Co to jest speed hiking. Wrzuć na szlaku piąty bieg

Co to jest speed hiking. Wrzuć na szlaku piąty bieg

Czy pokonując kiedyś spacerkiem dwudniową trasę po waszych ulubionych górach zastanawialiście się, czy jest możliwe zrobienie tego samego dystansu w jeden dzień? Albo czy zamiast jednego szczytu, podczas tej samej wycieczki, przyszło wam do głowy zaliczyć dwa lub sześć!? Albo inaczej. Czy nie pociągał was nigdy świat biegów górskich, ale zrezygnowaliście z tej myśli, bo biegi górskie wymagają zbyt wielu wyrzeczeń i treningu? Jeśli tak, to mam coś dla was. To coś nazywa się speed hiking.

Ciężko o rodzimą definicję speed hikingu, o polskim odpowiedniku tego pojęcia nawet nie wspominając. W nomenklaturze obcojęzycznej można go czasem spotkać w szufladce o nazwie fastpacking. Czym więc właściwie jest ten „szybki hajking”, jak zacząć z nim przygodę i co jest potrzebne do speed hikingu? Na koniec pytanie najważniejsze – po co to wszystko? Rzuciłem w eter chyba wystarczająco wiele pytań, zajmijmy się więc odpowiedzią na każde z nich.

 

Czym jest speed hiking

Speed hiking oznacza szybkie wędrowanie po górach. Tak po prostu. Jest to miejsce, w kórym spotykają się pojęcia hikingu oraz trail runningu. Speed hiking to poruszanie się w terenie szybciej i lżej niż robiliście do tej pory. Nawet po tych samych ścieżkach i szlakach, które już dobrze znacie, ale z trochę inną filozofią, która pozwoli odkryć wam na nowo radość z górskich wypadów. To aktywność, która pozwoli wam zasmakować wolności w pokonywaniu dużo większych odległości w tym samym czasie, co podczas tradycyjnego, spokojnego wędrowania.

Idea to szczególnie cenna w dzisiejszych czasach nieustannej gonitwy za pracą i obowiązkami, gdy czasem na wagę złota okazuje się możliwość spędzenia choć jednego, całego dnia w górach, nie mówiąc już o weekendzie. Speed hiking dobrze wpasowuje się w ramy współczesnego społeczeństwa i współczesnego, zabieganego trybu życia. Być może, że jest właśnie na ten zabiegany tryb życia odpowiedzią… Dzięki małej zmianie filozofii i przestawienia się na tory idei speed hikingu, idei fast&light, zyskacie możliwość optymalnego wykorzystania wolnego czasu. Dobrze wszyscy wiemy, że nic tak dobrze nie ładuje akumulatorów jak wypad za miasto.

dynafit speed hiking

Szybciej, lżej, dalej (fot. Dynafit)

Speed hiking może wam też przyjść z pomocą, gdy zapragniecie wprowadzić do swojej aktywności górskiej elementy wyzwania. Bicie własnych rekordów, pokonywanie coraz większych dystansów w 6, 12, 24 godziny, może być takim przedsięwzięciem. Wciąż słabo odkrytym w naszym kraju poletkiem jest zabawa w ustalanie i potem bicie rekordów FKT (Fastest Known Time), czyli realizowanie najszybszych przejść danego szlaku, odcinka, czy drogi na określony szczyt. Jedynym ograniczeniem jest tu wyobraźnia w stawianiu sobie kolejnych, coraz wyżej zawieszonych poprzeczek.

 

Zmiana myślenia

Weźcie mapę, zaplanujcie jednodniową wycieczkę i wyruszcie na nią z postanowieniem ukończenia trasy jak najszybciej, ale w granicach waszych możliwości. Z jak najlżejszym bagażem (o tym w kolejnej części), zakładając po drodze jak najkrótsze postoje. Bardzo dobre do motywowania na bieżąco są tabliczki na szlakach, bądź czasy odcinków jakie podawane są na mapach. Wystarczy, że przed rozpoczęciem każdego odcinka postawicie sobie cel „na tę przełęcz dotrę 15 minut szybciej niż zakładają znaki”. Podkręcacie tempo i mknijcie przed siebie.

Co najważniejsze, choć speed hiking czerpie garściami z biegów górskich, wcale nie musicie być jak Kilian Jornet i mieć wybitnej kondycji, aby zacząć szybciej poruszać się po górach. W speed hikingu nie trzeba biegać, wystarczy żwawy marsz, najlepiej wspomagany kijkami trekkingowymi. Gdy jednak staniecie na szczycie wzgórza i przed wami roztoczy się droga w dół… ciężko będzie oprzeć się pokusie puszczenia hamulców i zbiegnięcia na złamanie karku. No dobrze, przynajmniej mnie jest zawsze ciężko się się powstrzymać.

 

Sprzęt do speed hikingu

Kluczem do sukcesu jest odchudzenie sprzętu, zgodnie ze wspomnianą już filozofią fast&light. Pozornie niewielkie oszczędności w wadze potrafią sumować się w kilkaset gramów, a czasem nawet kilka kilogramów, które zdjęte z grzbietu pozwolą uwolnić dodatkowe siły. Nawet nie spoglądajcie w stronę plecaków większych niż 15-20 litrów. Dobrym rozwiązaniem będzie plecak biegowy lub kamizelka biegowa. Nieźle w styl fast&light wpasowują się minimalistyczne plecaki z lekkiego nylonu, pozbawione rozbudowanych systemów nośnych, znajdziecie takie w ofercie Black Diamond czy Arc’teryx. Czasem mogą to być produkty dedykowane jako plecaki wspinaczkowe.

Speed hikingowa seria Pedroc marki Salewa.

Co jeszcze może przydać się do speed hikingu:

  • Bukłak z wodą
    Absolutna podstawa, nikt przecież nie będzie tracił cennego czasu na sięganie po butelkę Nalgene z wodą do plecaka! Bukłak zapewnia dostęp do wody w dowolnym momencie.
  • Lekkie kije trekkingowe
    Odpowiednio użyte będą najepszym kompanem podczas podejść. Przydadzą się do podkręcenia tempa na płaskich odcinkach, do kontroli i asekuracji podczas schodzenia i zbiegania.
  • Odpowietnie buty
    Najlepsze będą buty do biegów górskich, czyli lekkie i wyposażone w konkretny bieżnik. Niskie podejściówki również spełnią swoją rolę, a w niektórych warunkach (np. bardziej skaliste trasy tatrzańskie) nawet lepiej sprawdzi coś ze sztywniejszą podeszwą. Salomon X Alp, Salewa Firetail, czy MTN Trainer mogą służyć tu za przykład dobrego obuwia. Podczas wypadu speed hiking poruszam się dynamicznie, dlatego wybieram zawsze obuwie bez membrany. Zgodnie z zasadą „szybko zmoknie, to szybko wyschnie”, preferuję lekkie buty ze wstawkami z siatki, choć trzeba być przygotowanym na to, że podczas solidnego napierania po kamienistym podłożu takie biegówki z siatką mogą się dość szybko poprzecierać.
  • Lekkie stuptuty biegowe
    Jeśli nigdy nie próbowaliście, polecam gorąco sprawdzić (Salomon, Inov-8). Nie ma nic gorszego niż piach, igliwie i małe kamyczki hasające wewnątrz buta i robiące sieczkę ze skarpety (to jeszcze pół biedy) albo skóry na stopach.

 

Zrób to!

Speed hiking jako idea istnieje od dawna. Dopiero współczesność (tak jak w przypadku wielu innych zjawisk społecznych i obyczajowych) sprawiła, że nadajemy tej aktywności nazwę. Dzięki temu może ona zyskiwać popularność, być promowana, a nawet stać się źródłem dochodów. To bardzo dobrze, zwróćcie uwagę, że coraz większa liczba producentów sprzętu outdoroowego, czy sklepów wypuszcza na rynek produkty pozycjonowane pod speed hiking. Pojawiają się całe kolekcje odzieży, artukuły i poradniki w sieci.

Spróbujcie kiedyś wrzucić na szlaku piąty bieg. Może wam się spodoba, może nie. Stracicie co najwyżej kilka zbędnych kilogramów, a korzyści mogą być bardzo konkretne i namacalne:

  • poprawa kondycji i wydolności organizmu
  • możliwość „upakowania” w jedną wycieczkę dużo większej ilości atrakcji i ciekawych miejsc
  • czystą frajdę i satysfakcję z poczucia szybkości – jeśli kręci kogoś szybka jazda rowerem, samochodem, czy na nartach, to dlaczego poruszać się szybciej na nogach?
  • oszczędność czasu
  • poprawa techniki i sprawności pokonywania górskich ścieżek
  • poszerzanie horyzontów i zdobywanie nowych doświadczeń sprzętowych
  • zawiść kolegów z szybszego skompletowania punktów na odznakę GOT…

i wiele innych, które sami odkryjecie. Kto wie, może to będzie pierwszy krok do przygody z bieganiem w górach. To jednak już temat na zupełnie inną opowieść…

Jesień w górach – jak się ubrać

Jesień w górach – jak się ubrać

Każdego lata musi nastąpić ten moment. Pierwszy podmuch chłodnego, pachnącego jak nigdy wcześniej, jesiennego powietrza. Dla jednych podmuch ten jest przykrym akcentem kończących się wakacji. Dla drugich – zwiastunem kolejnego, pięknego sezonu outdoorowego.

Trzeba jednak pamiętać, że jesień w górach to nie tylko zachwycające kolory i widoki, rude połoniny, pomarańczowe liście i dymiące mgły znad polodowcowych jeziorek. Jesień może być porą roku bardzo zaskakującą i tylko odpowiednie dobranie garderoby pozwoli stawić czoła pogodowym niespodziankom. Wszak jak mawiał William James: „Nie ma złej pogody. Jest tylko nieodpowiednia odzież.”

 

Jak ubrać się na jesienną wędrówkę

Jesienią idealnie sprawdza się znany i omawiamy od lat patent warstwowego ubierania się na tak zwaną „cebulkę”. Gdy wyruszamy w góry w okresie przejściowym, jakim jest jesień, musimy być gotowi na aurę zarówno typowo jesienną, jak i letnią bądź zimową. Temperatury mogą oscylować w granicach kilkunastu stopni. Bliżej września jest jeszcze duża szansa na pozostałości letnich upałów, od października na nagłe spadki temperatury w okolice zera (i poniżej), a nawet opady śniegu mogą niemiło zaskoczyć turystę na szlaku.

 

ubiór w góry na jesień

Jesienią trzeba przygotować się zarówno na słońce , jak i znaczne ochłodzenia (fot. Rab)

 

Bielizna termo – pierwsza warstwa (ciepło)

Pierwszą warstwę ubioru, tak jak w każdym innym sezonie stanowić będzie szeroko pojęta bielizna termoaktywna. Jesienią w większości przypadków wystarczą tylko „góry”, czyli koszulki termoaktywne z krótkim lub długim rękawem. Im ściślej dopasowana do sylwetki będzie taka koszulka, tym lepiej. Wszak jej zadaniem jest stworzenie swoistej „drugiej skóry”.

Zakładanie pod spodnie trekkingowe getrów zaczyna mieć sens dopiero zimą, gdy temperatury spadają mocniej poniżej zera. Wybór pierwszej warstwy lepiej dobrze przemyśleć w oparciu o przewidywaną prognozę pogody. O ile bluzę czy kurtkę łatwo w kilka sekund zdjąć i przytroczyć do plecaka, tak gdy niespodzewanie na grani zacznie prażyć słońce, przebieranie założonej rano w schronisku grubej, merynosowej bluzy na lekką koszulkę najwygodniejsze podczas wędrówki nie będzie. Jeszcze gorzej będzie, gdy leginsy termoaktywne okażą się niepotrzebne. Jeśli więc nie spodziewam się mrozów, zdecydowanie wolę założyć lżejszą, poliestrową koszulkę z krótkim rękawem, a do aktualnej temperatury dostosować się używając warstwy drugiej, zwanej też pośrednią.

Warto jeszcze wspomnieć krótko o podstawowym podziale odzieży termoaktywnej pod względem materiałów wykonania:

  • Odzież syntetyczna, wykonana na przykład z poliestru bądź poliamidu. Taka odzież będzie się charakteryzować umiarkowaną termiką oraz krótkim czasem schnięcia, do tego szybko odprowadzi wilgoć (pot) jak najdalej od ciała. Syntetyczną koszulkę łatwo wyprać, będzie też wytrzymała i odporna na rozciąganie. Producenci odzieży termoaktywnej (np. polska marka Brubeck) często posiadają w ofercie kilka różnych rodzajów bielizny, różniących się grubością i termiką.
Icebreaker merino koszulka

Często w roli bielizny jesienią sprawdza się koszulka termoaktywna merino lub syntetyczna (fot. Icebreaker)

 

  • Odzież wełniana, w którym to segmencie zdecydowanie dominuje wełna merino (Smartwool, Icebreaker). Bielizna z merynosa posiada dużo lepszą termikę niż materiały syntetyczne oraz – co niezwykle ważne – nie chłonie przykrych zapachów. Jest jednak mniej odporna mechanicznie, więc koszulkę merynosową trzeba traktować podczas noszenia i prania ostrożniej niż syntetyk. Merino niestety dłużej schnie, ale dużym pocieszeniem jest fakt, iż zamoczona koszulka wełniana w pewnym stopniu zachowuje swoje właściwości grzewcze, natomiast zamoczony syntetyk już niekoniecznie. O bawełnie nie wspominając.

 

Bluza polarowa – druga warstwa (izolacja)

Tutaj najlepszym rozwiązaniem będzie bluza polarowa, najwygodniejsze są modele z dodatkiem stretchu, uszyte z takich tkanin jak Polartec Power Stretch. Dobrze gdy bluza taka posiada rękawy zakończone otworami na kciuk – rozwiązanie to pozwoli częściowo osłonić przed wiatrem dłonie, bez konieczności zakładania rękawiczek.

Przy bezwietrznej pogodzie bluza może pełnić nawet rolę kurtki wierzchniej, czyli warstwy zewnętrznej. Klasyczna odzież polarowa nie święci już może takich triumfów jak jeszcze kilka lat temu, ale wciąż w ofercie wiodących producentów outdoorowych znaleźć można multum rodzajów polarów, począwszy od lekkich bluz z kapturem niewiele tylko grubszych od koszulki termoaktywnej, aż po grube kurtki z Polartecu Thermal Pro dla największych zmarzluchów.

