Jak wybrać crashpad
Porady

Jak wybrać crashpad

Redakcja skalnik.pl / 06 kwietnia 2020

Czasy się zmieniły. W chwili obecnej bouldering nie jest już smutną alternatywą dla wspinania sportowego z liną, kiedy brakuje możliwości treningu na wysokiej ścianie. W każdym, większym mieście znajdziemy samodzielną boulderownię, a organizowane w nich zawody, cieszą się bardzo dużą popularnością.

Co jednak jeśli, wzorem skalnych, linowych wspinaczy, chcemy spróbować naszych sił w naturze? Nie jest tajemnicą, że w lesie nie znajdziemy materaca pod każdym, większym kamieniem i musimy sobie radzić sami. Mamy już magnezję, buty wspinaczkowe, topo rejonu i środek transportu. Przydałoby się jeszcze zadbać o bezpieczeństwo i komfort psychiczny przy wspinaniu. Tylko jak?

Może by tak crashpad?

No jasne, że tak! Kto choć raz upadł na pośladki na twarde podłoże, wie, że nie jest to najlepsza rozrywka, jaką możn sobie zafundować. W przypadku boulderingu może to być jeszcze mniej przyjemne. Nierówne podłoże, gałęzie, wystające kamienie i konary drzew. W skrócie, wszystko to, na co wylądować nie chcemy. Naszą główną ochroną będzie crash pad/crashpad. Pisownia bywa różna i można się spotkać z pisownią bez oraz ze spacją.

Kiedy tłumaczę swoim znajomym, że żaden ze mnie „adrenaline junkie” mało kto mi wierzy. Dopiero wzmianka o wspinaniu z crashpadami i krótka odpowiedź, że to taki materac do wspinania, przemawiają do wyobraźni ludzi niewtajemniczonych.

bouldering Bor
Crashpad to podstawa ochrony podczas boulderingu.
Bor – autor na drodze Angelina Jolie 6c (fot. Benga Benga)

Można tak bardziej szczegółowo?

Oczywiście! Crashpad to nie materac pożyczony, bez wiedzy wuefisty, z sali gimnastycznej. Konstrukcja dobrego crashpada zazwyczaj opiera się na kilku punktach:

  • wytrzymały materiał zewnętrzny,
  • dobre gąbki,
  • system nośny.

Dlaczego akurat na te rzeczy warto zwrócić uwagę w pierwszej kolejności? Po pierwsze nie chcemy, żeby nasz nowy nabytek się podarł na leśnych kamieniach. Nie jest to sprzęt, który będziemy układać, tylko na równej, gładkiej powierzchni, czy ewentualnie na trawie. Nasz materac musi być w stanie dużo wytrzymać, żebyśmy my mogli się bezpiecznie wspinać jak najdłużej. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że zdecydowanie ciężej zaufać crashpadowi, z którego gąbka ucieka „drzwiami i oknami”.

Co z tą gąbką? Czołowi producenci często korzystają z podobnego schematu w swoich topowych produktach. Twardo na dole, twardo na górze i miękko w środku. Dzięki takiej konstrukcji, nawet mimo niesprzyjającego podłoża możemy być pewni, że wylądujemy na płaskim materacu. Bez względu na to, czy nasz crashpad będzie „do góry nogami”, czy też nie. Środkowa, bardziej miękka, gąbka zapewnia nam amortyzację przy lądowaniu.

System nośny? Może to brzmieć śmiesznie w odniesieniu do materaca, ale nie lekceważyłbym tego punktu. Wiadomym jest, że crashpad to nie plecak i nie może konkurować jeśli chodzi o rozwiązania i wygodę. Jak mówi moja koleżanka „bouldering to nie wspinaczka”, ale na podejściu niczym się nie różni. Wszystko pakujemy do materaca, więc wygodne szelki zawsze są lepszym rozwiązaniem niż dwa troki wrzynające się w ramiona. W końcu jakoś pod te kamienie trzeba dojść, a nikt chyba nie ma zamiaru nosić walizki 100 x 66 x 22cm w ręku. Moim zdaniem dobrym pomysłem jest również pas biodrowy i własnie takie rozwiązanie posiada każdy crashpad Black Diamond.

crashpad z szelkami
Wygodne szelki ułatwiają podejścia pod baldy (fot. Rab)

Jak już brać to ten największy, prawda?

Cytując klasyka: „i tak, i nie”. Jeśli już spadać, to z wysoka i wspinaczka na kamienie, nie jest tutaj wyjątkiem, jednak przy wyborze crashpada nie wszystko jest takie oczywiste jakbyśmy chcieli.

Największe materace to te, zajmujące po rozłożeniu największą powierzchnię. W tej grupie, na rynku możemy znaleźć crashpady trzysegmentowe oraz zwijane „na naleśnika”. Mimo oczywistych zalet dużego crashpada, jego wybór nie pozbawiony jest wad.

Jeśli wyznajemy zasadę „raz, a dobrze” może to być strzał w dziesiątkę. Miłośnicy samotnego boulderingu również nie pogardzą takim rozwiązaniem, ale co z minusami? Na wstępie waga. Podejście pod konkretny boulder często przekracza 30 minut w nierównym terenie i w tej sytuacji warto zwrócić uwagę na kilogramy. Największy pakunek, jaki widziałem w lesie na jednym człowieku, to trzy potrójne crashpady na plecach Jana Nováka, ale umówmy się, Czech do najmniejszych nie należy.

Rozmiar również może być mylący, bo jeżeli nie jesteśmy fanami boulderingu w samotności, to zapewne nasz crashpad nie będzie jedyny. Dwa trochę mniejsze materace zapewnią nam większe lądowisko, a przy okazji w samochodzie, często zajmują podobną ilość miejsca. Wybór większej ekipy zazwyczaj pada na większą ilość i tu wspomniana zasada „raz, a dobrze” często ustępuje „więcej znaczy lepiej”.

crashpady ocun
Więcej znaczy lepiej. Autor w popularnym rejonie boulderowym Bor (fot. Benga Benga)

Czyli ten standardowy?

Dla mnie odpowiedź zawsze była oczywista. Rozmiar około 120 x 100 cm plus 12cm grubości brzmi rozsądnie, jak na pierwszego crashpada. Oczywiście tylko jeśli planujemy wypady w większej ekipie, w której nie będziemy jedynymi, którzy postanowili zadbać o bezpieczne lądowanie. Zdrowy rozsądek i doświadczenie halowe podpowiada, że ciężko jest, ze stuprocentową pewnością określić, w który metr kwadratowy lasu spadniemy. Warto obejrzeć kilka filmów wspinaczkowych, chociażby Daniela Woodsa lub Petera Robinsona, żeby zobaczyć, jak do przejścia są przygotowani profesjonaliści. Może i skręcona kostka jest dobrą okazją, żeby popracować na chwytotablicy, ale do przyjemności nie należy.

Trochę mniejsze crashpady i „startery”, warto?

Jak napisałem wcześniej „więcej znaczy lepiej”. Jeśli nie jesteśmy rosłej postury, a chcemy mieć większe lądowisko tylko dla siebie, możemy zainwestować w mniejszego crashpada. Kilka centymetrów mniej w długości oraz szerokości skutecznie redukuje wagę, dzięki czemu łatwiej będzie nam się przemieszczać z dwoma materacami na plecach. Jeśli planujemy samotne wypady i nie chcemy się bardzo zmęczyć przed rozpoczęciem wspinania, jest to bardzo dobre rozwiązanie.

Ostatnią grupą są „startery”, najcieńsze dostępne crashpady na rynku, na które raczej nie chcielibyśmy wylądować w przypadku lotu z nieudanej mantli. Trzy centymetry gąbki nie jest skuteczną ochroną przed kamieniami, jednak może pomóc. Osobiście najczęściej, używam „startera” do zakrycia łączenia dwóch crashpadów, co skutecznie redukuje ryzyko wylądowania stopą pomiędzy materace. Drugim zastosowaniem jest oczywiście start. Każdy miłośnik skalnego boulderingu wie co oznacza skrót SD i wie również, że często łatwiej jest „zapalić” z trochę cieńszego materaca. Tylko czy właśnie nie zaprzeczyłem sam sobie? Co jeśli przy okazji startu SD „powinie nam się noga” i spadniemy z wysokości 30 centymetrów na pośladki? Wówczas kilka centymetrów gąbki powino spokojnie wystarczyć, aby spotkanie z podłożem nie było dotkliwym przeżyciem.

spotowanie i crashpad bouldering
Crashpad to podstawa, ale ochronę wspinacza może zapewniać także „spotowanie” (fot. Rab)

Kolega może mi uszyć taki materac wspinaczkowy, więc po co mam przepłacać?

Argumenty ekonomiczne niezmiennie trafiają do każdego i nie ma się co dziwić. Moje doświadczenia ze sprzętem robionym metodą chałpupiczną, nie są jednak najlepsze. Przy okazji jednego z wyjazdów na czeski Bor, oprócz markowych crashpadów mieliśmy jeden „mniej markowy” wyrób. Po skoku z kilkumetrowego kamienia, w trakcie lądowania, poczułem pod stopą konar, na którym leżał wspomniany materac. Na szczęście obyło się bez skręconej kostki. Myślę jednak, że ten przykład daje do myślenia.

 

Na rynku jest wielu renomowanych producentów, którzy oferują różne opcje swoich crashpadów, więc jest w czym wybierać. Mam nadzieję, że udało mi się odpowiedzieć na kilka najważniejszych pytań trapiących przyszłych posiadaczy materacy wspinaczkowych i wybór będzie choć trochę prostszy. Myślę również, że nikogo nie muszę już przekonywać, że wydatek się opłaci. Pamiętajcie, że na bezpieczeństwie nie warto oszczędzać, jednak nawet najlepszy crashpad nie zastąpi nam zdrowego rozsądku. Jeśli mamy to wszystko, zostaje nam spotkać się w lesie pod kamieniami i dobrze się bawić.

Paweł Gryniewicz, instruktor wspinaczki, sprzedawca w Skalnik.pl

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: