Nie znoszę, gdy mówi się, że na Everest można kogoś wnieść – wywiad z Magdą Lassotą
Wywiady

Nie znoszę, gdy mówi się, że na Everest można kogoś wnieść – wywiad z Magdą Lassotą

Sławek Nosal / 12 grudnia 2019

Opowieści z Himalajów często są do siebie bardzo podobne. Ich rytm wyznacza zdobywanie aklimatyzacji i wysokości. Ta będzie jednak inna. Magda Lassota pojechała pod Everest nie po to, by kursować w nieskończoność między obozami i nie po to, by wejść na szczyt. Chciała poznać ludzi, których przyciągnął Everest i zajrzeć w każdy zakamarek Everest Base Camp. Pod najwyższą z gór spędziła dwa długie miesiące, podczas których realizowała projekt reporterski „W cieniu Everestu”.

Zacznijmy od szczerości. Co Ciebie przyciągnęło pod Everest? Przecież nie chciałaś wejść na szczyt.

To jest trudne pytanie. Nie wiem, dlaczego ten Everest tak przyciąga. Bardzo chciałam poznać odpowiedź na to pytanie, dlatego pojechałam do bazy. Jednak nie do końca mi się to udało… Zawsze powtarzałam, że nie chcę wchodzić na Everest. W pewnym momencie jednak zmieniłam zdanie i mnie również ta góra zaczęła przyciągać.

Magnes tego szczytu był silniejszy niż plany?

Był bardzo silny! Na szczęście szybko zeszłam na ziemię i wróciłam do mojego pierwotnego myślenia, że nie chcę wchodzić na Everest. Przyznam, że na początku chciałam zrobić tylko projekt fotograficzny. Przede wszystkim jestem fotografem i chciałam robić zdjęcia wspinaczy przed wejściem na górę i po zejściu z niej. Jednak później zaczęło interesować mnie wiele więcej i tak powstał pomysł na obszerny reportaż. W Polsce nie było takiego projektu. Nie sądzę też, żeby ktoś coś podobnego na świecie już zrobił.

Everest Base Camp na dwa miesiące stał się domem Magdy. (fot. Magda Lassota)

Słuchaj, skoro chciałaś fotografować wspinaczy przed i po Evereście, to zakładałaś, że szczyt zmienia. Na zdjęciach widać byłoby pewnie tę stronę fizyczną.

Nie jest tak, że ten projekt się nie udał. Zrobiłam serię takich zdjęć. Nie wszystkim. Zwłaszcza po zejściu z góry było to trudne, bo wspinacze wtedy bardzo szybko uciekają z bazy. Helikopter praktycznie już na nich czeka. Everest bardzo zmienia fizycznie. Wspinacze potrafią schudnąć kilkanaście kilogramów w czasie tygodniowego ataku szczytowego. Na ich twarzach widać tak zwany Everest Kiss – pocałunek Everestu – czyli odmrożenia na policzkach. To jest bardzo wyraźne.

Ile ludzi jest pod Everestem w sezonie?

W tym roku w bazie było około 1200 osób. Ogromnie dużo.

Ci ludzie się zmieniają, czy są to przeważnie te same osoby przez długi czas?

Jest grupa ludzi, którzy przychodzą i odchodzą, jak na przykład tragarze. W większości jest to jednak stała grupa, która tam po prostu mieszka przez cały czas trwania wyprawy. Wszyscy, którzy są w bazie są natomiast związani z wyprawami. W bazie nie ma trekkersów, bo oni mają zakaz wchodzenia na jej teren. Trekking do bazy pod Everestem to jest tak naprawdę trekking do punktu na samym początku bazy. Teoretycznie za to miejsce trekkersi nie mogą wchodzić. To jest strefa tylko dla wspinaczy.

ekspedycja everest

Baza to przede wszystkim ludzie, a nie namioty lód i kamienie. (fot. Magda Lassota)

Czyli będąc w bazie miałaś wykupione pozwolenie na szczyt?

Miałam pozwolenie, ale nie na Everest, bo jest ono bardzo drogie. Miałam pozwolenie na Nuptse. Bez żadnego pozwolenia nie można przebywać w bazie, a na pewno nie tak długo. Oczywiście nie da się sprawdzić, czy każda osoba w bazie ma pozwolenie i czy nie zaplątał się tu żaden turysta. Trzeba jednak wierzyć, że ludzie trzymają się tych przepisów i nie wchodzą za wielki głaz na początku bazy, na którym jest tabliczka z zakazem.

Nie ma czegoś takiego jak baza dla trekkersów. Jednak co roku pod ten wielki głaz przychodzą dziesiątki tysięcy turystów, żeby z pewnej odległości przyjrzeć się bazie, w której w tym roku było 380 osób z pozwoleniami wspinaczkowymi na Everest.

W mediach, które informowały o Twoim projekcie można było wyczytać, że spędziłaś dwa miesiące w „hotelu” z widokiem na Everest. Z bazy jednak samego Everestu chyba nie widać?

Z kilku tylko miejsc widać kopułę szczytową, jednak głównie widać Lolę i Nuptse, które zasłaniają Everest.

A nie inne namioty, które zasłaniają te góry?

Masz trochę racji. Widok z bazy jest zarazem piękny i brzydki. Jak przemierzałam tę bazę, to czasem czułam, że idę przez pole namiotowe… jak w Łebie albo w Mielnie… Pole, na którym nie chce się być, bo jest na nim tłum. Natomiast za każdym razem, gdy podnosiłam głowę, nie mogłam uwierzyć w to, jak pięknie położona jest baza, otoczona ośnieżonymi szczytami. Z jednej strony Lola i Nuptse, z drugiej Pumori. Każda po siedem tysięcy. A do tego wiesz, że zaraz za nimi jest już Tybet.

baza główna pod Everestem

Everest Base Camp – całkiem spore „pole namiotowe”. (fot. Magda Lassota)

Więc jest to miejsce niejednoznaczne. Jaki jest największy mit o Everest Base Camp?

Nie wiem, jaki jest największy mit o samej bazie, ale wiem, jaki jest największy mit o samym Evereście. To mnie strasznie denerwuje i nie znoszę, gdy mówi się, że na Everest można kogoś wnieść. Będę z tym walczyć! Nie znoszę, gdy ludzie mówią, że tak jest. I że wystarczy mieć pieniądze, żeby wejść na Everest. One wcale niczego nie gwarantują. A już na pewno nie tego, że ktoś nas tam wniesie.

No tak, ale pieniądze dużo w tej drodze na dach świata ułatwiają.

Ułatwiają, ale nie gwarantują sukcesu.

Pewna rosyjska agencja zapowiadała w 2018 roku, że tak podniesie standard, że będą normalne łóżka, że będą dywany w namiotach.

Już to jest. Ja w namiocie miałam dywan, półeczkę i materac. Ale w droższych agencjach łóżka też się zdarzają.

Czyli luksus?

Dla mnie mój namiot był luksusowy, choć zdarzają się jeszcze bardziej luksusowe. Namiot wygląda jak prostokątny domek z dwuspadowym dachem. Można się w nim normalnie wyprostować, stanąć. Ma mniej więcej wymiary dwa metry na metr. W środku jest łóżko lub sam materac, dywan, szafeczka turystyczna. Dla mnie to był szok. Mój mały pałac. Są oczywiście agencje, które oferują nawet prywatne ogrzewanie w namiotach. To się dzieje nie od dziś, a będzie jeszcze bardziej luksusowo.

wspinacz w bazie pod Everestem

Pod Everest każdy przyjeżdza ze swoją historią. (fot. Magda Lassota)

Rozmawiałaś w bazie z wieloma osobami i pojechałaś, żeby ich zrozumieć. Po co się idzie na ten Everest? Było tam już tylu ludzi.

Nie wiem. Robiłam wszystko, żeby się tego dowiedzieć i mam wrażenie, że dwa miesiące w bazie aż tak bardzo nie przybliżyły mnie do rozwiązania tej zagadki. Każdy podaje jakieś powody: miłość do gór, kolejny krok we wspinaczkowej karierze, kompletowanie Korony Ziemi. Czasem ktoś przekonuje, że jest to misja społeczna. Nie kupuję takiego tłumaczenia. Pamiętam, że rozmawiałam z kimś, kto mówił, że tak naprawdę na początku jest decyzja. Decydujesz, że chcesz wejść na Everest, a potem możesz – ale nie musisz – budować wokół tego otoczkę, mówić, że to jakaś misja społeczna. Na przykład mówisz, że walczysz o czyjeś prawa. Niezależnie od tego, jak bardzo ktoś chciałby zrobić z siebie bohatera, to najpierw jest jego decyzja, jego ego. A potem może opowiadać, co mu się żywnie podoba.

Czyli jest to projekt egoistyczny?

Oczywiście. Wchodzenie na tę górę jest absolutnie egoistyczne. Czasem ludzie sami nie do końca wiedzą, co nimi kieruje, a czasem nie chcą się po prostu przyznać.

Może też jest tak, że ta motywacja zmienia się w czasie wyprawy?

Może. Na pewno jest dużo takich osób, które kochają się wspinać, a Everest pojawił się w ich głowie już dawno. Poznałam takich wspinaczy, którzy mówili, że myśleli o tej górze od lat, od dzieciństwa, i w końcu tu są. Dla wielu to po prostu marzenie.

Everest nocne wyjście z bazy

„Dach świata” to magnes, który przyciąga wielu wspinaczy. (fot. Magda Lassota)

Skoro rozmawiałaś też z tymi, którzy to marzenie osiągnęli, to powiedz, co oni mówią już po zejściu z góry, po tym jak stanęli na najwyższym szczycie Ziemi. Czy oni mówią na przykład, że warto wziąć kredyt na 30 tyś. dolarów i tego dokonać?

Hmmm… 30 tyś. dolarów to tak średnio. Raczej więcej. W każdym razie nikt mi nie powiedział, że żałuje tych pieniędzy. Raczej mówili, że powtórzyliby to, bo jest to tak niesamowite przeżycie. Nie spotkałam nikogo, kto powiedział: „kurczę, nie, to nie było warte tego kredytu”. Spotkałam natomiast osobę, która wzięła już dwa kredyty. Raz jej się nie udało, ale za drugim razem weszła. Chyba jednak większość wspinaczy uważa to za swoje największe osiągnięcie i płaci tę cenę.

Takie wejście na Everest to jeszcze sport, himalaizm? Sporo jest głosów, że to tylko wysokogórska turystyka.

To prawda. Nawet muszę się z tym zgodzić. Niektórzy są bardzo doświadczeni, ale jednak jest wiele osób, które w bardzo dużym stopniu korzystają z pomocy Szerpów.

Spotkałaś kogoś, kto nie korzystał na przykład z tlenu? Bywają w bazie w czasie sezonu wspinacze ze sportowymi ambicjami?

W tym roku chyba nikt nie wszedł nie używając tlenu. W najlepszy dzień do ataku szczytowego była słynna kolejka i na przykład Elizabeth Revol też nie mogła pozwolić sobie na to, by czekać w kolejce i nie używać tlenu, chociażby z powodu ryzyka odmrożeń. Nie daję głowy, że nikomu się nie udało, ale ja nie słyszałam o takim wejściu w tym sezonie.

przewodnik wysokogórski himalaje

Baza to nie tylko ci, którzy marzą o szczycie. To również tragarze, kucharze i przewodnicy. (fot. Magda Lassota)

Baza pod Everestem to też „lokalsi”, którzy pracują przy wyprawach. Czyje opowieści są ciekawsze – wspinaczy czy tragarzy, przewodników i kucharzy?

Ciężko to porównać. Słyszałam masę ciekawych historii wspinaczy i mnóstwo ciekawych historii Szerpów. Problem jest taki, że człowiek z zachodu wejdzie raz na Everest i jest gwiazdą w swoim kraju. Szerpa wchodzi 10, 15, 20 razy i nikt o nim nie słyszy. Szerpowie, którzy weszli na przykład 5 razy na szczyt mówią, że to mało. Oni nie robią tego dla sławy, to ich praca, robią to, żeby przeżyć. Ich historie są takie ciekawe, bo o ich życiu wiemy niewiele.

Napisałaś reportaż, w którym zastanawiałaś się, czy Szerpowie są szczęśliwi czy nieszczęśliwi.

Nepalczycy mówią, że są szczęśliwi. Mówią, że trzeba być szczęśliwym i nie ma co narzekać i zbytnio się nad tym zastanawiać. Wpływ ma na to też buddyzm. Myślę, że nie do końca chcą się przyznawać, że tak naprawdę jest ciężko. Żeby się tego dowiedzieć, trzeba ich lepiej poznać.

Mówi się, że pod Everestem jest dużo problemów. Media nagłaśniają na przykład problem śmieci, kolejek pod szczytem, śmierci na górze. To są po prostu nośne tematy czy palące problemy?

Liczba ludzi pod tą górą nie musi wpływać na większe zaśmiecenie. Z roku na rok coraz bardziej dba się o to, żeby tych śmieci ubywało. Ja chcę wierzyć w to, co mówią ludzie z pozarządowej agencji SPCC – Sagarmatha Pollution Control Committe, która zajmuje się właśnie problemem śmieci na Evereście, pod Everestem i w całym Parku Narodowym Sagarmatha. Oni mają misję, chcą, żeby ta góra za kilka lat była czysta. A to, że na Everest wspina się dużo za dużo ludzi, to niepodważalny fakt. Rząd w żaden sposób nie kontroluje ani liczby pozwoleń, ani umiejętności wspinaczy.

Nie widzisz szans, żeby to się zmieniło? Nie ma szansy, że będzie tam po prostu mniej ludzi?