Wybierając się jesienią w góry zawsze staram się mieć w plecaku warstwę pośrednią „na wszelki wypadek”, nawet gdy prognozy nie zwiastują mocnych spadków temperatury. Jesienny wiatr potrafi mocno dać się we znaki, choć nawet najcieplejszy polar i bielizna na niewiele się zdadzą bez ostatniego elementu układanki, czyli…

bluza polarowa Rab

Warstwa pośrednia – najszęściej bluza – to jesienią konieczność (fot. Rab)

 

Softshell/hardshell – trzecia warstwa (ochrona)

Warstwa trzecia, czyli zewnętrzna. Krótką mówiąc – kurtka. Ten element odzieży będzie stanowił naszego asa w rękawie i pierwszą linię obrony w starciu z wiatrem i deszczem. Stajemy tu przed wyborem jednego z dwóch najpopularniejszych typów kurtek. No właśnie: założyć hardshell czy softshell?

Hardshelle (czyli kurtki przeciwdeszczowe) charakteryzują się przede wszystkim użyciem membrany wodoodpornej, dzięki której najlepiej zabezpieczą nas przed opadami. Wybór jest więc prosty, gdy przed wyjściem na szlak prognozowane są deszcze. We wszystkich innych wypadkach –czyli gdy prawdopodobieństwo ulewy nie jest oczywiste – preferuję kurtkę softshellową. Lekki softshell z miękkiego, elastycznego materiału o anatomicznym kroju to kurtka bardzo uniwersalna, która ochroni nas przede wszystkim przed największym jesiennym wrogiem, czyli wiatrem. Dobrze dopasowany softshell nosi się bardzo wygodnie założony na samą bieliznę termoaktywną, bądź na bieliznę plus bluzę. Idealnie gdyby posiadał wysoką gardę do osłony twarzy oraz regulowany kaptur.

Wiatr to jedno, ale w jakim stopniu softshell ochroni nas przed deszczem – to już zależy od rodzaju kurtki. Jak mówi teoria, prawdziwy softshell powinien być pozbawiony membrany wodoodpornej i ochronę przed wodą zapewnia w nim tylko użyty materiał wierzchni i jego impregnacja (DWR). Na rynku outdoorowym znaleźć można jednak mnóstwo softshelli, w których producenci zdecydowali się na wszycie pełnoprawnej membrany wodoodpornej i w takich przypadkach funkcjonalność takiej kurtki zbliża się już mocno do kurtki hardshell. Czy wybrać softshell z membraną? To zależy od ciebie, ale istnieje jeszcze jedna alternatywa.

Marmot Precip kurtka przeciwdeszczowa

Lekką kurtkę hardshell, taką jak Precip marki Marmot, możesz mieć zawsze pod ręką (fot. Marmot)

 

Jeśli nasz softshell nie posiada zbyt dobrych właściwości wodoodpornych, pewnym rozwiązaniem może też być spakowanie dodatkowo do plecaka awaryjnej, pakownej kurtki przeciwdeszczowej. Mogą to być modele takie jak: Marmot PreCip, Rab Downpour czy Patagonia Torrentshell. Takie kompaktowe kurtki ważą niewiele i zajmują tyle miejsca co butelka wody. W razie nagłego załamania pogody mogą być nieocenionym ratunkiem.

Pamiętajmy, że o ile latem niespodziewane oberwanie chmury nie jest katastrofą – jeśli mamy szczęście, to temperatura i słońce błyskawicznie nas wysuszą i jakimkolwiek deszczu zaraz zapomnimy – tak jesienią przemoczona odzież najczęściej nie będzie miała warunków, aby tak szybko wyschnąć na szlaku. Dobrze wiemy że wędrówka w wilgotnym ubraniu jest jedną z najmniej przyjemnych doświadczeń, jakie mogą spotkać człowieka w górach.

 

Co spakować do plecaka jesienią

Poza właściwym doborem warstw i poszczególnych elementów odzieży, na koniec warto wspomnieć o kilku dodatkowych elementach turystycznego ekwipunku, które mogą być przydatne podczas jesiennych wojaży.

  • Latarka: czołówkę oczywiście warto mieć w plecaku cały rok, ale jesienią tym bardziej warto o niej pamiętać. Dni stają się coraz krótsze i w okresie przejściowym między latem i zimą nagłe ciemności mogą zaskoczyć każdego. Wystarczy chwilę dłużej zasiedzieć się przy zupie w schronisku. Latarka czołowa i komplet baterii ważą niewiele, a mogą pomóc w odnalezieniu drogi i bezpiecznym dotarciu do celu po zapadnięciu zmroku.

 

  • Chusta wielofunkcyjna: absolutny „must have” podczas każdej jesiennej wycieczki. Buff ochroni szyję przed wiatrem, a gdy zmarzną nam uszy może posłużyć również za opaskę albo czapkę.
chusty wielofunkcyjne buff

Buff pod szyję. Buff na głowę. Wielofunkcyjna chusta zawsze się przyda! (fot. Buff)

 

  • Rękawiczki: element garderoby kojarzący się bezapelacyjnie z zimą, ale ja każdego roku wyciągam z szuflady rękawiczki szybciej niż wełnianą czapkę. Jesienne wiatry potrafią skutecznie wychłodzić dłonie, w szczególności gdy wędrujemy z kijami trekkingowymi. Nie ma oczywiście sensu zaopatrywać się od razu w grube rękawice softshellowe – idealne na jesień będą lekkie i elastyczne rękawiczki z Polartec Power Stretch, na przykład modele marki Kanfor.

 

  • Termos z gorącą herbatą: wiadomo, że herbatka najlepiej smakuje w schronisku na drewnianej ławie, ale gdy wybieramy się w te gorzej zagospodarowane turystycznie pasma górskie, zawsze warto zabrać ze sobą termos ulubionego napitku. Nic tak nie podnosi morale jak łyk gorącej herbaty, gdy dokoła dmucha wiatr i siąpi październikowa mżawka.

 

Jesienią na szlakach jakby luźniej, w schroniskach również nie ma śladu po wakacyjnych tłumach. Pozostaje spakować plecak i ruszyć na szlak, bo klimat, kolory i zapachy w górach o tej porze roku niepowtarzalne są i basta. Zima, jak co roku zaskakuje nie tylko drogowców, ale i turystów – korzystajmy więc z jesiennej aury, póki złote liście nie schowają się pod pierwszymi płatkami śniegu. Na ostrzenie raków jeszcze przyjdzie pora.

Karkonosze zimą. 5 szlaków w polskich Karkonoszach

Karkonosze zimą. 5 szlaków w polskich Karkonoszach

Postanowiłem podzielić się z wami moją piątką ulubionych zimowych tras w Karkonoszach. Karkonosze zimową porą są niezwykle piękne, potrafią jednak być także niezwykle trudne.

Panujący w Karkonoszach specyficzny mikroklimat sprawia, iż z godziny na godzinę pogoda może zaskoczyć i poskromić każdego śmiałka, nawet weterana wędrówek po dużo wyższych górach. Gdy jednak prognozy dadzą choć cień szansy na dobrą pogodę, dobierzecie odpowiedni ubiór i sprzęt, po czym zdecydujecie się wyruszyć w góry, zima w Karkonoszach odwdzięczy wam się widokiem bezkresnych, śnieżnych przestrzeni, fantazyjnych nawisów w kotłach polodowcowych i zamarzniętych na lodowe szkło wodospadów. Idziecie?

karkonosze mapa

 

Co zabrać w Karkonosze zimą

Jeśli chodzi o warunki poruszania się po zimowych Karkonoszach, największymi przeszkodami będzie tu miejscami bardzo silny wiatr (na grzbiecie mogący wręcz uniemożliwiać wędrówkę), ograniczona widoczność oraz zasypane, nieprzetarte szlaki po większych opadach śniegu, ale jedynie w mniej uczęszczanych rejonach. Mniejszym problemem (co nie znaczy, że nie występującym!) jest tu zagrożenie lawinowe, ponieważ najbardziej wystawione na działanie lawin odcinki szlaków są po prostu zamknięte (czyli zupełnie inaczej niż np. w Tatrach).

 

O karkonoskich lawinach możesz przeczytać w innym tekście na blogu. Zajrzyj!

 

Na grzbiecie Karkonoszy, gdy tradycyjne malowane znaki będą przysypane śniegiem, będziemy wyszukiwać wysokich, drewnianych tyczek, które wyznaczą nam drogę. Co ciekawe, zimowe warianty szlaków nierzadko potrafią być krótsze niż letnie, gdyż poprowadzone są prostszą trasą zamiast kluczyć zakosami pośród skał i kosodrzewiny. Co ze sobą zabrać na wędrówkę? Przygotowałem listę niezbędnego wyposażenia:

  • kurtka z kapturem i porządną osłoną okolic twarzy (z uwagi na wspomniany wiatr), czyli hardhshell/softshell z wysoką gardą
  • chusta wielofunkcyjna, Buff – idealnie sprawdza się taki z wełny merino, bądź ze wstawkami z windstoppera
  • okulary lub gogle – przy mocnym wietrze chroniące oczy przed uderzeniami śnieżnych drobinek, przy tzw. „lampie” chroniące od silnych promieni słońca odbitych od śniegu
  • kije trekkingowe z zimowymi talerzykami na głęboki śnieg
  • raczki turystyczne/raki
  • rakiety? Bardziej na wspomniane mniej uczęszczane, nieprzetarte rejony czyli wschód (Kowarski Grzbiet) i zachód (Przedział)
  • buty z membraną (np. Gore-Tex)
  • stuptuty, które zapobiegną wsypywaniu się śniegu do wnętrza buta.
  • czołówka – z uwagi na szybko zapadający zimą zmrok, warto zabrać nawet na krótkie trasy.
  • telefon komórkowy z wgraną aplikacją „Ratunek” – turysta przezorny, to turysta zawsze ubezpieczony – w Karkonoszach zasięg telefonii polskiej albo czeskiej pokrywa na szczęście dużą część szlaków

Duża liczba schronisk turystycznych w Karkonoszach raczej nie pozwoli nam umrzeć z głodu lub pragnienia, niemniej zawsze dobrze wrzucić do plecaka termos/kubek termiczny z gorącą herbatą i energetyczną przekąskę/czekoladę.

Karkonosze szlaki – 5 tras na zimę

Plecak spakowany? No to ruszamy. Przestawiam 5 moich ulubionych tras na zimową wędrówkę w Karkonoszach. Kolejność poniższych tras zupełnie przypadkowa. W szlaki turystyczne Karkonosze wręcz obfitują – zestawienie jest więc subiektywne. Wedle uznania trasy można zmodyfikować do własnych potrzeb.

Śnieżka z Karpacza przez Samotnię

Przebieg trasy: Karpacz Biały Jar > Polana > Samotnia > Spalona Strażnica > Dom Śląski > Śnieżka > Dom Śląski > Kopa > Karpacz Biały Jar
Szlaki: zielony, niebieski, czerwony, czarny
Dystans: ~17 km (+1022 m/- 1015 m)

Kaplica na szczycie Śnieżki.

Zestawienie otwiera wycieczka pozwalająca odwiedzić dwa spośród najpiękniejszych i najbardziej rozpoznawalnych miejsc w Karkonoszach. Trasę rozpoczynamy w Białym Jarze w Karpaczu, skąd powoli, ale konsekwentnie pniemy się w górę przez Polanę do schroniska Samotnia, które bezapelacyjnie zasługuje na tytuł najpiękniej położonego schroniska w całych Karkonoszach, w całych Sudetach… a może i w całej Polsce? To dobre miejsce na krótką przerwę przy gorącej herbacie z widokiem na spektakularne ściany Kotła Małego Stawu.

Schronisko Samotnia

Samotnia położona nad Małym Stawem to schronisko przez wielu uważane za najpiękniejsze w polskich górach.

Kontynuując podejście, miniemy schronisko Strzecha Akademicka, następnie osiągniemy grzbiet Karkonoszy w miejscu zwanym Spaloną Stażnicą. Dalej czeka nas spacer po szerokim grzbiecie Karkonoszy do Domu Śląskiego. Gwar panuje tu zwykle nieziemski, schronisko pełne jest wędrowców szykujących się przy misce żurku do zdobycia najwyższego szczytu Karkonoszy, który wydaje się stąd być na wyciągnięcie ręki. Niech was jednak ta bliskość nie zwiedzie. Droga na szczyt to około 40 minut wspinaczki i choć trasę tę w popularne weekendy pokonują setki i tysiące turystów, jest to jeden z najtrudniejszych odcinków w całych Karkonoszach! Bardzo często ścieżka, tzw. „zakosami”, na Śnieżkę skuta jest lodem i posiadanie raczków turystycznych, a jeśli posiadacie to i pełnowymiarowych raków, będzie tutaj absolutnie obowiązkowe.

Szlak zimowy na Śnieżkę

Zimą z Domu Śląskiego na Śnieżkę chodzi się tylko zakosami. Droga Jubileuszowa w tym czasie jest szlakiem zamkniętym.

Jeśli pogoda dopisze, wszelkie trudy podejścia zostaną wam na szczycie wynagrodzone przez rozpościerający się na cztery strony świata niesamowity widok na polskie i czeskie pasma górskie, widoczne aż po horyzont. Warianty na powrót do Karpacza mamy dwa (po zejściu znów do Domu Śląskiego). Pierwszy, szybszy i łatwiejszy to zjazd kolejką krzesełkową z Kopy wprost do Karpacza. Drugi to zejście na własnych nogach, najlepiej czarnym szlakiem przez Kopę i Biały Jar.

 

Weekendowy klasyk grzbietem Karkonoszy

Przebieg trasy: Szklarska Poręba > Wodospad Kamieńczyka > Szrenica > Śnieżne Kotły > Schronisko Odrodzenie (nocleg) > Dom Śląski > Śnieżka > Karpacz
Szlaki: czerwony, czarny
Dystans: ~35,5 km (+1626 m/-1620 m)

 

Piękna, długa trasa, którą zarówno latem jak i zimą gorąco polecam każdemu kto ma do dyspozycji dwa dni i ma ochotę zobaczyć Karkonosze „w pigułce”. Start w Szklarskiej Porębie, meta w Karpaczu (bądź w odwrotnym kierunku). Grzbietowy szlak czerwony najczęściej jest dobrze przedeptany na całej długości, więc wędrówka nie powinna sprawić większych trudności. Z uwagi na długość szlaku oraz mnogość atrakcji po drodze, warto zaplanować sobie nocleg na trasie. Zupełnie przypadkiem w połowie głównego grzbietu Karkonoszy, który będziemy pokonywać, znajduje się Przełęcz Karkonoska ze schroniskiem górskim Odrodzenie, które jest do tego idealnym miejscem.

zimowe karkonosze

Podczas wędrówki można zachwycać się co chwilę. Oczywiście warunkiem jest dobra pogoda, a nie słynna karkonoska mgła. Choć i wtedy w górach jest zjawiskowo.

Praktycznie cały czas poruszamy się czerwonym szlakiem, który wijąc się w górę i w dół prowadzi nas wspomnianym grzbietem Karkonoszy, mijając po drodze wiele obowiązkowych do zobaczenia w tym rejonie miejsc, takich jak: wodospad Kamieńczyka, Szrenica, Śnieżne Kotły (uwaga na zalecany zimowy wariant, który nie prowadzi jak latem krawędzią kotła, ale trawersuje od południa masyw Wielkiego Szyszaka), Słonecznik czy Śnieżkę. Wracając do koloru szlaku, warto wspomnieć, że chociaż latem faktycznie możemy trzymać się całe dwa dni znaków malowanych czerwoną farbą, tak zimą odcinek prowadzący Kotłem Łomniczki jest zamknięty i musimy zejść do Karpacza, korzystając z jednego z zakończeń poprzedniej trasy (Biały Jar/kolejka z Kopy) bądź po zdobyciu Śnieżki kontynuować wędrówkę aż do Sowiej Przełęczy i dopiero tam odbić do Karpacza czarnym szlakiem przez urokliwą Sowią Dolinę.

 

Przez Budniki na Skalny Stół

Przebieg trasy: Kowary > Budniki > Skalny Stół > Sowia Przełęcz > Sowia Dolina > Karpacz
Szlaki: żółty, czarny, zielony
Dystans: 13,9 km (+871 m/-785 m)

 

Bardzo, bardzo lubię tę część Karkonoszy, ponieważ szlaki od Kowar nie są tak zadeptane jak te od strony Karpacza czy Szklarskiej. Wyruszając wcześnie rano z centrum Kowar, możemy zaznać niespotykanej ciszy, przerywanej tylko chrupaniem śniegu pod butami.

skalny stół zimą

Widok ze Skalnego Stołu to jedna z najpiękniejszych karkonoskich panoram.

Żółty szlak wyprowadza nas z Kowar do Budnik. To tajemnicze miejsce, będące pozostałością po nieistnejącej już osadzie, która słynęła z niebywale trudnych warunków klimatycznych – rekordowa pokywa śnieżna oraz kompletny brak słońca przez całe 113 dni w roku czynił życie w Budnikach wyjątkowo ciężkim. Do dziś przetrwały tu jedynie fragmenty fundamentów, ale wizyta w tym miejscu działa na wyobraźnię nie tylko miłośnikom sudeckiej historii. Dalej czeka nas dość forsowna wspinaczka na górę Kowarskiego Grzbietu, szlak często bywa tu nieprzetarty, więc liczcie się z koniecznością torowania, miejscami i do kolan. Warto się natrudzić, gdyż osiągając szczyt Skalnego Stołu, mamy okazję stąd podziwiać jeden z najpiękniejszych widoków w całych Karkonoszach! Jeśli mamy szczęście i wystąpi dodatkowo inwersja, czyli warstwa chmur zakryje podnóże Karkonoszy, jedyne co można tu zrobić, poza przerwą na łyk kawy z termosu, to zebranie szczęki z ziemi.

W zależności od pory dnia oraz naszej formy, możemy ze Skalnego Stołu zejść w dół w kierunku czeskiego schroniska Jelenka, po czym odbić przez Sowią Dolinę do Karpacza lub z powrotem do Kowar. Natomiast jeśli mamy zapas sił i czasu, warto kontynuować wędrówkę przez Czarną Kopę, skąd po łagodnym, acz dość męczącym podejściu można zdobyć szczyt Śnieżki od nieoczywistej dla wielu turystów, wschodniej strony. Ze Śnieżki już wiadomo – na łeb na szyję do Karpacza, bądź zjazd kolejką z Kopy.

 

Ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę

Przebieg trasy: Szklarska Poręba > Szrenica (wjazd kolejką) > Schronisko Pod Łabskim Szczytem > Wodospad Szklarki > Kochanówka > Szklarska Poręba
Szlaki: czerwony, żółty, niebieski, zielony
Dystans: 13 km (+394 m/- 1098 m)

 

Bardzo przyjemna trasa, idealna na rodzinny wypad do Szklarskiej. Aby uczynić wycieczkę jeszcze atrakcyjniejszą, np. dla dzieciaków, warto zacząć od wjazdu kolejką krzesełkową na szczyt Szrenicy. Uraczywszy się w odremontowanym niedawno schronisku czymś gorącym, idziemy grzbietowym szlakiem czerwonym w kierunku Czeskiej Budki. Jeśli pogoda sprzyja, można stąd podejść do Śnieżnych Kotłów, aby zaznać przestrzeni i widoków, jeśli widoczność nie jest zbyt dobra (co jest tu niestety częste) skręcamy zimowym wariantem (duuużo szybszy niż letni, szkoda, że po sezonie zimowym wygodniccy turyści i tak czasem z niego korzystają, przeskakując przez drewniany szlaban) do klimatycznego Schroniska Pod Łabskiem Szczytem. Obok Samotni to zdecydowanie moje ulubione schronisko w Karkonoszach, warte odwiedzenia za każdym razem, gdy jesteśmy w pobliżu.

wodospad szklarki w zimie

Wodospad Szklarki zimą też wygląda bardzo atrakcyjnie.

Stąd żółtym szlakiem można szybko i łatwo zejść z powrotem do Szklarskiej, polecam jednak obrać szlak niebieski i korzystając z okazji odwiedzić jeszcze piękny wodospad Szklarki i położone nieopodal schronisko Kochanówka. Stamtąd do centrum Szklarskiej czeka nas już płaska i wygodna, wręcz spacerowa droga wzdłuż rzeki Kamienna.

 

Z Jagniątkowa pod Czarny Kocioł

Przebieg trasy: Jagniątków > Czarny Kocioł Jagniątkowski > Czarna Przełęcz > Hutniczy Grzbiet > Jagniątków
Szlaki: niebieski, czerwony, czarny
Dystans: 14,6 km (+989 m/-898 m)

 

Taka już specyfika Karkonoszy, że sporo tu miejscówek, które zapewniają lepsze doznania widokowe z dołu niż z góry. Obok popularnego, zielonego szlaku przez Śnieżne Stawki, który oferuje niesamowity widok w górę Śnieżnych Kotłów, moim ulubionym – bez dwóch zdań – jest Czarny Kocioł Jagniątkowski.

Czarny Kocioł to miejsce nie tak popularne, a jakże urokliwe!

Trochę niedoceniany, ale warto specjalnie przyjechać do Jagniątkowa, żeby zrobić sobie pętlę u jego stóp. Idąc z Jagniątkowa niebieskim szlakiem, to właśnie po drodze na Czarną Przełęcz będziemy mijać przepiękne punkty widokowe na Czarny Kocioł. Spod podnóża kotła idziemy dalej do góry wdrapując się na grzbiet Karkonoszy, gdzie pod Wielkim Szyszakiem moża zrobić sobie przerwę na odpoczynek w drewnianej wiacie. Stąd przez Czeskie Kamienie i Petrową Budę możemy zatoczyć idealną pętlę i czarnym szlakiem zejść z powrotem do Jagniątkowa.

 

 

Dotarliśmy do końca, a ja wciąż czuję niedosyt. Gęstość szlaków turystycznych w Karkonoszach spawia, że nie da się tu nudzić i każdy kolejny wyjazd pozwala odkryć coś nowego, choćby był to jakiś krótki odcinek nieznany nam wcześniej. Zacząłem też od polskiej strony, a pamiętajmy, że czeska część Karkonoszy to temat na zupełnie inną historię. A jakie są wasze ulubione trasy po zimowych Karkonoszach?

 

 

Salewa Firetail 3 – test długodystansowy

Salewa Firetail 3 – test długodystansowy

Przyznam się, że długo przed obecnym trendem byłem wielkim zwolennikiem noszenia niskich butów w górach. Mógłbym nawet powiedzieć, że byłem orędownikiem tego typu obuwia i wśród swoich znajomych oraz nieznajomych, którzy chcieli słuchać, wciąż mówiłem o zaletach noszenia niskiego obuwia trekkingowego podczas górskich wojaży.

Jeszcze kilka lat temu but – jak to się zwykło ładnie mawiać – „za kostkę” był absolutnym synonimem buta do pieszych wędrówek po górach. Jeśli spotykało się kogoś, kto wyłamywał się z tego schematu, osoba ta z ogromną dozą prawdopodobieństwa okazywała się wariatem albo biegaczem, co nawiasem mówiąc i tak sprowadzało się w tamtym czasie do tego samego.

 

Buty Salewa Firetail – więcej niż but podejściowy

Pewnej wiosny natrafiłem na nowy but podejściowy, legendarnej już wtedy włoskiej marki Salewa. Szybko zapragnąłem z butów Firetail 3 uczynić model podstawowy obuwia na nadchodzący sezon w górach. Trochę z przekory, ponieważ szeroko noszony w środowisku i polecany był wtedy (a i jest dziś również) legendarny już model Mountain Trainer, trochę z chęci spróbowania czegoś innego sięgnąłem po buty Firetail. Było to dokładnie trzy lata temu i od tego czasu moja para tych butów przemierzyła dobre kilka tysięcy kilometrów. Pisząc tekst mam te same buty przed sobą i wierz mi lub nie – pomimo tego, że buty Salewa dożywają do swojej emerytury – wciąż trzymają się dobrze.

Choć kilka zdań wyżej nazwałem buty Salewa Firetail obuwiem podejściowym, jest to miano nieco dla nich krzywdzące. Po trzech latach intensywnego użytkowania spokojnie mogę nazwać je po prostu uniwersalnymi butami górskimi… a do podejścia pod ścianę z worem szpeju oczywiście i tak świetnie się nadadzą.

salewa firetail 3 test

Trzy lata, tysiące kilometrów w różnych górach. Wygoda tych butów nie zawiodła mnie ani razu (fot. autor).

Wykonanie butów Salewa Firetail 3

Salewa Firetail 3 dzięki bardzo solidnemu wykonaniu zdadzą egzamin wszędzie tam, gdzie mogłyby sobie nie poradzić lżejsze, niskie buty trailowe z cieńszego materiału czy z dużą ilością siatki. Cholewka butów wykonan jest z dwóch warstw: miękkiej i wygodnej wyściółki wewnętrznej oraz zewnętrznej „skorupy”, na którą składa się kilka elementów. Elementy te spaja stosunkowo duża ilość szwów, co początkowo rodziło moje obawy o wytrzymałość obuwia. Jak się okazało przez cały okres użytkowania nie było ani wystających nitek, ani żadnego rozprucia.

Na zewnątrz butów znajdziemy zarówno panele z siateczki, zapewniającej stopie oddychalność, jak i solidny gumowy otok na przodzie, który chroni palce. Tradycyjnie zdecydowałem się na wersję pozbawioną membrany GORE-TEX. Wychodzę z założenia, że jeśli woda ma się wlać do niskiego buta górą, to i tak się wleje, a brak dodatkowej warstwy membranowej przynajmniej poprawia cyrkulację powietrza oraz przyspiesza schnięcie.

 

Solidnie, stabilnie ale w lekkim stylu

Waga jednego buta w rozmiarze 43 wynosi dokładnie 435 gramów, co dla buta tego typu jest bardzo pzyzwoitym wynikiem. Dla porównania Scarpy Mojito w odpowiadającym rozmiarze (dla mnie jest to 44) ważą prawie równe 400 gramów.

Tym butom warto przyjrzeć się uważniej. W tylnej części buta znajduje się charakterystyczny szkielet z tworzywa, który wraz ze specjalną, zintegrowaną linką tworzą system 3F. Patent konstrukcyjny Salewy stosowany jest w różnych modelach obuwia tego producenta. 3F System odpowiednio stabilizuje kostkę, dobrze trzyma piętę i asekuruje staw skokowy. Zdaje on egzamin na piątkę z plusem. Przy porządnym zasznurowaniu but opina stopę idealnie i jest bardzo wygodny zarówno podczas wspinaczki, marszu na płaskim szlaku, jak i na bardziej dynamicznych zbiegach.

Pzy samym sznurowaniu warto zatrzymać się na dłużej. Jak przystało na but podejściowy, również w butach Salewa Firetail 3 zastosowano przedłużone sznurowanie sięgające palców – może nie aż tak daleko sięgające czubka buta jak chociażby w popularnym Scarpa Mojito, ale i tak pozwalające na dokładne dopasowanie do stopy. Dzięki użyciu stosunkowo grubego i miękkiego języka, nawet po mocnym zaciągnięciu sznurowadeł stopa nie odczuwa ucisku i dyskomfortu.

Salwewa Fogarasze

Buty Salewa Firetail 3 świetnie poradziły sobie nie tylko w rumuńskich Fogaraszach (fot. autor).

 

Renomowana podeszwa Vibram®

Podeszwa to kolejny element, któremu zawsze w butach warto poświęcić uwagę. Tu podeszwa jest dość sztywna, ale nie tak jak we wspomnianym modelu MTN Trainer. W butach Firetail 3 Salewa użyła podeszwy Vibram Reptail z mieszanki Megagrip, która najlepiej sprawdzi się na podłożu skalistym, kamienistym oraz ubitym. Nieco gorzej sprawuje się w błocie, a to za sprawą użycia mało agresywnego bieżnika. Na takich podłozach jak lód i śnieg też wypada nieco gorzej. Zdarzało mi się chadzać w tych butach na krótkie zimowe wycieczki w łatwym terenie, ale i tak zawsze używałem raczków (na przykład VI.6+ Pro Traxion Lite), bo podeszwa Reptail niestety kiepsko sobie radziła na śliskiej nawierzchni.

Warto pamiętać jednak, że ten płaski bieżnik to w żadnym wypadku nie jest wada butów Firetail. Podeszwa idealnie trzyma skały, zarówno tej suchej, jak i mokrej. Dodatkowo w przedniej części podeszwy zastosowano całkowicie gładki fragment zwany „climbing zone”. Do zadań, do jakich została stworzona ta podeszwa, jest po prostu doskonale dobrana.

 

Opinie z użytkowania Salewa Firetail 3

Przez wspomniane trzy lata użytkowałem buty Salewa zarówno na szybkich, jednodniowych wycieczkach w Sudety, jak i na ponad dwutygodniowych trekkingach z plecakiem w różnych górach. Od pierwszego założenia aż po dziś dzień, model Firetail 3 ani razu nie przyprawił mnie o ból. Żadnego odcisku czy otarcia. Miękka wyściółka i precyzyjny system sznurowania odwdzięczają się naprawdę wysokim komfortem, nawet pod koniec dnia, po kilkunastu godzinach na szlaku.

W tych butach stopy mają też komfort cieplny. Nawet w najbardzej upalne dni nie odczułem w butach Salewa przegrzania ani nadmiernego spocenia. Oczywiście należy pamiętać o użyciu odpowiednich skarpet tekkingowych.

Zdecydowanie najwięszy pazur buty górskie Salewa Firetail 3 pokazują w terenie skalistym. Zaprojektowane z zachowaniem wspinaczkowego ducha, wyposażone w system 3F oraz specyficzną podeszwę, sprawdziły się najlepiej podczas pokonywania trudnych technicznie, surowych szlaków rumuńskich Fogaraszy, spalonych słońcem, kamienistych ścieżek Pirenejów, czy pnących się bez końca wąskich ścieżek Tatr Wysokich.

Wytrzymała cholewka jest w stanie stawić czoła ostrym jak brzytwa skałkom i piargom. Na szlakach bardziej „miękkich”, takich jak Karkonosze czy Beskidy, Salewa Firetail 3 również poradzą sobie bardzo dobrze z uwagi na swoją wygodę i elastyczność. Jeśli spojrzy się na całą, szeroką półkę niskiego obuwia górskiego, Salewa Firetail 3 stanowi dość dobrą wypadkową między sztywnym butem typu alpejskiego, a miękkim i lekkim butem do trail runningu.

 

Na koniec spróbuję odpowiedzieć, dla kogo Firetail 3 może być odpowiednim butem. Jeśli szukasz wygodnego, niskiego buta trekkingowego z zacięciem bardziej wspinaczkowym niż biegowym, a wędrujesz głównie po skalistych i kamienistych szlakach – bierz bez wahania. Jeśli szukasz uniwersalnego buta podejściowego, buta na via ferraty, czy obuwia na szybkie wypady w niższe góry – Salewa Firetail 3 może być idealny dla ciebie. A jeśli wybierasz się na jeden z długodystansowych szlaków w Alpach, Pirenejach czy Karpatach… tak, zgadłeś. Bierz w ciemno Salewa Firetail 3.

Stuptuty Naturehike Trekking Gaiter – test ultralekkiego modelu

Stuptuty Naturehike Trekking Gaiter – test ultralekkiego modelu

Ten Pan Śnieg to jednak cwana bestia jest. Człowiek chce sobie pojechać zimą w góry, dla spokoju serca i przyjemności suchych skarpet wydaje mnóstwo pieniędzy na najlepsze buty ze wspomagaczami i systemami, których nazw nie sposób zapamiętać. Do środka tych butów wszyta jest najnowsza wariacja membrany wodoodpornej, na zewnątrz gruba warstwa zagranicznego impregnatu wiodącej marki… Tak wyposażony ochoczo stawia czoła zimowemu szlakowi zasypanemu białym puchem, a co robi Śnieg? Śmieje się tylko z tych wymysłów i wpada sobie do buta od góry, do samego środeczka. Tak po prostu.

Co to oznacza? Znaczy to, że zwyczajnie w świecie zapomnieliśmy o jednym. O stuptutach. Następnym razem będziemy sprytniejsi od Pana Śniega i wyposażymy się w te stuptuty… Jeśli nie mamy jeszcze żadnego modelu w outdoorowej szafie to pojawia się odwieczne pytania – jakie stuptuty kupić? A na przykład takie marki Naturehike. Tym razem krótki test ultralekkich stuptutów tej marki.

 

Nie wiesz, które stuptuty wybrać? Przeczytaj wpis o tym, co najważniejsze w stuptutach.

 

Stuptuty Naturehike bardzo pozytywnie zdały test w terenie.

 

Naturehike – co to za marka

Naturehike to marka outdoorowa, której przyświeca idea “light outdoor travel”. Zgodnie z nią firma rozwija ofertę swoich produktów o wysokiej jakości sprzęt turystyczny w możliwie jak najniższej wadze oraz jak najwyższej funkcjonalności. W katalogu Naturehike znajdziemy między innymi serię ultralekkich namiotów trekkingowych, sprzęt biwakowy i piknikowy, plecaki czy śpiwory. W moje ręce wpadła jednak jakiś czas temu rzecz niezastąpiona w szafie każdego entuzjasty outdooru, czyli stuptuty.

Model o nazwie Trekking Gaiter – jak sama nazwa wskazuje – oznacza ochraniacze na buty, które przeznaczone są do górskich wędrówek turystycznych i trekkingu. Dokładnie tego potrzebowałem przed nadchodzącym sezonem zimowym.

 

Materiał i wykonanie

Stuptuty Trekking Gaiter (zobacz model) uszyte są w 100% z lekkiego i wytrzymałego nylonu. Tutaj ciekawostka, ponieważ dolna część stuptuta będzie miała styczność głównie z butem, wykonana jest z nylonu nieco grubszego i sztywniejszego. Górna natomiast wykonan jest, z materiału cieńszego i bardziej „śliskiego”. Dzięki takiemu rozwiązaniu dolna część narażona na spotkanie z otarciem o drugi but, kamień, czy ostrze raków jest bardziej wytrzymała. Z kolei górna część, która opina nogawkę spodni, zapewnia lepszy komfort i wentylację.

Czytając opis producenta, w którym mowa jest o wodoodporności na poziomie 3000 mm obawiałem się nieco, że zastosowano tu niewiadomej jakości membranę, która może i uchroni przed wilgocią napierającą z zewnątrz, ale jednocześnie zagwarantuje saunę i wygenerowanie wilgoci wewnątrz. Na szczęście obawy okazały się bezpodstawne, a oddychalność w stuptutach Trekking Gaiter okazała się świetna. Nawet podczas szybkiego marszu w palącym słońcu nie pojawiły się nawet małe oznaki przegrzania. Duży plus dla stuptutów Naturehike. Materiał okazał się faktycznie wodoodporny. Śnieg, deszcz, błoto ani razu nie przemoczyły stuptutów, na co oprócz znakomitej tkaniny wpływ miało dobre dopasowanie, o czym więcej w kolejnym akapicie.

Solidnie wykonane i lekkie stuptuty Naturehike.

 

Krój i regulacja

Krój stuputów Naturehike został naprawdę dobrze przemyślany. Stuptuty marki Naturehike są stosunkowo smukłe (nie chcę napisać „wąskie”), toteż istnieje mała szansa, że zaczepimy o nie rakiem czy kijkiem trekkingowym. Po opowiednim wyregulowaniu i dociągnięciu wszystkich pasków, ochraniacz opasa but i spodnie bardzo szczelnie, niewielka jest szansa że przez to połączenie dostanie się do środka śnieg czy błoto. Stuptuty posiadają zapięcie z przodu w postaci szerokiego rzepa na całej długości. Jest to rozwiązanie o niebo lepsze niż czasem używany zamek błyskawiczny, albo – o zgrozo – zapięcie z tyłu. Dzięki temu zakładanie i zdejmowanie stuptutów jest bardzo szybkie i proste. Z przodu umieszczono dodatkowo nieduży, metalowy haczyk, który mocując do sznurowadła w bucie poprawa stabilność ochraniacza i szczelność.

Od spodu podeszwę buta trzyma pasek z błyszczącego tworzywa. Jest to klasyczny pasek z dziurkami i metalową klamerką. Ten klasyczny zestaw po wyregulowaniu trzyma bardzo mocno i nie ma szans, żeby podczas marszu coś się tutaj poluzowało. Po założeniu stuptuta i dociągnięciu paska, ową metalową klamrę możemy schować w dedykowane kieszonce. Plus paska jest rownież taki, że nie zmasakruje nam podeszwy buta, co może się zdarzyć, gdy element ten wykonany będzie z metalowej linki.

 

Od góry obwód i dopasowanie do łydki odbywa się przy użyciu taśmy z regulatorem. Tutaj również, gdy przewleczemy taśmę przez plastikowe okienko, na pewno nic nam się nie poluzuje. Co ważne, nawet przy mocno skróconej taśmie nie czuć na nodze nieprzyjemnego ucisku, co może się zdarzyć w modelach stuptutów regulowanych na przykład elastyczną gumką.

 

Wygoda

Skoro już dotarliśmy do komfortu noszenia, to stuptuty Trekking Gaiter zdały egzamin z tej dziedziny na piątkę z plusem. Dzięki lekkiemu nylonowi oraz dobremu systemowi regulacji, stuptutów praktycznie nie czuć na nogach! Na początku mojej przygody z tym sprzętem regularnie spoglądałem w dół, aby upewnić się, że stuptuty wciąż są na swoim miejscu, czy aby nie odpięły się i leżą sobie gdzieś na szlaku. To duża odmiana po kilku modelach, jakie użytkowałem wcześniej, a które to non-stop dawały o sobie znać. Co równie ważne, ani razu nie zdarzyło się, żeby tył stuptuta podwinął się do góry (przy pięcie) albo górna część zjechała w dół łydki. W ramach testów usilnie starałem się do tego doprowadzić, ale do zsunięcia się tych stuptutów nie było w stanie skłonić ani bieganie, ani skakanie, ani zjazdy po zboczu (na brzuchu i na plecach) połączone z przewrotami i awaryjnym hamowaniem.

O dobrej oddychalności materiału już wspominałem przy okazji opisywania właściwości wodoodpornych. Dodam jeszcze, że te stuptuty nosi się po prostu wygodnie – przyjemny, miękki materiał, niska waga oraz optymalne dopasowanie to atuty, które składają się na wysoką ocenę w tej kategorii.

 

Podsumowanie

Stuptuty to sprzęt outdoorowy przydatny tak naprawdę w całym, bardzo szerokim okresie jesienno-zimowo-wiosennym. Podczas prawdziwej zimy ochronią przed głębokim śniegiem, podczas wiosennych roztopów zabezpieczą przed wodą i błotem, a podczas jesienej słoty…. również będą bariera dla błota i wody. Wrzuceniu stuptutów Trekking Gaiter do plecaka sprzyja ich bardzo niska waga, czyli jedyne 165 gramów. Tym bardziej, że do zestawu dołączonty jest woreczek transportowy z lekkiej siateczki

Podsumowując, za najważniejsze zalety stuptutów Naturehike uważam:

  • bardzo lekki, wodoodporny materiał
  • dobry krój, dopasowany do buta i nogawki
  • dobry system regulacji
  • niską wagę i wymiary po złożeniu
  • komfort noszenia

 

Czy potrzeba czegoś więcej? Chyba nie. Nigdy bym nie pomyślał, że testowanie tak prostego elementu górskiego ekwipunku, jakim są stuptuty, przyniesie mi tyle satysfakcji. Trekking Gaiters marki Naturehike bez dwóch zdań zostają ze mną na dłużej. Polecam zainteresować się nimi każdemu, kto akurat stoi przed wyborem stuptutów.

Superlekka czołówka Petzl Bindi – test

Superlekka czołówka Petzl Bindi – test

Tym razem biorę na warsztat kolejny outdoorowy produkt z segmentu ultralight, czyli kompaktową latarkę czołową znanej i lubianej marki Petzl.

Ten francuski producent, którego specjalnością w menu są czołówki oraz szpej wspinaczkowy, regularnie wypuszcza na rynek nowe wersje swoich znanych już modeli latarek, nieustannie je przy tym ulepszając i dostosowując do aktualnie panujących trendów i wymagań użytkowników. Za przykład niech posłuży choćby obecny w sprzedaży od wielu lat, popularny model Tikka. Petzl jednocześnie rozwija nowe projekty, których owocem są tak udane produkty jak szanowny bohater tego artykułu. Panie i panowie, przed wami Petzl Bindi!

mała czołówka petzl

Minimalizm czołówki Petzl Bindi to główna, ale nie jedyna jej zaleta

 

Mniej, znaczy więcej

Nie bez kozery użyłem we wprowadzeniu słowa „kompaktowy”. Naprawdę ciężko znaleźć czołówkę dobrej klasy, która charakteryzowałaby się równie niską wagą i małymi gabarytami, a jednocześnie oferowała moc świecenia większą niż odpalona zapalniczka lub światło z telefonu komórkowego. Jedyne 35 gramów to prawdziwa waga piórkowa, dzięki której latarka nie obciąży naszego bagażu, a założona na głowę jest prawie niewyczuwalna. Bez problemu można ją zmieścić w dłoni i bez bólu wrzucić do plecaka, nerki, czy nawet kieszeni spodni jako awaryjne, podręczne źródło światła.

Bindi rozmiar porównanie

Bindi – prawdziwy maluch, który bardzo przydaje sie w terenie

Przechodząc do samej konstrukcji, latarka czołowa zbudowana jest z dwóch głównych elementów:

  1. Body, czyli latarka właściwa, swoje małe rozmiary zawdzięcza między innymi wbudowanemu akumulatorowi, dzięki czemu nie potrzeba tu – powiększającego znacznie gabaryty każdej czołówki – pojemnika na baterie. Nie ma tu miejsca na żadne zbędne bajery. Jest lampa, włącznik oraz gniazdo micro USB do ładowania. Kąt latarki można regulować w zakresie praktycznie 360 stopni, a jedno z ustawień jest jednocześnie blokadą, zabezpieczającą przed przypadkowym kliknięciem włącznika. Tego nikt nie lubi, ale każdemu może się zdarzyć, że czołówka zapali się sama podczas luźnego przenoszenia światełka w klapie plecaka czy kieszeni. Obudowę wykonano z tworzywa sztucznego, a spasowanie elementów jest bardzo dobre, że nic nie skrzypi i w zasadzie nie ma tu czego połamać. Idealny sprzęt do zadań specjalnych.
  2. Pasek, a właściwie jego brak. To duża oszczędność, bo zamiast klasycznej, szerokiej taśmy, jaką posiada 99% czołówek na rynku, w Bindi zastosowano cienką i elastyczną linkę (shock-cord) zakończoną plastikowym stoperem do regulacji obwodu. Proste, a jakie genialne. Oczywiście przy cięższych światłach to minimalistyczne rozwiązanie nie zdałoby egzaminu, ale 35 gramową Bindi taka linka pewnie i wygodnie przytrzymuje na głowie. Nic się nie wrzyna ani nie uciska, nawet podczas bardziej ciasnego dopasowania na przykład przy bieganiu. Zastosowanie ściągacza posiada również tę zaletę, że możemy zacisnąć czołówkę na nadgarstku, czy na szelce plecaka. Dużo wygodniej przenosi się też Bindi na szyi. Pewnego zimowego dnia w Tatrach, przy użyciu Bindi doświetlałem sobie przed świtem drogę ze schroniska do początku szlaku i gdy wyszło słońce odruchowo zrzuciłem ją na szyję. Przypomniałem sobie o jej istnieniu dopiero przy zamawianiu drugiego piwa wieczorem w schronisku, długo po zejściu ze szczytu. Taki to maluch.
lekka i mała czołówka Petzl

Tak kompaktowa, że mieści się w dłoni – tak lekka, że można o niej zapomnieć

Jak świeci Petzl Bindi

Na początek nieco suchych danych, czyli moc i zasięg świecenia na poszczególnych trybach oraz deklarowany przez poducenta czas pracy po maksymalnym naładowaniu akumulatora.

 

Światło białe
Tryb Moc Zasięg Czas pracy

Max Burn Time

6 lm 6 m 50 h
Standard 100 lm 23 m 3 h
Max Power 200 lm 36 m 2 h

 

Światło czerwone
Tryb Moc Zasięg Czas pracy

Stały

1 lm 2,5 m 33 h
Stroboskopowy widoczność z 400 m 200 h

 

Wbudowany akumulator litowo-jonowy ma pojemność 680 mAh, i ładowany jest przy użyciu dołączonego do zestawu kabla micro USB. Awaryjnie nie wsadzimy więc do Bindi popularnego paluszka kupionego w schronisku, ale za to pełne ładowanie trwa bardzo krótko.

Patrząc na powyższe liczby można sobie pomyśleć: „nooo, w sumie to nie powala”. O ile moc świecenia w lumenach jest przyzwoita, o tyle zasięg i czas pracy na mocniejszych trybach faktycznie może nie robić wrażenia. Jednak uwaga, zanim porównacie powyższe osiągi z takimi popularnymi czołówkami Petzla jak modele Actik (segment popularny) czy NAO (segment premium), nałóżcie filtr i przypomnijcie sobie, jaka Bindi jest malutka, poręczna i niepozorna. Stosunek parametrów świecenia do gabarytów i wagi wypada tu naprawdę korzystnie. Musimy się zatem zastanowić, do jakich zastosowań Petzl Bindi będzie najlepsza i kiedy będzie miała szanse służyć na najlepiej.

ladowanie czołówki Bindi

Złącze USB pozwala bardzo szybko ładować czołówkę Bindi

 

W górach, w pracy, na treningu

Bieganie

Idealna latarka do codziennych, wieczornych treningów trwających maksymalnie 2-3 godziny. Bądź treningów popołudniowych, które mogą się przeciągnąć aż po zachód słońca. Bindi nada się również na trailowe zawody, których start będzie krótko przed wschodem i będziemy musieli doświetlić sobie pierwsze 2-3 godziny biegu po względnie łatwym terenie. Zastosowaniom biegowym sprzyja niska waga i komfort noszenia.

Muszę przyznać, że do regularnych wybiegań (a często wychodzę na trening po zmroku) nie używam od dłuższego czasu niczego innego, a kilka czołówek w szufladzie leży… Petzl Bindi nie nada się jednak na główne źródło światła podczas dłuższych, nocnych tras w terenie. Z jednej strony przez swój krótki czas świecenia, z drugiej strony przez krótki zasięg i mocno rozproszone światło. Nawet tryb najmocniejszy wystarcza najwyżej na znajome, leśne czy parkowe ścieżki, ale na kamienisty zbieg w Karkonoszach czy Górach Stołowych już bym się nie wypuścił. Tu jednak solidny snop światła jest niezbędny.

Nie można też zapominać o roli czerwonego światła pozycyjnego przypiętego do plecaka, którą wyśmienicie może odgrywać Bindi oraz o roli czołówki zapasowej. A część poważniejszych biegów górskich wymaga takiego właśnie dodatkowego oświetlenia jako element wyposażenia obowiązkowego.

Góry

Tutaj, podobnie jak do zastosowań biegowych, czołówka Petzl Bindi będzie idealnym źródłem światła, gdy potrzebujemy wyjść ze schroniska chwilę przed świtem albo gdy docieramy na nocleg o zmierzchu. Do całonocnej wyrypy albo wędrówek przy kiepskiej pogodzie trzeba jednak wybrać mocniejszy model. Krótki zasięg światła Bindi może nie być w stanie przebić się przez mgłę, deszcz, czy zadymkę śnieżną, gdy będziemy w nagłym załamaniu pogody szukać kolorowych oznaczeń szlaków na pobliskich drzewach.

Bindi Pedzl headlamp

Często nie potrzeba nic więcej, ponad to, co może dać Petzl Bindi

Biwak, camping

Świetna latarka do namiotu! Również jako zawieszona pod sufitem w roli lampki nocnej, biwakowania i szeroko pojętego obozowania. Wieszamy Bindi na szyi, tak aby była potrzebna, gdy musimy zrobić spacer do lasu po drewno do ogniska, umyć menażki w strumieniu, czy wyskoczć do pobliskiego namiotu po polar w chłodniejszy wieczór. Krótki i szeroki snop światła nie będzie przy tym oślepiał współtowarzyszy.

EDC

Rozwijając skrót – „Every Day Carry”. Petzl Bindi (zobacz) przyda się jako sprzęt, który nosimy codziennie przy sobie wychodząc do szkoły czy pracy. Dzięki swoim małym rozmiarom spokojnie zmieścimy do nerki, torby, czy damskiej torebki obok portfela, kluczy i scyzoryka. Nawet w miejskiej dżungli takie małe, awaryjne źródło światła może być na wagę złota. Ja sam dołączyłem Bindi do swojego żelaznego zestawu EDC w nerce i zawsze mam ją przy sobie.

 

 

Latarkę czołową Petzl Bindi można krótko podsumować popularnym zwrotem „mały, ale wariat!”. Lekka jak piórko, wygodna i pakowna. To świetny zawodnik w roli codziennego, awaryjnego lub zapasowego źródła światła. Jeśli tylko odkryjecie, jak najlepiej wykorzystać jej walory (niekoniecznie sugerując się moją powyższą listą), Bindi stanie się waszym najlepszym przyjacielem.

Marmot Trestles Elite Eco 30 – test śpiwora turystycznego

Marmot Trestles Elite Eco 30 – test śpiwora turystycznego

Lody pękają, śniegi topnieją, aura oraz warunki terenowe zaczynają coraz badziej sprzyjać nocowaniu pod przysłowiową „chmurką”. Śpiwór turystyczny z najnowszej kolekcji Marmot, czyli model o nazwie Trestles Elite Eco 30, w którego posiadanie wszedłem świeżutko po rynkowej premierze, dedykowany jest na sezon wiosenno-letnio-jesienny. Idealna to zatem pora, aby śpiwór Marmot zabrać w teren i sprawdzić jego noclegowe walory podczas planowanych biwaków i górskich wojaży.

 

Bądź eko. Elite Eco

Model śpiwora Trestles Elite 30 może być już znany miłośnikom i użytkownikom sprzętu amerykańskiej marki spod znaku świstaka, gdyż w katalogu producenta jest dostępny już od pewnego czasu. Wprawne oko zauważy jednak dopisek „Eco” w nazwie produktu i to właśnie stanowi największe novum śpiwora z ostatniej kolekcji. Eko chcą być teraz wszyscy.

Producenci odzieży, ekwipunku outdoorowego, żywności, kosmetyków, obuwia czy guzików. Ten zryw społeczeństwa w kierunku ochrony natury jaki obeserwujemy ostatnimi czasy bardzo cieszy, tym bardziej, gdy wszystkie te deklaracje i metki z napisem „EKO” rzeczywiście są poparte konkretnymi działaniami, a nie tylko marketingiem.

śpiwór syntetyczny marmot

Od Ciebie też zależy ekologiczna zmiana. Wybieraj produkty, których produkcja nie wiąże się z wytwarzaniem całkiem nowych tworzyw sztucznych. W ten sposób każdy może wpływać na ilość odpadów na naszej planecie (fot. autor)

 

Brawa dla marki Marmot, ponieważ nowe produkty z serii „Eco”, w tym wlaśnie śpiwór Trestles Elite Eco 30 (zobacz testowany śpiwór) wykonano z materiałów pochodzących w 100% z recyklingu! Filozofia less waste, dążenie do ograniczania odpadów oraz wszystkich szkodliwych dla planety związków, jakie powstają podczas produkcji dóbr i materiałów to idee, które przyświecają coraz jaśniej zarówno producentom, jak i odbiorcom końcowym łańcucha produkcji i sprzedaży. Oby tak dalej.

 

Śpiwór Trestles to materiały z odzysku

Zacznijmy od warstwy zewnętrznej śpiwora Marmot. Jej środek uszyty został z poliestru Taffeta o gęstości 20D, który w 100% pozyskany został z recyklingu. Materiał ten jest wyjątkowo mięciutki i przyjemny w dotyku, co ma niebagatelne znaczenie w przypadku takiego produktu jak śpiwór, który będzie otulał nasze ciało przez wiele godzin. Niektórzy używają oczywiście dodatkowych bawałnianych, czy nawet jedwabnych wkładek do śpiwora, ja jednak nigdy nie byłem zwolennikiem takich wynalazków. Dlatego bardzo cenię sobie jakość materiału tej podszewki. Od zewnętrznej strony użyto również poliestru, ale w wersji wzmocnionej strukturą typu rip-stop. Charakterystyczna „krateczka” zwiększa odporność na rozdarcia i wytrzymałość zewnętrznej skorupy śpiwora. Dodatkowo wierzchnią stronę pokryto warstwą impregnatu DWR, która ma zabezpieczyć śpiwór przed naporem wilgoci z zewnątrz. Nie miałem jeszcze okazji wystawić śpiwora na trudniejsze warunke atmosferyczne, ale poranna rosa nie robi na nim żadnego wrażenia.

Najważniejsze jest jednak to, co śpiwór turystyczny skrywa w środku, czyli ocieplinę. Marmot użył do wypełnienia swojego śpiwora mateiału o nazwie HL-ElixR™ ECO, który podobnie jak warstwa zewnętrzna wyprodukowany został w 100% z odzysku! Jest to unikalne połączenie trzech rodzajów włókien, które razem wpływają na świetną termikę oraz sprężystość ociepliny. Producent deklaruje następujące parametry:

KOMFORT

LIMIT

EKSTREMUM

-1,3°C

-7,4°C

-25,3°C

Muszę niestety poczekać do jesieni na możliwość testu w niższych tempraturach, ale póki co okolice 0°C w namiocie i bieliźnie termo pozwoliły na naprawdę komfortowe spanie. Do noclegów w cieplejszych warunkach schroniskowych (> 15°C) zdecydowanie przydaje się podwójny zamek, bo zaczyna robić się ciepło i zwyczajnie trzeba się porozpinać.

Marmot Trestels Eco Elite

Starannie wyprofilowana bryła gwarantuje wygodę podczas snu (fot. autor)

 

Budowa i ciekawostki

W śpiworze Trestles Elite Eco 30 zastosowano tyle ciekawych rozwiązań i patentów, że pozwolę sobie rozpisać je na poszczególne punkty. Przesiadając się na śpiwór Marmot z mojego poprzedniego śpiwora Volven, odnalazłem tu wiele smaczków konstrukcyjnych, o których nigdy bym nie pomyślał jak bardzo potrafią ułatwić życie. Muszę jeszcze dodać, że krój śpiwora jest dość obszerny i po zapakowaniu do środka czułem napawdę sporo luzu i brak nieprzyjemnej ciasnoty. Dzięki wysokiej jakości ocieplinie ta wolna przestrzeń wokół ciała bardzo sprawnie wypełnia się ciepłem. Z drobniejszych ciekawostek mamy tu jeszcze nieduże pętelki przydatne do zawieszenia śpiwora np. celem wysuszenia oraz wewnątrzną kieszonkę zamykaną na zamek błyskawiczny, do której możemy schować choćby telefon. Dobrze, przejdźmy zatem do detali, które potrafią zachwycić.

Zamek błyskawiczny

Nie taki zwykły to zamek, bo tu nazywa się Anti-Snag Slider i jego maszynka w niczym nie przypomina klasycznych zamków. Nic tak nie drażni jak zacięty zamek w śpiworze, a ten wynalazek od YKK® udało mi się zaciąć dopiero usilnie zaginając i wciskając w tor zamka materiał. W nomalnym użytkowaniu nie zdarzyło się to ani razu. Drugim miłym dodatkiem jest drugi zamek po drugiej stronie śpiwora, kóry ma już klasyczną maszynkę. Zamek sięga prawie do pasa i jest kapitalnym ułatwieniem nie tylko podczas wchodzenia i wychodzenia ze śpiwora, ale stanowi też dodatkową wentylację. Ciepłą nocą można zrzucić z siebie kawałek „kołdry”.

zamek śwpiwór Marmot

Płynnie pracujący zamek z maszynką inną niż wszystkie (fot. autor)

3D Foot Box

Kolejne rozwiązanie, jakiego nie uświaczymy w klasycznym śpiworze typu mumia. Dolna część worka jest specjalnie wyprofilowana na kształt stóp, przez co powstaje specjalny „sarkofag”, który po pierwsze – zapewnia dużo więcej miejsca i komfortu stopom, a po drugie – tworzy dodatkową, większą komorę termiczną dla stóp, dzięki czemu jest po prostu cieplej.

Kaptur 3D Hood

Na dole mamy konstrukcję 3D dla stóp, na górze równie pomysłowo skrojono kaptur kryjący naszą głowę. Kaptur można wyregulować ściągaczem na obwodzie, oraz dugim ściągaczem przy kołnierzu. Na kołnierzu dodaną specjalną patkę z ociepliną, dzięki której możemy jeszcze szczelniej okryć głowę i twarz w najbardziej mroźne noce.
Velcro® Free Face Muff – rozwiązanie które Marmot często stosuje w swoich śpiworach, a polega ono na usunięciu z okolic twarzy wszelkich nieprzyjemnych elementów takich jak rzepy, zamki, klipsy, etc, które mogłyby nam zakłócić spokojny sen.

Na dobranoc

Na koniec jeszcze słowo o gabarytach. Waga śpiwora Marmot Trestles Elite Eco 30 to równe 980 gramów, czyli dobry wynik jak na tę klasę śpiworów. Nie czyni go to może sprzętem ultralight, jaki zabrałbym na bicie rekordu przejścia Głównego Szlaku Sudeckiego, ale nie jest to też biwakowa kołdra, która nadaje się jedynie do wożenia samochodem. Śpiwór dostajemy oczywiście z workiem kompresyjnym w komplecie, który po maksymalnym „sprasowaniu” i pościąganiu taśm będzie idealny do podpięcia na zewnątrz plecaka, lub nawet zapakowania do środka głównej komory plecaka 40-50 litrowego na kilkudniową wędrówkę. Miłym dodatkiem jest spory worek z siatki jaki otrzymujemy w zestawie. Słuzy on do przechowywania śpiwora w domu, na przykład w szafie bądź skrzyni łóżka.

worek do przechowywania

Miła niespodzianka. Worek do przechowywania, który rzadko dodawany jest do śpiworów syntetycznych (fot. autor)

 

Marmot Trestles Elite Eco 30 to przemyślany, świetnie zaprojektowany śpiwór, który poza niską wagą, wygodnym krojem i szeregiem przydatnych dodatków przyciąga uwagę wykonaniem przy użyciu surowców pochodzących w 100% z recyklingu. Na pewno wrócę do was z kolejną porcją nowych wrażeń pod koniec roku, po przespaniu w śpiworze Marmota kolejnych nocy w – mam nadzieję – jak najbardziej skrajnych warunkach pozwalających wystawić ten sprzęt na ciężką próbę. Póki co – życzę dobrej nocy. Najlepiej w terenie i nowym śpiworze Trestles Elite Eco 30!

 

Konkurs – wygraj śpiwór Marmot!

Na koniec jeszcze małe postscriptum. Dołącz do zabawy i wygraj taki sam śpiwór, jaki miałem okazję testować. Wystarczy, że do 16 maja zostawisz komentarz pod konkursowym postem na profilu Facebook Skalnika. W komentarzach należy odpowiedzieć na pytanie:

Jaki znajdziesz sposób na biwakowanie, by nie niszczyć środowiska?

Każdy komentarz gra o wygraną jednego z dwóch śpiworów Marmot z ekologicznej serii. Daj sobie szansę i podziel się konkursem z przyjaciółmi. Kliknij link i przejdź wprost do konkursu.

Raczki turystyczne VI.6+ Pro Traxion Lite – test

Raczki turystyczne VI.6+ Pro Traxion Lite – test

Zima w mieście często lubi zaskakiwać drogowców, jednak zima w górach nie powinna nigdy zaskoczyć miłośnika górskich wędrówek. Musimy być przygotowani na wiele niespodzianek, takich jak śnieżyca, zimny wiatr, mróz, szybkie nadejście zmroku, przedwcześnie opróżniony termos z herbatą, długa kolejka w schronisku po grzane wino i wiele, wiele innych. Z każdym z tych problemów najczęściej można sobie jakoś poradzić. Natomiast przeszkoda na szlaku w postaci kilku metrów szklistego lodu, bądź twardego jak skała, zmrożonego śniegu może być już niestety nie do przejścia.

Stawić czoła takim niespodziankom na szlaku można w łatwy sposób. Najlepiej wyposażyć się w jedną prostą rzecz, a właściwie parę takich rzeczy. Mowa oczywiście o parze raczków turystycznych, które stają się coraz bardziej popularnym ekwipunkiem turystów. W wielu przypadkach jest to właściwy wybór w polskie góry. Postanowiłem przetestować raczki turystyczne i sprawdzić, jak naprawdę radzą sobie one w terenie.

 

Budowa raczków Pro Traxion Lite

Marka VI.6+ posiada w ofercie dwa modele raczków turystycznych. Na warsztat biorę te ze słowem „Lite” w nazwie. Jak sama nazwa sugeruje, są nieco odchudzoną wersją raczków, zbudowaną tak, żeby uzyskać jak najniższą wagę przy zachowaniu wysokiej ich funkcjonalności. Raczki Pro Traxion Lite składają się z dwóch głównych części:

  1.  szeregu paneli z 13 zębami pogrupowanymi w mniejsze segmenty, połączonych ze sobą przy użyciu mocnego łańcuszka. Zarówno zęby, jak i łańcuch, wykonane są ze stali nierdzewnej. Ma to niebagatelne znaczenie w przypadku sprzętu, który z założenia non-stop będzie mieć kontakt z wilgocią pod postacią śniegu i lodu.
  2.  Górnej części w postaci obręczy, która odpowiada za przymocowanie zębów do buta. Element ten zbudowany jest z elastycznego „gumowego” tworzywa sztucznego, odpornego na niskie temperatury. Można być spokojnym, że nawet podczas solidnego mrozu element ten nie zesztywnieje ani nie popęka.
raczki pro traction light

Prosta konstrukcja sprawa, że raczki zakłada się krótką chwilę

Taka konstrukcja sprawia, że raczki VI.6+ Pro Traxion Lite są bardzo wytrzymałe, a jednocześnie elastyczne i dobrze dopasowujące się do buta. W przeciwieństwie do „dorosłych” raków, raczki Pro Traxion Lite bez problemu można założyć na lekkie buty trekkingowe bez sztywnej podeszwy, a nawet na niskie buty trekkingowe czy buty podejściowe.

Raczki Pro Traxion Lite (zobacz) dostępne są w kilku rozmiarach i warto pochylić się nad dokładnym i odpowiednim doborem rozmiaru. Gdy zaopatrzymy się w raczki zbyt duże, istnieje zagrożenie, że będą one zsuwać się z buta. Gdy wybierzemy rozmiar zbyt mały, wystąpi problem z naciągnięciem ich na obuwie. Co więcej, przednie i tylne zęby znajdą się zbyt daleko od kawędzi buta, przez co stracą wiele ze swojej skuteczności na podejściach i zejściach.

 

Gdzie raczki zimują

Małe gabaryty raczków Pro Traxion Lite od VI.6+ czynią je idealnym kompanem do zimowych wędrówek. Dzięki prostej konstrukcji pozbawionej zbędnych dodatków, również waga modelu jest niewielka i wynosi nieco ponad 300 gramów dla raczków w rozmiarze L. Do raczków dołączono miły dodatek, mianowicie kapitalne sztywne etui/pokrowiec transportowy, zamykany na zamek błyskawiczny. Dzięki pokrowcowi możemy spokojnie przenosić raczki w plecaku i nie obawiać się o uszkodzenie pozostałego ekwipunku czy odzieży.

raczki turystyczne VI.6+

System łańcuszków i kolców, które dają bezpieczeństwo na śliskim podłożu

 

Jak zakłada się raczki VI.6+

Zakładanie raczków Pro Traxion Lite jest banalnie proste. Raczki turystyczne VI.6+ można założyć również w rękawicach. Dzięki elastycznej, rozciągliwej obręczy wystarczy naciągnąć je na but…. i tyle. W testowanym modelu nie ma żadnych rzepów, pasków i tasiemek mocujących. Raczki posiadają oznaczenie „front”/”back” aby łatwo można było je założyć w odpowiednią stronę. Zdejmowanie raczków jest także bezproblemowe. Kiedy schodzi się w dolinę i pod butami zaczyna już chrupać asfalt zamiast śniegu, jednym ruchem ręki ściąga się raczki z buta i można pędzić na autobus lub na parking.

Wykonanie z tworzywa sztucznego i stali czyni też raczki Pro Traxion Lite łatwymi w utrzymaniu. Nie ma w tym modelu taśm, które mogłyby nasiąknąć wodą i wymagałyby wysuszenia. Po zdjęciu raczków wystarczy je otrzepać ze śniegu, pozwolić na spłynięcie wody (ja zawsze przytraczam raczki do plecaka i w końcowym etapie wycieczki pozwalam swobodnie się przewietrzyć). Potem można już pakować je do pokrowca.

 

Raczki Pro Traxion Lite w akcji

Gdy jesteśmy aktywni zimą w górach, dobrze jest mieć w szafie parę porządnych raków. Pamiętajmy jednak, że na praktycznie wszystkie szlaki Sudetów, Beskidów, a nawet część Tatr Zachodnich, spokojnie wystarczą nam lekkie i kompaktowe turystyczne raczki. Oczywiście nawet podczas sobotniej wspinaczki na Ślężę możemy uzbroić się w raki automatyczne i czekan, jednak –jak mawia stare porzekadło – nie strzelajmy z armaty do wróbli. Jeśli na naszym szlaku nie będzie lodowych ocinków o sporym nachyleniu (a takich trzeba się szukać nawet w Karkonoszach, gdy nie schodzi się ze szlaku) uniwersalne raczki VI.6+ spokojnie dadzą sobie radę.

Niska waga i małe wymiary raczków Pro Traxion Lite zachęcają do wrzucenia ich do plecaka również „na wszelki wypadek”, także w przejściowym sezonie jesiennym i wiosennym. Nawet gdy w dolinach jest soczyście zielono i miło przygrzewa słońce, w wyższych partiach gór można się czasem natknąć na pierwsze/ostatnie zalążki śniegu i lodu. Wtedy o wypadek nietrudno.

raczki VI.6+ na butach

Świetnie trzymają podłoża, są lekkie i dobrze dopasowują się do butów

Warto pamiętać też o zastosowaniu raczków turystycznych może i nieoczywistym, ale równie praktycznym. Raczki przydają się w miejskiej dżugli! Nie raz, nie dwa, zdarzył mi się niekontrolowany poślizg na chodniku podczas porannej drogi do pracy. Raczki turystyczne można założyć nawet na codzienne, miejskie obuwie. Wtedy chodnikowa”szklanka” nie będzie straszna, a być może ich założenie uchroni przed wizytą na miejscowym oddziale ortopedii.

 

Jak nosi się raczki Pro Traxion Lite

Ciężko powiedzieć jak się je nosi, ponieważ praktycznie nie czuć ich na butach. Model Pro Traxion Lite to moje pierwsze raczki o konstrukcji „łańcuchowej” i trochę niedorzecznie obawiałem się, że podczas chodzenia te elementy będą dzwonić i hałasować,. Nic takiego nie ma miejsca. Trzynaście stalowych zębów dobrze trzyma na podejściach i zejściach. Nie ma porównania do tanich raczków z marketu, gdzie zamiast pełnoprawnych zębów stosuje się malutkie kolce o kształcie pinezki. Tym bardziej, że takie pinezki potrafią odpaść już po przejściu kilkunastu kroków.

Raczków VI.6+ nie czuć na nogach do tego stopnia, że podczas szybszego pokonywania górek zdarzało mi się zerkać w dół, aby skontrolować czy raczki wciąż są na swoim miejscu, czy czasem nie pogubiły się po drodze. Bez obaw, wszystko trzyma się podeszwy i cholewki buta pewnie i solidnie.

 

Raczki turystyczne Pro Traxion Lite marki VI.6+ stały się żelaznym punktem na mojej liście zimowego sprzętu outdoorowego. Są niedzowne podczas zimowych wycieczek i spacerów, zarówno w mniej, jak i trochę bardziej wymagającym terenie. Gdy wybieram się w wyższe góry i mam miejsce w plecaku, lubię je zabrać nawet obok raków, gdy szkoda dużych zębów na podejście do schroniska zalodzoną doliną. W raczkach Pro Traxion Lite można poczuć pewny krok na śliskim szlaku. A pewność równa się bezpieczeństwo, które zimą w górach zawsze musi być na pierwszym miejscu!

Tour du Mont Blanc – w 10 dni dookoła dachu Europy

Tour du Mont Blanc – w 10 dni dookoła dachu Europy

Tour de Mont Blanc (TMB) to jeden z klasyków trekkingowych, który nie bez przypadku często pojawia się w zestawieniach i rankingach najpiękniejszych szlaków Europy. Jest szlakiem pieszym biegnącym dookoła całego masywu Mont Blanc w Alpach Graickich. Co prawda nie prowadzi na szczyt najwyższej góry tej części Europy, ale pozwala na przebycie ponad 170 km mniej lub bardziej wymagających szlaków. To także możliwość przeżycia górskiej przygody z widokiem na spektakularny masyw Mont Blanc.

Tour de Mont Blanc w liczbach

Na początek rzucę kilka liczb:

  • Przebyte kilometry: 170
  • Pokonana różnica wysokości: 10 000 metrów
  • Odwiedzone kraje: 3
  • Waga dobytku dźwiganego na plecach: 15 kilogramów + woda
  • Dni spędzone na szlaku: 9
  • Liczba osób w zespole: 2
  • Liczba wypitych kaw: 78

Początek i odcinki Tour de Mont Blanc

Oficjalnym początkiem szlaku jest francuska miejscowość Les Houches. Nic jednak nie stoi na przeszkodzie, aby wystartować w dowolnym innym miejscu na trasie. Koniec wędrówki jest dokładnie tam, gdzie jej początek, gdyż TMB zatacza idealną pętlę. Podczas wędrówki odwiedzimy Francję, Szwajcarię oraz Włochy… bądź w odwrotnej kolejności. Chociaż z założenia kierunek szlaku wiedzie przeciwnie do ruchu wskazówek zegara, można go sobie bez problemu odwrócić. Żadna z opcji nie jest łatwiejsza ani trudniejsza: suma podejść i zejść jest wciąż ta sama, podobnie stopnień trudności, a także atrakcyjność widoków, które raz mamy za plecami a raz przed nosem.

Schemat szlaku wokół Mont Blanc

Mapa Tour du Mont Blanc

Dowolność mamy też w dzieleniu trasy na poszczególne dni i odcinki. Najczęściej poleca się rozłożenie Tour du Mont Blanc na 7–10 dni, choć papierowy przewodnik, jaki zakupiliśmy w Cormayeur, rozpisany był na tych dni aż 12. Jeśli zastanawiacie się, czy to dużo, czy mało, pomyślcie o uczestnikach UTMB (Ultra Trail du Mont Blanc), kultowego górskiego biegu, którego trasa dość mocno pokrywa się z TMB i którym jego pokonanie zajmuje od 20 (rekord) do 46 godzin (limit).

Logistyka na TMB to rzecz stosunkowo łatwa i przyjemna. Alpy Graickie i całe okolice masywu Blanca to teren bardzo dobrze zagospodarowany turystycznie i cywilizacyjnie. Jak wspominałem, rozpocząć szlak można z dowolnej miejscowości, więc w dowolnym miejscu można zostawić samochód. Jeśli nie używamy własnego środka transportu, najwygodniejsze wydają się dwie opcje: samolot do Mediolanu i stamtąd autobus do Comayeur, bądź samolot do Lyonu i stamtąd autobus do Chamonix. Co kto lubi i gdzie akurat trafią się tańsze loty.

 

Gdzie spać na trasie Tour de Mont Blanc?

Spać można w schroniskach, gdyż na trasie jest ich naprawdę dużo. Jeśli jakimś cudem nie będzie pod koniec odcinka schroniska, to na pewno będzie jakiś pensjonat albo kwatera prywatna. Chcąc jednak zasypiać w pościeli i miękkim łóżeczku trzeba się liczyć z kosztami, bo najtańsze noclegi w górskim schronie to wydatek rzędu 50–60 euro od osoby. Z kolei na większości campingów we Włoszech i Francji ceny za mały namiot + 2 osoby wynosiły w granicach 15-20 euro, najdrożej oczywiście wypadła Szwajcaria. Nocleg na kampingu Les Rocailles w Champex-Lac kosztował 32 euro i to były największe pieniądze, jakie zapłaciliśmy za spanie podczas całego TMB. Czyli raczej nikt nie zbankrutuje, a jeśli bankructwa się obawia, zawsze można spać na dziko.

Oficjalnie oczywiście nikt wam na to nie pozwoli, tylko w niektórych miejscach obozowanie przy szlaku jest dozwolone, ale i tak w formie awaryjnego biwaku, na wysokości przekraczającej 2000 m n.p.m. Jednak w dolnych fragmentach szlaków, blisko wsi i schronisk, co i rusz widać było charakterystyczne „wyleżane” miejsca w trawie, ewidentnie pozostawione przez namioty. Ostrożny turysta, który się przed zmrokiem i zwija majdan o świcie, a przede wszystkim wierny zasadzie „Leave No Trace” spokojnie da radę przejść TMB biwakując „nieoficjalnie”.

 

Jedzenie i woda na Tour de Mont Blanc

Zapasu jedzenia większego niż na 1–2 dni nie ma sensu targać ze sobą. Niemal każdy dzień wędrówki można kończyć w miejscowości wyposażonej w sklep. My co prawda nieśliśmy ze sobą zapas obiadów i śniadań (czyli sucha klasyka w postaci owsianek, makaronów, kaszy kuskus i kolekcji sosów), co pozwoliło w pewnym stopniu na niezależność gastronomiczną. Uzupełniając te zapasy o świeże pieczywo, sery, szynki i słodycze kupowane w lokalnych supermarketach można przeżyć na TMB napawdę niedużym kosztem. Nie popadając oczywiście w skrajność, no bo jak tu wędrując przez Francję czy Włochy nie skusić się od czasu do czasu na lokalne pyszności, o winie nie wspominając.

Co uważniejsi mogą zapytać: „a co ze Szwajcarią, która wszak nie jest członkiem UE?”. Można oczywiście wziąć ze sobą nieco franków, jednak we wszystkich schroniskach, sklepach i campach po stronie szwajcarskiej nie było absolutnie żadnego problemu z zapłatą w euro. Oczywiście po nieoficjalnym przeliczniku, który na szczęście nie jest zbyt zbójecki.

Miasteczko otoczone górami

Jedno z alpejskich miasteczek przy szlaku

Dostępność na szlaku wody również na piątkę z plusem. Jedynie na odcinku Les Houches – La Flégère odnotowaliśmy brak źródeł wody pitnej, ale poza tym nie było potrzeby niesienia na grzbiecie większej ilości płynów niż wypijana na bieżąco. Na trasie co i rusz można wpaść na strumień, dodatkowo w wioskach, na przełęczach i pod schroniskami często i gęsto umieszczone są tryskające ujęcia wody, na przykład w postaci drewnianego lub blaszanego korytka z wystającym kranem. Zapas tabletek do oczyszczania wody przywieźliśmy z powrotem do domu w stanie prawie nienaruszonym.

 

Co zabrać na TMB

Podczas przemierzania TMB nie napotkacie na żadne techniczne trudności wymagające użycia specjalistycznego sprzętu. Kijki trekkingowe to oczywiście podstawa przy wielodniowej wędrówce. Spakować się można spokojnie do plecaka o pojemności 50 litrów. Namiot, śpiwór, mata. Minimalna ilość odzieży, bo szybkie pranie można przecież zrobić na campingu. Warto zabrać ciepłą czapkę, rękawiczki i jakiś docieplacz w postaci swetra z puchem lub Primaloftem. W okolicy Mont Blanc panują specyficzne warunki i normą są sytuacje, gdy po całym dniu wędrówki w palącym słońcu, kilka sekund po jego zachodzie temperatura spada do 10°C. Popołudniowe biesiady przy winie i poranne gotowanie na campingach często spędzaliśmy ubrani po uszy, gdyż strasznie ciągnie chłodem od wszechobecnych lodowców. Masyw Blanca lubi także ściągnąć na siebie nagłe załamanie pogody w postaci deszczu i burzy, trzeba więc być przygotowanym na zmianę warunków pogodowych nawet kilka razy dziennie.

Mnogość sklepików turystycznych na trasie sprawia, że nie ma problemu z zakupem kartuszy do kuchenki w najpopularniejszych standardach, czy brakujących (albo uszkodzonych / zaginionych) elementów wyposażenia.

 

Ile trwa przejście TMB

Przejście TMB zajęło nam dokładnie 9 dni + dzień restu. Dałoby się oczywiście szybciej, dałoby się też wolniej. Marszrutę można sobie dowolnie dostosować do swoich potrzeb i możliwości. Najważniejsze jest jednak to, że TMB to szlak stosunkowo przystępny i poradzi sobie na nim każdy sprawny turysta, któremu nieobce są kilkudniowe wędrówki z namiotem. Turysta, który liznął skalistych szlaków tatrzańskich i nie wpadnie w panikę na widok żelaznej drabinki czy kawałka łańcucha, bo takie ubezpieczone fragmenty również się zdarzają. Nie należy się ich obawiać, to nie poziom Orlej Perci. Nie ma tu również ścieżek z przerażającą ekspozycją, na których strach postawić stopę i spojrzeć w dół.

Czeka was jednak dużo podejść i zejść, taka już specyfika TMB. Wejście, zejście, wejście, zejście… Z doliny na grzbiet, potem znów w dolinę. I tak do samego końca. Jakoś te 10 000 metrów różnicy wysokości trzeba natrzaskać, nie ma lekko. Z drugiej strony najwyższe punkty na trasie to w większości przełęcze, na palcach jednej ręki policzyć można szczyty, przez które (bądź zaraz obok) przebiega trasa TMB. Najwyżej położony punkt na trasie to przełęcz Fenetre d’Arpette na odcinku szwajcarskim (2665 m n.p.m.).

Bliskość cywilizacji sprawia, że szlak jest bardzo bezpieczny, nie będzie Wam na nim grozić głód, pragnienie, ani zagrożenie ze strony dzikich zwierząt. Przemierzając TMB czuliśmy się po prostu pewnie.

 

Nawigacja

Oznakowanie jest bardzo dobre, dzięki czemu nie zdarzyły nam się problemy nawigacyjne, a całość trasy obejmuje jeden arkusz mapy (choć do wysokiej skali trzeba się oczywiście przyzwyczaić, nauczyć odpowiednio czytać i planować marszrutę). W każdej miejscowości na trasie kupicie bez problemu kompletną mapę TMB i przydatne przewodniki. Trzeba się jednak liczyć z tym, że spotkacie na swojej drodze wielu turystów. Szczególnie odcinki francuskie w okolicy Chamonix miejscami bywają mocno zatloczone.

Warto skorzystać z tzw. „Karty Gościa”, którą można za darmo otrzymać na campingu w okolicy Chamonix. Umożliwia ona darmowe podróżowanie wzdłuż całej doliny Chamonix i rozrzuconych po niej turystycznych miejscowości wygodnym szynobusem Mont Blanc Express linii SNCF.

Niewielki pociąg w dolinie Chamonix

Szynobus w dolinie Chamonix

Z daleka jednak można rozpoznać backpackerów „zaliczających” TMB. Obładowane plecaki, spalone słońcem twarze, wędrowcy z najdalszych zakątków świata jak USA, Australia czy Japonia. Magia Blanca przyciąga wielu i trudno im się dziwić.

Zza powyższej wyliczanki wyłaniają się jak widać same superlatywy. Nie pozostaje mi nic innego jak zachęcić Was do wyjazdu. Zarezerwujcie sobie dwa tygodnie wolnego, weźcie dobrych kompanów (albo i nie), spakujcie plecak i zróbcie rundkę dookoła Mont Blanc. Po stokroć warto!

Stuptuty biegowe Salomon Trail Gaiters Low – test

Stuptuty biegowe Salomon Trail Gaiters Low – test

Gdy rozpoczynamy swoją przygodę z bieganiem terenowym i z czasem zaczynamy sobie stawiać coraz dłuższe, trudniejsze i odważniejsze cele w górach, szybko okazuje się, że do ich realizacji będzie nam potrzebny sprzęt bardzo podobny do ekwipunku używanego dotąd podczas pieszych wędrówek.

Powiedzmy sobie jednak szczerze – z uwagi na zupełnie odmienną od tradycyjnych wycieczek dynamikę i specyfikę poruszania się po górach biegiem – nawet najwyższej jakości i o doskonałych parametrach ulubiona kurtka, plecak, kije czy stuptuty turystyczne, które mamy w szafie, słabo nadadzą się do trail runningu. Na drodze stanie nam niska oddychalność, wysoka waga, nieodpowiednie materiały, czy niewystarczające dopasowanie do ciała. Z pomocą przychodzą producenci sprzętu outdoorowego (nawet tacy nigdy nie związani z bieganiem), których oferta produktów zaprojektowanych z myślą o bieganiu w górach staje się coraz bogatsza.

Francuska marka Salomon z bieganiem związana jest od bardzo dawna, szukając więc lekkich ochraniaczy na buty biegowe w ciemno sięgnąłem po produkt z ich katalogu, czyli stuptuty Trail Gaiters Low.

 

Stuptuty Salomon Trail Gaiters Low to model dedykowany do biegów górskich

 

Stuptuty biegowe… A komu to potrzebne?

Idea użycia stuptutów biegowych nieco różni się od tej znanej z klasycznych, zimowych ochraniaczy turystycznych. Stuptuty biegowe będą użyteczne praktycznie przez cały rok, ponieważ ich głównym zadaniem nie jest ochrona przed śniegiem, deszczem czy błotem (choć w pewnym stopniu oczywiście też), ale zapezpieczenie wnętrza buta przed wszechobecnymi na górskich szlakach kamykami, igliwiem, błotem oraz innym tego typu paskudztwem. Malutki kamyk, po wpadnięciu do buta, potrafi wyrządzić niewyobrażalne spustoszenie, a po kilku, kilkunastu, czy kilkudziesięciu przebytych kilometrach nawet uniewożliwić dotarcie do mety.

Stuptuty biegowe Salomon Trail Gaiter dostępne są w dwóch wersjach: wysokiej (High) oraz niskiej (Low). Na codzień używam dość krótkich skarpet niewiele wystających podad kostkę, cenię sobie również sprzęt ultralight o jak najniższej wadze. Wybrałem więc z premedytacjąwersję niższą. Materiały oraz funkcjonalność obu wersji jest identyczna, jeśli więc kosztem nieco większej wagi chcecie uzyskać lepszą ochronę, albo po prostu używacie wyższych skarpet – spokojnie wybierzcie wersję High i również będziecie zadowoleni. Stuptuty posiadają również 3 rozmiary: S, M, L i na jeden z nich należy się zdecydować w zależności od rozmiaru noszonego buta.

 

Materiały

Stuptuty Trail Gaiter uszyte są z cienkiego, ale wytrzymałego materiału typu jersey, będącego mieszanką poliamidu (78%) oraz elastanu (22%). Spora ilość elastanu czyni materiał bardzo elastycznym, a krój stuptuta został bardzo sprytnie zaprojektowany, dzięki czemu możemy idealnie dopasować ochraniacz do buta, aby szczelnie okalał kostkę na całym obwodzie i nie przepuścił do środka żadnych zanieczyszczeń. Na dole przyszyto solidny, 2-warstwowy pasek przebiegający pod podeszwą buta. Jest on szeroki i stosunkowo miękki, nie musimy się więc obawiać uszkodzenia podeszwy. Do zapięcia ochraniacza posłuży spory panel rzepa Velcro®, dzięki któremu założenie stuptutów trwa dosłownie kilka sekund.

 

Konstrukcja stuptutów jest zaprojektowana tak, aby łatwo dopasować je do butów biegowych

 

Nie ma tutaj znanego z większości klasycznych, turystycznych stuptutów przedniego haczyka mocowanego o sznurowadła, ale dzięki odpowiedniej konstrukcji i rozciągliwemu materiałowi Salomon Trail Gaiters Low nie wymagają żadnych dodatkowych zaczepów, aby stabilnie utrzymać się na bucie. Umieszczamy pasek pod podeszwą, naciągamy obie połówki, aby szczelnie „zamknęły” but od góry, po czym zapinamy rzep. Nie ma również żadnej regulacji, pasków ani ściągaczy. Proste i skuteczne.

Stuptuty Salomon są bardzo łatwe w konerwacji. Nawet po maksymalnym ubłoceniu wystarczy je przepłukać pod bieżącą wodą i rozwiesić albo przypiąć do plecaka, po czym bardzo szybko wyschną. Nie ma tu plastikowych elementów ani membrany, o którą należałoby specjalnie dbać. Pomimo tego, lepiej jednak nie wrzucajcie ich do pralki.

 

Mimo braku haczyka czy dodatkowych elementów stabilizujących, stuptuty Salomon bardzo dobrze trzymają się buta

 

Stuptuty biegowe Salomon – chrzest bojowy

Czego należy oczekiwać od biegowych stuptutów? Poza oczywistą funkcją ochronną oczywiście niskiej wagi i komfortu. Na tym polu Salomon Trail Gaiters Low nie pozostawiają nic do życzenia. Waga pary stuptutów w rozmiarze M to zaledwie 60 gramów i da się to odczuć (choć w tym przypadku raczej – NIE da się odczuć) od razu po założeniu na but. Nie ma tu również mowy o ograniczaniu zakresu ruchu kostki, co może zdyskwalifikować taki ochraniacz – podczas biegania ta część naszego ciała pozostaje przecież w ciągłym ruchu.

Niska waga oraz dobre dopasowanie sprawiają, że zupełnie nie czuć Trail Gaiterów podczas biegu. Działo się tak do tego stopnia, że początkowo co chwila musiałem zerkać na buty podczas biegu, celem sprawdzenia, czy stuptuty jeszcze są na swoim miejscu, czy już je zgubiłem i odfrunęły z wiatrem. Lekki materiał nie powoduje również dodatkowego grzania, a zdarzało mi się ich używać przy blisko 30°C. Z drugiej strony ten materiał nie zapewni dużej ochrony przed śniegiem czy wodą, ale jak umówiliśmy się na początku tekstu – nie tego należy wymagać od stuptotów biegowych.

Udało mi się przetestować stuptuty Salomon Trail Gaiters Low w wielu warunkach, na trasach o różnej długości i różnej specyfice. Od szybkich przelotów po gruntowych, płaskich ścieżkach w lesie i nadrzecznych wałach przy dystanisie 10 kilometrów, aż po 30 i 40 kilometrowe wycieczki biegowe po trudnych technicznie, bolesnych i kamieniestych ścieżkach Karkonoszy. Chrzest bojowy tego sezonu stuptuty Salomona przeszły podczas jesiennego Ultramaratonu w Rudawach Janowickich. Warunki do testowania biegowego sprzętu były tam wręcz labaratoryjne. Piekielnie strome podejścia, szaleńcze zbiegi na złamanie karku, techniczne ścieżki pełne kamieni, żwiru, gałęzi, igliwia i błota. Do tego poranna duchota, a następnie lejący z nieba przez wiele godzin deszcz i grad. I zgadnijcie co? Stuptuty Salomona spisały się na medal.

 

wycieczka biegowa Karkonosze

Stuptuty sprawdziły się w różnym ternie. Testowane były mi.in. na leśnych ścieżkach, podczas zawodów w Rudawach Janowickich, czy na wycieczkach biegowych w Karkonoszach.

 

Podczas wszystkich biegowych przygód obawiałem się, jak z pozoru delikatny jersey wytrzyma bliskie spotkania z kamieniami. Po kilkumiesięcznym targaniu po górach nie ma na nich śladu zużycia, może poza jedną, czy dwoma odstającymi nitkami. Ani razu nie zdarzyło się, żeby ochraniacz przesunął się na bucie, rozregulował, czy o zgrozo – rozpiął. Zapięcie na rzep trzyma zaskakująco pewnie i nawet przy mocnym dopasowaniu i wielogodzinnym biegu nic nie uciska i nie powoduje dyskomfortu. Nie było też problemu z dolnym paskiem, a tu również byłem ciekaw, czy nie będzie on uciekał do tyłu, w kierunku pięty. Wszystkie moje pary butów biegowych mają podeszwę o płaskim profilu, bez charakterystycznego wcięcia przy pięcie, o które to wcięcie najczęściej blokuje się w dolny pasek w stuptutach. Tutaj wszystko było na swoim miejscu.

 

Trail Gaiters Low Slomon

Stuptuty świetnie znoszą próbę czasu i kilometrów.

 

Biegać każdy może

Marka Salomon po raz kolejny nie zawiodła. Stuptuty do biegania Salomon Trail Gaiter to bardzo udany produkt, który gorąco polecę wszystkim miłośnikom biegania w terenie. I to nie tylko góralom, bo lekkie ochraniaczenie będą przydatne również podczas tych bardziej płaskich biegów terenowych po okolicznych polach i lasach. Nie jest to również sprzęt tylko na jesień i zimę, z powiedzeniem może być używany przez cały rok. Niska waga i małe rozmiary po złożeniu czynią ze stuptutów Salomon pełnoprawny szpej z kategorii Light&Fast. Bez problemu zmieszczą się w każdym plecaku, kamizelce, nerce biegowej, a nawet w bocznej kieszeni spodni trekkingowych.

 

minimalistyczne stuptuty biegowe Salomon

„Bez problemu zmieszczą się w każdym plecaku, kamizelce, nerce biegowej, a nawet w bocznej kieszeni spodni trekkingowych.”

 

Jeśli nie jesteście biegaczami, ale lubicie wędrować po górach w niskich butach – również zainteresujcie się stuptutami Salomon. Turyści przemierzający górskie ścieżki w obuwiu przed kostkę też muszą stawić czoła piargom, grząskim ścieżkom i sypiącym się zewsząd kamieniom i piachowi, a ochraniacze Salomon Trail Gaiters Low będą świetnie działać nie tylko z obuwiem biegowym, lecz także z każdym modelem niskiego buta trekkingowego czy podejściowego.

 

Niezależnie więc od tego czy góry przemierzacie marszem czy biegiem, czy wybieracie się na bieg przełajowy na Mazurach, jesienną wycieczkę biegową po Tatrach, czy szykujecie się do pokonania Głównego Szlaku Beskidzkiego, warto będzie zabezpieczyć nogi ochraniaczami Salomon Trail Gaiters Low.

Arc’teryx Atom LT – sweter puchowy XXI wieku

Arc’teryx Atom LT – sweter puchowy XXI wieku

Czas polaru dobiegł końca, trzeba to sobie jasno powiedzieć. Pewnej chłodnej jesieni przeglądając niezliczone ilości męskich kurtek i bluz, szukając nowego docieplacza do swojej górskiej kolekcji stanąłem przed dylematem… Kupić kolejnego Polarteca 200-tkę, czy może pójść z duchem czasu i rozejrzeć się za lekką kurtką o technicznym kroju z puchem albo syntetykiem wewnątrz?

Niewiele wody upłynęło w Odrze i nie wiadomo kiedy stałem się posiadaczem Arc’teryx Atom LT. Kurtka, jak się okazało, została ze mną do dziś i zostanie pewnie na dłużej, ponieważ oferuje dużo więcej niż od niej oczekiwałem.

Atom LT to kurtka, której miejsce w szeregu technicznej odzieży trzeba określić jako „mid layer”, czyli docieplająca warstwa pośrednia. Kurtka wypełniona jest syntetyczną ociepliną Coreloft™, która jest wykonana z włókien poliestrowych i stanowi alternatywę dla naturalnego puchu. Z premedytacją wybrałem syntetyk, gdyż nie trzeba się o niego troszczyć, tak jak o kaczkę czy gęś. Dzięki swoim hydrofobowym właściwościom Coreloft™ sprawdza się również w warunkach bardziej wilgotnych i na tę wilgoć nie jest aż tak podatny.

Ocieplenie Coreloft™ – o tym co wewnątrz

Ocieplina Coreloft™ znajduje się wewnątrz całej kutki, poza boczymi panelami, które znajdują się po obu stronach kurtki (od pachy w dół). W tych miejscach zastosowano wstawki ze znanego i lubianego przez ludzi outdooru materiału Polartec® Power Stretch®. Wstawki znalazły się w tych miejscach dla poprawy wentylacji. Trzeba przyznać, że w kurtce Arcteryx Atom z oddychalnością jest naprawdę dobrze i chyba ani razu nie zdarzyło mi się w nim nadmiernie spocić.

Atom LT Arcteryx

Aktywny dzień. Pełnia zimy!

Minus modelu taki, że niestety boczne fleecowe panele nie dają tak dobrej osłony przed wiatrem, jak pozostała część kurtki. Daje się to odczuć przy mocniejszych podmuchach. Na własnej skórze przekonałem się o tym podczas najzimniejszego weekendu ostatnich lat. Tak, tak, to właśnie wtedy nagłówki krzyczały, że w Tatrach będzie niższa temperatura odczuwalna niż w Karakorum). W tamtych dniach pomyślalem, że na szczycie Babiej wystarczy mi do przeżycia sam Atom i bluza z merino. Cóż, nie wystarczył, a uderzenia mrozu pod pachami zmusiły mnie do założenia hardshella.

 

Materiał zewnętrzny

Jeśli jesteśmy w temacie wiatru, to trzeba pamiętać, że Atom nie jest typową warstwą zewnętrzną na zimowe warunki. Owszem, z wiatrem i lekkiem deszczem sobie poradzi. W mieście będzie świetny jako okrycie wierzchnie, ale gdy warunki i temperatura polecą w dół na łeb na szyję, jednak trzeba będzie opancerzyć się w hardshell. Podstawową osłonę przed niekorzystną pogodą w Atomie zapewni warstwa materiału pokryta fabryczną impregnacją DWR.

Materiał wierzchni nazywa Arc’teryx określa słowem”Taffeta”, co według definicji oznacza tkaninę z jedwabiu. Faktycznie ten miękki nylon o strukturze mikro rip-stop w dotyku może przypominać jedwab. Choć w teorii jest wytrzymały, to trzeba pamiętać, że nie jest to żadna Cordura. Nie polecałbym tej kurtki do wieczornych posiedzeń przy ognisku. Przypomnijcie sobie te wszystkie dziury w śpiworach powstałe od skaczących iskier. Tego samego dość łatwo może się nabawić kurtka Atom. W tej kurtce zawsze dwa razy zastanawiam się też, gdy powstaje potrzeba przebicia się przez zarośla, aby wrócić na nieopatrznie zagubiony szlak. Atom zdecydowanie nie jest kurtką do ostrego tyrania w terenie.

Krój kurtki Arc’teryx Atom LT

Mankiety wykonanne są w kurtce z cienkiego stretchu, co oznacza, że nie mamy możliwości regulacji obwodu rękawa na jego końcu. Nie przeszkadzało mi to jednak, elastyczny materiał jest wygodny w zakładaniu. Po dwóch latach użytkowania mankiety nie noszą oznak nadmiernego rozciągnięcia i wciąż spełniają swoją rolę. To również drobiazg, ale łatwo możemy odsłonić choćby zegarek ukryty pod rękawem kurtki.

Kieszene są trzy. Na pierwszy ogień dwie boczne, idealne do schowania czapki, rękawiczek czy buffa, jednak za krótkie, aby zmieścić mapę. Co ciekawe, wzdłuż zamka dodano po obu stronach dodatkowe paski nylonu ze wzmocnieniem rip-stop, prawdopodobnie po to, by uchronić materiał przed przypadkowym uszkodzeniem po wcięciu się w maszynkę zamka. Wszyscy wiemy, jak bardzo takie zacięcie irytuje. Miłym dodatkiem jest wszycie wewnętrz kieszeni wstawek miękkiego materiału, dzięki któremu możemy przyjemnie dogrzać sobie zmarznięte ręce. Skrzętnie z tej możliwości korzystałem wiele razy. Zdarzało się, że podczas większych mrozów całkiem długie odcinki marszu pokonywałem z dłońmi w kieszeniach Atoma. Dla mnie to duży plus.

Trzecia, płaska kieszonka znajduje się od wewnętrznej strony kurtki. Jest ona rozmiarów typowej mapy turystycznej i zamyka się ją – jak kieszenie boczne – na zamek błyskawiczny. Żeby dostać się do tej ukrytej kieszonki, trzeba jednak rozpiąć kurtkę do około 3/4 długości. Można więc przypadkiem nałapać sobie zimnego wiatru pod odzież.

Kaptur ScubaHood™ jest ocieplany na całej powierzchni. Brzeg kaptura obszyty jest gumką, a z tyłu znajduje się ściągacz ze stoperem, pozwalający na szczelniejsze dopasowanie kaptura do głowy. Jego rozmiar i kształt pomyślano tak, aby dało się go bez przeszkód założyć i nosić na kasku. Kurtka nie ma zbyt wysokiej gardy, ale szyja chroniona jest wystaczająco – w moim przypadku zasunięty do końca zamek kończy się zaraz pod dolną wargą.

Kurtka jest bardzo dobrze zaprojektowana, podczas ruchów rękami nic tu nie podjeżdża do góry ani nie podwija się. Na dole odzież można sobie dodatkowo wyregulować w obwodzie przy użyciu wszytego ściągacza.

Najbardzej urzeka mnie jednak w tej kurtce ogólna wygoda użytkowania. Mięciutki materiał wierzchni w połączeniu z wypełnieniem Coreloft™ i wstawkami z fleecu spawiają, żę kurtka jest lekka jak piórko i bardzo przyjemna w kontakcie z ciałem. Po założeniu Atoma na sam tylko t-shirt czuję się komfortowo, jak w śpiworze. Niska waga sprawia, że w ogóle nie czuć kurtki, a dobry design nie krępuje ruchów w żadnym stopniu.

Wspominając o wadze nie można zapomnieć o kolejnym ogromnym plusie Atoma LT. Jest po prostu model niesamowicie pakowny! Kurtkę można skompresować do jednej z jej kieszeni albo kaptura. Wówczas będzie zajmować tyle miejsca co, powiedzmy, kubek termiczny.

Jak używać kurtkę Atom LT

Zamiast podsumowania napiszę o kilku konkretach. Warto rzucić okiem, do jakich zastosowań sam używałem kurtki Atom LT Hoody i do których sprawdziła się znakomicie:

  • warstwa wierzchnia, do codziennego noszenia w warunkach miejskich (w temperaturze ~10 stopni i bez wiatru daje radę na samym t-shircie, gdy robi się zimniej zakładałem pod spód dodatkową bluzę polarową)
  •  warstwa pośrednia, noszona pod softshellem albo hardshellem podczas spacerów w terenie zimą (do dynamicznego napierania oczywiście się nie nada)
  •  tzw. „postojówka” czyli kurtka noszona awaryjnie w plecaku i zakładana na chwilę, jako ostatnia warstwa podczas przerwy na kubek herbaty zimą w górach, czy do przygotowania śniadania podczas chłodnego poradnka latem/wczesną jesienią.

Wszechstronność kurtki sprawiła, że Atom LT stał się jedną z moich ulubionych kurtek, którą to mogę użyć do przeróżnych zastosowań praktycznie przez cały rok. Szczególnie cenię jej walory w okresie jesiennym/wiosennym, gdy tylko temperatura spada poniżej 15 stopni i mogę ją założyć jako ciepłą i wygodną kurtkę na miasto. Jej ekstremalna lekkość i pakowność powoduje że nawet podczas letnich wycieczek kusi mnie, aby wepchnąć ją gdzieś do bocznej kieszeni plecaka – jak to się mówi – „na wszelki wypadek”. Jeśli już raz podczas wycieczki zakładam kurtkę Atom LT na siebie, to potem nie bardzo mam ochotę ją zdejmować.