Połączyć pracę z pasją – wywiad z Anną Szczęsną
Wywiady

Połączyć pracę z pasją – wywiad z Anną Szczęsną

Sławek Nosal / 28 grudnia 2018

W październiku 2018 r. świętowaliśmy w Skalniku 25. rocznicę powstania firmy. Obecność w branży przez taki czas to dla naszej firmy powód do wielkiego zadowolenia, pretekst do odkurzenia kilku ciekawych historii z przeszłości oraz impuls, by pomyśleć dokąd zmierza firma. O początkach, marzeniach i sposobie na outdoorowy biznes opowiada Anna Szczęsna, która w 1993 r. razem z mężem założyła wrocławski Skalnik. 

 
Pierwszy sklep stacjonarny został otwarty na ul. Bogusławskiego i istnieje do dziś. Jak to się stało, że w takim miejscu powstał sklep górski?

Wybór miejsca był przypadkowy. Lokal był przede wszystkim tani. Znajdował się pod estakadą kolejową. Wcześniej były tutaj garaże dla autobusów i PKP postanowiło wynająć te lokale w takim stanie, w jakim one się znajdowały. Samodzielnie mogliśmy zrobić adaptację lokalu i otworzyć w nim sklep. Tak naprawdę więc był to jeden z lokali, na który było nas wtedy po prostu stać.

Czynny do dziś sklep na ul. Bogusławskiego. Lata ’90.

Nowa firma potrzebowała nazwy. Dziś Skalnik to jeden z największych sklepów outdoor, ale trzeba przyznać, że patronuje mu w zasadzie całkiem niewielka góra. Jak to możliwe?

Tak. Ostatnio pytał nawet o to jeden z naszych klientów na Facebooku. Odpowiedź jest taka, że myśmy urośli, a góra niestety nie (śmiech). Pomysł na nazwę wziął się parę lat przed otwarciem sklepu, kiedy wszystko było jeszcze w sferach planów. Założenie było takie, że nazwa ma być polska. To był czas, kiedy wskutek wybuchu przedsiębiorczości wszyscy nazywali swoje sklepy „shopami” albo jakoś podobnie, dlatego przyjęliśmy warunek, że ma być to słowo polskie, związane z górami, stosunkowo krótkie i wpadające w ucho. Miała być to też nazwa, którą będą mogli wymówić cudzoziemcy. Propozycję nazwy – która nam się bardzo spodobała – rzucił jeden z naszych kolegów ze Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich i tak zostało. Nazwa ma jeden minus. Czasem spotykamy się z pytaniami czy Skalnik to sklep, w którym można kupić kwiatki do ogródka. Oczywiście mylą słowo ze skalniakiem (śmiech).

W 1993 r. w Skalniku za 300 tyś. zł. można było kupić „czapkę z wkładem teflonowym”

Początki pewnie były zarówno bardzo ciekawe, jak i pełne trudności. Kilka lat po otwarciu sklepu Wrocław nawiedziła ogromna powódź i z tego co wiem, z powodzią wiąże się bardzo ciekawa historia.

W 1997 r. mieliśmy już dwa lokale – na ul. Bogusławskiego i ul. Polaka. Tuż przed przyjściem wielkiej wody ewakuowaliśmy sklep na ul. Polaka. Byliśmy przekonani, że tam właśnie woda się wedrze, bo jest to miejsce położone stosunkowo blisko Odry. Sklep na ul. Polaka jednak ocalał, a zalany był rejon sklepu na ul. Bogusławskiego, który nie został ewakuowany. Jedyne co zdążyliśmy zrobić w tym miejscu, to ułożyć worki z piaskiem pod drzwiami i zaślepić otwór kanalizacyjny, by woda nie dostała się przez odpływy. Mimo to sklepu nie zalała woda, bo chwilę przed przyjściem fali kulminacyjnej do Wrocławia, przed świeżo wyremontowanym Teatrem Polskim powstała dosyć duża barykada z worków z piaskiem. Trzy tygodnie później przyszła natomiast druga fala powodziowa i wtedy Wrocław walczył z umocnieniem Jazu Szczytnickiego przy moście Zwierzynieckim. Można powiedzieć, że braliśmy wówczas bezpośredni udział w walce z powodzią. Umacnianie jazu polegało na zrzucaniu ze śmigłowców tonowych worków z kamieniami i te worki były podwieszone do śmigłowców na linach dynamicznych, które dostarczał Skalnik.