Nikt nie widzi. Dla rządu liczą się pieniądze. Politykom były przedstawiane różne rozwiązania. Szerpa, który 17 razy wszedł na szczyt i prowadził wiele ekspedycji – Lakpa Rita Sherpa – sam przedstawiał rządowi propozycję, dzięki której na Evereście byłoby mniej niedoświadczonych ludzi, a pieniędzy dla Nepalu tyle samo, ale to nic nie dało. Na przykład są takie pomysły, żeby wspinacz, który ma wejść na Everest, wcześniej zdobył inny ośmiotysięcznik. Ponieważ większość ośmiotysięczników leży w Nepalu, to zasada ta zatrzymałaby pieniądze w kraju, a nawet byłoby ich więcej. Wspinacze musieliby zrobić przynajmniej o jedną ekspedycję więcej. I mieliby też większe doświadczenie.

Teraz – po nagłośnieniu sprawy z kolejką – mówi się o takiej zasadzie, że wspinacz powinien wcześniej zdobyć dowolny szczyt liczący 6500 metrów, ale to jest mydlenie oczu i wiele osób się z tego śmieje. Są przecież proste szczyty i to nic nie zmieni.

Skoro tak dużo ludzi jest w górach – nawet tych najwyższych – to porozmawiajmy chwilę o fenomenie, który można określić jako „modę na góry”. Czemu Himalaje interesują tak wielu Polaków? Jadąc tam musiałeś zakładać, że to będzie interesujące dla ludzi.

Najpierw wpadłam na ten pomysł, a potem rzeczywiście pomyślałam, że może będzie łatwiej, bo to słowo Everest tak przyciąga uwagę, działa na wyobraźnię. Teraz w ogóle coraz więcej ludzi jest „specjalistami” od gór wysokich. Wydaje mi się, że to za sprawą mediów i tragedii. Czy ktoś wcześniej słyszał o Tomku Mackiewiczu, który siedem razy próbował wejść zimą na Nangę? Czy ktoś słyszał o Revol? A teraz tak łatwo jest ją oceniać. To tak, jak z Małyszem, gdy było o nim głośno, cała Polska interesowała się skokami.

baza everestowska

Everest Base Camp to dom wspinaczy i sztab, gdzie opracowuje się plan ataku szczytowego. (fot. Magda Lassota)

Ale w górach widać więcej ludzi.

Myślisz, że jest ich więcej niż kiedyś?

Widzę to choćby w najpopularniejszych miejscach Karkonoszy, gdzie bywam często. Może jest to wina mediów społecznościowych, dzielenia się przeżyciami na Instagramie, Facebooku.

Być może. Coraz częściej mówi się o społecznej odpowiedzialności tych mediów, że doprowadzają do tego, że w niektórych miejscach jest za dużo ludzi. W Himalajach zdecydowanie przybyło turystów. Wcześniej panowało przekonanie, że są takie niedostępne, odległe, tylko dla zawodowców. A teraz wiadomo, że zrobienie trekkingu w Himalajach nie jest ani skomplikowane, ani nie musi być trudne. Tylko wszystko trzeba robić z głową.

Po Himalajach masz ponoć apetyt na Karakorum. Co z kolejną wyprawą? Pojedziesz tam w góry, czy znów poznawać ludzi?

Na pewno jadę na trekking, od dawna marzę o Karakorum. Wiesz, Himalaje są piękne, ale te trasy trekkingowe są już bardzo skomercjalizowane. Mają rozwiniętą infrastrukturę, a ja chcę poczuć surowość gór i poznać Pakistan. Mam kilku przyjaciół Pakistańczyków, więc nie boję się tam jechać, bo ktoś na pewno się mną zaopiekuje. Chcę zobaczyć, jak mieszkają, żyją, dowiedzieć się jak, pracują pakistańscy tragarze i przewodnicy. Nie wiem jednak jeszcze, czy wyjdzie z tego jakiś reportaż. Po prostu nie wiem, czy uda mi się aż tyle czasu spędzić w górach, bo na to są potrzebne duże fundusze.

Himalaje trekking

„Himalaje są piękne, ale te trasy trekkingowe są już bardzo skomercjalizowane.” (fot. Magda Lassota)

Karakorum jest droższe?

Tak. Mówi się, że Pakistan potrafi być droższy od Nepalu. A Nepal już nie jest tani, a przede wszystkim trekking pod Everest, Wszystkie te teehouse’y, jedzenie, pozwolenia są nieprawdopodobnie drogie. Właściciele teahouse’ów mogą podnosić ceny, bo wiedzą, że turyści i tak będą musieli zapłacić. W jeden dzień trekkingu można wydać 50 dolarów i więcej, do tego pozwolenia, loty do Lukli. Najgorsze jednak jest to, że jak zwykle bogacą się bogaci, a biedni nadal są biedni. Zobaczymy, jak będzie w Pakistanie.

Trzymam więc kciuki za kolejne projekty i dziękuję Ci bardzo za ciekawą rozmowę.

Rozmawiał: Sławek Nosal

Więcej o Magdzie Lassocie i jej projektach: www.magdalassota.com

Zobacz wywiad, w którym zadaliśmy jeszcze kilka innych pytań. 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: