – nomen omen – zupełnie inna para kaloszy, bo o zewnętrznym kombinezonie można napisać wiele, ale zdecydowanie nie to, że jest oddychający.

Bielizna termoaktywna to uniwersalna odzież, która sprawdzi się w terenie od jesieni do wiosny. Jej głównym zadaniem jest utrzymywanie komfortu termicznego i szybkie odprowadzanie wilgoci. Ma to niebagatelne znaczenie przy wszelkiego rodzaju aktywnościach na świeżym powietrzu. W Skalniku znajdziecie bieliznę termoaktywną m.in. polskich marek Kwark i Brubeck.
Skarpety Icebreaker – merino na nogach

Skarpety Icebreaker – merino na nogach

Skarpety trekkingowe są niczym kropka na końcu zdania. Prawie ich nie widać, ale jednak trudno mówić o kompletnym ubraniu na outdoorowe wyzwania bez nich. Nawet najwygodniejsze buty nie zdadzą ci się na wiele bez odpowiednio dobranych skarpet. Jeśli zaś mowa o komforcie – tu pole do popisu ma wełna z merynosów. Czy warto zatem kupić skarpety merino?

Tak wiem, jestem nudna i strasznie się zachwycam merino. Pisałam tekst o koszulkach merino na lato – zajrzyj i przekonaj się, że sprawdziły się w 100%. Ostatnio podsumowywałam także ofertę marki Icebreaker słynącej z doskonałych produktów merino. Cóż jednak poradzę na to, że ta wełna zawładnęła moim sercem i umysłem (a także portfelem). Jest po prostu znakomita i sprawdza się przez cały rok, chociaż trzeba umieć dobierać produkty do panującej aury. Zajrzyjmy zatem na stopy.

 

Skarpety trekkingowe – jeszcze ubranie czy już akcesoria

Kiedyś skrzętnie ukrywane, dziś bez wstydu można się nimi chwalić i pokazywać je znajomym. Jeszcze do niedawna w jednolitym kolorze, najlepiej jakimś szaroburym i absolutnie nie białym, a teraz kolorowe, we wzorki, obrazki – do wyboru, do koloru. Skarpetki, niegdyś traktowane po macoszemu obecnie stają się elementem ubrania, który podkreśli charakter, doda szczypty humoru lub po prostu będzie w ulubionym kolorze. Sprawdź, jak prezentują się skarpety Icebreaker i przekonaj się, że wcale nie muszą być nudne i zwyczajne. Wygląd to jednak nie wszystko, szczególnie gdy myślimy o tym jakie skarpety w góry wybrać.

Do wyboru, do koloru – skarpetki wcale nie muszą być nudne (fot. Icebreaker)

Najważniejsze, by były to dedykowane skarpety turystyczne. Tych jednak też jest niemało na sklepowych półkach i stronach internetowych. Jest kilka cech, na które warto zwrócić uwagę podczas zakupu. To dzięki nim możesz liczyć na komfort podczas leśnych spacerów, górskich eskapad, treningów w terenie czy narciarskich wyryp. Szczególną uwagę zwróć na:

  • aktywność, do jakiej są przeznaczone skarpety sportowe
  • włókna z jakiego zostały wykonane
  • porę roku rekomendowaną przez producenta
  • dodatkowe cechy, przekładające się na wygodę noszenia

 

Skarpety w góry, do biegania i na rower

Pomyślicie pewnie, że to przesada, by na każdą aktywność zaopatrywać się w inną parę skarpet. Też tak myślałam. Jednak trzeba przyznać, że naszej stopy potrzebują różnej ochrony w zależności m.in. od terenu i obuwia. W górach dbamy o swoje stopy zakładając wysokie, stosunkowo ciężkie i twarde buty trekkingowe. Skoro tak, warto postawić na odrobinę komfortu i zaopatrzyć się w dłuższe skarpety z dużą amortyzacją. Wpływa ona na komfort chodzenia po twardym podłożu.

Inaczej jest w przypadku treningów biegowych czy rowerowych. Stopy potrzebują wtedy po prostu oddzielenia skóry od butów. Takie skarpetki muszą być maksymalnie dopasowane do butów i szybko radzić sobie z odprowadzaniem nadmiaru ciepła, czyli potu.

 

Skarpety merino, wełniane czy syntetyki

Skarpety górskie lub zimowe wciąż jeszcze kojarzą się z dzierganymi na drutach z porządnej wełny. Nie można im odmówić ciepła i nieco „oldschoolowego” wyglądu. Mają jednak jedną irytującą cechę, która sprawia, że są mało praktyczne – strasznie podrażniają skórę, co jedni nazwą drapaniem, a inni gryzieniem. Zadziwiające, że istnieją owce, których wełna nie ma tej cechy. Jest to oczywiście wełna z merynosów, której włókna cieńsze, a także bardziej uniwersalne podczas różnej pogody. To sprawia, że turystyczne skarpety z wełny merino wydają się strzałem w dziesiątkę.

Skarpetki dla małych turystów (fot. Icebreaker)

Trzeba jednak wyraźnie podkreślić ważną rzecz. Samo merino włóknem zbyt delikatnym i przez to nie za bardzo nadaje się, by tylko z niego wykonać skarpetki. Zatem nawet najbardziej świadomi eko-turyści muszą się pogodzić z obecnością sztucznych włókien w składzie dzianiny. To one zapewniają skarpetkom trekkingowym te cechy, które liczą się dla outdoorowców – trwałość oraz jak najlepsze dopasowanie do stopy.

Mówisz merino myślisz Icebreaker. Nowozelandzka marka ma oczywiście w swojej ofercie skarpety z wełny merynosa. Naturalne włókna zostały wzbogacone sztucznymi, które wpływają na komfort użytkowania. Są nimi nylon i LYCRA. Nylon zwiększa wytrzymałość skarpetek, co jest kluczowe gdy myślimy o połączeniu delikatnego merino i butów trekkingowych, natomiast LYCRA poprawia elastyczność skarpetek, dzięki czemu perfekcyjnie dopasowują się one do stóp i nie zsuwają nawet podczas wielogodzinnego chodzenia.

 

Zimą ciepło, latem nie bardzo

Wełna merino – co powtarzamy praktycznie w każdym tekście o niej – jest włóknem aktywnym. Oznacza to dobrą ochronę przed zimnem w chłodne dni oraz komfort w czasie wysokich temperatur. Oczywiście nie oznacza to, że te same skarpety merino będą identycznie chronić cię zimą i latem. Wybierając skarpety trekkingowe merino warto zwrócić uwagę na skład procentowy wełny – skarpety Icebreaker w góry oraz skarpety na zimę mają najczęściej 60% i więcej wełny merino w składzie. Chociaż może się zdarzyć – i tak jest w modelach na lato – że merino będzie skomponowane z innym włóknem (np. TENCEL), aby sprawnie odprowadzać nadmiar ciepła w postaci potu.

Skarpety trekkingowe merino w terenie (fot. Icebreaker)

Inną cechą, za którą wiele osób kocha merino, jest jego naturalna antybakteryjność. Skarpetki z tej wełny dłużej pozostaną świeże, co docenisz (nie tylko ty, ale i twoi towarzysze) szczególnie w schronisku lub namiocie. Dłuższa świeżość skarpet, to nie tylko komfort zapachowy, ale także mniej par w plecaku – zawsze to też kilka gramów mniej do dźwigania.

 

Dodatkowe rozwiązania dla komfortu

Gdy wybierasz skarpety z merynosa zwróć uwagę na dodatkowe rozwiązania, które proponuje Icebreaker poszczególnym modelom.

  • Podział na skarpety damskie i męskie. Modele dla kobiet są przystosowane do anatomii damskich stóp – są zatem węższe i mniejsze – a także gustów, stąd bardziej żywe kolory. Oczywiście Icebreaker nie zapomina także o dzieciach i ma skarpetki stworzone specjalnie z myślą o małych turystach.
  • Płaskie szwy w okolicy palców to jedno z rozwiązań obecnych w każdym modelu skarpet Icebreaker. Zapobiegają one powstawaniu odcisków, co ma niebagatelne znaczenie szczególnie podczas długich wędrówek.
  • Icebreaker szczegółowo opisuje stopień amortyzacji każdego modelu skarpetek. Te pozbawione amortyzacji lub z niewielkim stopniem to przede wszystkim skarpetki lifestylowe, im większa, tym wzrasta czas i dystans spędzany na różnego rodzaju aktywnościach.
  • Wsparcie dla ścięgna Achillesa jest cechą modeli „wędrówkowych”.
  • W skarpetkach cieńszych, przeznaczonych na letnie lub bardzo intensywne aktywności ważną cechą jest luźniejszy splot wierzchniej części skarpet. Strefa mesh pozwala na bardziej efektywne odprowadzanie nadmiaru ciepła i wilgoci, żeby twoje nogi dłużej pozostawały suche.
  • Żeby skarpety służyły jak najdłużej wzmocniono w nich strefy najbardziej narażone na mechaniczne uszkodzenia, czyli okolice palców i pięt, które mają największy kontakt z obuwiem.
  • Wiele modeli ma także oznaczenia R i L, informują one o anatomicznym dopasowaniu do stóp. Skarpety takie nie są symetryczne, a literki ułatwiają w zorientowaniu się, która pasuje na lewą stopę, a która na prawą.

Na skarpetach i butach nie warto oszczędzać, nie warto też wybierać rozwiązań „uniwersalnych”, bo jak mawia porzekadło – „jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do niczego”. Komfort, jaki daje wełna merino trudno porównać z jakimkolwiek innym włóknem. Oferta skarpet Icebreaker jest na tyle szeroka, że znajdziesz parę idealną na wybraną porę roku i do ulubionej aktywności. Nie zawiedziesz się także na dostępnych wzorach i kolorach.

 

Książki o górach, czyli co warto przeczytać

Książki o górach, czyli co warto przeczytać

Książki o górach to opowieści nie tylko o szczytach, graniach czy przełęczach. To przede wszystkim historie ludzi, którzy postanowili zmierzyć się z nimi. Mogą to być Tatry, Alpy czy Andy, choć i tak najwięcej książek górskich dzieje się wśród najwyższych szczytów świata – w Himalajach.   

Literatura górska to mój konik już od paru dobrych lat. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że nie jest to najczęściej lektura wybitna, jednak dla ciekawego tematu jestem gotowa przymknąć oko na niedoskonałości literackie. Kiedy zasiadam do lektury, książka górska przenosi mnie w krainę niezdobytych szczytów, heroicznej walki i mega ambicji. Poza tym – czy można wyobrazić sobie lepsze „chłodziwo” w upalny dzień niż przedzieranie się przez himalajskie śniegi?

Przygotowałam listę siedmiu książek górskich, które warto znać. Oczywiście przeczytałam ich o wiele więcej. Jak człowiek wpada w czytelniczy nałóg, trudno mu z niego się wydostać. Wybrałam dla was cztery biografie i trzy książki o charakterze reportażowym. Większość dotyczy polskich ludzi gór – z taką tradycją działań w Himalajach trudno, żeby było inaczej.

 

Spod zamarzniętych powiek

To autobiografia najsłynniejszego polskiego himalaisty młodego pokolenia – Adama Bieleckiego. Najsłynniejszego, a jednocześnie dla niektórych najbardziej kontrowersyjnego. Jeśli masz 34 lata i piszesz swoją autobiografię, to musisz być naprawdę Kimś. I Adam jest takim człowiekiem. W książce, wydanej w 2017 roku, jest o początkach w skałkach, pierwszych wyjazdach w Alpy i Kaukaz, aż w końcu o wyprawach himalajskich – zarówno tych zakończonych sukcesami, jak i porażkami, gdy góra wygrała z ludzkimi zamiarami.

Książka Adama Bieleckiego Spod zamarzniętych powiek zamyka rozdział o niewielkiej wyprawie na Nanga Parbat autora i Jacka Czecha. Jest rozdział poświęcony zimowemu wejściu na Broad Peak, ale – ze względów oczywistych – nie ma opisu w niej opisu akcji ratunkowej z lutego 2018 r. po Elizabeth Revol i Tomka Mackiewicza. Na to trzeba będzie poczekać na kolejną książkę Bieleckiego.

Adam Bielecki spod zmarzniętych powiek

Adam Bielecki podpisuje swoją książkę na Festiwalu Górskim w Lądku. Książka ta została zlicytowana później na skalnikowej aukcji charytatywnej dla WOŚP.

Książka ma dodatek w postaci kodów QR, które kierują do filmików Adama, a to sprawia, że papier zyskuje interaktywność, a czytelnik ma możliwość przekonania się nie tylko na fotkach, ale i filmikach, jak to w tych górach najwyższych jest.

Bardzo się cieszę, że drugim autorem wymienionym na okładce jest Dominik Szczepański, który zapewne wiele dziennikarskich umiejętności wniósł w uporządkowanie całości. To zapewne dzięki niemu czemu czyta się ją naprawdę szybko i przyjemnie.

 

Krzysztof Wielicki Mój wybór

Co zrobić jeśli bardzo znany polski himalaista, zdobywca Korony Himalajów, kierownik wielu wypraw  nie chce albo nie ma czasu sam o sobie napisać? Warto go o „parę” rzeczy odpytać. Z takiego odpytywania powstaje potem niezwykła książka, biografia w postaci wywiadu-rzeki. Tak było w przypadku Krzysztofa Wielickiego i dwutomowej książki Mój wybór.  Pytania zadawał dziennikarz Piotr Dróżdż, który doskonale zna zarówno specyfikę sportu, jakim jest wspinaczka wysokogórska, jak i środowisko polskich „lodowych wojowników”. Wynikiem rozmowy obu panów jest książka, którą z jednej strony chciałoby się przeczytać w jeden wieczór, z drugiej zaś – smakować jak najdłużej. Nie pozostaje zatem nic innego, jak przeczytać raz, a potem drugi.

Trochę mnie, jako czytelnika, denerwowało, że pytanie zadawane przez pana Piotra są zbyt szczegółowe, że on już dobrze wie, co mu odpowie Krzysztof Wielicki. Tam, gdzie czytelnik ma  wypieki na twarzy, obaj panowie zagłębiają się w szczególiki, a pytania są tak nafaszerowane danymi, że łatwo się domyślić, że zapisują je wraz z odpowiedziami dla tych „niewtajemniczonych”. Co oczywiście nie zmienia faktu, że historie opowiadane przez Wielickiego są niezwykle ciekawe i pozwalają na bliższe poznanie bohatera. Jeśli chcecie poznać lepiej kierownika zimowych wypraw na K2 przeczytajcie Mój wybór.

Dwutomowe wydanie książki Mój wybór Krzysztof Wielicki.

 

Wanda

Nie mogę nie napisać choćby paru słów o biografii najsłynniejszej naszej himalaistki. Chociaż sama Wanda Rutkiewicz jest autorką lub współautorką dwóch książek (Na jednej linie i Uciec jak najwyżej) to jednak najwięcej o życiu tej niesamowitej kobiety dowiemy się z biografii, która wyszła spod pióra Anny Kowalskiej. Opowieść zaczyna się w Płungianach, gdzie Wanda przyszła na świat, a kończy na stokach Kanczendzongi, gdzie widziano ją po raz ostatni. Autorka ma niesamowity dar tworzenia fabuły z dokumentów – nieważne czy są to akty urodzenia czy skąpe zapiski w dziennikach – oraz wplatania wypowiedzi tych, którzy Wandę dobrze znali.

Wanda Rutkiewicz – na wrocławskim muralu i okładce biografii.

Jest to biografia przede wszystkim kobiety, a w drugiej kolejności himalaistki. Chociaż życie Wandy Rutkiewicz nierozerwalnie było związane z górami, autorka nie przytłacza ilością faktów, dokonań, opisów akcji górskich. Skupia się raczej na mniej znanych faktach z życia naszej wybitnej himalaistki, próbując dotrzeć do nowych informacji. O życiu w górach Wanda pisała sama.

 

Kukuczka. Opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście

To jedna z lepszych górskich książek i biografii człowieka gór, jakie czytałam. Naszpikowana faktami, ale nie przytłaczająca nimi. Autorzy – Dariusz Kortko i Marcin Pietraszewski – dotarli do ludzi, którzy Jerzego znali i w górach, i w dolinach. Ich wspomnienia składają się na portret człowieka z krwi i kości, z wadami i zaletami, z miłością do gór, którą przedkładał nad wszystko.

Żeby być dobrym himalaistą wystarczy pasja, wytrzymałość na trudy wędrówki i pewna doza szczęścia, która pozwala szacować bezpieczne ruchy na drogach trudnych bądź wielkich wysokościach. Jednak Kukuczka był himalaistą wybitnym, a to oznacza cechy charakteru, które nie wszystkim pasują – pewna doza egocentryzmu, niezmącona wiara w siebie (i w przypadku Jerzego także w Boga) oraz upór.

Biografia Jerzego Kukuczki w wydaniu cyfrowym.

 

Na mojej liście biografii do przeczytania jest jeszcze Halina Anny Kowalskiej oraz książka, której autorem jest Denis Urubko Skazany na góry.

 

Komin Pokutników

We wstępie napisałam, że literatura górska rzadko jest dobrą literaturą. Jest książka, która temu przeczy. I to książka, która pierwszy raz została wydana ponad 50 lat temu. Jej autor – Jan Długosz – był nietuzinkową postacią. Łączyły się w nim i splatały dwa talenty: pisarski i taternicki. Dzięki temu spod jego pióra wychodziły opowieści niesamowite łączące w sobie ulotną metafizykę, dobrą gawędę i reportaż o ludziach gór.

Komin Pokutników to zbiór opowieści o dokonaniach taterników w latach 50. XX wieku. Są anegdoty, opisy zdobytych ścian, wspomnienia z wyjazdów, dla współczesnego czytelnika to jak machina przenosząca w czasie. Miejsca zostały te same – Morskie Oko, Mięguszowieckie, Mnich, Kościelec – zmienili się ludzie nocujący w schroniskach, zmieniły się sposoby wspinaczki, zmienił się wreszcie sprzęt. Nie zmieniła się jednak chęć dokonania w górach czegoś wielkiego.

Jeśli w górach słyszeliście kiedyś o czarnych motylach zwiastujących śmierć i pticach, to wiedzcie, że to właśnie Długosz o nich pisał.

Cyfrowe wydanie Komina pokutników Jana Długosza

 

Na koniec dwie książki autorów zagranicznych. Celowo nie wybrałam najświeższych książek Bernadette McDonald Kurtyka czy Strażniczka gór, ani biograficznych opowieści zachodnich himalaistów, lecz reportaże o grupach ludzi w najwyższych górach świata. Obie książki to zapisy tragicznych historii w dziejach światowego himalaizmu. Na podstawie jednej z nich powstał film Everest, zaś o drugiej wiele z was pewnie nawet nigdy nie słyszało.

 

K2. Tryumf i tragedia

Latem 1986 roku na stokach K2 zginęło aż 13 himalaistów z różnych krajów (w tym Tadeusz Piotrowski, Wojciech Wróż i Dobrosława Miodowicz-Wolf „Mrówka”). Autor książki K2. Tryumf i tragedia – Jim Curran – był filmowcem towarzyszącym brytyjskim himalaistom. Wychodził w góry, ale nawet nie liczył na zdobycie szczytu. Dokumentował to, co działo się w bazie i na stokach K2. Zżył się z międzynarodowym towarzystwem himalaistów, którzy zjawili się pod górą gór. Jego książka stanowi reportersko-kronikarski zapis wydarzeń z tamtego lata pod drugą górą na świecie, kiedy to tryumf zdobycia szczytu przeplatał się z tragiczną śmiercią górską.

Wydanie książki Jima Currana sprzed 30 (!) lat.

 

Wszystko za Everest

Z kolei John Krakauer, autor książki Wszystko za Everest, był uczestnikiem wyprawy na najwyższą górę świata w pechowym 1996 roku. Himalajska turystyka wtedy dopiero raczkowała, choć trzeba przyznać, że trzymała poziom. Wprowadzaniem klientów na szczyt zajmowali się liderzy z wieloletnim doświadczeniem górskim, którzy sami, a później z klientami wspólnie stawali na Evereście. Góry nie wybaczają błędów, a najwyższe góry nie wybaczają nawet drobnych zaniechań. Do tragedii roku ’96 doprowadzili uczestnicy i kierownicy zarówno wyprawy amerykańskiej, jak i nowozelandzkiej. Opis Krakauera jest tak sugestywny, że kwestią czasu było nakręcenie filmu na podstawie książki. Według mnie książka

 

Ponieważ wspinacz ze mnie marny, nie zagłębiam się w książki o wspinaczce. Zresztą takich „fabularnych” przetłumaczonych na polski chyba nie ma. Jedyne, jakie przychodzą mi do głowy to przewodniki (topo – jak to się mówi w środowisku) po słynnych rejonach wspinaczkowych oraz książki poświęcone treningowi wspinaczkowemu. Bohaterów zbyt wielu tam nie znajdziecie, za to wiele praktycznych informacji niezbędnych w ujarzmianiu skalnych pionów.

 

Książki o górach czytam w tramwaju, jadąc do pracy i z pracy, w domu na kanapie i w hamaku gdzieś pod skałą albo w lesie. Każde miejsce jest dobre, żeby się przenieść hen na drugi koniec świata. Tym, którzy za wymówkę mają brak miejsca w plecaku polecam wydania ebookowe.

 

Buty turystyczne Aku – piękno i wygoda

Buty turystyczne Aku – piękno i wygoda

Włoskie buty – synonim dobrego wzornictwa, najlepszych materiałów, nierównanej jakości i wygody. Dlaczego to właśnie szewcy z Italii dali początek największymi najlepszym fabrykom obuwia? Być może tajemnica tkwi w kształcie kraju. W małej miejscowości Montebelluna, położonej między Wenecją a Dolomitami, swoją siedzibę ma firma Aku, której buty są dobrze znane w outdoorowym świecie.

Wszystko zaczęło się od małego zakładu rzemieślniczego prowadzonego przez Galliano Bordina u podnóża najpiękniejszych włoskich gór. Historia, jakich w tym kraju nie brakuje. Od mistrza szewstwa po znaną i lubianą markę. Buty Aku od wielu lat królują na stopach miłośników wędrówek bliższych i dalszych, przemierzając wraz z nimi tysiące kilometrów rocznie.

Misją firmy jest produkowanie najwyższej jakości obuwia trekkingowego i outdoorowego. Aku czerpie z najlepszych włoskich tradycji szewskich, dokładając wszelkich starań, by buty były dobrze zaprojektowane i trwałe. Jednocześnie marka wzbogaca swoje modele o najnowsze technologie, które sprawiają, że wędrówka i buty trekkingowe Aku pasują do siebie idealnie. Przekłada się to oczywiście na komfort chodzenia. Warto także wspomnieć, że wszystkie nowe modele butów górskich Aku (od sezonu jesień-zima 2018/19) są produkowane w Europie. Fabryki firmy Aku są zlokalizowane we Włoszech i w Rumunii. Stworzono nawet specjalny ha sztag #madeinEurope, żeby zaakcentować pochodzenie butów.

Projektanci marki Aku (fot. materiały Aku)

W Aku wysoko stawia się także poprzeczkę produktom, by spełniały nie tylko oczekiwania klientów. Są inspirowane naturą, ale także mają mieć jak najmniejszy wpływ na degradację środowiska naturalnego. Model Bellamont Plus, jako pierwszy i jedyny dotychczas w branży obuwniczej otrzymał, Deklarację Środowiskową Produktu (EPD®). Pozwala ona prześledzić całą drogę powstania produktu od pochodzenia półproduktów po ostatnią fazę, jaką jest używanie i zużywanie butów.

 

Dla kogo buty trekkingowe Aku

Katalog butów Aku zawiera kilkadziesiąt modeli. Podzielono je na pięć kategorii w zależności od terenu, do którego zostały przeznaczone:

  • mountaineering – buty na wyprawy w góry typu alpejskiego
  • backpaking – przeznaczone na dłuższe wędrówki górskie z plecakiem (np. Conero GTX)
  • trekking – krótsze wypady w niższe góry (np. Trekker Lite)
  • multiterrain – sprawdzające się w rozmaitym terenie, od miasta po góry (np. Climatica GTX)
  • mountain inspired – miejskie buty o wzornictwie zaczerpniętym z butów turystycznych (np. Bellamont).

Podział na tereny działań wiąże się między innymi z wysokością cholewki. Buty miejskie i wszechstronne mają krótką, najczęściej zamszową, cholewkę. Ich podeszwa jest albo miękka, albo średniej sztywności.  Od grupy trekking zaczynają się buty z wyższą cholewką sięgającą ponad staw skokowy. Oczywiście wynika to z eliminowania zagrożeń i urazów, jakie mogą się zdarzyć na trudniejszych szlakach górskich. Oprócz cholewki liczy się także podeszwa. W modelach przeznaczonych do działań stricte górskich jest to niezawodny Vibram. Aku z powodzeniem korzysta także z gumy spod znaku Michelin, która zapewnia dobrą trakcję niezależnie od pogody oraz z własnej mieszanki Tenuta.

Buty Aku – podeszwa i system Elica (fot. materiały Aku)

Oprócz podziału terenowego oczywiście warto zaznaczyć, że w ofercie Aku znajdują się zarówno męskie, jak i damskie buty trekkingowe. W obrębie jednego modelu – tylko z podziałem na płeć – buty różnią się wyglądem, a także dopasowaniem do stopy użytkownika lub użytkowniczki. Węższe, mniejsze i z wyższym podbiciem to modele damskie, oferowane przede wszystkim w. Myli się jednak ten, kto zarzuci męskim modelom sztampę i nudę. Nie w butach marki Aku! W nich każdy może czuć, że projektanci przyłożyli się do swojej pracy – widać to w doborze surowców i kolorów.

 

Technologie Aku

Dzisiejsze buty trekkingowe oczywiście zasadniczo różnią się od butów górskich sprzed dekady czy dwóch. I nie mam tu na myśli wyłącznie różnic w designie czy warstwie wizualnej. O wiele większe zmiany zaszły w tym, czego nie widać, ale co czuć. Nowoczesne technologie, nad którymi pracują zarówno specjaliści Aku, jak i firmy zewnętrzne, sprawiają, że wędrówka jest bardziej komfortowa i bezpieczna. Zapraszam na krótki przegląd technologii, w które wyposażono buty turystyczne Aku.

Air 8000 – materiał stosowany w butach segmentu trekking i backpacking. Opatentowany już w 1991 roku i wciąż stosowany. Najczęściej łączony ze skórą nubukową. Oddychalność butów z technologią Air 8000 jest 11,5 razy wydajniejsza niż membrany GORE-TEX. Dzięki temu rozwiązaniu letnia wędrówka przestanie być udręką, a zacznie po prostu sprawiać przyjemność.

Elica to zaprojektowany przez specjalistów Aku zintegrowany „system podeszwowy”. Dzięki niemu stopa w naturalny sposób przetacza się w butach podczas chodzenia. Ponadto Elica dba o lepszą amortyzację w tych strefach, które najbardziej są narażone  owierzchnię podeszwy buta. Dzięki temu nogi są mniej narażone na przeciążenia, kontuzje, otarcia. Elica jest systemem, który idealnie podąża za ruchem stopy, znacznie ją odciążając w czasie marszu, zwłaszcza w nierównym terenie.

System Elica (rys. materiały Aku)

GORE-TEX® Surround to unikalna technologia, która ma za zadanie podniesienie oddychalności butów. Składa się na nią specjalna konstrukcja podeszwy, która umożliwia zastosowanie membrany także od strony dolnej. Dzięki niej oddycha cała stopa, z każdej strony, przy jednoczesnym zachowaniu  pożądanego w outdoorze stopnia wodoodporności. Membrana zabezpieczona została siateczką, która  sprawia, że nie jest ona podatna na uszkodzenia.

Technologia GORE-TEX® Surround w butach Climatica (fot. materiały Aku)

 

Opinie o butach Aku

O butach Aku można pisać bez końca, a najbardziej liczą się fakty i opinie. Zatem, żeby przybliżyć nieco kilka modeli, wykorzystałam fragmenty ocen, jakie te buty turystyczne zebrały wśród użytkowników. Od lat niekwestionowanym liderem w kategorii buty trekkingowe jest model Camana Fitzroy opinie klientów Skalnika potwierdzają ich wysoką jakość.

  • Buty sprawdzają się zarówno wiosną/latem jak i zimą – z dobrze dobraną skarpetą są świetne. Nie przemakają, bardzo wygodne i wytrzymałe.
  • Camana to bardzo wygodne buty trekkingowe, używam w górach przez cały rok. Bardzo dobra wodoodporność.
  • Mają fajną grubą podeszwę, która dobrze sprawdza się na kamienistych szlakach i zapewnia dobrą przyczepność, a ich wysoki krój zapewnia wsparcie dla kostki
  • But bardzo dobrze oddycha – połączenie Goretex oraz Air8000, choć w upalne letnie dni noga trochę się grzeje.
  • Vibram na podeszwie świetnie się trzyma – po 7 latach użytkowania nieznacznie starte tylko końcówki pięt.
  • Decyzja o zakupie spowodowana została niskim budżetem i początkiem przygody z górami. Bardzo dobry stosunek ceny do jakości obuwia.
  • Z czystym sumieniem polecam ten model każdemu kto chciałby rozpocząć swoją przygodę z górami i liczy na buty niezawodne na naszym podwórku . Dowód na to, że produkt nie musi być najdroższy żeby być najlepszym.
  • Fakt, że są produkowane od wielu lat w niezmienionej formie, te same materiały, wygląd świadczy o tym, że buty nie wymagają poprawek! Membrana gore-tex zapewnia suche stopy a podeszwa vibram dobrą przyczepność.

To rzeczywiście najbardziej uniwersalne z butów trekkingowych Aku. Wygrały nasze ogólne zestawienie butów trekkingowych. Co ciekawe, nie ma ich w katalogach. Może dlatego, że modelom kultowym nie trzeba już robić fotek i spisywać specyfikacji. To, na co w swoich opiniach zwracają uwagę klienci, jest zdecydowanie wyróżnikiem butów Camana Fitzroy. Ich wszechstronność, dobre materiały, znakomite wykonanie idą w parze z atrakcyjną ceną. Dla osób sporadycznie jeżdżących w góry od wiosny do jesieni lub rozpoczynających górską przygodę będą jak znalazł.

Buty Bellamont Plus (fot. materiały Aku)

 

Także inne modele butów turystycznych Aku doczekały się ciepłych słów od użytkowników

Bellamont II Suede GTX

  • Pasują mi do wszystkiego i nie wyglądam jakbym dopiero co wrócił z Tatr. Nawet jak muszę się ubrać bardziej elegancko to dają radę. A są dużo wygodniejsze niż popularne buty miejskie.
  • Wygodne (na moją-średnio szeroką-stopę), łatwe w czyszczeniu (ze względu na brak przeszyć/dodatków), łączą w sobie wysoką estetykę (na mieście wyglądają całkiem ‚normalnie’) z szeroką funkcjonalnością buta górskiego. Średnio sprawdza się dopiero jako but podejściowy-podeszwa nie jest zbyt sztywna i nie ma najlepszego tarcia (do wspinania).

Conero GTX

  • Buty lekkie i niezwykle solidne wykonane, żadnych niedoróbek, niepotrzebnych nitek czy plam kleju. (…) Stopa nie „gotuje się” nawet w upalne, sierpniowe dni dzięki tekstylnym wstawkom Air 8000, zapewniającym dobrą wentylację. (…) Całość dopełnia idealny wg mnie kolor.

La Val II GTX

  • Świetne! Nieprzemakalne, wygodne i stabilne. Największy plus za „zgrabność” – nie są toporne jak większość butów górskich.

Ultralight Micro GTX

  • Jeszcze nigdy nie mierzyłam tak lekkich wysokich butów. Poza najważniejszą dla mnie cechą, czyli wagą są też bardzo wygodne i dobrze trzymają kostkę. Przy moich szybkich spacerach po górach to również jest dość ważne.
  • Jak dla mnie to są najfajniejsze buty górskie, jakie można kupić. Fantastyczna kolorystyka, bardzo lekkie a jednocześnie solidne. Mam je już klika lat i nie zamieniłabym na żadne inne.

 

Pokusiłam się o krótkie podsumowanie tych opinii. Nietrudno wskazać cechy, za które klienci lubią buty marki Aku. Jest to zarówno perfekcyjne wykonanie, które widać nawet w niewielkich, ale za to dopracowanych szczegółach. Za sprawą nowoczesnych technologii buty sprawdzają się w różnych warunkach pogodowych. Całość jest nie tylko wygodna, ale także ładna. Buty Aku cenione są za wygląd, który klientom się podoba i nie kojarzy z butami górskimi. Argumentem często podnoszonym szczególnie w opiniach o Camana Fitzroy GTX jest stosunek jakości do ceny. Nie do pobicia na górskim rynku.

 

Ubrania Icebreaker na jesień i zimę

Ubrania Icebreaker na jesień i zimę

Produkty marki Icebreaker biorą swój początek na końcu świata. W Nowej Zelandii hoduje się owce, które dają wełnę o niesamowitych właściwościach – to oczywiście wełna z merynosów. Zawojowała rynek odzieży outdoorowej, a wielu z nas nie wyobraża sobie bez niej żadnej wyprawy. Dlaczego?

Podstawowym, ale nie jedynym, składnikiem odzieży spod znaku Icebreaker, jest wełna merino. To ona sprawia, że ubrania znakomicie sprawdzają się w trakcie przeróżnych aktywności outdoorowych. Od letnich eskapad w tropiki, przez jesienne wędrówki, zimowe szusowanie, po wiosenne przygody w górach i na wodzie.

Jeśli chodzi o inne włókna stosowane przez Icebreaker mają one na celu wzmocnienie merino (tak się dzieje w przypadku nylonu używanego jako rdzeń w technologii Corespun), nadanie mu elastyczności (stąd dodatek Lycry w skarpetach lub bieliźnie) bądź polepszenie niektórych jego cech (pochodzące z celulozy bambusowej włókna TENCEL™ poprawiają szybkość odprowadzenia wilgoci).

 

Tajemnica wełny merino

Wełna z merynosów jest wielokrotnie cieńsza niż pochodząca z innych gatunków owiec. Ponadto jej struktura sprawia, że jest także bardziej delikatna dla skóry. Zapomnij o irytującym drapaniu – ubrania merino są tak delikatne i miłe w dotyku –  aż trudno uwierzyć, że powstały z wełny. Co ciekawe wełna merino to włókno aktywne, zachowuje się na tobie dokładnie tak, jak na owcy. Gdy jest ciepło – chroni przed przegrzaniem, natomiast gdy jest zimno – przed wychłodzeniem. Merino jest także naturalnie antybakteryjne, co przekłada się na dłuższą świeżość ubrań wykonanych z tej wełny. Icebreaker wręcz zachęca w swoich materiałach promocyjnych, by spróbować nosić koszulkę z merino przez 7 dni. Zachowa ona swoją świeżość, a rzadsze pranie to coś, co na pewno doceni nasza planeta.

 

Misja Icebreaker

W swojej misji Icebreaker wyraźnie podkreśla, że produkuje uniwersalną odzież, która użytkownikom ma służyć kilka sezonów. Nie jest celem firmy tworzenie nowych trendów, które po paru miesiącach wyjdą z mody. Icebreaker stawia na wszechstronność, czyli na wiele aktywności, w których możesz korzystać z ubrań. Celem marki jest także długi cykl życia produktów – one nie wychodzą z mody, ponieważ nigdy nie były projektowane jako „modne”. Firma stara się korzystać z produktów naturalnego pochodzenia, jednocześnie wykorzystując tylko tyle surowców, ile potrzebuje, bez nadmiernej eksploatacji. Ponadto aż 85% włókien wykorzystywanych w produkcji odzieży spod znaku Icebreakera to włókna naturalne. Takie podejście to wyraz dbałości o środowisko naturalne, co marka podkreśla w swoich materiałach promocyjnych.

 

Więcej o działaniach marki na rzecz przyrody i sprawiedliwego biznesu przeczytasz tutaj

 

Oczywiście z każdym sezonem pojawiają się w ofercie firmy nowości, jednak daleko im do trendów, raczej to wprowadzanie poprawek w krojach lub wyglądzie, czasem nowe wersje kolorystyczne lub ozdobne nadruki. Takie podejście ma praktyczne znaczenie dla użytkowników. Odzież Icebreaker można kompletować powoli, a poszczególne części będą wciąż do siebie pasować, niezależnie od tego, z której kolekcji pochodzą.

bielizna Icebreaker na jesień

Bielizna Icebreakera to różnorodne kolory i ciekawe nadruki (fot. Icebreaker)

 

Jesień to zimne poranki i wieczory, ale wciąż ciepłe dni. Ubiór warstwowy pozwala szybko i sprawnie regulować komfort termiczny. Icebreaker ma kilka krojów, możesz je dobierać tak jak lubisz lub do roli, jaką mają spełniać:

  • krój slim mają ubrania najbardziej przylegające do ciała, świetne w roli pierwszej warstwy, ponieważ z łatwością dopasujesz do nich kolejne – ten krój to przede wszystkim kolekcja Anatomica, Oasis i BodyFitZone;
  • krój regular – odzież, która jest pomiędzy ubraniami przylegającymi a luźnymi, najbardziej uniwersalna, szczególnie, że sprawdza się zarówno noszona samodzielnie, a także jako jedna z warstw – krój ten ma odzież kolekcji Tech Lite;
  • krój relaxing – luźniejsze ubrania, które są bardzo wygodne szczególnie dla tych osób, które preferują taki styl ubierania – ten krój dotyczy ubrań warstwy zewnętrznej.

 

Bielizna Icebreaker na jesień i zimę

Wybierając ubrania z kolekcji jesienno-zimowej zwróć uwagę na gramaturę materiału. Pokazuje ona, ile waży metr materiału, zatem im wyższa, tym grubszy i zarazem cieplejszy materiał. Na gramaturę materiału zwracaj uwagę szczególnie gdy wybierasz ubrania pierwszej warstwy – koszulki czy legginsy. Od niej bowiem zależy komfort aktywności. Przy wyborze zwróć uwagę na to, jak na temperaturę otoczenia reaguje twój organizm. Równowaga jest tutaj bardzo istotna – chodzi zarówno o to, by nie marznąć, jak i nie przegrzewać.

Oto krótka charakterystyka najpopularniejszych kolekcji Icebreaker, w których znajdziesz t-shirty, koszulki z długim rękawem, legginsy:

  • Oasis – prosty design, płaskie szwy, przesunięte szwy na ramionach, wiele wersji kolorystycznych;
  • Tech – prosty krój, płaskie szwy, przesunięte szwy na ramionach, specjalne kliny zwiększające mobilność;
  • BodyFitZone – technologia Corespun zwiększająca trwałość materiału, dodatek włókien LYCRA dla lepszego dopasowania do figury, specjalne wstawki z materiału typu mesh dla wydajniejszej wentylacji, płaskie szwy, kliny zwiększające mobilność.

Bielizna termiczna merino dla kobiet (fot. Icebreaker)

 

Koszulki Icebreaker

Koszulki na jesień dobrze żeby miały gramaturę od 150 g/m2 – wciąż pozostają lekkie, jednak nie są aż tak przewiewne. Nowością w tegorocznej ofercie Icebreaker jest kolekcja koszulek The Vortex Swim. Powstały one ze 100% wełny merino i mają gramaturę 200 g/m2. Świetnie sprawdzą się podczas jesiennych wypadów, a także codziennego użytkowania. Co ważne kolekcja ta wspiera walkę z plastikowym zanieczyszczeniem oceanów.

Jeśli należysz do osób, które nawet w podczas złotej jesieni czują dyskomfort termiczny, zamień t-shirt na koszulkę z długim rękawem. Wśród produktów Icebreaker na jesień sprawdzą się te o gramaturze 150 g, 175 g lub 200 g, dla zimowych zmarzluchów przygotowano ciepłe koszulki 260 g. Przy wyborze zwróć uwagę nie tylko na rodzaj materiału i kolor, ale także na drobiazgi, które mogą sprawić, że z wybraną koszulką w ogóle nie zechcesz się rozstawać: rodzaj dekoltu (półokrągły, „serek”), możliwość rozpięcia czy otwory na kciuki.

Dla szczególnie aktywnych osób powstała seria BodyFitZone, która w strategicznych miejscach (np. na plecach czy pod pachami) ma perforację, która ułatwia wymianę ciepła.

 

Legginsy

Niezastąpione podczas trekkingu w chłodny dzień, na biegówkach, skiturach i nartach. Legginsy Icebreaker, podobnie jak koszulki, zapewniają komfort podczas niekorzystnych warunków atmosferycznych. Najcieplejsze mają – podobnie jak koszulki – gramaturę 260 g, co sprawia, że świetnie spiszą się w roli bielizny narciarskiej lub trekkingowej podczas zimowych wypraw. Na jesiennych wędrówkach lepiej sprawdzą się cieńsze – z merino 200 g lub 175 g.

Wygoda w legginsach to nie tylko wełna merino, ale także przemyślana konstrukcja. Szeroka guma w pasie, która utrzymuje je w miejscu bez nadmiernego ucisku oraz płaskie szwy – to dzięki nim legginsy świetnie się sprawdzają jako pierwsza warstwa i docieplenie spodni turystycznych.

 

Warstwa zewnętrzna

Chociaż największą popularnością cieszy się bielizna Icebreaker, marka proponuje także ubrania warstwy wierzchniej. Tu także merino odgrywa znaczącą rolę np. jako Merinoloft® – ocieplinę, która konkurować może ze sztucznym puchem. W tegorocznej ofercie Icebreaker na zimę i jesień nie brakuje  kurtek, płaszczy i bluz wypełnionych Merinoloft®, a coraz większa liczba użytkowników potwierdza wysoką jakość tego wypełnienia, które cechuje się dużą izolacją i niewielką wagą.

 

Akcesoria

Dodatkowy komfort szczególnie zimą (chociaż w górach właściwie przez cały rok) zapewniają funkcjonalne dodatki i akcesoria. Chusty, skarpety merino, rękawiczki – pamiętaj, żeby zawsze mieć je w plecaku, gdy wybierasz się w teren. Są lekkie, miękkie i delikatne, bo zrobione z wełny merino. Niezwykle uniwersalne, bo zaprojektowane z myślą o różnych aktywnościach. Nie ważą wiele i zajmują mało miejsca, a nigdy nie wiesz kiedy mogą być bardzo przydatne.

Odzież i akcesoria z merino – i zima ci niestraszna (fot. Icebreaker)

 

W sezonie jesienno-zimowym bielizna merino damska i męska trafi na nasz warsztat. Przetestujemy komplety takiej bielizny, dzięki czemu będziecie mogli przekonać się – wraz z nami – jak sprawdza się ona w różnych warunkach. Trzymajcie kciuki za zmienne warunki pogodowe, by nasze testy były możliwie obiektywne. Więcej informacji już wkrótce!

Via ferrata blisko Polski – część I, północne Czechy

Via ferrata blisko Polski – część I, północne Czechy

Chcemy zachęcić Was do zdobywania szlaków zwanych via ferrata. Zazwyczaj kojarzy się je z Dolomitami i rzeczywiście stamtąd się wywodzą. Wyznaczano je przede wszystkim jako ścieżki dla żołnierzy w trakcie działań wojennych. Od kilku lat zainteresowanie takimi szlakami rośnie, co wynika z łatwej dostępności sprzętu i rozbudowującej się infrastruktury. Via ferraty to nie tylko Włochy. Znajdziecie je w wielu europejskich krajach. W naszym cyklu ferratowym zachęcamy do odwiedzenia kilku najciekawszych miejscówek. W tym tekście zapraszam Was na via ferraty północnych Czech.

Pokonywanie via ferraty to coś pomiędzy zdobywaniem trudniejszych górskich szlaków a wspinaczką górską.  Oprócz odpowiedniego sprzętu, wymaga także obycia z ekspozycją i precyzji ruchów. Łatwiej po nich poruszać się osobom o chociażby podstawowych umiejętnościach wspinaczkowych, ale nie jest to konieczne. Czeskie ferraty są niezbyt długie, ich przejście zajmuje raptem kilkanaście, może kilkadziesiąt minut, ale stanowią dobry poligon doświadczalny. Najbardziej popularne miejscówki blisko Polski to: Vodní Brana oraz Děčin.

 

Via ferrata Vodní Brana (Semily)

Semily to miasteczko leżące 36 km od dawnego przejścia granicznego Jakuszyce-Harrachov. Przepływa przez nie Izera tworząc malowniczy krajobraz, szczególnie na zachodnich krańcach miasta. Dosłownie krańcach, ponieważ droga w pewnym momencie się urywa, przechodzi w szlak, a ten po kilkudziesięciu metrach kończy się skałą, a dokładniej skalną bramą. W skale na lewym brzegu Jizery osadzono kotwy i stalową linę, i poprowadzono via ferratę Vodní Brana. Brzegiem prawym natomiast biegnie popularny szlak spacerowy.

Początek ferraty Vodni Brana. Fot. archiwum prywatne.

 

Dojazd i parkowanie oraz dojście do via ferraty

Z Dolnego Śląska do Semily można dostać się albo od Jakuszyc, albo od Lubawki. W każdym przypadku po wjeździe do Czech czeka nas kilkadziesiąt kilometrów po wąskich drogach z wieloma zakrętami. Z centrum miasteczka (nieopodal informacji turystycznej) na miejsce kierują drogowskazy. Dobrym przewodnikiem są również mapy Google. Polecam włączyć w nich nakładkę Satelita, by trafić na właściwy brzeg rzeczki i w miejsce, gdzie można zostawić samochód. Nie przejmujcie się oglądanymi zza okien krajobrazami – tak, trzeba przejechać wzdłuż zrujnowanych zabudowań dawnej fabryki, a następnie jechać szutrową drogą pomiędzy rzeką a kolejnymi ruderami. Miejsce parkowania znajduje się za nimi, tuż obok ostatnich garaży.

Z parkingu w stronę skał prowadzi wygodna, udeptana alejka. Spokojnie możecie zatem zabrać ze sobą wyłącznie ferratowe trio. Chociaż z samochodu nie widać dokładnie, gdzie ferrata się zaczyna, to odległość do początku ferraty nie przekracza 100-150 m.

Via Ferrata Vodní Brana

Vodní Brana: położenie parkingu (P) oraz Via Ferraty (F)

 

Przebieg via ferraty Vodní Brana

Obecnie dostępne są dwa warianty trasy. Trudniejsza – o wycenie C/D i łatwiejsza B/C. Warto wiedzieć dwie rzeczy:

  • tylko łatwiejsza trasa jest dwukierunkowa i można pokonywać ją zarówno w górę, jak i w dół;
  • łatwiejsza trasa to tak naprawdę ostatnia część trasy trudniejszej – zatem trzeba być na tym odcinku przygotowanym, że ktoś może podchodzić.

Na pewno będziecie wiedzieć, że jesteście na miejscu. Stoi tam znak z informacjami bezpieczeństwa poruszania się na ferratach oraz konieczności posiadania stosownego sprzętu, by pokonywanie żelaznych perci było bezpieczne. Żeby dojść do wariantu łatwiejszego, trzeba skręcić z głównej drogi w lewo pod górę. Po paru metrach zobaczycie przytwierdzoną do skały linkę. Na trasie tej nie ma ekspozycji, droga wije się w górę na niewielkiej wysokości. Uwaga, jeśli wybierzesz się na ferratę z dzieckiem, koniecznie weź ze sobą linę asekuracyjną. Mimo że wysokość jest niewielka, potencjalny upadek może mieć groźne skutki.

Łatwiejszy wariant ferraty Vodni Brana. Fot. archiwum prywatne.

Trasa trudniejsza zaczyna się w miejscu, gdzie droga kończy się skałą. Pierwsze podejście na taras nie jest trudne, chociaż umieszczona w tym miejscu tablica poświęcona pamięci czeskiego turysty, nieco hamuje zapał. Z tarasu trzeba kierować się w górę. To podejście może być dla niektórych nieco trudniejsze. Jednak umieszczone w skale pręty i klamry ułatwiają poruszanie się. Pamiętać należy jedynie, by zachować rozsądną odległość między poszczególnymi osobami. Tu już nie wystarcza zasada 1 odcinek liny = 1 osoba. Im wyżej się pniemy – nie zawsze pionowo w górę, takie podejścia są dwa, może trzy – tym więcej mamy powietrza wokół i ładniejsze widoki na trasę spacerową, Izerę i okolicę. Piękny odcinek prowadzi skalną „granią”. Jednak należy zachować na nim szczególną ostrożność, szczególnie, gdy ściana jest morka, poślizgnięcie generuje duży współczynnik odpadnięcia. W najwyższym punkcie zainstalowano puszkę, w jej wnętrzu schowany jest zeszyt, do którego wpisać się mogą zdobywcy ferraty Vodní Brana. To zarazem miejsce łączące obie trasy (łatwiejszą i trudniejszą), schodzi się z niego kilka metrów, a następnie lekko trawersuje, ciągle obniżając.

 

Dla kogo ferrata Vodní Brana

Łatwiejsza trasa myślę, że będzie odpowiednia dla osób, które dopiero rozpoczynają swoją przygodę z tego typu szlakami. Jest tam kilka trudniejszych miejsc, jednak nie na tyle trudnych, by sobie z nimi nie poradzić. Wielką jej zaletą jest także fakt, że można się poruszać po niej w obie strony. Jeśli uznacie, że to nie dla Was, po prostu robicie w tył zwrot i po chwili jesteście z powrotem na zwykłym szlaku.

Jeden z trudniejszych odcinków ferraty. Fot. archiwum prywatne.

Trasa czerwona (trudniejsza) przypadnie do gustu osobom, które mają obycie ferratowe lub wspinaczkowe. Może wydawać się trochę za krótka, ale wtedy zawsze można spróbować przejść ją raz jeszcze. Ze względu na wypadek, który miał tutaj miejsce kilka lat temu oraz na fakt, że trasa jest jednokierunkowa, warto mierzyć zamiary zgodnie ze swoimi umiejętnościami i siłami. Na trasie są dwa miejsca o wycenie C+ (w skali A-F), w których trzeba w nich zachować ostrożność. Nie warto ulegać presji innych osób, których może być na ferracie w sezonie letnim sporo, tylko własnym tempem podążać naprzód.

Mam dla Was dobrą wiadomość – via ferrata Vodní Brana doczeka się nowych tras. Prace, które są wynikiem zbiórki crowdfundingowej, już trwają. Planowana długość nowej trasy to 220 m i trudność C+/D. Będzie przebiegać równolegle do istniejącej trasy czerwonej i zaczynać się z tarasu skalnego. Śmiałków, którzy będą się z nią mierzyć czeka m.in. poziomy trawers wzdłuż Izery oraz mostek linowy. (Aktualności źródło: vodni-brana.cz)

 

Děčin – kilkanaście tras w centrum miasta

Miasto Děčin zorganizowało niemal w centrum nietypową atrakcję dla miłośników sportów ekstremalnych.  Naprzeciwko děčińskiego zamku, po drugiej stronie Łaby, na stokach Pastỳřskiej Steny poprowadzono 16 wariantów via ferraty. Można też dojrzeć kolorowe punkciki poruszające się na niej. Nie są to wspinacze, lecz turyści, którzy postanowili zmierzyć się z różnymi wariantami szlaku typu via ferrata w Děcinie.

 

Jak dojechać i gdzie zaparkować

Děčin położony jest 70 km od granicy z Polską. Dojazd z Wrocławia zajmuje niespełna 3,5 godz. i wiedzie krajowymi drogami, jest zatem dość szybki i wygodny. Parkingi, z których warto skorzystać, położone są na obu brzegach Łaby. W pierwszej kolejności można poszukać wolnego miejsca w bezpośrednim sąsiedztwie ferraty, na lewym brzegu rzeki (np. parking przy Labské nábřeží lub rondzie przy ul. Práce). Inne godne polecenia miejsce to duży parking w pobliżu informacji turystycznej i biblioteki, położony po drugiej stronie rzeki, tuż obok mostu Tyršův.

Duża ekspozycja robi wrażenie i daje fantastyczny widok na miasto. Fot. E. Szczęsna.

W pobliżu miejsca, gdzie zaczyna się ferrata, znajduje się niewielka wypożyczalnia. Można w niej zaopatrzyć się w niezbędny sprzęt. Wypożyczenie zestawu składającego się z uprzęży biodrowej i piersiowej, lonży z absorberem oraz kasku to ok. 200 koron/8 euro za dzień (i kaucja 500 koron/20 euro)  Nie jest zatem bardzo wygórowana.

Jednak nawet jeśli będziecie mieć swój sprzęt nie zdziwcie się, jeśli podczas szykowania się podejdzie ktoś, kto z góry na dół otaksuje Was wzrokiem. To wyłącznie po to, żeby sprawdzić, czy użytkownicy ferraty przestrzegają zasad bezpieczeństwa. Jest to atrakcja zorganizowana przez miasto, korzystanie z niej jest darmowe, ale kwestie bezpieczeństwa potraktowano poważnie.

Děčin - Via Ferrata

Děčin – położenie parkingów (P) i Via Ferraty (F)

 

Via ferrata w Děčinie – opis

Właściwie powinnam napisać o ferratach w Děčinie, ponieważ do wyboru mamy szesnaście tras o różnorodnym stopniu trudności. Tu można nie tylko zapoznać się z całym szpejem i przemierzyć pierwsze pionowe metry, ale także przezwyciężać lęki i trudności, wchodząc na coraz trudniejsze fragmenty ściany.

Praktycznie wszystkie trasy zaczynają się i kończą w jednym miejscu. Takie rozwiązanie przydaje się przy zróżnicowanym poziomie grupy – każdy może wybrać wariant, który najbardziej odpowiada jego umiejętnościom. Początek trasy może niektórych trochę zdziwić swoim industrialnym charakterem. Pierwsze pionowe metry pokonuje się bowiem po murze tunelu kolejowego. Potem wychodzi się nad niego i dalej porusza już po naturalnej skale.

Początkowa drabinka – via ferrata Decin. Fot. E. Szczęsna.

Koniec każdej via ferraty znajduje się na szczycie Pastỳřskej Steny, skąd rozciąga się znakomity widok nie tylko na Děčin, ale i jego okolice. Są one wyjątkowe, ponieważ miasto leży w rejonie Szwajcarii Saksońskiej. Na górze, tuż obok miejsca, gdzie kończy się każda ferrata, w budynku stylizowanym na nieduży zamek, znajduje się kawiarnia, w której można coś przekąsić w nagrodę za pokonane trudności. Zejście na dół wzgórza to chyba najbardziej dłużący się fragment tutejszych via ferrat. Trzeba bowiem niejako obejść połowę wzgórza. Nie widzieliśmy jednak nikogo, kto schodziłby ferratą, zatem przypuszczam, że są one jednokierunkowe (tylko w górę).

Trudno opisać wszystkie děcinskie warianty ferratowe. Te łatwiejsze przypominają górskie szlaki z dużą (naprawdę dużą!) ekspozycją. Im trudniejsze, tym więcej nawiązań do wspinaczki. Nie bójcie się używać liny i kotew do pięcia się w górę. To wręcz nieodzowny element zdobywania via ferrat. Z ciekawostek warto wspomnieć, że jest tam mostek linowy i kilka przewieszonych skał. Ze względu na te ostatnie warto mieć ze sobą także lonżę odpoczynkową, zrobioną np. z kawałka taśmy i zakręcanego karabinka. Czas przejścia zależy zarówno od wyboru trasy, jak i stopnia zaawansowania oraz oczywiście zatłoczenia tras. Podczas ładnych weekendów potrafi być tam naprawdę tłoczno.

Miejsce odpoczynku, gdzie spotyka się kilka wariantów. W tle zamek. Fot. M. Szulc

Warto wiedzieć, że poruszanie się po via ferracie jest zabronione podczas deszczu oraz gdy skała jest mokra.

 

Dla kogo ferraty w Děčinie?

Tak naprawdę każdy znajdzie tutaj wariant drogi dla siebie. Najłatwiejsze mają wycenę A/B, najtrudniejsze przekraczają D. Jeśli nie ma zbyt dużego ruchu, można pokusić się jeśli nie o wszystkie, to przynajmniej te, które zapewniają najwięcej atrakcji lub adrenaliny. Ze względu na wszechogarniającą ekspozycję, a widoki naprawdę zapierają dech, nie polecam ich osobom, które źle się czują, gdy mają zbyt dużo powietrza wokół siebie. Ściana jest pionowa, a widoków nie zasłaniają drzewa.

Każda trasa została wyraźnie oznaczona nazwą i wyceną. Fot. E. Szczęsna.

Dla niektórych nieco nużące może być zejście oraz fakt, że tak naprawdę wspina się wciąż po tej samej skale, z tymi samymi widokami. Zamiast jednak szukać dziury w całym lepiej po prostu cieszyć się, że jest takie miejsce. Po chwilowej odsapce można ruszać i zdobywać kolejne warianty.

 

Via ferraty blisko Polski to nie tylko Czechy, ale także Niemcy. W Szwajcarii Saksońskiej na pograniczu polsko-czesko-niemieckim w piaskowcowych skałach poprowadzono dwie bardzo przyjemne ferratki. Przeczytacie o nich w kolejnym artykule.

***

Pamiętaj, że pokonywanie via ferrat wymaga stosowania odpowiedniego sprzętu. Obejrzy filmowy poradnik dotyczący tego, jaki jest podstawowy sprzęt na via ferraty, lub przeczytaj poradę, w którym opisaliśmy rozszerzony zestaw na via ferraty.

Najlepsze filmy o górach i filmy wspinaczkowe

Najlepsze filmy o górach i filmy wspinaczkowe

Filmy górskie i wspinaczkowe pokazują historie zwycięstw i porażek, tragedii i tryumfów, które są udziałem ludzi z pasją. Jednak przepis na dobry film górski to nie tylko wytrenowany wspinacz czy zapierające dech widoki. Potrzebna jest jeszcze wciągająca historia, która przykuje widza na parędziesiąt minut do ekranu, a potem nie pozwoli szybko o sobie zapomnieć.

Oscar za najlepszy film dokumentalny w lutym 2019 roku powędrował do twórców „Free Solo”. To było piękne ukoronowanie wyczynu, którego w dolinie Yosemite dokonał Alex Honnold. Myli się jednak ten, kto uważa, że to jedyny film o wspinaczce, który warto obejrzeć.  Scenariusze filmów górskich pisze bowiem najlepszy scenarzysta – życie. Spodziewać się w nich można dosłownie wszystkiego.

 

Festiwale filmów górskich

Film górski nigdzie nie smakuje tak dobrze, jak na festiwalu filmowym, gdy ogląda go rzesza ludzi o podobnych zainteresowaniach i naprawdę zaciekawionych tym, co zobaczą na ekranie. Najsłynniejszy z takich festiwali odbywa się w kanadyjskim Banff i przyciąga rzesze góromaniaków. Za daleko? W Polsce też mamy słynne imprezy: na Dolnym Śląsku Festiwal Górski w Lądku-Zdroju oraz dwa małopolskie: Festiwal Filmów Górskich Kraków i Zakopane.

Imprezy te cieszą się popularnością, bo można na nich zobaczyć najnowsze (i najlepsze) filmy górskie, nierzadko spotkać na żywo ich bohaterów, a przy okazji przebywać w gronie tak samo zakręconych na punkcie gór.

Jeśli jednak festiwale górskie to nie twoja bajka lub dopiero zaczynasz poznawać kino górskie, polecam mój, bardzo subiektywny, przegląd filmów górskich. Znajdą się w nim filmy o wspinaczce sportowej i wysokogórskiej, które lubię i cenię. Często do nich wracam, co w przypadku zwykłych filmów nie zdarza się zbyt często.

 

Filmy wspinaczkowe

Trzy filmy, których akcja dzieje się w miejscu niesamowitym – dolinie Yosemite, słynącej z granitowych, ogromnych ścian, które przyciągają wspinaczy z całego świata. I przy okazji tłumy turystów, którzy chcą zobaczyć ten cud natury i ludzi usiłujących mierzyć się ze skalnymi pionami.

Free solo

Nagrodzony Oscarem film, którego głównymi bohaterami są Alex Honnold oraz majestatyczna skała El Capitan w dolinie Yosemite. I być może byłby to film dla wspinaczkowych freaków gdyby nie fakt, że film dokumentuje próbę zdobycia El Capa w stylu free solo, innymi słowy – na żywca. Film wciąga i trzyma w napięciu, aż trudno uwierzyć, że to dokument. Na dodatek traktujący o dość niszowym sporcie, a w każdym razie nieprzyciągającym setek tysięcy kibiców. Po pełnych salach kinowych i powtarzanych seansach ośmielam się twierdzić, że dzięki temu wyczynowi wielkościanowa wspinaczka pojawiła się w świadomości niejednego Polaka.

W większości filmów górskich bohaterami są oczywiście wspinacze, których widz podgląda w naturalnym środowisku – skale lub górach wysokich. We Free solo oprócz Honnolda bohaterami opowieści o „żywicowaniu” El Capa są także operatorzy, dzięki którym możemy ten film oglądać. Stają przed kamerą, by opowiedzieć o tym, jak to jest być świadkiem niemal samobójczego przedsięwzięcia. Sposób kręcenia tego filmu – bliskich kadrów Alexa połączone z zapewnieniem mu maksimum bezpieczeństwa i ograniczeniem dekoncentracji pokazuje mistrzostwo ludzi, którzy weszli w ścianę, by pokazać nam, co to znaczy wspinaczka free solo.

Free solo (pol. Free solo: ekstremalna wspinaczka), reż. Jimmy Chin, Elizabeth Chai Vasarhelyi, 2018

 

Valley Uprising

Historia wspinaczki w słynnej dolinie Yosemite w nieco zwariowanym ujęciu. Zaczęło się od wspinaczki hakowej. Trochę później zaczęli pojawiać się hippisowscy wspinacze, którzy ponad wszystko cenili sobie wolność. Całymi miesiącami „urzędowali” w parku narodowym ścigając się ze sobą nawzajem na osiągnięcia skalne, a ze strażnikami parkowymi o prawo do przebywania w Yosemitach. Bieżący rozdział piszą wspinacze-sportowcy. Znakomicie wytrenowani, a jednocześnie minimalnie ingerujący w skałę. Próbują pokonywać pion wyłącznie za pomocą własnych umiejętności, bez wiercenia, wkuwania, obtłukiwania skał.

Na film składają się archiwalne ujęcia – zarówno filmowe, jak i fotograficzne – okraszone komentarzem. Bohaterowie czarno-białych filmów komentują zarówno swoje młodzieńcze osiągnięcia, jak i współczesną wspinaczkę. Historie śmieszne przeplatają się w tym filmie z tragicznymi. Widz ma niepowtarzalną okazję prześledzić rozwój wspinaczki od tygodniowych eskapad, przez tony żelaza pozostawionego w skale po wspinaczkę, która docenia piękno skał i w pełni wykorzystuje ich walory.

Valley Uprising (pol. Buntownicy na krawędzi), reż. Peter Mortimer, Nick Rosen, 2014

The Dawn Wall

Wschodzące nad doliną Yosemite słońce oświetla słynnego Kapitana od strony ściany, której nikt nie odważył się zdobyć w klasycznym stylu. Pokonanie słynnej Dawn Wall staje się obsesją i celem Tommy’ego Caldwella oraz Kevina Jorgesona. Celem, na który poświęcają wiele miesięcy, próbując wytyczyć w tym granitowym pionie nową drogę.

Film trzyma w napięciu od pierwszych minut. Kariera wspinaczkowa Caldwella już raz stanęła pod znakiem zapytania, gdy stał się zakładnikiem w górach Kirgistanie, udało mu się jednak wyjść z tej przygody cało, choć z pokiereszowaną psychiką. Przez przypadek stracił kawałek palca, ale i to go nie zatrzymało. Dziś należy bowiem do światowej czołówki wspinaczy wielkościanowych. W 2017 roku rzucił wyzwanie niezdobytej dotąd Świetlistej Drodze.

Ten film ma dramatyczną historię, pozytywnego bohatera, zawód miłosny, groźbę śmierci i ekstremalne wyzwanie. Doprawiono go jeszcze dużą dawką przyjaźni i odpowiedzialności za partnera, a także humorem.

The Dawn Wall, reż. Josh Lowell, Peter Mortimer, 2017

Filmy o wspinaczce górskiej

Z wielkich skał, przenieśmy się na wielkie wysokości. Majestatyczne góry przyciągają żądnych przygód ludzi, którzy nie zawahają się, by przeć do góry. Jedni robią to dla adrenaliny i sportowych ambicji. Inni, by zdobycie najwyższych szczytów górskich dołączyć do pasma osobistych sukcesów. Są też tacy, którzy uważają, że życie w dolinach ma smak tylko wtedy, gdy się go przyprawi ryzykowną wędrówką na granicy ludzkich wytrzymałości.

Touching the Void (Czekając na Joe)

Hybrydowy film górski łączący w sobie dokument i fabułę – oparty oczywiście na faktach. Opowiada nieprawdopodobną historię, która w 1985 roku wydarzyła się w Alpach Peruwiańskich. Narratorami są dwaj brytyjscy wspinacze – Joe Simpson i Simon Yates oraz poznany na miejscu podróżnik Richard Hawking.

Historię zdobycia zachodnią ścianą szczytu Siula Grande opowiadają sami bohaterowie. Film zrealizowano niemal 20 lat po wyprawie. Mimo to trudno uwierzyć, że ta historia skończyła się szczęśliwie. Jeśli alpinista łamie wysoko w górach nogę, jest to dla niego prawie zawsze wyrok śmierci. Chyba że ma partnera, który podejmie się niemożliwego. Nawet w takim momencie nie wszystko musi pójść zgodnie z dramatycznym planem. Z jednej strony mamy tu ratowanie własnego życia, gdy partnera uratować już nie sposób. Z drugiej natomiast niewyobrażalnie wielką wolę życia, która pozwala dokonać  dosłownie niemożliwego.

Touching the Void (pol. Czekając na Joe), reż. Kevin Macdonald, 2003

Everest

Ekranizacja książki Johna Krakauera jednego z uczestników wyprawy na Mount Everest w 1996 roku. Znowu mamy prawdziwą historię przeniesioną z gór na wielki ekran. Tym razem jednak przedstawiona historia nie dotyczy himalaistów, lecz uczestników wypraw komercyjnych. W połowie lat 90. ta forma ekstremalnej turystyki dopiero raczkowała – dziś jest zjawiskiem powszechnym i budzącym skrajne emocje.

W tej historii szczęśliwe zbiegi okoliczności są przetasowane z tragediami, wola życia z totalnym marazmem, a pragnienie sukcesu przyćmiewa zdrowy rozsądek i kwestie bezpieczeństwa. Jak w życiu. Jednak w strefie śmierci liczenie na odrobinę szczęścia, to w zasadzie pchanie się w śmiertelne kłopoty. Na Evereście rozpętała się nagła burza, w której centrum znalazły się dwie komercyjne wyprawy – amerykańska i nowozelandzka.  Historia jednego z uczestników czyni tę historię niezwykłą, bo ten, który nie miał żadnych szans, dostaje drugie życie.

Jeśli obejrzycie Everest (lub przeczytacie „Wszystko za Everest” Krakauera) zerknijcie na ten filmik z konferencji TedMed. Zobaczycie, skąd się bierze siła woli i co potrafi zdziałać.

Everest, reż. Baltasar Kormákur, 2015

K2

Nie jest to wybitny film górski. Dla mnie ma jednak wartość sentymentalną, bo to od niego połknęłam bakcyla filmu górskiego. Zadziwiało mnie – iks lat temu – to, co dziś spowszedniało i znormalniało. Na górę-mordercę może pojechać każdy, kto tylko zdobędzie na to środki bądź dostanie zaproszenie. I biznesmen, i naukowiec mają swoją szansę, by udowodnić sobie i innym, że zajdzie wysoko.

Film co prawda – o ile mi wiadomo – opowiada fikcyjną historię, chociaż w górach może zdarzyć się wszystko. I choroba wysokościowa lidera, i złamana noga jednego ze wspinaczy, i pełna dramatyzmu akcja ratunkowa, która przychodzi w ostatnim momencie. Oczywiście naszpikowanie scenariusza dobrymi i złymi bohaterami i nieprzewidywanymi wypadkami to stara kinowa sztuczka. Jednak przypomnijcie sobie, co wydarzyło się w 2018 roku na stokach Nanga Parbat, gdy niemal na żywo można było oglądać zmagania himalaistów i próbę niesienia pomocy tym, którzy sami na górze byli praktycznie bez szans. Happy endy zdarzają się nie tylko w kinie.

Tytuł: K2, reż. Franc Roddam, 1991

Jurek

Centralną postacią tego filmu jest oczywiście najsłynniejszy polski himalaista – Jerzy Kukuczka. Mówią o nim koledzy z klubów górskich, towarzysze wypraw, a także najsłynniejsi himalaiści jak Reinhold Meissner czy Carlos Carsolio.

Ten film to nie tylko biografia Kukuczki, ale całego pokolenia „złotej ery polskiego himalaizmu”. To także kronika czasów i rzeczywistości, w której żyli. Wyprawy w Himalaje były odskocznią od szaroburej codzienności PRL i dawały prawdziwą szansę na czerpanie życia pełnymi garściami.

W filmie przeplatają się archiwalne i współczesne zdjęcia. Kamery filmowe śledziły przygotowania himalaistów do wypraw, zdobywanie funduszy, zapasów, pakowanie ton sprzętu (i kontrabandy), który w Himalaje czy Karakorum wyruszał zapakowany na potężną ciężarówkę marki Star. Są także wspomnienia o Jerzym Kukuczce zrobione po latach z bohaterami tamtych wydarzeń. Tymi, którzy przeżyli.

Ośmielę się mimo wszystko powiedzieć, że to film z tezą „Kukuczka wielkim himalaistą był”. Jeśli lepiej chcecie poznać Jerzego, sięgnijcie po książkę „Kukuczka: opowieść o najsłynniejszym polskim himalaiście” – tam spotkacie człowieka z krwi i kości, w którym kotłowały się ambicja, wyzwania i dążenie do upragnionego celu. Tylko tacy robią rzeczy wielkie, dla innych nieosiągalne.

Jurek, reż. Paweł Wysoczański, 2014

Temperatura wrzenia

Krótki film dokumentalny o kobiecej wyprawie na Gasherbrum III, której w 1975 roku przewodziła Wanda Rutkiewicz. Jednak to nie akcja górska jest w tym filmie najważniejsza. Na pierwszy plan wysuwa się bowiem atmosfera w trakcie trekkingu, planowania akcji górskich oraz codziennego życia w obozie bazowym.

Jeśli wydaje się wam, że taka himalajska wyprawa to dobrze naoliwiona maszyna, w której każda osoba to sprawnie działający trybik, to znaczy, że podchodzicie do sprawy jak liderka. Tymczasem życie pokazuje, że trudności zaczynają się już w czasie dojścia do obozu bazowego i nie nikną podczas próby realizacji planu. Wanda Rutkiewicz lubiła wszystko planować, próbowała też godzić ze sobą rolę kierownika wyprawy i ambitnej himalaistki.  „Temperatura wrzenia” to próba zajrzenia za kulisy wypraw górskich, gdzie charaktery ludzkie ścierają się ze sobą w ekstremalnych warunkach.

Temperatura wrzenia, reż. Andrzej Zajączkowski, 1975

 

Daleko mi do krytyka filmowego, lubię jednak opowiadać o filmach, które zrobiły na mnie wrażenie. Tych osiem filmów opowiada przeróżne historie, których wspólnymi mianownikami są góry i chęć ich ujarzmienia. Jestem ciekawa jakie jeszcze filmy o tej tematyce warto obejrzeć. Dajcie znać!

Mapa turystyczna – jak wybrać

Mapa turystyczna – jak wybrać

Nie skończą się jej baterię, ekran się nie stłucze, nie będzie poza zasięgiem – mapa turystyczna jest zdecydowanie tym przedmiotem, o którym nie wolno zapomnieć pakując się na wędrówkę. Nawet gdy wybierasz się na krótką wycieczkę w „oswojone” okolice, zabierz ze sobą mapę – nie tylko się nie zgubisz, ale być może pomożesz innym w znalezieniu właściwej drogi.

Telefony komórkowe zastępują nam coraz więcej urządzeń i gadżetów codziennego życia. Dzięki aplikacjom mamy łatwiejszy dostęp do wielu usług, a wiele z nich dba także o nasze zdrowie i bezpieczeństwo. Sami polecaliśmy kilka apek przydatnych w górach (przeczytaj tutaj). Jednak – mimo wszystko – proszę, nie rezygnujcie z tradycyjnych map turystycznych. To na nie można liczyć w najbardziej ekstremalnych warunkach, gdy zawiedzie cywilizacja i technologia, zniknie prąd, zasięg i GPS. Jak wybrać najlepszą mapę i czy taka w ogóle istnieje?

 

Idealna mapa turystyczna

Nie istnieje chyba mapa idealna, a przede wszystkim nie istnieje mapa uniwersalna. Z mapą Europy czy Polski raczej w górach nie zawojujemy wiele, dlatego oczywiście pierwsza sprawa to wybór właściwego „kawałka” terenu. Dla ułatwienia skupmy się na Polce. Najprostszy przykład: jedziesz w Bieszczady mapa tych gór będzie właściwa – to jasne dla każdego. Lecz kiedy wybierasz się np. w Beskidy, wybierz mapę konkretnego pasma: Beskidu Żywieckiego, Śląskiego, Makowskiego.

Zwróć uwagę na datę wydania lub informację o aktualizacji mapy. To bardzo ważne, ponieważ zmiany przebiegu szlaków zdarzają się dość często i warto mieć rozeznanie w tym zakresie. Jeśli jednak w terenie zobaczysz rozbieżności, kieruj się drogowskazami i znakami. Być może zmiana jest na tyle świeża, że nie ma jeszcze odwzorowania na mapie.

Zanim zatem zdecydujesz się kupić mapę, musisz – przynajmniej w przybliżeniu – znać teren, w który się wybierasz. Jeśli to weekendowy wypad zazwyczaj wystarczy ci jedna mapa turystyczna. Co zrobić w przypadku dłuższych wędrówek po większym terenie – jedna  mapa czy wiele? Tu przechodzimy do zagadnienia skali i czytelności mapy.

Korzystanie z mapy to frajda dla dzieci (fot. Osprey)

 

Skala mapy

Przypomnę tylko podstawowe wiadomości, które mogą być przydatne podczas wybierania mapy i rozmowy z miłą obsługą w sklepie. Mapa z dużą skalą jest bardziej dokładna, bo zawiera więcej szczegółów, obejmuje też zdecydowanie mniejszy obszar. Duża skala to np. 1:10 000, 1: 20 000, 1: 30 000. Analogicznie mapa z małą skalą (w przypadku map turystycznych 1: 50 000, 1:60 000) przedstawia większy wycinek terenu, jednak jest przez to mniej szczegółowa. Nie zdziwcie się, że to samo pasmo ma kilka różnych map nawet tego samego wydawcy. Mapa Tatr obejmująca zarówno część polską, jak i słowacką, będzie miała małą skalę (np. 1:55 000), natomiast skupiająca się wyłącznie na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego lub obejmująca np. Tatry Wysokie – dużą skalę (np. 1:25 000).

Laikom przypomnę, że te cyferki oznaczają stosunek cm na mapie do centymetrów w terenie. Niewygodne prawda? Trzeba zatem skreślić trochę zer. Jeśli mamy mapę 1: 30 000 oznacza to, że 1 cm  na papierze to 30 000 cm w terenie. Skreślamy dwa zera, żeby przeliczyć to na metry i wychodzi nam 300 metrów. Im większa skala tym mapa górska bardziej precyzyjna, a zatem przydatna szczególnie w nieznanym terenie. Pozwala łatwiej zorientować się w położeniu oraz zaplanować wędrówkę.

Wracając do dylematu z ostatniego pytania: jedna mniej szczegółowa, czy kilka bardziej szczegółowych map? Zazwyczaj wolę mapy bardziej szczegółowe, często w Tatry zabieram dwie mapy. Jeśli jednak wybierasz się na dłuższą wędrówkę i liczysz każdy gram w plecaku – jedna mapa będzie lepsza. W tym wypadku możesz też zdecydować, z jakiego materiału ma być twoja mapa.

 

Mapy laminowane czy papierowe

Skala to nie jedyna różnica w mapach tego samego rejonu. Na drugim miejscu stawiam materiał, z jakiego są wykonane. Oferta wydawnictw obejmuje mapy turystyczne laminowane, klasyczne – papierowe, a także coraz popularniejszą grupę, czyli mapy z papieru wodoodpornego. Każdy z tych rodzajów ma swoje wady i zalety, które dobrze znać podczas wyboru mapy.

 

Mapa laminowana

Wygląda, jakby wydrukowana na papierze mapa została „pocięta” na kawałki i każdy z nich został zalaminowany w plastiku. To rozwiązanie najlepiej  ze wszystkich poradzi sobie w przypadku ulewy czy dużego opadu śniegu, a to górach sprawa niebagatelna. Laminacja jest bardzo trwała i mapa z pewnością posłuży kilka dobrych sezonów. Uwaga, jeśli używasz tej mapy długo (bo jej stan na to pozwala), sprawdzaj czy nie było zmian w przebiegu szlaków.

ZALETY:
+ trwała
+ wodoodporna
+ łatwiej się składa
+ dobrze sprawdza się na wietrze
WADY:
– droższa
– cięższa

 

Mapa papierowa

Tradycjonaliści powiedzą, że to jedyne prawdziwe mapy i nie będę się z nimi spierała. Przede wszystkim są produktem najtańszym i zdecydowanie najbardziej ekologicznym. Można im zapewnić odporność na wodę i śnieg – wystarczy w tym celu zaopatrzyć się w mapnik.

ZALETY:
+ tania
+ lekka
+ w razie potrzeby można po niej pisać
+ ekologiczna
WADY:
– mniej trwała
– bywa trudna w złożeniu
– ciężko z niej korzystać podczas wiatru
– w czasie deszczu wymaga użycia mapnika

 

Mapa z papieru wodoodpornego

Według mnie są to najbardziej uniwersalne mapy turystyczne, łączące w sobie zalety zarówno map papierowych, jak i laminowanych. Są lżejsze od laminowanych, a jednocześnie zachowują odporność na wodę i śnieg. Cenię je także za to, że zmieszczą się  w każdą kieszeń kurtki czy plecaka, bo bez problemu można je zrolować.

ZALETY:
+ lekka
+ wodoodporna
+ można ją zrolować
+ / – bywają problemy ze złożeniem
+/ – nieźle zachowuje się na wietrze
WADY:
+ / – bywają problemy ze złożeniem
+/ – nieźle zachowuje się na wietrze
– droższa

W deszczu papierowa mapa może szybko zmoknąć (fot. Deuter)

 

Szczegóły mapy turystycznej

Diabeł w tkwi szczegółach i warto na nie także zwrócić uwagę przy wyborze mapy. Oto czym jeszcze charakteryzuje się dobra mapa turystyczna.

  • Czasy przejść szlaków – to bardzo przydana informacja podczas planowania wycieczki. Dla mniej zorientowanych łatwiej poznać, w którą stronę szlak jest trudniejszy (a pokonanie go zajmuje więcej czasu). Jedna bardzo ważna uwaga – o ile nie masz do czynienia ze specjalną mapą zimową, czasy podawane są na wędrówki letnie. Zimowe wędrówki planuj więc z większym zapasem czasowym. Weź też pod uwagę, że przebieg szlaków zimą niekiedy różni się od letniego i wtedy uniwersalna mapa może być myląca.
  • Odwzorowanie terenu – najczęściej w postaci szkiców lub cieniowania gór czy skał. Drobiazg, na który zwykle nie zwraca się uwagi – jednak gdy w ręce wpada ci mapa gór bez odwzorowania terenu, łapiesz się za głowę, jak z niej w ogóle korzystać.
  • Dodatkowe szlaki – coraz częściej oprócz pieszych szlaków na mapach zaznaczane są także szlaki rowerowe lub konne, a także specjalnie wyznaczone (głównie w rezerwatach i parkach narodowych) ścieżki dydaktyczne.
  • Plany miast – ułatwiają zorientowanie się w ważniejszych punktach (parkingi, atrakcje turystyczne, zabytki), szczególnie w miejscach, które odwiedzamy niejako przejazdem lub na piechotę bez włączonej nawigacji satelitarnej.
  • W rejonach bogatych w atrakcje turystyczne często umieszcza się na odwrocie mapy krótkie informacje na temat interesujących zabytków czy miejsc wartych zobaczenia. Czasem jest nawet miejsce na ilustrację bądź fotografię. Dzięki temu łatwo można dowiedzieć się, co kryje się pod uniwersalnym piktogramem w legendzie i na mapie.
  • Innym przydatnym dodatkiem jest mapa szlaków, która może przypominać bardzo rozbudowany schemat metra czy w ogóle komunikacji. Przede wszystkim jednak ułatwia zorientowanie się, jak gęsto przebiegają szlaki i w których miejscach się łączą. Na skrzyżowaniach taka mapa szlaków turystycznych pomoże ci szybko zorientować się w kierunku rozchodzenia się poszczególnych dróg.
  • Układ współrzędnych – zwróć uwagę, by był to WGS-84 według którego obecnie opracowywane są mapy na całym świecie. Jest to także ważna informacja dla wszystkich, którzy używają terenowego GPS, ponieważ mogą go ustawić według mapy utworzonej w tym systemie. Przy wyborze mapy zerknij też, kiedy została wydana. Starszych niż 2 lata map nie warto kupować.
  • O tym wspominałam już wcześniej, ale warto pamiętać – zerknij na datę wydania bądź aktualizacji mapy.

Korzystanie z mapy i kompasu – warto umieć (fot. Daniil Silantev on Unsplash)

 

Jeśli zastanawiasz się gdzie kupić mapę, mam dobrą wiadomość – w Skalniku mamy nie tylko mapy turystyczne Polski, ale także najpopularniejszych kierunków trekkingowych. Zajrzyj do naszych sklepów lub na skalnik.pl i wybierz mapę na swoją najbliższą wycieczkę.

Na koniec raz jeszcze podkreślę – nieważne czy jedziesz w Tatry, Bieszczady, Beskidy czy Karkonosze mapa turystyczna jest niezbędna. Nie zastąpi jej żadna nawigacja ani aplikacja. Wybieraj taką, która jest dla ciebie najwygodniejsza bądź mieści się w twoim budżecie, ale miej ją zawsze pod ręką. I jeszcze jedno – naucz się z niej korzystać. Jak korzystać z mamy i kompasu w terenie, możesz zobaczyć na przygotowanym przez nas filmie:

Nowość – Rab i membrana GORE-TEX

Nowość – Rab i membrana GORE-TEX

Brytyjska marka Rab słynie z najwyższej jakości odzieży i akcesoriów górskich. Od niemal 40 lat tworzy z pasją odzież dla ludzi z pasją. Produkty z oferty Rab powstają we współpracy z ludźmi, którzy aktywnie spędzają czas w górach. W tym roku zaczyna się nowy rozdział historii Rab – odzież z membraną GORE-TEX®.

Misją Rab jest tworzenie coraz lepszej, wytrzymalszej, zaawansowanej odzieży technicznej, która zapewni ochronę w najcięższych warunkach, a jednocześnie będzie lekka i wygodna. Przypomnę jedynie, że dotychczas połączenie wodoodporności i oddychalności zapewniała membrana eVent. Jednak od sezonu jesień-zima 2019/20 w odzieży i akcesoriach Rab znajdziemy najbardziej znaną outdoorową membranę Gore Tex.

Jest to dobra wiadomość dla wszystkich, którzy cenią Rab Equipment za jakość i rozwiązania, a do pełni szczęścia brakowało im jedynie membrany Gore Tex. Aktualną historię obie marki zaczynają pisać razem i jest to współpraca na zasadach partnerskich. Zyskują na tym nie tylko obie marki, ale także – a może przede wszystkim – klienci. Do przemyślanej konstrukcyjnie odzieży dołącza najbardziej znana na świecie membrana. Efektem tego połączenia jest odzież Gore Tex, która sprawdzi się w różnych warunkach.

Gore-Tex na pogodę i niepogodę

Pisząc o rozmaitych warunkach mam naprawdę na myśli cały przekrój pogody, jaka zdarza się na outdoorowych wypadach w okresie jesienno-zimowym. Przed deszczem chroni klasyczna membrana Gore-Tex, zapewniająca jednocześnie wysoką oddychalność, co oznacza, że nawet w deszczu nie musisz rezygnować z ulubionych aktywności. Przypomnij sobie, jak często – szczególnie jesienią – masz do czynienia z deszczem. Czy to jest jednak powód, żeby rezygnować z wyjść w góry i porzucać ambitne plany? W żadnym razie. W takim wypadku odzież Rab z klasyczną membraną Gore-Tex sprawdzi się znakomicie. Kurtka GORE-TEX to produkt, który sprawi, że nie będziesz mieć wymówek o deszczowej pogodzie.

Wędrówka w deszcz – kurtka Rab Kangri w akcji. Fot. Rab

A co z zimą? Tu sprawdzi się GORE-TEX® INFINIUM™ (niektórzy mówią na niego biały goretex). Ta technologia świetnie pasuje do odzieży puchowej, by razem tworzyć duet, który jest nie do pokonania nawet przez śnieg, wiatr i mróz. GORE-TEX® INFINIUM™ zapewnia ochronę przed wiatrem, lekkim deszczem i śniegiem, ale przede wszystkim zapewnia doskonałą oddychalność. Teraz nie musisz się już martwić czy twoja puchówka da sobie radę w śnieżycy.

Sprawdźmy co się kryje pod hasłem Rab Gore Tex.

Odzież Rab z membraną Gore-Tex

Do technicznego i przemyślanego w każdym detalu kroju kurtek, spodni i rękawic, dodano atut w postaci membrany Gore Tex. Odzież zyskała tym samym dużą odporność na wodę i wiatr przy zapewnieniu jednoczesnej oddychalności, czyli wsparciu naturalnej termoregulacji organizmu. Dzięki niej możesz pozostawać w ruchu niezależnie od aury, czując się przy tym komfortowo.

Kurtka Rab Muztag to jeden z topowych produktów nowej kolekcji.  Dzięki hybrydowej budowie, w której wykorzystano materiały dwóch grubości, kurtka Muztag jest jednocześnie wytrzymała i lekka. Ma także znakomite parametry oddychalności, a to za sprawą zarówno membrany, jak i specjalnych paneli. W kroju zadbano o szczegóły, które przekładają się na wysoki komfort użytkowania w najbardziej ekstremalnych warunkach. Znajdziesz w niej m.in. techniczny kaptur z pełną regulacją, który można łatwo dopasować do kształtu głowy, wysoką  gardę z miękką wyściółką wewnętrzną, dwubiegowy zamek (ostatnio widywany w najbardziej zaawansowanych modelach), wywietrzniki pod pachami.

Dopracowana w szczegółach kurtka Muztag sprosta górskich wyzwaniom. Fot. Rab

Technicznym modelem jest także Kangri GTX. Mamy tu do czynienia z trzywarstwową membraną Gore Tex. Ta kurtka przeciwdeszczowa jest wytrzymała, gotowa na najcięższe warunki, jakie spotyka się w górach jesienią i zimą. Sprawdzi się zarówno jako zewnętrzna warstwa zimą, chroniąc przed wyziębiającym wiatrem, jak i podczas jesiennej niepogody i ulewnego deszczu. Jej krój jest przemyślany, tak by nie krępowała ruchów także podczas sportów wymagających precyzji. Zastosowane rozwiązania są podobne jak w modelu Muztag – łatwy w regulacji kaptur, wysoka garda, obszerne kieszenie, dwubiegowy, wodoodporny zamek i wywietrzniki pod pachami to najważniejsze z nich.

Dla porządku wspomnę tylko, że oczywiście znajdziesz w ofercie Rab kurtki zarówno damskie, jak i męskie.

Jeśli ruszasz na szlak niezależnie od pogody zapewne ucieszy cię wieść, że dostępne są także spodnie Rab z membraną Gore Tex. Podobnie jak w przypadku kurtek – dzięki membranie masz dobrą ochronę przed wiatrem i wodą, a także oddychalność, która nie wpłynie na komfort wędrówki. Możesz wybierać czy wolisz klasyczny krój, czy też spodnie z odpinanymi na całej długości nogawkami. To ostatnie rozwiązanie umożliwia błyskawiczne założenie (i zdjęcie) spodni bez względu na warunki i bez konieczności zdejmowania butów.

Gore-Tex od stóp do głów, czyli bez przeszkód do celu. Fot. Rab

 

Biały Gore Tex

Rab proponuje także kurtki z nowoczesną membraną GORE-TEX® INFINIUM™ (nazwa ta nic ci nie mówi? przeczytaj ten tekst). Kurtkę Infinity docenią wszyscy, którzy potrzebują nie tylko dużo ciepła, ale także odporności na wiatr oraz niespodziewane opady deszczu czy deszczu ze śniegiem. Dzięki połączeniu izolacji z puchu gęsiego i membrany GORE-TEX® INFINIUM™ masz kurtkę, która sprawdzi się w najcięższych warunkach. W parze z doskonałymi materiałami idzie także przemyślany krój z minimalną ilością szwów i specjalnymi powłokami ochronnymi.

Kurtka Rab Infinity w technologii GORE-TEX® INFINIUM™. Komfort w każdych warunkach. Fot. Rab

 

Rękawiczki Rab

Membranę GORE-TEX® znaleźć można także w kolekcji rękawic Rab. Warto podkreślić, że nie jest to tylko „czarny” GORE-TEX®. W technicznych rękawicach Axis zastosowano bowiem GORE-TEX® INFINIUM™. Dzięki modelowaniu 3D rękawice doskonale dopasowują się do dłoni. Przekłada się to na precyzję ruchów, potrzebną chociażby podczas zimowej wspinaczki. Jednocześnie membrana zapewnia znakomitą odporność na wiatr, chroni także przed niewielkimi opadami. Membrana ta w połączeniu z ociepliną Primaloft Gold zapewni twoim dłoniom komfort termiczny, a doskonale dobrane materiały zewnętrzne zapewnią rękawicom trwałość, co jest istotne, gdy operujesz zimowym sprzętem.

Rękawice GORE-TEX to komfort podczas zimowej wspinaczki. Fot. Rab

 

Jeśli do znanej marki dodamy bardzo znaną technologię powstaną produkty najwyższej jakości. Dwie legendy jakości zamknięte w produktach, które będą sprawdzały się w deszczu i chłodzie. Na współpracy Rab i Gore każdy zyskuje – najbardziej zadowoleni powinni zaś być klienci i entuzjaści obu marek.

Ferraty w Austrii – Ziemia Salzburska

Ferraty w Austrii – Ziemia Salzburska

Jeśli pierwsze ferratowe szlify już za tobą, pora wybrać się w miejsca, które dają możliwość kilkugodzinnych przejść, fantastycznych widoków i niezapomnianych wrażeń. W austriackich Alpach Salzburskich poprowadzono kilkaset (!) żelaznych dróg o różnym poziomie trudności. Zapraszam do kanionu Postalm i nad jezioro Gosau.

W przeciwieństwie do wcześniej opisywanych w naszym cyklu dróg via ferrata blisko Polski, austriackie ferraty to pełnoprawne szlaki. Ich przejście trwa minimum godzinę, a bywa, że dużo dłużej – co także zależy od ich popularności, a więc i zatłoczenia. Z tego też względu oprócz sprzętu na ferratę koniecznie zabierz ze sobą kurtkę przeciwdeszczową, coś do picia i przekąskę. Dobrze mieć także w plecaku linę i przyrząd asekuracyjny. Co jeszcze warto wiedzieć na początek? W krajach niemieckojęzycznych nie używa się określenia „via ferrata”, lecz szlaki te określa swojsko „Klettersteig”.

Via ferrata Postalmklamm

Najciekawsza z dotychczas zdobytych przeze mnie ferrat, to niewątpliwie żelazna droga poprowadzona w kanionie Postalm. Jest długa, znajduje się w miejscu nieoczywistym i ma tyle atrakcji, że spokojnie można by nimi obdzielić jeszcze kilka górskich szlaków. Wielką zaletą jest w sumie niewielka wysokość, na jakiej się znajduje. Dzięki temu była dostępna na początku maja, a to raczej wyjątek niż reguła.

Dojazd i parkowanie

Jedyna droga, którą można dojechać do ferraty ma prywatnego właściciela. Trzeba więc, mimo winiety, zapłacić za przejazd nią. Dobra wiadomość jest taka, że płaci się tylko przy wjeździe. Dobrze mieć drobne euro, ponieważ należność (10 euro) reguluje się w automacie. Widoki po drodze zniewalają i sprawiają, że jazda jest prawdziwą przyjemnością.

Schematyczny przebieg ferraty Postalmklamm

Niewielki parking zorganizowano w miejscu, z którego można najszybciej dojść do początku via ferraty. Łatwo go poznać po umieszczonej w tym miejscu mapce Postalmklamm Klettersteig. Dojście szlakiem z parkingu zajmuje ok. 20 min. Stalowa linka pojawia się nagle w miejscu, które nie wydaje się trudniejsze, niż przebyte wcześniej. Ponieważ szlak prowadzi przez las liściasty trzeba uważać na leżące liście, które o poranku lub po opadach są wilgotne. Nie ufajcie też leżącym na ścieżce kamieniom, część z nich jest zdradliwie ruchoma.

Opis ferraty Postalmklamm

Ferrata jest długa i składa się z kilku części. Najdłuższa i najbardziej emocjonująca biegnie wzdłuż kanionu i obfituje w liczne atrakcje. Potem jest raczej mało wspinaczki, a więcej chodzenia po lesie i podziwiania natury. Osoby marzące o większej dawce wrażeń mają jeszcze możliwość pokonania skał Glamsleckenwand z wariantem o wycenie F. Powrót na parking, już wzdłuż drogi, zajmuje ok. 20 min.

Początkowy przebieg via ferraty Postalmklamm wyznaczono wzdłuż obu brzegów kanionu – raz po jego prawej, raz po lewej stronie. Najwięcej adrenaliny dostarczają miejsca przepraw z jednej strony na drugą. Zaczyna się od mostka z wygodnymi, drewnianymi stopniami (i nieco mniej wygodną pojedynczą liną-poręczą). Mostek linowy zawieszono kilkanaście metrów nad wodą, jest długi i robi naprawdę duże wrażenie. Po jego pokonaniu szlak wchodzi w ściany kanionu – od tej pory za stopnie służą metalowe klamry, pręty wystające ze ścian, rzadziej skalne półeczki. Najczęściej biegną one poziomo, chociaż są także miejsca, w których kierują się w górę lub w dół.

Pierwszy mostek na ferracie Postalmklamm

Kolejne przeprawy to mostek „tarzan” – gdzie zamiast poręczy, za uchwyty służą pionowo rozwieszone sizalowe liny. W kolejnym miejscu… nie ma mostka – to tzw. koci skok. Posiadacze długich nóg robią w tym miejscu wielki krok, natomiast pozostali muszą się odważyć i skoczyć. Spokojnie, na górze jest oczywiście linka do wpięcia lonży ferratowej. Ostatnia przeprawa przypomina pierwszy mostek – położona jest wśród malowniczo rozlewających się wodospadów. Ponadto nad nią widać już wyjście z zimnego i ciemnego kanionu, co tylko dodaje skrzydeł.

Kierując się dalej warto zboczyć ze szlaku, by podziwiać majestatyczny Wielki Wodospad – robi piorunujące wrażenie, szczególnie gdy się stoi tuż obok napierających mas wody. Po kilkunastu minutach marszu przez las staje się u stóp Glamsleckenwand. W tym miejscu można zdecydować czy są jeszcze w ekipie siły na dalsze mierzenie się z via ferratą, czy raczej zapału wystarczy na obejście skał. Warto dobrze przemyśleć szczególnie tę pierwszą decyzję: tu wycena szybuje do C/D (i oczywiście wariantu F dla najbardziej wytrawnych „napieraczy”), ekspozycja jest ogromna, ale za to widoki znakomite. Zmęczone po kanionie osoby mogą mieć problem z pokonaniem tego odcinka, a drogi powrotnej nie ma. Po pokonaniu tego odcinka ferraty warto poświęcić trochę czasu na złapanie oddechu. W dalszej części szlak znowu kieruje bliżej wody. Jest tam jeszcze jeden mostek, a raczej był, ponieważ został zerwany przez upadające drzewo. Za pomocą lin statycznych zrobiono obejście tego miejsca. Tę atrakcję można już z czystym sumieniem sobie odpuścić i na skrzyżowaniu szlaków kierować się w stronę drogi.

Dla kogo ferrata Postalmklamm

Średnia wycena tej ferraty to C (aczkolwiek są momenty zarówno B, jak i D). Raczej nie jako pierwsza via ferrata w życiu, ale dla kogoś, kto rozsmakował w tego typu turystyce. W kanionie i na Glamsleckenwand są ograniczone możliwości zarówno, żeby kogoś wyprzedzić, jak i by zawrócić. Trzeba podejść rozsądnie do swoich sił, szczególnie w drugiej części.

Naszpikowana atrakcjami trasa spodoba się wszystkim, którzy lubią adrenalinę i wyzwania outdoorowe.

 

Laserer alpin via ferrata

Przejście obu ferrat spokojnie można „upchnąć” jednego dnia. I to nie spiesząc się za bardzo. Warto jednak pamiętać, że raczej będzie to długi dzień, który dobrze jest zacząć wcześnie. Ta ferrata jest zupełnie inna – poprowadzono ją dla zabawy i świetnych widoków. Zatacza pętlę – start i meta znajdują się w jednym miejscu, choć jej przebieg jest nieco zaskakujący.

Parkowanie i dojście do ferraty

Jezioro Gosau to popularne miejsce spacerów, zatem miejsc parkingowych (bezpłatnych!) w okolicy nie brakuje, a i dotarcie nie stanowi najmniejszego problemu. Uwaga! W sezonie (od połowy maja do końca października) na parkingach obowiązuje ograniczenie czasu postoju do 180 min.

Tablica informacyjna – via ferrata Laserer alpin

Od schroniska należy się kierować drogą po lewej stronie jeziora. Po jakiś 15 min. wędrówki asfaltem dochodzi się do miejsca, w którym na skałach widać stalową linkę. Jednak to koniec ferraty, jej początku należy szukać u dołu, pomiędzy drogą a jeziorem.

Opis ferraty Laserer alpin

Ferrata składa się z dwóch części – można ją przejść w całości, w połowie zrobić dłuższy odpoczynek bądź zrezygnować. Na początek – trawers nad wodą. Jednak w przeciwieństwie do ferraty Bechyńskiej, o której pisała Ola, nie jest on tuż nad wodą – raczej w połowie ściany między jeziorem a drogą. Nie jest też aż tak wymagający, częściowo oparcie dla stóp stanowią metalowe klamry, a po części skały. Czas przejścia tego odcinka w dużej mierze zależy od zatłoczenia ferraty i sprawności poruszających się po niej osób. Nie powinien zająć więcej niż 20-30 min. Trawers kończy się metalową drabinką linową, przytwierdzoną do skały u dołu oraz okapu u góry. W tym miejscu można bezpiecznie odpuścić sobie dalszą zabawę i bezpiecznie wrócić drogą do schroniska. Przejście drabinki to według mnie najbardziej męczący odcinek – wszystko jest bowiem mało stabilne i trzęsie się na różne strony.

Po przejściu drabinki dalsza część via ferraty biegnie górą, nad drogą. Najpierw jest to fragment, który trzeba pokonać w górę (w najwyższym miejscu jest oczywiście pamiątkowa książka), następnie w dół. Część odcinków może być trudniejsza dla osób o niższym wzroście, bo klamry są sporo od siebie oddalone. Nie są to jednak przeszkody nie do pokonania. Największą atrakcją – oprócz boskich widoków, które towarzyszą przez całą ferratę – jest mostek linowy. Jego forma dostarcza wielu wrażeń są to bowiem dwie stalowe liny ułożone równolegle bezpośrednio jedna nad drugą. Pewną trudnością jest konieczność przepięcia lonży pośrodku mostu, ponieważ znajduje się tam linka dystansowa. Mostek przebiega bezpośrednio nad drogą otaczającą jezioro.

W bezchmurny dzień warto zadbać o okulary przeciwsłoneczne. Via ferrata Laserer alpin jest odsłonięta i położona tak, że niemal cały dzień docierają do niej promienie słoneczne.

Komu polecam ferratę Laserer alpin

Jest to doskonała ferrata treningowa, o wiele łatwiejsza – i krótsza – niż Postalmklamm. Przeszliśmy ją tego samego dnia, co ferratę w kanionie i daliśmy radę. Jej oficjalna wycena to C (bywają też łatwiejsze odcinki A-B). Przede wszystkim warto ją odwiedzić ze względu na umiejscowienie. Jeśli lubicie widok, jak roztacza się nad Morskim Okiem, nie będziecie zawiedzeni. Nie bez znaczenia jest fakt, że całość od przyjazdu do wyjazdu zajmuje ok. 1,5 godziny. Dobre miejsce na zakończenie aktywnego dnia.

 

Ferratowe plany pokrzyżowała nam kapryśna, majowa pogoda. Na pewno jeszcze wrócimy na austriackie via ferraty. Te, którymi mieliśmy okazję przejść, bardzo odpowiadały naszym gustom i umiejętnościom. Teraz pora zmierzyć się z drogami żelaznymi na wyższych wysokościach.

Główne zdjęcie – fot. Mateusz Malinowski

Kanken plecak miejski dla każdego

Kanken plecak miejski dla każdego

Zrób mały eksperyment. Przypomnij sobie, jaki miejski plecak widzisz najczęściej wśród współpasażerów komunikacji miejskiej, na plecach studentów, uczniów, czy też zwykłych przechodniów. Coś świta? Nawet jeśli nie, po przeczytaniu tego tekstu zapewne nagle zobaczysz, że codziennie mijasz co najmniej kilka, może kilkanaście osób, które mają plecak z liskiem.

Wyobraź sobie, że 40 lat temu (czyli pod koniec lat 70. XX wieku) większość uczniów podręczniki i zeszyty szkolne nosiła w torbach przewieszonych przez jedno ramię. Tak było modnie, bo na wygodę młodzi ludzie nie zwracają uwagi. A jeszcze mniejszą wagę przykładają do tego, czy coś jest zdrowe. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wykrzywione dziecięce kręgosłupy i bolące plecy stały się poważnym problemem szwedzkiego społeczeństwa.

Narodziny najsłynniejszego plecaka miejskiego to rok 1978. Wtedy to Åke Nordin wymyślił plecak Kanken. Prosty w budowie, a jednocześnie bardzo praktyczny. Bez problemu mieścił zeszyty i książki formatu A4, miał wygodne szelki i długie uszy, by móc nosić go również w ręce. Kanken na dobre zagościł na plecach szwedzkich dzieci. Dzięki niemu skrzywienia kręgosłupa zdarzały się coraz rzadziej. Prosty, a jednocześnie funkcjonalny wygląd oraz trwały materiał zdecydowały o popularności modelu Kanken nie tylko wśród dzieci, i nie tylko w Szwecji. Kanken stał się najpopularniejszym produktem marki Fjallraven zdobywając uznanie na całym świecie. Jest tak popularny, że niektórzy nawet nie wiedzą, że Kanken to „tylko” marka, a nie nazwa producenta.

dzieci i plecaki Kanken

Przez 40 lat Kanken niezbyt wiele się zmienił. Fot. materiały Fjallraven.

 

Jak zmieniał się plecak Kanken

Dzisiaj trudno uwierzyć, że Kankena trzeba było wymyślić, bo go kiedyś nie było. Budowa plecaka jest prosta i praktyczna. Jest kwintesencją skandynawskiego dizajnu – minimalistyczny, wygodny i ponadczasowy. Żeby się o tym przekonać warto zestawić zdjęcia Kankena z lat 70. XX wieku i tego samego modelu 40 lat później. Brawo za spostrzegawczość dla wszystkich, którzy wypatrzą więcej niż kilka kosmetycznych różnic.

Obecnie plecak Kanken nadal jest prostokątny, a do głównej komory łatwo się dostać za sprawą suwaka, który odsłania znaczną jej część. Bez problemu chowasz więc do środka podręczniki, zeszyty i drugie śniadanie. Mała kieszonka z przodu i dwie elastyczne po bokach doskonale uzupełniają miejsca, gdzie wygodnie możesz przechowywać, to co lubisz mieć pod ręką. Kanken przydaje się nie tylko w mieście, z powodzeniem sprawdzi się w roli plecaka na jednodniowe wypady za miasto. Zmieścisz w nim dodatkową warstwę odzieży, termos lub butelkę z wodą i coś na przegryzkę.

co zmieści się w plecaku Kanken

Kanken jest całkiem pojemny. Fot. materiały Fjallraven

Skoro już o aktywnościach pozamiejskich mowa – w Kankenie można znaleźć praktyczne siedzisko, najczęściej wykonane z pianki. Na co dzień jest to po prostu usztywnienie pleców, ale gdy tego potrzebujesz łatwo je wyciągniesz i użyjesz jako podkładki. Przyda się, gdy chcesz sobie usiąść po drodze, ale niekoniecznie na mokrym kamieniu czy brudnej kłodzie.

 

Kanken Kankenowi nierówny

Rodzina plecaków Kanken przez lata się powiększała. Wszystkie bazują na tym samym pierwowzorze, a różnice między plecakowymi kuzynami bywają niekiedy iście koneserskie. Jednak to nie widzimisię marki Fjallraven, za każdym z „podmodeli” stoi cel, który plecak ma spełniać. Przyjrzyjmy się zatem niektórym z nich.

  • Klasyczny Kanken wciąż przyciąga uwagę. Prostokątny kształt jest idealny na codzienną bieganinę po mieście, a także krótkie wypady w teren. Charakterystyczne wydłużone uchwyty na górze plecaka ułatwiają noszenie go w ręce. Minimalistyczne szelki mają regulację, zatem pasują i na zimową puchówkę, i na letnią koszulkę. Uwagę przykuwa oczywiście znaczek z polarnym liskiem, który nawet na plakietce wciąż zachowuje czujność i łypie jednym okiem na okolicę.
  • Plecak Kanken Mini to wersja dla dzieci. Siedmiolitrowy plecaczek będzie pasował na plecy kilkulatka i pomieści przytulankę lub małe co nieco. Czy to w drodze do przedszkola, czy na rodzinnym wypadzie za miasto będzie towarzyszył maluchowi w każdej przygodzie. Dzięki długim, regulowanym szelkom sprawdzi się także jako mini-plecak dla dorosłych. Idealny na imprezkę, gdy potrzebujesz gdzieś wrzucić komórkę, chusteczki i portfel.
dziewczynka z Kankenem

Kanken dla małych. Fot. materiały Fjallraven.

  • Skoro dziś laptop staje się nieodzownym narzędziem nauki, stworzono specjalne wersje Kankena ułatwiające transport przenośnych komputerów. Kanken Laptop ma dodatkowo wzmocnioną kieszeń dopasowaną do rozmiarów notebooka (13 lub 15 cali), która zapobiega obijaniu się komputera po wnętrzu plecaka. Nie musisz bać się o przestrzeń w plecaku jest jej tyle, że poza komputerem zmieścisz tam też podręczniki.

Są jeszcze dwa modele, które kształtem nawiązują do klasycznego Kankena, ale wyróżnia je materiał, z którego powstały – zatem przedstawię je bliżej w kolejnym akapicie. W przypadku tego plecaka równie ważny jak kształt jest także fakt…

 

Z czego zrobiono Kankena

Pierwszy model Kankena wykonano z materiału Vinylon-F. Klasyczny Kanken wciąż z niego powstaje. Jest to syntetyczny materiał, który cechuje trwałość i łatwość pielęgnacji. Lekki a zarazem mocny materiał to jeden z sekretów plecaka Kanken. Dzięki niemu mimo intensywnego i długiego użytkowania plecaka, Kanken wciąż może wyglądać jak nowy. Wystarczy o niego delikatnie zadbać. Plecak Kanken nie powinien być co prawda prany w pralce, ale za to z łatwością można go wyczyścić ręcznie.

Możesz poczuć delikatny zawrót głowy, gdy uświadomisz sobie, że tylko wersja klasyczna ma ponad 30 odmian kolorystycznych. Aż chce się powiedzieć: do wyboru, do koloru! Spokojnie miłośnicy jedynego słusznego koloru – czarnego – też będą zachwyceni. Specjalnie z myślą o nich powstał Kanken no. 2 Black. Wszystko w tym plecaku jest czarne – materiał, szelki i uszy, a nawet to, co stanowi ikonę tego plecaka – logo z liskiem.

  • Re-Kanken to propozycja dla wszystkich, którym nieobca jest troska o planetę. Materiał, z którego uszyty został Re-Kanken, to poliester, który pochodzi z przetworzonych butelek PET. Jedenaście plastikowych butelek posłużyło jako surowiec do tkaniny. z której go stworzono. Boisz się, że musisz wybierać między ekologią a stylowym wyglądem? Nie martw się Re-Kanken wygląda tak samo atrakcyjnie, jak jego starszy brat Classic i możesz wybierać spośród dziewięciu wersji kolorystycznych. Zastosowana technologia SpinDye pozwala na bardziej ekologiczną i ekonomiczną produkcję oszczędzającą wodę, energię i chemikalia.
  • Dla fanów kultowego materiału G-1000 HeavyDuty Eco, który łączy w sobie trwałość i wodoodporność powstał model Greenland. Ten materiał to mistrz outdooru, uniwersalny podczas każdej przygody. Stanowi mieszankę organicznej bawełny i recyklingowanego poliestru. Co więcej materiał jest wstępnie nawoskowany, a zatem zaimpregnowany. Kiedy impregnacja się zużyje, możesz zadbać o kolejną warstwę, by Greenland służył ci bez względu na pogodę.
kanken w lesie

Kanken przydaje się nie tylko w mieście. Fot. materiały Fjallraven

 

Kanken plecak najpopularniejszy w sieci

Zrób jeszcze jeden eksperyment. W wyszukiwarce hasztagów na Instagramie wpisz #Kanken. Zobaczysz oszałamiający wynik 662000 postów*. Co ciekawe firma, która stworzyła Kankena, czyli Fjallraven ma „zaledwie” 358000 hasztagów.

Zdjęcia z Kankenem są kolorowe i pochodzą z całego świata. Pokazują nie tylko najpopularniejszy plecak miejski, ale także sytuacje, w których jest używany. Morze, góry, miasta, muzea, wieże, podróże, spacery, wycieczki, urlopy, miejsca bardzo dobrze znane i te ważne tylko dla autora. Masz Kankena? Koniecznie dołącz do tej kolorowej i pełnej energii społeczności.

* sprawdzone 9 lutego 2019 r. – z tygodnia na tydzień ta liczba rośnie!

Speleokonfrontacje, czyli spotkanie grotołazów

Speleokonfrontacje, czyli spotkanie grotołazów

Po raz 21. w listopadowy weekend (18–20 listopada 2016 r.) zjechali do Podlesic grotołazi z całego kraju. Odbyła się tam bowiem dobrze znana w jaskiniowym środowisku impreza – Speleokonfrontacje – organizowana przez Speleoklub Dąbrowa Górnicza. Sklepy górskie Skalnik po raz kolejny sponsorowały to wydarzenie oraz przygotowały atrakcyjne oferty cenowe dla kupujących.

Speleokonfrontacje, czyli…

Idei przyświecających temu ogólnopolskiemu spotkaniu jest oczywiście kilka: integracja środowiska, wymiana doświadczeń, pokazanie osiągnięć klubowych. Temu wszystkiemu sprzyja przyjazna atmosfera, o którą dbają zarówno organizatorzy, jak i sami uczestnicy.

Gouffre Berger 60 lat eksploracji

Tegorocznym novum podczas Speleokonfrontacji był piątkowy panel dyskusyjny. Tematem przewodnim była francuska jaskinia Gouffre Berger, uznawana na przełomie lat 50. i 60. XX wieku za najgłębszą jaskinię świata. W jej odkrywaniu i przekroczeniu magicznej głębokości 1000 m mieli swój udział Polacy. To właśnie polskiego wkładu w eksplorację Gouffre Berger dotyczyły piątkowe prelekcje i wspominki. Na sali obecnych było niemal 200 osób z uwagą przysłuchujących się opowieściom sprzed lat i całkiem świeżych.

Sobotnie atrakcje

Sobota obfitowała w wydarzenia. Pierwsza część dnia to ciekawe i godne uwagi prelekcje m.in. o prehistorycznych rysunkach jaskiniowych, tajemnicach Czerwonych Wierchów, biegach górskich i najgłębszej zalanej jaskini świata. W międzyczasie odbył się „Bieg małego grotołaza”, w który wzięły udział pociechy uczestników Speleokonfrontacji od lat 4 do 13.

Głównym punktem sobotniego dnia był przegląd filmów i prezentacji dokumentujących wyprawy, eksploracje i klubowe życie. Podzielony na 3 części pokaz zgromadził prawie 400 widzów. Pokazano 13 filmów biorących udział w konkursie ocenianym przez jury (najlepsza prezentacja) oraz publiczność (nagroda publiczności), a także 4 prezentacje pozakonkursowe. W ten sposób w pigułce zaprezentowało się kilka klubów i w skrócony sposób przedstawiło swój dorobek oraz prowadzone eksploracje. Przerwy pomiędzy trzema blokami prezentacji sprzyjały kuluarowym rozmowom, zakupom i grillowaniu. Warto dodać, że wszyscy uczestnicy Speleokonfrontacji mieli możliwość zakupu sprzętu jaskiniowego, wspinaczkowego i turystycznego. Stoiska czynne były od rana do późnych godzin wieczornych w sobotę oraz od rana do wczesnego popołudnia w niedzielę. Swoją ofertę prezentowały m.in. Sklepy górskie Skalnik, Pajak, Małachowski, Kwark, Kotarba i Explorer.

Tańce do białego rana

Po trudzie oglądania prelekcji przyszedł czas na rozrywkę. Do wspólnej zabawy zaprosił wszystkich zespół Chałos. Znany w środowisku grotołazów z wpadających do ucha melodii i celnych tekstów. Zabawa rozkręcała się najpierw do hitów granych na żywo, a potem do puszczanych przez didżeja. Z wybiciem czwartej – jak w piosence – nad ranem, ostatni zabawowicze opuszczali salę, by udać się na zasłużony odpoczynek.

zespół chałos

Do wspólnej zabawy zaprosił wszystkich zespół Chałos

Najlepsze z najlepszych

W niedzielę przed południem ogłoszono wyniki głosowania jury i publiczności, którzy wskazywali najlepszą prezentację. Natomiast kluby jaskiniowe głosowały, która z przedstawionych prezentacji zasługuje na tytuł „Wyczyn roku” (wszystkie sobotnie prezentacje były brane pod uwagę). Wyniki głosowania jury:

I miejsce – „Leoganger Steinberge 2016” – Michał Ciszewski i Agata Klewar, Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego
II miejsce – „Hagengebirge 2016” – Dariusz Bartoszewski, Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego
III miejsce – „Jedna Jaskinia” – Jakub Nowak, Krakowski Klub Taternictwa Jaskiniowego

Według opinii publiczności najlepsze prezentacje to:
I miejsce – „Każdy kiedyś był kursantem” – Beata Nawrotkiewicz, Speleoclub Wrocław
II miejsce – „Hagengebirge 2016” – Dariusz Bartoszewski, Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego
III miejsce – „Spiral Cave – Czarnogóra 2014-2016” – Alicja i Sebastian Szczepaniak, Sopocki Klub Taternictwa Jaskiniowego

Po wręczeniu pamiątkowych statuetek, ufundowanych przez Prezydenta miasta Dąbrowa Górnicza oraz wybraniu nagród przez zwycięzców, każdy z uczestników miał szansę na cenny upominek. Wystarczyła odrobina szczęścia w losowaniu – fantów przekazanych przez sponsorów i partnerów imprezy było naprawdę sporo.

wręczenie pamiątkowych statuetek

Wręczenie pamiątkowych statuetek

 

Wszystko co dobre, szybko się kończy. XXI Speleokonfrontacje przeszły już do historii. Ale jednocześnie z pożegnaniem i podziękowaniem za udział, organizatorzy zaprosili wszystkich za rok na kolejne ogólnopolskie spotkanie grotołazów.

Jak koszulki merino sprawdzają się w upały i wygrywają z końcem świata

Jak koszulki merino sprawdzają się w upały i wygrywają z końcem świata

Pod Megiddo już w starożytności stoczono parę ważnych bitew, które pozwoliły wygrywającym ludom czy plemionom kontrolować ważne skrzyżowanie szlaków w Dolnej Galilei. To samo Megiddo nosi miano Armageddon, bo to tam apokalipsa przewiduje koniec świata. Po pół godzinie byliśmy skłonni w to uwierzyć z całą mocą, gdy toczyliśmy walkę z upałem dochodzącym do 40°C, gorącym wiatrem, który nic nie chłodził i cieniem, którego nie było.

Końcówka lipca w Izraelu – brzmi pięknie? Nie! Brzmi koszmarnie, kto to w ogóle wymyślił. No tak, to byłam ja. Zamiast przeczytać parę dobrych rad o tym, które miesiące nie nadają się podróżowanie po Izraelu (lipiec, sierpień i ze względu na liczne święta także wrzesień), wpadłam w szał planowania urlopu. Urlopu dodajmy, dość dalekiego od plaż wszelakich, za to bardzo aktywnego. Do plecaków – walizek nie uznajemy – trafiły ciuchy, które pomogłyby nam przetrwać lato, przed którym wszyscy przestrzegali. Długie spodnie, spódnice i koszulki Icebreaker z wełny merino.

Jerozolima - mury miejskie

Na murach Jerozolimy

Wzgórza wokół Qumran

Krótki spacer na wzgórza wokół Qumran

 

 

Aktywne włókno merino

Wełna merino brzmi przerażająco ciepło. Nic jednak bardziej mylnego! Bo wełna merino, z której uszyte są koszulki z letniej kolekcji Icebreaker, to ultra cienkie włókna z owiec żyjących w Nowej Zelandii. Mówi się, że włókna, które mają właściwości aktywne. Co to znaczy? Że dopasowują się do warunków, które są na zewnątrz, a raczej im przeciwdziałają. Innymi słowy izolują. Dzięki temu właścicielowi (takiej owcy na przykład) w zimie wcale nie jest za zimno, bo powietrze ogrzane przez jego ciało zostaje niejako uwięzione wśród włókien. W lecie dzieje się rzecz podobna – włókna nie dopuszczają zbyt rozgrzanego powietrza, utrzymując blisko ciała odpowiednią temperaturę.

Izrael w lipcu to rozgrzany piec

Byliśmy w te izraelskie, lipcowe, upalne dni, niczym nowozelandzkie owce. Przemierzaliśmy kilometry w upale, pełnym słońcu, pośród ruin i śladów historii. Nasze bawełniane koszulki dawno stałyby się ciężkimi i mokrymi kompresami wydającymi woń, o której nie warto nawet pisać. Tymczasem koszulki z wełny merino radziły sobie nadzwyczaj dobrze. Nawet jeśli pasek od aparatu lub plecak za długo przywierały do ciała i zostawiały swój kształt odbity z potu, to po paru minutach nie było tego kształtu w ogóle widać. Wełna z merino tak szybko odprowadziła pot, a potem raz-dwa wyschła, że na koszulce nie pozostawał nawet ślad. Szczerze mówiąc nie wierzyliśmy, że będzie się to odbywało aż tak prędko – zapewne dlatego w naszych plecakach było też kilka bawełnianych i poliestrowych koszulek. Mieliśmy je na sobie pierwszego dnia, ale po spacerze ulicami i nadmorskimi promenadami Tel Avivu daliśmy im spokój. Napisać o nich, że sprawdzały się źle, to jakby nic o nich nie napisać. Nie sprawdziły się w ogóle. Bawełna i poliester zostały wrzucone na samo dno plecaków.

Koszulki z wełny merino były z nami na pustyni i w oazie, nad Morzem Martwym i wznoszącymi się ponad nim górami, na terytoriach Zachodniego Brzegu i w zaułkach Jerozolimy. Świetnie poradziły sobie nawet wtedy, gdy temperatura przestała być dla nas akceptowalna i grubo przekraczała 40°C, a na wykopaliskach byliśmy tylko my, ruiny i pracujący pod zadaszeniami archeolodzy.

Zapach, a raczej jego brak

Najlepsze jednak czekało nas każdego dnia rano. Koszulki nie śmierdziały. W ogóle nie miały żadnego zapachu, co zarejestrowaliśmy z niemałym zdumieniem. Wystarczyło je wieczorem rozwiesić na balkonie lub nawet na hotelowym krześle. Oczywiście trzeba było zadbać o higienę własną, ale z tym akurat nie mamy problemu. Nosiliśmy je codziennie przez 9 dni. Mój mężczyzna miał dwie i nosił najpierw jedną, później drugą. Ja swoją dwa razy delikatnie wypłukałam. Wymagały tego bardziej ze względów estetycznych – zaschnięte lody nie są zbyt apetyczną ozdobą – niż rzeczywistej potrzeby. Taka przeprana koszulka po paru godzinach była sucha. W En Gedi schłodziliśmy się pod wodospadem, a zanim doszliśmy do parkingu koszulki były już suche. Spodnie Milo też.

Oaza En Gedi

En Gedi – testujemy szybkie schnięcie merino

Jerozolima - uliczka

Uliczka w Jerozolimie

 

Kiedy wsiadaliśmy do samolotu powrotnego do Polski wiedzieliśmy trzy rzeczy. Pierwsza, że na jednej czy dwóch koszulkach merino się nie skończy. Druga, że za rok na letni urlop pojedziemy na trekking po szkockich górach albo na Islandię. Na pewno z daleka będziemy się trzymać od rejonu Morza Śródziemnego. I trzecia, że do Izraela na pewno jeszcze kiedyś wrócimy.
Miejsce kobiety jest na szczycie

Miejsce kobiety jest na szczycie

Z okazji dnia kobiet sięgamy do historii kobiet w górach. Nie sposób opowiedzieć o wszystkich kobietach, które przecierały – i to dosłownie – górskie szlaki. Dlatego wybrałam kilka najciekawszych i może nieco mniej znanych historii. Pomyślcie, jak twarde, wizjonerskie i zdeterminowane musiały być kobiety, które w czasach początków alpinizmu chciały dorównać, a nawet prześcignąć mężczyzn.

Trudno dociec, które wydarzenie uznać za początek alpinizmu kobiecego. Czy było to pierwsze wejście na Mount Blanc w 1808 r., którego dokonała Maria Paradis, a może dopiero bardziej wymagająca wspinaczka na Eiger z 1864 r. w wykonaniu Lucy Walker? Niemniej historia kobiet zdobywających szczyty ma już 200 lat!

FEMINISTKI

Kobiety pokonywały nie tylko własne słabości, ale musiały też walczyć z przyzwyczajeniem społeczeństwa do faktu, że wspinaczka i eksploracja jest domena wyłącznie męską. Co więcej na początku w relacjach z wypraw ukrywano damską płeć uczestniczek wypraw – albo nie było o nich żadnej wzmianki, albo w miejsce kobiecych imion wpisywano inicjały. Dopiero 2 poł. XIX w. przyniosła zmiany, co wiązało się oczywiście z ruchem sufrażystek dążącym do zrównania praw kobiet w życiu publicznym.

Jednym z przejawów była walka o prawa wyborcze dla ponad połowy społeczeństwa, czyli kobiet. Wchodzące na szczyty kobiety dawały jednoznaczny wyraz swoim poglądom i poprzez działalność górską manifestowały poparcie dla równouprawnienia kobiet. Na słynnym zdjęciu Fanny Bullock Workman zrobionym na lodowcu w Karakorum, trzyma ona gazetę z ogromnym nagłówkiem “Votes for women”. Że trzyma go kobieta nie mamy raczej wątpliwości, ponieważ postać przyodziana jest w… spódnicę.

MODA

Fanny Bullock Workman (fot. Wikipedia)

Fanny Bullock Workman ze swoim mężem przejechała sporą część świata, będąc jego partnerką podczas trudnych wspinaczek i kartograficznych wypraw, których celem było poznanie niedostępnych i nieznanych terenów. Z jednej strony podziwiać ją można za niezwykłą determinację w podróżowaniu, z drugiej z niedowierzaniem ogląda się jej zdjęcia, na których widać, że podróże te odbywała zgodnie z modą czasów, w których żyła. To oznacza, że góry i bezdroża przemierzała w wielowarstwowych sukniach, niekoniecznie do ziemi, ale obowiązkowo o długości poniżej kolan.

 

 

Zupełnym przeciwieństwem modowym była Annie Smith Peck, która wygodę stawiała ponad konwenanse. W 1895 r. zszokowała swoją partnerkę podczas wspinaczki na Matterhorn, a powodem zgorszenia był jej ubiór, na który składała się długa tunika, buty wysokogórskie oraz spodnie. Wzbudziła tym powszechną dyskusję, która toczyła się na łamach poważnych tytułów prasowych, a dotyczyła tego, co kobiecie wolno, a czego nie.

Annie Smith Peck (fot. Wikipedia)

Suknie niejednokrotnie były zmorą i przeszkodą w wejściu na szczyt. Wiele kobiet, które podejmowały trud wspinaczki w górach wysokich, musiało porzucić marzenia o szczycie ze względu na wiatr, który szarpał ich spódnicą i niezliczonymi halkami. Żeby nie gorszyć ludzi w dolinach, panie wychodziły z hoteli i ze schronisk ubrane zgodnie z obowiązującymi zasadami, a przed wejściem w góry zrzucały suknie i zostawały w wygodnych spodniach.

Jednak wraz ze wzrostem liczby kobiet zainteresowanych wspinaczką i górami wysokimi, wygodna poruszania się w męskim stroju górskim zaczęła wygrywać ze zwyczajami odzieżowymi. Moda jeszcze przynajmniej raz zaistniała w górskim świecie, gdy Arlene Blum szykowała kobiecą wyprawę na Annapurnę w 1978 r. Uczestniczki zbierały fundusze, które pozwoliłyby im sfinansować wyjazd. W tym celu zaprojektowane zostały koszulki przedstawiające zarys ośmiotysięcznika, który otaczało wieloznaczne zdanie “Miejsce kobiety jest na szczycie”. Wpływy ze sprzedaży koszulek, które okazały się absolutnym hitem, były znacznym zastrzykiem gotówki dla wyprawy. W ten oto sposób, po niemal 100 latach, zatoczył krąg także feministyczny motyw wspinaczki wysokogórskiej.

RYWALKI

Wróćmy jeszcze na chwilę do początków XX wieku. Między wspomnianymi już dwiema fantastycznymi kobietami Fanny Bullok Workman i Annie Smith Peck rozgorzał spór o to, której udało się zdobyć wyższą górę, a zarazem pobić kobiecy rekord wysokości. W 1906 r. Workman stanęła na himalajskim Pinnacle Peak liczącym 6930 m n.p.m. Dwa lata później Peck zdobyła andyjski szczyt Huascarán, którego wysokość określiła na 7000 m n.p.m. Fanny Bullok Workman zapłaciła specjalnej ekspedycji, która wykonała szczegółowe pomiary południowoamerykańskiej góry tylko po to, by udowodnić, że to jednak ona jest zwyciężczynią. Huascarán liczył bowiem “tylko” 6768 m n.p.m.

DOLNOŚLĄSKIE AKCENTY

Hettie Dyhrenfurth (fot. Wikipedia)

Rekord Fanny Workman pozostał aktualny przez niemal 30 lat. Pierwszą kobietą, która przekroczyła wysokość 7000 m n.p.m. była pochodząca z Wrocławia Hettie Dyhrenfurth. Wraz ze swym mężem – profesorem geologii – jeździła na wyprawy w Himalaje. Brała na siebie odpowiedzialność za ich organizację i sprawne przeprowadzenie na miejscu, czym zyskiwała podziw i przychylność mężczyzn. Nie zamierzała jednak na tym poprzestać. Tak jak mąż od młodości jeździła w coraz wyższe góry od sudeckich skałek po alpejskie kolosy. W 1934 r. pojechała na wyprawę w Karakorum, której cel – Gaszerbrum I – okazał się zbyt trudny do osiągnięcia. Zdecydowano się ruszyć na pobliski szczyt, siedmiotysięcznik Sia Kangri (7422 m n.p.m.), na którym stanęła m.in. Hettie z mężem. Dopiero 20 lat później Claude Kogan dotarła wyżej – do wysokości 7600 m n.p.m. na stokach Cho Oyu. Za wyczyn ten małżeństwo otrzymało na Letnich Igrzyskach Olimpijskich w Berlinie (1936 r.) złoty medal. Ponieważ z pochodzenia byli Żydami, było to nie tylko ukoronowanie ich sukcesu górskiego, ale także swoista demonstracja ze strony MKOl.

Najbardziej znaną himalaistką kojarzoną z Wrocławiem była Wanda Rutkiewicz. Do stolicy Dolnego Śląska przyjechała z rodzicami jako kilkuletnia dziewczynka po II wojnie światowej i mieszkała w niej przez kilkanaście lat. Była najlepszą i najbardziej znaną polską himalaistką. Na Mount Everest stanęła jako pierwszy obywatel polski, wyprzedzając tym samym swoich kolegów-himalaistów. Organizowała i kierowała wieloma wyprawami, była wielką zwolenniczką damskich zespołów tak w ścianach wspinaczkowych, jak i podczas wypraw w góry najwyższe. Zginęła podczas próby realizacji swojej “Karawany do marzeń”, czyli projektu, który miał ją doprowadzić na 14 najwyższych szczytów ziemi. Gdyby się udało… Dość powiedzieć, że pierwsza kobieta, która skompletowała koronę Himalajów na swój pierwszy ośmiotysięcznik dotarła niemal 10 lat po śmierci Wandy – była to Edurne Pasaban, baskijska himalaistka. Ośmiotysięczniki zaczęła zdobywać w 2001 r., na czternastym z nich stanęła w 2010 r.

KOBIECE WYPRAWY WYSOKOGÓRSKIE

Z czasem kobietom nie wystarczało zdobywanie szczytów w męskim towarzystwie. Pojawił się pomysł wypraw stricte kobiecych. Pierwszą zorganizowały członkinie Ladie’s Scottish Climbing Club w 1955 r., a jej celem był dziewiczy szczyt w Himalajach. Himalaistki pieniądze na tę wyprawę, podobnie, jak Arlene Blum 20 lat później, musiały zdobyć same. Szacowne, brytyjskie instytucje podróżnicze odmówiły im finansowego wsparcia, które zazwyczaj bez problemów otrzymywały wyprawy męskie. Cel wyprawy osiągnęły, pomogli im w tym tragarze wysokogórscy. Imieniem sirdara, czyli szefa tragarzy, nazwały zdobyty przez siebie szczyt – Gyalgen Peak wznosi się na wysokość 6700 m n.p.m. Ta historia ma swój dalszy ciąg, ponieważ 50 lat później amerykańska wspinaczka Becky Harrison powtórzyła ten wyczyn. W pobliżu weszła na jeszcze jeden, dotąd niezdobyty i bezimienny szczyt i nazwała go Ladies Peak na cześć trzech dzielnych Szkotek. Zresztą jedna z uczestniczek wyprawy sprzed pół wieku, mocno już wiekowa, wzięła udział w trekkingu pod “swoją górę”.

Polki także organizowały wyprawy kobiece, chociaż zwykle towarzyszyli im także mężczyźni, którzy byli “dopisywani” do składu jako pomoc w krajach o kulturze patriarchalnej. Zwykle nie zostawali oni jednak na nizinach, lecz realizowali własne cele górskie. W 1975 r. wyprawa kobieca na Gaszerbrumy zakończyła się tylko jednym wejściem czysto damskim – Halina Kruger-Syrokomska i Anna Okopińska weszły na Gaszerbrum II. Inne sukcesy wyprawy osiągały zespoły mieszane lub tylko męskie. Drugą wyprawą kobiecą była zorganizowana w 1982 r. wyprawa na K2. Niestety szczytu nie udało się osiągnąć, ponadto w trakcie trwania wyprawy w obozie II zmarła – prawdopodobnie w wyniku obrzęku mózgu – Halina Kruger-Syrokomska.

Anna Szczęsna – założycielka Skalnika podczas zimowej wspinaczki w Karkonoszach.

Miejsce kobiety jest na szczycie? Wiele odważnych kobiet udowodniło, że tak! Jednocześnie mężczyźni wciąż kobiety w górach traktują protekcjonalnie i nie ukrywając pewnej pobłażliwości. Dowodzi temu ubiegłoroczna wpadka szefa Polskiego Himalaizmu Zimowego Janusza Majera, z której długo musiał się tłumaczyć. W dniu kobiet życzę wszystkim paniom zdobywania ich własnych szczytów.

 

Przy pisaniu artykułu korzystałam m.in. z następujących źródeł: Kukurowski Paweł, Gunter Oskar Dyhrenfurth, Taternik 2007, nr 1, Rutkiewicz Wanda, Wyprawa kobieca na K2, Taternik 1982, nr 2, etraveler.pl, easydayforalady.wordpress.com, roamingpeaktopeak.wordpress.com, www.theguardian.com

 

Aplikacje turystyczne – co warto mieć ze sobą w telefonie

Aplikacje turystyczne – co warto mieć ze sobą w telefonie

Telefon stał się nieodłącznym towarzyszem życia. Rzadko kiedy świadomie się z nim rozstajemy. Nic dziwnego, skoro zastępuje nam wiele codziennych urządzeń – radio, aparat fotograficzny, kamerę. Może być także urządzeniem bardzo przydatnym podczas górskich wypadów. Testujemy dwie aplikacje turystyczne, które przydadzą się podczas wędrówek. Jedna to ratunkowa aplikacja „Ratunek” druga – aplikacja Tatrzańskiego Parku Narodowego – „Twój TPN”

Numer alarmowy w górach – 601 100 300

O czym nie tylko warto, ale wręcz trzeba pamiętać wychodząc w góry? O wpisaniu do telefonu numeru alarmowego do GOPR lub TOPR – 601 100 300, od tego zależy nasze bezpieczeństwo w górach, zdrowie, a niejednokrotnie życie. I nieważne czy ruszamy na tatrzańskie, beskidzkie czy sudeckie szlaki – numer do pogotowia górskiego jest taki sam. Nawet jeśli wydaje się nam, że go zapamiętamy, nie ufajmy nadmiernie własnej pamięci – w stresie potrafi nas srodze zawieść. Zapisując ten numer, dodatkowo zainstalujmy jeszcze aplikację „Ratunek”. Ułatwi ratownikom kontakt i namierzenie nas, co jest ważne szczególnie w sytuacji, gdy pobłądzimy i trudno nam określić swoje położenie. Aplikacja jest bezpłatna i działa na telefonach z systemem Android.

Aplikacja Ratunek

Przy każdym uruchomieniu aplikacja „Ratunek” zażąda włączenia usługi lokalizacji w telefonie (czyli popularnego nadajnika GPS), dzięki temu – kiedy będziemy wzywać pomocy – ratownicy otrzymają naszą dokładną pozycję w górach. I nie tylko w górach – „Ratunek” jest bowiem aplikacją, która powiadamia zarówno górskie (GOPR, TOPR), jak i wodne (WOPR, MOPR) pogotowia ratunkowe.

Po uruchomieniu GPS aplikacja „Ratunek” poprosi nas o wskazanie czy jesteśmy w górach, czy nad wodą. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że numer do ratowników pełniących dyżury nad wodą jest nieco inny – stąd konieczność wybrania, z jakimi służbami połączyć ma nas aplikacja. Na środku ekranu pojawi się duży okrągły przycisk. Trzykrotne kliknięcie go natychmiast połączy nas z ratownikami.

aplikacja ratunek

Przy każdym uruchomieniu aplikacja „Ratunek” zażąda włączenia usługi lokalizacji w telefonie

Trzy ratujące życie kliki

Spore rozmiary przycisku ułatwiają dotknięcie go. Myślę, że nawet osoba ze zmarzniętymi czy odmrożonymi palcami nie powinna mieć problemu, by kliknąć przycisk. Dzięki temu, że jest on jedynym elementem pojawiającym się na ekranie, nie ma wątpliwości, w co klikać – to dobrze przemyślany element, wpływający na nasze bezpieczeństwo w górach (lub nad wodą). W trudnych warunkach nie musimy szukać i zastanawiać się, co klikać. Skoro nic innego nie pojawia się na ekranie – nie ma żadnych wątpliwości. Jednocześnie wymóg, by zrobić to trzykrotnie zapobiega przypadkowemu uruchomieniu wezwania ratowników. Taka jest przynajmniej teoria – nieuważni użytkownicy zrobią i tak po swojemu. Czego pisząca ten tekst jest najlepszym przykładem (ale o tym poniżej). Komunikaty o tym, że trzeba kliknąć raz, drugi oraz ostrzegające, że kolejny klik to połączenie z ratownikiem pojawiają się na dole, poniżej przycisku. Osobie skupionej całkowicie na telefonie raczej nie umkną. Po trzecim kliknięciu telefon sam łączy się z odpowiednimi służbami – po nawiązaniu połączenia podajemy ratownikowi dyżurnemu wszystkie znane nam informacje na temat sytuacji (czyli co się stało, ile osób jest poszkodowanych) oraz lokalizacji. Tą ostatnią ratownicy mogą sprawdzić bardzo dokładnie, dzięki przesyłanym z aplikacji koordynatom. Co się stanie jeśli rozłączymy się przed nawiązaniem kontaktu z dyżurnym ratownikiem? Możemy być pewni, że oddzwoni w ciągu kilku chwil, by dowiedzieć się, dlaczego użyta została aplikacja i potwierdzi konieczność udzielenia pomocy.

aplikacja ratunek

Trzykrotne kliknięcie powoduje połączenie się z ratownikiem

Testuj z głową

Kiedy testowałam aplikację na potrzeby tego tekstu, byłam w Centrum Lawinowym na Kalatówkach. Przyznaję, że byłam nieco roztargniona – w prawej ręce trzymałam telefon, jednocześnie zerkałam na znajomych próbujących namierzyć detektorami i sondami skrzynki. Oczywiście nie doczytałam ostrzeżenia, że kolejne pacnięcie w kółko, skutkuje połączeniem z ratownikami, zatem kliknęłam. Po paru sekundach oderwałam wzrok od ćwiczących i przeniosłam go na telefon, który, o zgrozo, właśnie dzwonił do TOPR-u. Szybko przerwałam połączenie. Nie minęła nawet minuta, gdy telefon się rozdzwonił, a na wyświetlaczu zobaczyłam zakopiański numer kierunkowy (018), wstyd czy nie odebrać musiałam:

– Dzień dobry – usłyszałam głos w słuchawce – ratownik dyżurny TOPR.

– Dzień dobry – przywitałam się markotnym głosem

– Czy może mi pani powiedzieć, jaka to tragedia wydarzyła się w Centrum Lawinowym na Kalatówkach? Co się stało?

Nie było sensu ściemniać, ani wymyślać niestworzonych historii, przyznałam więc, że nieuważnie testowałam aplikację. Zostałam pouczona:

– Proszę pamiętać, że każdy taki telefon stawia nas na nogi, jesteśmy w gotowości, by zacząć akcję.

Przeprosiłam, a moje przeprosiny i tłumaczenia zostały przez ratownika przyjęte. Na zakończenie oboje życzyliśmy sobie spokojnego dnia.

Zatem apeluję o rozważne użytkowanie testowe aplikacji – sprawdźmy jak działa, bez niepotrzebnego uruchamiania alarmu w goprówkach.

Więcej o Parku Narodowym

Bardziej rozbudowaną aplikację, służącą jednak zupełnie innym celom, wydał Tatrzański Park Narodowy. Aplikacja „Twój TPN” zawiera różnego rodzaju dane, które przydać się mogą rozmaitym grupom turystów.

Najbardziej użyteczne – dla wszystkich wędrujących po najwyższych polskich górach ­– informacje znajdują się w sekcji oznaczonej literą „i” przypominającej piktogram informacji turystycznych. Według mnie najważniejsze informacje to te, które bezpośrednio przekładają się na nasze bezpieczeństwow górach:

  • 5-dniowa prognoza pogody – oddzielna dla każdego z najchętniej odwiedzanych obszarów: Dolinę Chochołowską, Dolinę Kościeliską, Dolinę Pięciu Stawów Polskich, Kasprowy Wierch, Morskie Oko, słowacką Łomnicę i samo Zakopane
  • Komunikat o aktualnym stopniu zagrożenia lawinowego – trzeba zwrócić baczną uwagę na ważność komunikatu
  • Komunikat turystyczny opisujący panujące aktualnie warunki na szlakach – jest to informacja cenna i dla własnego bezpieczeństwa dobrze jest się z nią zapoznać i dostosować ekwipunek do zalecanego przez specjalistów

Nie rozumiem, dlaczego akurat te informacje są na końcu listy, przez co na początku można mieć problemy z ich odnalezieniem.

W ustawieniach aplikacji możemy ustalić, czy ma nas ona informować o stopniu zagrożenia lawinowego i godzinie zachodu słońca. Powiadomienia wyskakują jako komunikaty w telefonie, niezależnie od tego czy aplikacja jest włączona, czy też nie. Dzięki powiadomieniom możliwe jest optymalne zaplanowanie górskich wędrówek, by po zmroku nie zostawać na terenie TPN (od 1 marca do 30 listopada jest to zabronione) oraz by nie wychodzić w góry, gdy sytuacja lawinowa stanowi zagrożenie. By pobrać te dane i wyświetlić komunikaty telefon musi pobierać dane z sieci (GSM lub WiFi). Mając tego świadomość dobrym nawykiem jest włączenie Internetu przed wyruszeniem na szlak i popołudniu.

aplikacja twój tpn

Aplikacja „Twój TPN”

Wiedza o TPN

Aplikacja „Twój TPN” ma także sporo walorów edukacyjnych. W środkowej sekcji (oznaczonej piktogramem drogowskazu) znajdziemy potężnie rozbudowaną część aplikacji – bazę wiedzy o Tatrach. Najbardziej wartościowa będzie ona dla turystów, którzy Tatry dopiero poznają, ale myślę, że każdy „tatromaniak” może w niej odnaleźć ciekawostki dla siebie. Znajdują się w niej m.in. opisy szlaków, charakterystyka przyrody tatrzańskiej, biogramy ważnych postaci dla Podhala.

Opisy szlaków ułożone są w porządku alfabetycznym, zatem pierwsze na liście są szlaki czarne, następnie czerwone, niebieskie, zielone i żółte. Warto zdawać sobie z tego sprawę szukając opisu wybranej trasy.

aplikacja twój tpn

Aplikacja „Twój TPN” ma sporo walorów edukacyjnych

Telefon mapy nie zastąpi

Sekcja, która niejako otwiera aplikację (skrót do niej jest pierwszy po lewej), oznaczona piktogramem mapy, jest jak dla mnie pewnym dodatkiem. Można tutaj nagrać swoją trasę, a następnie pochwalić się nią innym użytkownikom. Niestety nie udało mi się jej uruchomić w górach. Być może winny był słaby zasięg Internetu lub GPS. To – oczywiście według mnie – zdecydowanie najmniej istotna część aplikacji „Twój TPN”, ale rozumiem powody twórców do jej umieszczenia. Kto zechce – skorzysta. Ważny jest inny fakt – aplikacja, nawet ta firmowana przez TPN, nigdy nie może zastąpić papierowej mapy i oczywiście choćby podstawowej umiejętności posługiwania się nią. Biorąc pod uwagę, jak dużo energii pochłania nadajnik GPS oraz przesyłanie danych, powinniśmy zadbać, by telefon był naładowany i gotowy do użycia w awaryjnej sytuacji. Tylko takie postępowanie jest rozsądne i zapewni nam bezpieczeństwo w górach. Tylko bowiem z działającego telefonu możemy wezwać ratowników – czy to dzwoniąc do nich bezpośrednio, czy to za pomocą aplikacji „Ratunek”.

mapa w aplikacji twój tpn

Można tutaj nagrać swoją trasę, a następnie pochwalić się nią innym użytkownikom

Buty podejściowe Salewa Mtn Trainer

Buty podejściowe Salewa Mtn Trainer

To nie będzie zwykła recenzja ani test, lecz pisana na cztery ręce złożona opinia o tym, jak w użytkowaniu sprawdzają się buty Salewa Mtn Trainter. Głos żeński i głos męski, żeby było ciekawiej.

On: Zaczęło się od produktu dnia w Skalniku i dziury w brzuchu, który zaczęła mi wiercić druga połówka. Że to fajne buty, że trzeba kupić, że ile można chodzić w butach wojskowych. Można chodzić ponad 20 lat i złego słowa nie powiedzieć, aczkolwiek w górach wojskowe trepy rzeczywiście ani lekkie, ani przyczepne, ani wygodne nie są. Cena była niewygórowana (według połówki), zatem wiele się nie namyślając kupiłem niskie buty trekkingowe Salewa Mtn Trainer.

Buty, w których chce się iść

On: Pierwszy test miał miejsce jakiś tydzień po zakupie. Pojechaliśmy w Góry Izerskie. Góry niewysokie, trasa niedługa i wrócić do cywilizacji w „razie W” można było szybko. Wziąłem wkładki, które były w komplecie. Po 2 km przechadzki miałem trochę dość. Nawet nie to, że mnie obcierały, ale jakoś dziwnie się w nich po prostu chodziło. Niby wygodnie leżały na nodze, ale coś było nie tak, jakby za wysoko leżały na pięcie i miałem wrażenie, że zaraz mi z tej pięty spadną, szczególnie przy jakimś błotnistym kawałku szlaku. Przy naleśnikach w Chatce Górzystów wymyśliłem, żeby może wyciągnąć wkładkę, bo może ona tak to robi. I bingo! Buty leżały jak ulał. Gdyby mi się chciało mógłbym w nich pobiec przed siebie.

Jesienią pojechaliśmy do Włoch na ferraty, ja w butach podejściowych, połówka w wysokich. I kto był zwycięzcą? Zgadnijcie! Moje buty podejściowe idealnie trzymały się skał, wyczuwałem w nich najdrobniejsze szczeliny i stopnie, zatem ambicją moją stało się przechodzenie ferrat bez sztucznych ułatwień, poza wpinaniem się w linę. Nie skłamię, jeśli powiem, że bez TYCH butów trekkingowych nie byłoby to w ogóle możliwe. Krótkie przygotowanie, żeby dobrze dopasować but do stopy – niskie wiązanie jest tu niezastąpione – i mogłem śmigać, gdzie tylko chciałem. Podeszwa Vibram była niczym guma w butach wspinaczkowych – sucha skała, mokra skała, nachylona skała – żadna nie robiła na mnie wrażenia. Po prostu szedłem szlakiem (lub przed siebie). Poza tym muszę szczerze powiedzieć ich waga to niebo dla moich stóp. Dotychczasowe buty, nie dość, że niestabilne były po prostu ciężkie. A tu – bajka. Ponad tydzień wędrówek, a stopy bez ani jednego odcisku, niezmęczone, jakbym po lesie spacerował, a nie wspinał się na żelazne percie.

Buty do miasta i w góry

Ona: Zazdrościłam mu tych butów podejściowych, co tu dużo mówić. Wyczekiwałam niczym kania dżdżu jeszcze jednej promocji i udało się. Moja para to Salewa Mtn Trainer GTX, czyli wyposażona w membranę GORE-TEX®. Model trochę lepszy od męskiej części naszego teamu, ale byłam ciekawa, jak one sprawdzą się  w terenie. Pierwsze testy przeszły w mieście, bo jestem – niestety lub stety – typem, dla którego buty trekkingowe czy buty podejściowe w mieście są po prostu najlepsze. Na dłuższych i krótszych codziennych wędrówkach były po prostu boskie. Ani razu nie miałam po nich odcisków, ani innych przykrych dolegliwości. Wręcz przeciwnie, zauważyłam, że nawet po całym dniu na nogach moje stopy wieczorem nie są aż tak „zmęczone” jak wtedy gdy musiałam założyć zwykłe półbuty.

Wiadomo jednak, że buty to kpiarze i lubią sobie z człowieka zadrwić, więc na pierwszy wypad terenowy pojechaliśmy tym razem w Góry Sowie. Z nowymi butami człowiek ostrożniej wybiera cele wędrówek, na wypadek gdyby jednak w butach ktoś zainstalował tarkę do stóp. Ale buty Salewa Mtn Trainer GTX® żadnej tarki nie miały. Idealnie mi podpasowały, chociaż nauczona doświadczeniem mojej połówki od razu zrobiłam test z wkładkami. Dla mnie także wygodniejszą opcją były wkładki fabryczne. Trochę martwiły mnie nubukowe szlufki na sznurówki, czy wytrzymają naciąganie w sznurowaniu Climbing Lancing. Po trzech parach zmienionych sznurówek mogę z czystym sumieniem powiedzieć – tak, przetrwają. Moje Salewy to co prawda model uniseks, ale i tak koleżanki, które po górach nie chodzą stwierdziły, że to ładne buty. W ustach kogoś, kto wszystkie trekkingowi buty określa słowem: trepy, to niemały komplement.

Test w skałach

Oni: Były dwa najpoważniejsze sprawdziany, jakie zafundowaliśmy naszym Salewom. Jednym z nich był kurs taternictwa jaskiniowego. Spędzaliśmy długie godziny nie tylko wisząc na linach, ale opierając się o pionowe skały, odbijając od nich czy wręcz „biegnąc”, zakładając duże wahadło. Przetestowaliśmy kilka par butów – w końcu szkoda nam było tych najnowszych i najlepszych. Okazało się jednak, że są niezastąpione. Podeszwa genialnie trzymała się skały, a tutaj miało to niebagatelne znaczenie. Gumowe otoki, w które wyposażone są buty Salewa Mtn Trainer, działają doskonale. Chroniły cholewkę i dawały dodatkowe wsparcie we wszelkiego rodzaju szczelinkach. Nawet gdy skały były wilgotne, buty dobrze radziły sobie z przyczepnością. Oczywiście model z membraną GORE-TEX lepiej sobie poradził w przypadku ulewy, jaka nas spotkała. Na kursie spędzaliśmy w tych butach po 14 godz. na dobę. Wierzcie lub nie, ale nie mieliśmy żadnych problemów pod ich ściągnięciu i w dodatku… ani buty, ani stopy nie śmierdziały. Co w namiocie odgrywa rolę niebagatelną.

Buty na tatrzańskie szlaki

On: Zdecydowałem się zabrać buty Salewa Mtn Trainer w Tatry. Wiedziałem, że trasy, które będziemy pokonywać nie będą łatwe, ale pogoda miała być dla nas łaskawa, zatem nastawiłem się właśnie na Salewy. Nie jestem jednak aż takim amatorem, by nie zabrać czegoś na wszelki wypadek. Spokojnie, w plecaku spakowane leżały wysokie buty Meindl. Nie wyciągnąłem ich jednak ani razu, bo Salewy (znowu!) spisały się na medal. Po tatrzańskich szlakach chodziło mi się w nich znakomicie. Na tyle dobrze, że powtórzyłem to podczas jaskiniowego wyjazdu w Tatry. Kiedy schodziliśmy ze szlaków – legalnie, w drodze do jaskiń właśnie – małe, nieutwardzone dróżki też nie stanowiły problemów. Amortyzacja działała, co docenia się, gdy waga plecaka przekracza 20 kg. Trudniejsze odcinki szlaków zdarzały się w przypadku piarżysk. Trzeba iść ostrożnie i uważać na osypujące się kamienie, z racji wysokości butów to one są największym wyzwaniem. Wygodnie szło mi się także w dół, czego generalnie nie lubię. Na wielu filmach z ratownikami TOPR widziałem, że często wychodzą w góry w butach podejściowych (zobacz ofertę). To naprawdę wygodne, trzeba tylko wiedzieć, po jakim ternie będzie się poruszać. I nie kozakować za bardzo. Oczywiście absolutnie odradzam w nich zimowe spacery choćby dolinami. Tutaj nie ma się co oszukiwać łatwo o poślizgnięcia  i bez usztywnionego stawu skokowego to jak proszenie się o wypadek.

Pielęgnacja

Oni: Buty Salewa Mtn Trainer i Salewa Mtn Trainer GTX nie wymagają jakiejś wielkiej pielęgnacji. Po zakopaniu się w błocie po prostu wkładaliśmy je do wanny i czyściliśmy wraz z pozostałym sprzętem. Schną dość szybko, a po wysuszeniu używaliśmy impregnatu, żeby na kolejnym wyjeździe znowu nas nie zawiodły. Nie polecamy zdejmowania butów bez ich wcześniejszego rozwiązania. To zawsze kończy się źle dla wyściółki za piętą. Natomiast zdecydowanie zachęcamy, żeby od czasu do czasu wyciągnąć sznurówki i wytrzepać wszystko, co znajduje się w zakamarkach języka. Możecie być zdumieni tym, co tam znajdziecie. Nasze największe zaskoczenie – moneta jednogroszowa!

Po kilku latach użytkowania modelu Salewa Mtn Trainer (z membraną i bez) wiemy, że są to jedne z najlepszych modeli butów górskich, w jakich mieliśmy okazję chodzić – i to niemało – po górach i po mieście. Są stosunkowo lekkie, ale jednocześnie wytrzymałe. Bezpiecznie trzymają stopę zapewniając pewny krok w różnym terenie.

Liofilizaty – którą markę wybrać

Liofilizaty – którą markę wybrać

Weekendowy wypad na skały z kursem taternictwa jaskiniowego. Niby niedaleko od cywilizacji, ale praktycznie całe dwa dni siedzieliśmy pod skałą zaaferowani kursantami. Przerw na jedzenie jako takich nie było, test liofilizatów był dla nas dobrym pretekstem, by chociaż na chwilę zejść z lin na ziemię. Testerami głównymi były dwie osoby – niejedząca mięsa niżej podpisana oraz moja “połówka” – rasowy mięsożerca. Ponieważ jeszcze trzy osoby miały podobny sposób na wyjazdowe wyżywienie, zatem im także zaglądaliśmy do torebek.

Liofilizat, co to takiego?

Liofilizaty to jedzenie, które mieści się w torebce, jest lekkie, a do przygotowania posiłku wystarczy jedynie odpowiednia ilość gorącej (bądź zimnej) wody. Zanim jednak trafi do torebki przechodzi proces zwany liofilizacją. Polega on na odwodnieniu, które odbywa się w próżni. Po tym procesie jedzenie zachowuje swoje wartości odżywcze, ale jest lekkie i bardzo trwałe. Liofilizuje się zarówno pojedyncze składniki: np. owoce i warzywa, jak i całe dania. Taki posiłek zamknięty w szczelnej torebce przetrwa długą podróż w plecaku i nie zaszkodzi mu za bardzo ciasne sąsiedztwo ani zmiany temperatury otoczenia. W niepozornym opakowaniu kryje się to, na co w innym przypadku trudno liczyć w podróży – pełnowartościowy posiłek, który jest bardzo łatwy do przyrządzenia. Co niemniej ważne posiłek, który długo zachowuje swoją przydatność do spożycia. O ile opakowanie pozostanie nienaruszone, posiłek liofilizowany będzie się nadawał do jedzenia przez długie miesiące, a nawet lata. I jeszcze jedna cecha, która sprawia, że liofy są coraz bardziej popularne – lekkość. Lepiej przecież na plecach dźwigać obiad, który waży ok. 100 gram, niż słoik z zawartością, którego masa zbliża się raczej do kilograma. Do tego rzecz, o której warto pamiętać – torebka, w której zamknięty jest liof jest jednocześnie naczyniem, w którym przygotowuje się posiłek oraz z którego się go zjada. Odpada zatem noszenie dodatkowych naczyń.

Już wiemy, że liofy są lekkie i praktyczne. Ale co się właściwie w tych torebkach kryje? Zapraszam do lektury dalszej części testu!

Liofilizat Voyager i LYO

Dania liofilizowane Voyager i LYOFood

Cztery marki liofilizatów

W Skalniku można kupić liofilizaty czterech marek (podaję je w najbardziej sprawiedliwej kolejności – alfabetycznej): LYOFood, Travellunch, Trek’n Eat, Voyager. Wszystkie łączy proces przygotowywania potraw, czyli liofilizacja właśnie, o której możesz przeczytać powyżej. LYOFood jest marką polską, Travellunch to marka niemiecka, podobnie jak Trek’n Eat, natomiast Voyager – francuska. Co jest w nich podobne, a co je odróżnia?

Menu

Wybór dań liofilizowanych jest całkiem spory. Myślę, że każdy znajdzie wśród nich coś odpowiedniego dla swojej diety (lub jej braku), a także zawierającego ulubione składniki. Warty podkreślenia jest fakt, że jeśli tylko mamy taką potrzebę, możemy z liofilizatów skomponować całodzienny posiłek. Liofilizowane śniadanie o poranku, po południu lub wieczorem liofilizowany obiad, a dla łakomczuchów, na podwieczorek liofilizowany deser. Jak poszczególne dania wyglądają w praktyce?

Śniadania to zazwyczaj wariacje na temat owsianek i musli. Wszystkie cztery marki mają je w ofercie. Warto pamiętać, że można je przygotowywać z zimną lub ciepłą wodą. Sama ich nie próbowałam, bo nie przepadam za owsiankami, ale gdybym potrzebowała porządnego “kopa energetycznego”, czemu nie. Wtedy zdecydowanie sięgnęłabym po chłodną wodę. Szczególnie w gorący dzień latem.

Liofilizaty Trek'n Eat i Voyager

Gotowe do jedzenia liofilizaty Voyager i Trek’n Eat

Kiedy szukałam potraw do testów bardzo się ucieszyłam z wyboru dań obiadowych. Każdy z producentów ma w swojej ofercie dania wegetariańskie. Jeśli ktoś z was nie uznaje żadnych produktów odzwierzęcych wegańskie dania liofilizowane znajdzie w ofercie LYOFood i Trek’n Eat. Mięsożercy mają oczywiście dużo większy wybór, ale i ja nie miałam na co narzekać. Tym bardziej, że jadam od czasu do czasu ryby, a spory wybór posiłków z rybami i owocami morza ma Voyager. Zupy są w ofercie trzech marek: LYO Expedition, Travellunch oraz Trek’n Eat, aczkolwiek wegetariańskie znalazłam tylko w pierwszych dwóch. Liofilizaty wegetariańskie znajdziecie tutaj.

Zdumiona byłam wielością dodatków występujących w daniach obiadowych. Ziemniaki, makarony, ryż, kuskus – naprawdę jest z czego wybierać

Desery to znowu wszelkiego rodzaju musy, zupy owocowe oraz same owoce. Te ostatnie mogą być doskonałym dodatkiem do samodzielnie przygotowywanych dań (np. granoli) lub wzbogacić inny liofilizat – chociażby śniadaniowe musli czy deserowy mus.

 

Peronin – jedzenie do zadań specjalnych

W ofercie Trek’n Eat są także torebki z wysokoenergetycznym, płynnym jedzeniem Peronin. To specjalny preparat do wykorzystania podczas zwiększonego wysiłku lub ekstremalnych warunków. Jest nie tylko wysokokaloryczny, ale także szybko przyswajalny. Niewielka saszetka kryje proszek, który rozrabia się z wodą. Tak przygotowany napój po wypiciu daje  porządną dawkę niezbędnej organizmowi energii. Oczywiście Peronin to jedynie dodatek i absolutnie nie może być stosowany jako stały składnik diety. Niemniej przyda się podczas wyprawy, jako taki zapas energii na wszelki wypadek.

Skład posiłków liofilizowanych

Niektórzy producenci na opakowaniach zamieszczają wyraźne informacje o naturalności swoich produktów i braku chemii, inni milczą na ten temat. Ale i tak dobrze jest skontrolować skład posiłku liofilizowanego. Po pierwsze, żeby przekonać się czy rzeczywiście mamy do czynienia z naturalnym jedzeniem. Po drugie, żeby sprawdzić, jakiego rodzaju alergeny lub  substancje niepożądane zawierają. Producenci (lub dystrybutorzy) rzetelnie wywiązują się z obowiązku podania składu, alergenów i wartości odżywczych w swoich produktach, we wszystkich czterech markach te informacje podawane są po polsku.

LYO Food szczyci się, że ich liofilizaty składają się w 100% z naturalnych składników i nie zawierają konserwantów, sztucznych dodatków, barwników czy wzmacniaczy smaku. Nie uwierzyłam w to zapewnienie i sprawdziłam – rzeczywiście składniki to warzywa, przyprawy, owoce. Na tylnej etykiecie powtórzone zostały informacje istotne dla osób z nietolerancjami i alergiami (np. bez laktozy, wegetariańskie)

Podobne zapewnienie w formie zielonego znaczka znaleźć można na opakowaniach liofilizatów Trek’n Eat. Jak jest w rzeczywistości? Zdarzają się składniki takie jak karmel (w daniu obiadowym!), kazeina, regulatory kwasowości, zagęstniki i przeciwutleniacze.

Mieszanie liofilizatu.

Warto przed wlaniem wody, zamieszać suchą zawartość liofilizatu.

Takich oznaczeń co prawda nie mają ani dania marki Voyager, ani Travellunch. Niemniej szybkie sprawdzenie etykiet liofilizatów Voyager odkrywa całkiem niezły skład. Tajemniczo brzmią co prawda aromaty, pod którymi mogą się kryć różne związki chemiczne, szczególnie, że brakuje określenia “naturalne”, ale główne składniki potraw to warzywa, mięso, ryby lub owoce morza.

Optymizmem nie napawają jednak etykiety ze składem posiłków marki Travellunch. Można w nich znaleźć skrobię modyfikowaną, olej palmowy, ekstrakt z kurczaka (!). W składzie mięsa są konserwanty, a posiłki zawierają tajemnicze aromaty. To zdecydowanie najsłabszy skład spośród wszystkich czterech marek.

W Skalniku staramy się podawać wszystkie składniki liofilizatów z naszej oferty, tak by klient mógł dokonać świadomego wyboru potrawy.

 

Opakowania dań liofilizowanych

Tylko opakowania liofilizatów Voyager mają zdjęcia dań, które kryją się w środku. Jak to z fotografią kulinarną bywa, zdjęcia co najmniej trochę odbiegają od rzeczywistości. Jednak w jakimś stopniu pomagają wybrać danie bez zagłębiania się w listę składników. Pozostali producenci przygotowali uniwersalne opakowania, na których dodrukowują lub naklejają informację o tym, co kryje się w torebce.

Opakowania dań LYOFood są ładne, lecz – co stwierdzam z przykrością – trochę nieczytelne. Czarno-białe bohomazy i stylizowane na odręczne napisy są trochę trudne do odczytania. O dziwo lepiej je kupować w internecie niż w sklepie, bowiem grafiki internetowe pokazują, jakie danie powstanie z wysuszonych składników. Dodatkowe informacje na froncie opakowania to zapewnienie o naturalności składników oraz krótkie info odnoszące się do niektórych diet (np. bez glutenu, danie wegetariańskie).

Posiłki Travellunch mają jednolite opakowania i tylko srebrny napis na froncie odkrywa tajemnicę zawartości. Napis jest trochę niewyraźny i na dodatek się wyciera. Oczywiście nie aż tak, żeby był zupełnie nieczytelny, niemniej czytelności nie poprawia fakt, że jest on nadrukowany srebrną farbą. Dwuosobowe porcje są dodatkowo wyróżnione stosowną nalepką na froncie, ale informacja o tym, że to powiększone danie jest w języku angielskim i niemieckim.

Podobnie jest z daniami marki Trek’n Eat – wszystkie opakowania są identyczne. W ramce podano najważniejsze informację – nazwę dania, piktogram informujący o dostosowaniu do diety (np. bez laktozy, bez glutenu, posiłek wegetariański lub wegański). Warto podkreślić, że informacje te są wyraźne i łatwe do odczytania.

Trzy różne dania Voyager

Dania Voyager – czerwone (mięsne), zielone (wegetariańskie), niebieskie (z owocami morza)

Na frontowej stronie liofilizatów Voyager znajdują się chyba wszystkie przydatne informacje m.in. o wartości kalorycznej dania oraz rodzaju posiłku. Rodzaj potrawy wyróżniono kolorem pasków z informacjami: posiłek mięsny (czerwony), rybny (niebieskie) bądź wegetariański (zielony). Pewną trudność może sprawiać fakt, że oprócz nazwy posiłku praktycznie wszystkie informacje są po francusku. Ale na odwrocie dystrybutor zadbał o etykietę w języku polskim ze wszystkimi ważnymi informacjami.

Skoro już wiemy, jakie dania możemy sobie zaserwować, pora przejść do praktycznej strony jedzenia.

Przygotowanie liofa

Proces przygotowywania posiłku liofilizowanego jest – przynajmniej na pierwszy rzut oka – banalny. W skrócie wygląda on tak: trzeba otworzyć opakowanie, zawartość zalać odpowiednią ilością wrzątku, zamieszać, a następnie odczekać chwilę i voila – posiłek gotowy i można go pałaszować. Wygląda całkiem łatwo, a jak jest w rzeczywistości?

Wszystkie testowane dania liofilizowane miały niewielkie nacięcia po obu stronach opakowania. Zdecydowanie ułatwiły ono dostanie się do środka jedzonka. Przy okazji taki sposób otwierania gwarantuje, że nikt przed nami nie dobierał się wcześniej do naszego posiłku.

Po otwarciu opakowania wydobywał się z niego lekko przytłumiony, ale jednak wyczuwalny zapach. Był to raczej aromat dodanych przypraw niż gotowych potraw. Zanim zalałam liofy, zamieszałam suchą jeszcze zawartość. Wiadomo długie noszenie w plecaku sprzyja opadaniu cięższych składników na dno, a byłam ciekawa, jak wygląda to, co przygotowali producenci.

Moje spostrzeżenia z tego pierwszego etapu postanowiłam podzielić ze względu na marki, bowiem już na tym etapie pojawiają się pewne – dla niektórych zasadnicze – różnice.

 

LYOFood – Krem porowo-cebulowy i bigos

Wyciąganie torebeczki z pochłaniaczem tlenu

To nie są przyprawy! To pochłaniacz tlenu.

Dzięki nacięciom, o których już wspominałam, liofa otwiera się szybko i sprawnie. Po otwarciu trzeba pamiętać, żeby zerknąć do środka i wyciągnąć niepozorną torebeczkę – pochłaniacz tlenu. Uwaga! To nie są przyprawy, jak myśleli niektórzy, torebeczka jest do wyrzucenia natychmiast po otwarciu opakowania. Skoro posiłek przygotowywany był w próżni i znajduje się w próżniowym opakowaniu warto, żeby zachował te próżniowe właściwości, czyli m.in. długi czas przydatności do spożycia. Kiedy już wyjęłam saszetkę, rzuciłam okiem do środka opakowania. Zawartość wyglądała jak… zupa w proszku, a dokładniej, jak zielony proszek. Miała być zupa-krem porowo-cebulowa, więc ta postać mnie nie zmartwiła, trudno w kremie oczekiwać jakiś kawałków warzyw. Szybko na odwrocie opakowania skontrolowałam ilość potrzebnej wody.

LYO linia poziomu wody

Niebieski dół tylnej etykiety to oznaczenie poziom wody.

Niby spoko, ale to, co zobaczyłam, sprawiło, że zaczęłam skomplikowane dla humanisty obliczenia, które miały na celu dość precyzyjne odmierzenie właściwej porcji wrzątku. Do wlania było 330 ml, na nic mi się zdała podpowiedź, że to 1,3 szklanki, bo żadnej szklanki (ani kubka o standardowej pojemności 250 ml ze sobą nie miałam). Musiałam wlewać “na oko”, co skończyło się tym, że chyba trochę “przelałam” moją zupkę. Na szczęście nadmiar wody zupie nie bardzo szkodzi. Po zalaniu zamieszałam zawartość i za pomocą zamknięcia strunowego zamknęłam opakowanie na 10 min., żeby potrawa się “ugotowała”. Jak się okazuje inne potrawy LYOFood mają na tylnej stronie opakowania zaznaczony poziom wody – zrobiono to w designerski sposób zaznaczając na niebiesko dolną część etykiety. Łatwo to przegapić!

Travellunch – Chili con carne

Płaskie dno liofilizatu Travellunch.

Dobrze znane nacięcia i… ups opakowanie nie otworzyło się do końca. W ruch musiał pójść nóż, szybkie cięcie i wreszcie można było zajrzeć do środka. Liof o smaku chili con carne wyglądał, jak… wysuszone chili con carne. Wyraźnie widoczna była fasolka czerwona, papryka, a także kawałki mięsa. Boki u dołu opakowania można odgiąć w ten sposób, że całe dno rozkłada się na płasko, dzięki czemu liof stabilniej stoi na ziemi i podczas przygotowywania posiłku wystarczy go jedynie lekko przytrzymywać. Skoro mamy do czynienia z wrzątkiem to naprawdę dobre rozwiązanie. Na tylnej etykiecie sprawdziliśmy ilość wody i znowu zaczęliśmy liczyć. Ścisły umysł testera i “okrągła” objętość sprawiły, że tutaj dobranie właściwej ilości wrzątku było nieco łatwiejsze. Płaskie dno ułatwiło wymieszanie wszystkiego. Niestety u góry opakowania nie ma zamknięcia strunowego – nie pozostało nic innego, jak zwinąć kilka razy u góry opakowanie i poczekać kilka minut, aż chili con carne będzie gotowe.

Trek’n Eat – Gulasz angielski

Mieszanie liofilizatu

Tak wygląda liofilizowany gulasz angielski Trek’n Eat.

Opakowanie otworzyło się bezbłędnie, w czym oczywiście pomogły znane już z wcześniejszych liofów niewielkie nacięcia z obu stron. Po zajrzeniu do środka ujrzeliśmy zdecydowanie najlepszy wygląd suchej mieszanki – kawałki mięsa, makaron, warzywa. Nawet w tej postaci wyglądało to całkiem apetycznie. Producent ułatwił nam zalanie liofa właściwą ilością wody. Na tylnej etykiecie znajdują się bowiem kreseczki z podpisem, że do tego poziomu należy nalać wody. Co prawda kreski są na zewnątrz, a wodę wlewa się do środka, ale lepsze to niż skomplikowane obliczenia matematyczne. O dziwo, mimo że kreski są naprawdę niewielkie, były one bardziej widoczne niż poziom zaznaczony w liofilizatach LYO Expedition. Po dolaniu wody trzeba było gulasz przemieszać. Pojawiła się wtedy dziwna piana, która nie znikała aż do momentu zamknięcia torebki na czas przygotowania. We wszystkich liofilizowanych daniach taka piana się pojawiała, ale w tym długo się utrzymywała, żeby jednak doczekać obiadu, postanowiliśmy ją zignorować, a torebkę zamknąć. Na szczęście zamknięcie strunowe ułatwiło sprawę.

Voyager – Tajine wegetariański

Liofilizat Voyager przed zalaniem

Linie poziomu wody wewnątrz liofilizatu Voyager.

Zdecydowanie najmniejsze opakowanie, które zajmuje niewiele miejsca w plecaku. Jego inność tkwi także w surowcu, z którego zostało zrobione. Jest nim bowiem zwykły, niepowlekany papier. Według producenta po jedzeniu możemy bezpiecznie spalić opakowanie w ognisku. Nie próbowałam tego robić, bo po pierwsze byłam całkiem blisko cywilizacji z jej wynalazkiem o nazwie kosz na śmieci. Ponadto w lesie ogniska nie paliliśmy, a z tego, co wiem, próby spalenia opakowania nad kuchenką nie kończą się dobrze. Wnętrze opakowanie zostało powleczone czymś “nieprzemakalnym”. Opakowanie, podobnie jak u innych producentów, jest zarazem garnkiem i talerzem, w którym posiłek się przygotowuje, a potem zjada. Wracając do przygotowania posiłku. Voyager świetnie rozwiązał sprawę ilości wody nadrukowując podziałki wewnątrz opakowania. Podziałek jest kilka, wnioskuję z tego, że wnętrze jest takie samo do różnych dań. Zatem w instrukcji przyrządzania dania trzeba sprawdzić, do którego poziomu nalać wodę. Jest to rozwiązanie wprost genialne i chyba tylko ostatnia gapa może nie zauważyć tych oznaczeń. W suchej zawartości liofa wyraźnie widać było składniki potrawy – kuskus i spore kawałki warzyw. Zamknięcie strunowe umożliwia szczelne zamknięcia na czas przygotowania.

Jedzenie

Po odczekaniu czasu po zalaniu posiłku wodą trzeba się na nowo dostać do torebki. W liofilizacie Travellunch nie było zamknięcia, zatem wystarczyło odwinąć opakowanie, by móc cieszyć się posiłkiem. Chili con carne pachniało całkiem dobrze. W czasie, który podał producent obiad był gotowy. Mój tester stwierdził, że smakowało mu i nie było ostro przyprawione (a takie jada w domu).

W liofilizatach innych marek do jedzenia dostajemy się po otwarciu zamknięcia strunowego lub urwaniu opakowania poniżej. Wyróżnia się tutaj marka Voyager, której opakowania mają dodatkowe nacięcia w połowie wysokości. To genialne rozwiązanie, które umożliwiło mi łatwy dostęp do jedzenia. Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy w kuskusie nie znalazłam dużych kawałków warzyw, które ewidentnie były w wersji suchej. Może ktoś mi je podjadł?

W żadnym opakowaniu nie mieliśmy problemów, by za pomocą łyżki dotrzeć do zakamarków opakowania. Chociaż najłatwiejsze było to oczywiście w przypadku dania Voyager. Nie wpadliśmy jednak wcześniej na pomysł, by skrócić wysokość innych opakowań.

Bigos LYO

Bigos LYOFood gotowy do jedzenia.

Chili con carne Travellunch

Gotowe chili con carne, danie Travellunch.

Gotowe danie Voyager - tajine wegetariańskie

Tajine wegetariańskie Voyagera.

 

 

Zapach i smak posiłków liofilizowanych

Bigos z LYOFood, który jadła koleżanka, naprawdę delikatnie pachniał swojskim daniem, paella z Voyagera zjadana ze smakiem przez kolegę, miała zapach owoców morza. Z opakowania chili con carne od Travelluncha można było poczuć paprykę, najmniej pachniał gulasz irlandzki od Trek’n Eat, ale w sumie miał tyle składników, że trudno mówić o konkretnym, dominującym.

Mieliśmy różne dania i różne gusta, dlatego terenowe testowanie liofilizatów skupiło się raczej na poręczności ich przygotowania. Ocenę smaku pozostawiliśmy skalnikowym testerom, którzy dostali cztery podobne do siebie dania.

Wielkość dania liofilizowanego

Informacja, która ucieszy i niejadków, i głodomory jest taka, że nie ma jednej “znormalizowanej” gramatury. Co producent, to inne danie. Warto przy tej okazji wspomnieć też o opcji dań powiększonych oraz posiłków dla dwóch osób. Dania powiększone przypadną do gustu głodomorom, którzy nie najadają się zwykłą porcją. Opakowania są tylko nieznacznie cięższe i grubsze, za to posiłku jest więcej. Tandemowe paczki to dwa razy więcej suchej zawartości i dwa razy więcej posiłku w pojedynczym opakowaniu – dość wygodne rozwiązanie, na dodatek generujące mniej śmieci.

Sprawdźmy, jak gramaturowo przedstawia się oferta poszczególnych marek – wartości są oczywiście przybliżone, bowiem posiłek, posiłkowi nierówny. W tabeli umieściłam informację o masie suchej potrawy oraz o gramaturze po uwodnieniu.

 

LYOFood Travellunch Trek’n Eat Voyager
obiad 1 os. ok. 90 g / 370 g 125 g / bd 180 g / 540 g 80 g / 280 g
obiad 1+ os. ok. 120 g / 500 g 200 g / 700 g 125 g / 450 g
obiad 2 os. 250 g/ bd 250 g / 850 g 160 g / 520 g

Ile kosztują liofilizaty?

Liofilizaty LYOFood są zdecydowanie najdroższym rozwiązaniem. Weźmy jednak pod uwagę ekologiczne uprawy, z których pochodzą składniki, nietypowe dania oraz rodzimą firmę. Koszt pojedynczego śniadania oscyluje w okolicy 22 zł, zupy – też 22 zł , drugiego dania – ok. 30 zł.

Pojedyncza porcja dania Travellunch to koszt ok. 32 zł, taniej wychodzi porcja dla dwóch osób – ok. 43 zł, natomiast zupy to wydatek oscylujący ok. 25–29 zł, a śniadanie – 18 zł.

Ceny obiadów marki Trek’n Eat to ok. 30 zł, śniadania są ok. 10 zł tańsze. Saszetka zawierająca płynny pokarm Peronin to koszt 22 zł.

W podobnej do Trek’n Eat cenie są także posiłki marki Voyager. Ceny śniadań wahają się między 16 a 20 zł, obiadów natomiast ok. 28-30 zł.

Wszystkie powyższe ceny są oczywiście katalogowymi. Warto skorzystać z okazji i promocji, które się zdarzają. Wtedy można liczyć na obniżoną, znacznie przystępniejszą cenę.

Z jednej strony – wydaje się, że to ceny zbliżone, a niekiedy nawet wyższe od schroniskowej kuchni czy przydrożnej restauracji. Jest w tym trochę prawdy. Jednak, gdy ceny w menu nie są podawane w złotówkach, lecz w euro czy dolarach, liofilizaty stają się naprawdę niedrogą opcją wyżywienia. Dobrze wybrane liofy są lekką, pożywną i zdrową opcją wyżywienia podczas dłuższego wypadu z dala od cywilizacji.

 

Plusy i minusy każdej marki

Liofilizaty LYOFood

+ bardzo duży wybór dań (obiadowe, śniadania, desery, owoce)
+ nietypowe potrawy (np. zielone curry z pokrzywą)
+ małe i duże porcje
+ ekologiczne, naturalne składniki
+ wyraźne oznaczenia alergenów, diety
+ porcje małe i duże
+/- oznaczenie poziomu wody, gdy się je znajdzie, bardzo ułatwia dobranie właściwej ilości wody
+/- pochłaniacz tlenu utrzymujący próżniowe zamknięcie, niestety nieuważni mogą go pomylić z przyprawami
– nieco mało przyprawione
– trochę nieczytelne opakowanie
– drogie

Średnie ceny katalogowe:

  • śniadanie (mała porcja): ok. 22 zł
  • śniadanie (duża porcja): ok. 33 zł
  • zupa: ok. 22 zł
  • obiad (mała porcja): ok. 30-33 zł
  • obiad (duża porcja): 34-38 zł
  • deser: ok. 18 zł

Liofilizaty Travellunch

+ solidne porcje
+ jedno- i dwuosobowe dania
+ dania wegetariańskie, mięsne, zupy
+ możliwość rozłożenia na płasko dna torebki
– brak strunowego zamknięcia na czas przygotowania posiłku
– dużo składników sztucznych i polepszaczy smaku
– informacja o alergenach tylko w liście składników
– brak oznaczenia właściwej ilości wody
– jednakowe opakowania

Średnie ceny katalogowe:

  • śniadanie: ok. 18 zł
  • zupa: ok. 26-30 zł
  • obiad (mała porcja): ok. 30-32 zł
  • obiad (duża porcja): ok. 43-44 zł
  • deser: ok. 25 zł

Liofilizaty Trek’n Eat

+ dużo rodzajów gramatur (pojedyncze, powiększone, podwójne dania)
+ solidne porcje
+ większość zdrowych składników
+ informacja na froncie opakowania o ekologicznych składnikach
+ wyraźne oznaczenia diet i alergenów na froncie opakowania
+/- niewielkie oznaczenie poziomu wody
– jednakowe opakowania
– zdarzają się składniki chemiczne

Średnie ceny katalogowe:

  • śniadanie: 20-24 zł
  • zupa: ok. 29 zł
  • obiad (mała porcja): ok. 27-33 zł
  • obiad (duża porcja): ok. 30 zł
  • deser: ok. 22 zł
  • Peronin: ok. 22 zł

Liofilizaty Voyager

+ wyraźne, wewnętrzne oznaczenie poziomu wody
+ dużo czytelnych informacji na froncie opakowania
+ poglądowe zdjęcie potrawy
+ możliwość spalenia w ognisku zużytego opakowania
+ małe, poręczne opakowanie
+ ekologiczne składniki
– brak informacji o eko składnikach
– informacje o alergenach tylko na liście składników
– nieco małe porcje
– bywają mało przyprawione

Średnie ceny katalogowe:

  • śniadanie: ok. 16-20 zł
  • obiad (mała porcja): ok. 28 zł
  • obiad (duża porcja): ok. 30 zł
  • deser: ok. 20 zł
Liofilizaty są bardzo dobrym, wręcz znakomitym rozwiązaniem na ciepły (lub zimny) posiłek. W momencie, kiedy mamy do dyspozycji jedynie wodę i kuchenkę prawie jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wyczarować możemy dobry obiad. Oferta dań jest ogromna, więc niemal każdy znajdzie coś dla siebie. Alergicy, wegetarianie i weganie, głodomory, smakosze i duety także.

 

Termosy obiadowe. Sposób na ciepły posiłek

Termosy obiadowe. Sposób na ciepły posiłek

Nie lubię odgrzewanych w mikrofalówce posiłków. Jadę tylko na jeden dzień – po co będę zabierać kuchenkę. Przydałoby się zjeść coś ciepłego, ale daleko stąd do najbliższej restauracji. Brzmi znajomo? Rozwiązaniem podobnych problemów jest termos na jedzenie, który utrzyma ciepło potrawy, niezależnie od miejsca, w które go zabierzesz.

Termos na żywność – kiedy się przydaje

termos na żywnośćTo bardzo przydatny dodatek do wielu aktywności. Jedzenie jest świeże, przyprawione, jak lubisz, no i przede wszystkim możesz je mieć zawsze przy sobie. Wyobraźmy sobie, że jedziesz na jednodniowy wypad gdzieś daleko za miasto. Wiesz, że w porze obiadowej chętnie zjesz coś ciepłego, ale będziesz tak daleko od siedzib ludzkich, że pozostaje gotowanie. Jednak do gotowania potrzebujesz kuchenkę, gaz, naczynia, składniki i wodę – a to tylko jednodniowy wypad!

Jest wiele innych sytuacji, w których może Ci towarzyszyć termos obiadowy- jeśli, podobnie jak ja, nie lubisz odgrzewać jedzenia w mikrofalówce – weź go do pracy, jeśli nie masz możliwości podgrzania obiadu – zabierz go na uczelnię. Sprawdzi się także podczas krótkich lecz intensywnych aktywności na odludziu – w przerwach między nurkowaniami, po wyjściu z jaskini, opatentowaniu nowej drogi w skałach lub zjeździe w świeżym puchu.

termos na żywnośćCo można przechowywać w termosie na jedzenie

Termosy obiadowe służą nie tylko do przechowywania dań stricte obiadowych – choć często inną ich nazwą jest termos na zupę. Rzeczywiście niezwykle łatwo i bezpiecznie można w nich transportować pyszną pomidorówkę, żurek czy rosół. Zupa nie tylko szybko rozgrzewa, ale i syci. Znakomicie sprawdzi się jako termiczny pojemnik na wszelkie potrawy jednogarnkowe: chili con carne, leczo. Jeśli jednak nie wyobrażasz sobie poranku bez ciepłej owsianki na śniadanie – zabierz ją ze sobą w termosie na jedzenie. Co więcej, termos na żywność jest znakomity zarówno do przechowywania potraw ciepłych, jak i zimnych.

Termos na jedzenie vs. termos tradycyjny

termos primusOczywiście można w tradycyjnym termosie przechowywać jedzenie, tyle że jest to rozwiązanie bardzo nieporęczne i – jeśli nie chcemy się poparzyć – wymagające dodatkowego naczynia. Dlatego właśnie w ofercie producentów pojawiły się termosy obiadowe. Warto tu wspomnieć o czołowych producentach i ich modelach czyli Esbit Food Jug czy Primus Lunch Jug. Największą ich zaletą są szerokie otwory i “pękate” kształty – łatwo włożyć w nie jedzenie, nie ma problemu, by jeść z nich do ostatniego kęsa, a po powrocie do domu jest prosty dostęp do wnętrza, by całość porządnie wyczyścić. Termosy na jedzenie od niemieckiej firmy Esbit przypominają kształtem cylindry. Szwedzki Primus ma w swojej ofercie również termosy na żywność zbliżone kształtem do kubków termoaktywnych. Rzadko kto używa już termosów z delikatnym, szklanym wnętrzem. Obecnie standardem są – zarówno w termosach do napojów, jak i na żywność – podwójne, izolowane próżniowo ścianki ze stali nierdzewnej, które odpowiadają za utrzymywanie odpowiedniej temperatury przez długi czas. Jest to rozwiązanie i wydajne, i bardzo trwałe – termos jest odporny na wstrząsy i upadki. Stal nierdzewna ponadto nie pochłania smaków, przez co jedzenie jest zawsze smaczne, a w termosie można jednego dnia przenosić pikantną potrawę, a dzień później słodki deser.

termos na żywnośćNa co jeszcze zwrócić uwagę

Esbit wyposaża swoje termosy żywnościowe (seria Esbit Food Jug) w podwójny system zamykania. Zewnętrzną nakrętkę można w razie potrzeby używać jako miseczki. Wewnętrzna wyposażona jest w zawór, który umożliwia kontrolowane wypuszczenie ciśnienia z termosu. Dzięki temu nie ma groźby, że gorące jedzenie “eksploduje” na nas. W modelu Primus Luch Jug wystarcza jedna, za to bardzo szczelna nakrętka.
Czołowi producenci stosują na zewnątrz antypoślizgową powłokę, by termos pewnie leżał w dłoni. Większe pojemnościowo termosy warto, by były zaopatrzone w rączkę – to jeszcze bardziej poprawia chwyt, także w rękawiczkach. Rączka dobrze jeśli jest składana, nie powiększa bowiem objętości transportowanego termosu.

Od wewnątrz termosy na obiad mają warstwę srebra, które odpowiada i za lepszą izolację termiczną, ale ma także właściwości antybakteryjne i łatwiej jest z takiej powierzchni zmyć pozostałe po posiłku resztki.

Producenci radzą, co zrobić, by wydłużyć czas zachowania odpowiedniej temperatury w termosie. Przed przechowywaniem ciepłego posiłku (ale także napoju) warto do termosu wlać wrzątek i odczekać kilka minut, następnie wylać wodę i włożyć właściwą zawartość. W przypadku chęci przechowywania zimnego posiłku do termosu wlewamy bardzo zimną wodę, a dalsze kroki powtarzamy, jak wcześniej.

Pojemność na mały i duży głód

Termosy do żywności mają bardzo różną pojemność. Od najmniejszych (350 ml) mieszczących niewielką porcję jedzenia, przez średnie, które będą odpowiednie do przechowania głównego posiłku dnia (od 400 do 750 ml), po duże termosy dla kilku osób, idealne na rodzinne wyprawy z dala od cywilizacji (1000-1500 ml). Przy wyborze pojemności pamiętajmy, że im mniejszy termos obiadowy, tym krócej jedzenie pozostaje w nim ciepłe.

Kilka moich patentów na ciepły posiłek w ciągu dnia

Na koniec dwa smaczne przepisy, które sama bardzo chętnie zabieram na wypad do jaskini czy na nurkowanie. Po takim ciepłym, a przy tym prostym do wykonania posiłku, szybko nabiera się sił.

PYSZNA POMIDORÓWKA

  • 1 litr bulionu mięsnego lub warzywnego
  • puszka pokrojonych pomidorów lub opakowanie passaty pomidorowej
  • ząbek czosnku
  • sól, pieprz, cukier, suszone oregano i bazylia
  • oliwa z oliwek

Bulion gotuję, dodaję do niego pomidory oraz przeciśnięty przez praskę czosnek. Dodaję przyprawy: szczyptę soli i cukru, trochę pieprzu, ok. łyżeczkę suszonego oregano i bazylii, dodaję oliwy. Zmniejszam ogień, żeby pomidory się rozgotowały. Jeśli używam passaty wystarczy ok. 15 min. gotowania, jeśli krojonych pomidorów – nawet 30-40 min., po których warto zblendować całość, powstanie wtedy zupa-krem.

ROZGRZEWAJĄCE LECZO

  • puszka krojonych pomidorów
  • kiełbasa (opcjonalnie)
  • 1 cukinia
  • 5-6 pieczarek
  • 1 papryka czerwona
  • 2 cebule
  • olej
  • sól, pieprz, ostra papryka

Na rozgrzanym oleju szklę cebulę pokrojoną w dużą kostkę. Jeśli robię mięsne leczo, to kiełbasę wrzucam do zeszklonej cebuli i wszystko mieszam. Podsmażam chwilę, a następnie dodaję pieczarki, później wrzucam pokrojoną w kostkę cukinię i paprykę. Całość chwilę jeszcze smażę, a następnie dodaję pomidory i całość duszę ok 20-30 min. przyprawiając do smaku solą, pieprzem i ostrą papryką.

 

Ciepły posiłek w chłodne dni doskonale rozgrzewa i dodaje energii. Chociaż nie zawsze mamy czas i możliwości, aby go przygotować na miejscu. Dzięki termosom na żywność, możemy mieć ciepłe jedzenie zawsze ze sobą. Niewielkie rozmiary i mała waga to ich ogromna zaleta i powód, by zabierać je na każdą wyprawę.

Sandały trekkingowe? Poznaj markę Keen

Sandały trekkingowe? Poznaj markę Keen

Na facebooku Skalnika rozgorzała dyskusja nad tym czy można w ogóle mówić o sandałach trekkingowych. Niektórym nie mieściło się w głowie, by połączyć te dwa słowa: „sandały” oraz „trekkingowe” w jedną całość, że to czysty oksymoron, jak ciepły śnieg lub biały węgiel. Inni wprost przeciwnie – nie widzieli nic złego w takim połączeniu, szczególnie, że późna wiosna w tym roku bardziej przypomina lato. To dobry czas, żeby wyciągnąć ze schowków sandały trekkingowe i ruszyć w nich na szlak.

W sandałach Keen na szlaku

Oczywiście w sandałach odpada wyprawa na Orlą Perć czy w ogóle na tatrzańskie, karkonoskie lub beskidzkie szczyty. Sprawdzą się za to na ścieżkach prowadzących dolinami lub po niewielkich wzniesieniach. Sama od lat mam sandały Keen i kiedy tylko mogę, chodzę w nich po niższych górach i łatwych szlakach. Wybieram je, bo są zdecydowanie lżejsze niż buty trekkingowe, zapewniają stały dopływ powietrza, więc stopa jest wentylowana. Jednocześnie ich podeszwa dobrze radzi sobie na skalnym podłożu. Moje sandały Keen, których nazwa modelu umknęła gdzieś przez wszystkie lata, ułatwiają też przekraczanie strumieni. Nawet nie zatrzymuję się, tylko dziarsko maszeruję brodząc w wodzie. W upalne dni moje stopy są mi za to niezmiernie wdzięczne, a kontakt z wodą nie wpływa na trwałość materiału, ani samych sandałów. Do tego dochodzi jeden szczegół, który sprawia, że sandały Keen są często wybierane, to opatentowana ochrona palców stóp. To ona zapoczątkowała historię Keen…

Skąd się wzięły sandały Keen

Wszystko zaczęło się w ciepłej Kalifornii 15 lat temu od modelu Newport, który był tak szokująco inny od dostępnych na rynku sandałów, że od razu przykuł uwagę entuzjastów outdooru. Myśl, jaka przyświecała projektantom, to stworzenie sandałów, które ochronią palce przed uszkodzeniami na pokładzie żaglówki. Przy okazji podeszwa nie mogła zostawiać śladów na pokładach. Musiały być także – jak każde sandały – lekkie, wygodne, dobrze wentylowane i odporne na wodę. Rozwiązaniem, które zrewolucjonizowało kształt sandałów turystycznych, okazała się „zawinięta” przednia podeszwa. To ona miała za zadanie dobrze chronić palce przed urazami. Przypominała (i nadal przypomina) w tym wzmocnienia spotykane w butach trekkingowych. Sam producent mówi, że sandały Keen to buty hybrydowe i ma w tym sporo racji. Łącząc pożądane cechy sandałów i butów trekkingowych powstały buty, które sprawdzą się w bardzo różnych miejscach.

Budowa sandałów Keen

Opatentowany system ochrony palców jest wyróżnikiem sandałów Keen, chociaż chyba raczej powinnam użyć tutaj formy „był wyróżnikiem”. Wielu producentów, po wielkim międzynarodowym sukcesie sandałów Keen, także zaczęło stosować tego typu budowę. Warto pamiętać, że to właśnie projektanci firmy Keen stoją za tym jakże prostym, a jednocześnie bardzo skutecznym rozwiązaniem.

Jednak sama ochrona palców to nie wszystko. Sandały Keen tworzą spójną, bardzo dobrze zaprojektowaną całość. Dlatego są wybierane przez miliony osób na całym świecie. Podeszwa jest przyczepna i daje dobrą stabilność w różnym terenie. Ponadto wiele modeli (w tym np. kolejna odsłona sandałów Newport) ma anatomicznie formowaną śródpodeszwę wykonana z pianki EVA o właściwościach amortyzujących. To dzięki niej stopy podczas pokonywania ścieżek i dróg, nie męczą się i przyjmują na siebie o wiele mniejsze siły.

Zewnętrzną cholewkę mogą pokrywać od zewnątrz skóra, materiał, który powstał ze zrecyklingowanych butelek PET lub inne materiały wolne od szkodliwych substancji (takich jak np. PFC). Często są to materiały odporne na zamoczenie. Od wewnątrz sandały Keen mają miękką wyściółkę. To ona sprawia, że nawet wielogodzinne spacery są bardzo komfortowe. Wyściółka ta ma jeszcze dwie świetne cechy. Po pierwsze bardzo szybko schnie. Nie musisz się zatem martwić, gdy Twoje sandały zmoczy przelotny deszcz lub napotkasz strumień. Śmiało wędruj dalej. Drugą jest materiał Aegis™ Microbe Shield, który zapobiega powstawaniu przykrych zapachów.

Ostatnią, ale nie najmniej istotną cechą, jest jeszcze system sznurowania. Dzięki gumce ze stoperem, którą umiejscowiono na środku cholewki, regulacja obwodu sandałów zajmuje kilka sekund. Czasem warto ściągnąć ją bardziej na jakimś trudniejszym odcinku szlaku, by buty dobrze przylegały do stopy, innym razem wygodniej chodzić w poluzowanych. Stoper ściskasz palcami, przesuwasz i gotowe – to dziecinnie proste!

Do wody, w góry, na miejski spacer

Przez 15 lat sporo się zmieniło. Kultowy model Newport doczekał wielu nowych wersji, które sprawdzają się podczas różnego rodzaju aktywności. Wybierasz się na spływ kajakowy lub rafting – sandały Newport Hydro będą idealne, bo materiał cholewki został zabezpieczony przed wodą, a gdy totalnie zmoknie, szybko wyschnie. Do słonej wody, czyli na rejs lub wyjazd nad morze lepsze będą sandały Newport Eco, ponieważ cholewka zrobiona jest z materiału odpornego na sól. Tak jak w pierwszych modelach, podeszwy sandałów Keen nadal zrobione są z gumy, która nie pozostawia śladów. Sprawdziłam w praktyce – chociaż pokładów wszelkich jednostek pływających staram się unikać – rzeczywiście śladów żadnych nie było.

Wrócę na chwilę do tezy z początku tego tekstu – tej o sandałach trekkingowych. Hybrydowa budowa sandałów Keen to najlepszy dowód na to, że na letnie wędrówki po szlakach nadają się znakomicie. Szczególnie model Newport H2, którego podeszwa dobrze podtrzymuje stopę w bardzo różnorodnym terenie, a ochrona palców działa niezawodnie. Wszelkie ucieczki od cywilizacji udają się w nich znakomicie.

Jednak sandały Keen równie dobrze sprawdzają się podczas zwykłych turystycznych wypadów. Jedziesz w listopadzie do Egiptu, Maroka czy na południe Europy – ile par butów zabierasz? Ja, biorę tylko jedną – sandały Keen. Nie przejmując się za bardzo sterotypami, w naszym kraju zakładam dodatkowo skarpetki. Za to jeszcze przed opuszczeniem samolotu mogę szybko dać moim stopom odetchnąć.

Cholewka w modelu Newport Hemp wykonana jest z naturalnego lnu – dzięki temu sandały świetnie wyglądają do każdego stroju a ponadto są jeszcze bardziej komfortowe. Świetnie nadają się, by spacerować w nich po brukowanych uliczek starówek, przechadzać się po łące czy podróżować rowerem.

Sandały Keen dla całej rodziny

Na pierwszy rzut oka klasyczne sandały Keen wydają się uniseksowe. To jednak tylko pozory. Stworzono bowiem oddzielne modele dla kobiet, mężczyzn i dzieci. W modelach dla najmłodszych często pięta jest zakryta, by dodatkowo chronić tę część stopy. Ponadto w wiele juniorskich sandałów ma też rzep, który ułatwia maluchom samodzielne zakładanie i zdejmowanie butów. Modele damskie i męskie są do siebie bardziej podobne. Odróżnia je przede wszystkim kolorystyka oraz rozmiarówka.

Ponadczasowy design

Sandały Keen są ponadczasowe. Przez lata ulepszano materiały zarówno podeszwy, jak i cholewki, wprowadzano delikatne modyfikacje kształtu. Jednak sandały Newport sprzed 15 lat mogą śmiało stanąć obok modeli tegorocznych i różnica między nimi nie będzie drastyczna. Szczególnie, jeśli właściciel sandałów z 2003 r. o nie dbał. Na szczęście utrzymanie w czystości sandałów Keen jest bardzo łatwe. Większość modeli można wyprać w pralce lub umyć delikatnymi detergentami.

Ciekawa jestem czy nowa kolekcja sandałów Keen dorówna legendzie. Najnowszy pomysł projektantów Keen to sandało-mokasyny Uneek, których cholewka niemal w całości powstała z zaplecionych dwóch sznurków.

Urodziny Keen Newport

Z okazji 15. urodzin modelu Newport Keen zaprasza do wspólnej zabawy. Na instagramie pod hasztagiem #KeenNewport możesz znaleźć entuzjastów tego modelu z całego świata. Oznacz swoje sandały Newport i podziel się fotkami ze wspólnych wypraw – ty i sandały Keen Newport.

Latem, gdy tylko jest ciepło i słonecznie, co weekend ruszam na szlak, a ze mną moje ulubione sandały trekKEENgowe.