 

Czy kiedy sklep powstawał mieliście plany lub marzenia, które udało się zrealizować?

Marzeniem było to, żeby połączyć pracę zawodową z pasją. Przed otwarciem Skalnika mój mąż pracował w firmie budowlanej, ponieważ skończył studnia na Politechnice Wrocławskiej. Nasza przygoda z handlem zaczęła się od wspólnych wypraw w Himalaje. W tamtym okresie właściwie nie było możliwości, by wyjechać w Himalaje za własne, zarobione pieniądze. Sposobem na to było zajmowanie się handlem w jedną i drugą stronę. W ten sposób Włodek, zupełnie przez przypadek, odkrył w sobie żyłkę handlowca. Okazało się, że świetnie sobie z tym radzi, szczególnie na Wschodzie, gdzie kultura handlu jest – powiedzmy – specyficzna. Czasem udawało się pewne rzeczy przenieść z tej kultury tutaj (śmiech).
Najważniejsze jednak, że planów do zrealizowania, tych które związane są z prowadzeniem firmy, nie zostało wcale tak wiele. Mój mąż był mistrzem w realizowaniu swoich marzeń. On po prostu coś wymyślał, a potem to robił. Tak było nie tylko w przypadku sklepu.

Naprawdę nie ma choćby drobiazgu, którego nie udało się zrealizować?

Do niedawana był taki drobiazg (śmiech). Kiedyś chciałam, żeby Skalnik posiadał swoje wrocławskie krasnoludki, ale jeden z ich „urodził się” już w tym roku, a niedługo przybędzie kolejny.

 

W 2008 r. Włodzimierz Szczęsny zginął w górach Cordillera Darwin. Tamten dzień był przełomowy w życiu i w firmie. Jak udało się w tak trudnej chwili przezwyciężyć wszystko i poprowadzić sklepy dalej?

To rzeczywiście był bardzo trudny czas, ale udało się go przetrwać z dwóch powodów. Bardzo dużą motywacją dla mnie były dzieci. Otrzymałam również olbrzymią pomoc od przyjaciół i od pracowników Skalnika. Przez cały ten trudny czas, który trwał bardzo długo (ponieważ wiązał się ze sprowadzeniem ciała męża do Polski, co trwało powyżej miesiąca), byłam często wyłączona z jakiejkolwiek pracy, a firma mimo to funkcjonowała. Wszyscy byli wtedy bardzo mocno zmotywowani i dzięki tym wszystkim ludziom udało się wszystko przezwyciężyć.

Po 25 latach Skalnik to firma jeszcze bardziej rodzinna, bo w firmie dziś pracują Państwa dzieci. Łatwo się z nimi pracuje, czy to jest też wyzwanie?

Jest to duże wyzwanie, ale jest to coś, co udało nam się dobrze zorganizować. Każde z nich ma swoją działkę w firmie i wyznaczone zadania. W 2008 r. dwójka naszych dzieci była jeszcze niepełnoletnia, więc ten proces musiał być stopniowy. Pierwszy do firmy dołączył Bartek, później Ola i Kasia. To właśnie dzięki dzieciom firma poszła do przodu w ostatnich latach. Sądzę, że to przede wszystkim ich zasługa. Dzieci parły zdecydowanie w stronę rozwoju sprzedaży internetowej. Gdyby nie ich zapał i pomysły, sama – jako osoba z określonym peselem – nie zdobyłabym się na taki krok.

 

A gdyby tak wybiec w przyszłość i pogdybać… Za kolejne 25 lat – jak wtedy może wyglądać Skalnik?

Zawsze trzeba sobie wyznaczać jakieś cele (śmiech). Chyba mogę powiedzieć, że byłabym bardzo zadowolona, gdyby za kolejne ćwierć wieku Skalnik był rozpoznawalną marką europejską.

 

Można spotkać się z różnymi opiniami co do wielkości tej firmy. Część osób kojarzy ją jako małą firmę rodzinną z Wrocławia, ale są klienci, którzy na słowo Skalnik myślą ogólnopolska „sieciówka”. Gdzie leży prawda?

Prawda jest, jak zwykle, pośrodku! Prawdą jest, że jesteśmy firmą niedużą, rodzinną, ale też prawdą jest to, że w tej chwili mamy zasięg ogólnopolski, a nawet większy. Dzięki sprzedaży internetowej nie ograniczamy się do Wrocławia czy regionu, ale mamy bardzo wielu klientów w całym kraju i za granicą. Wystarczy powiedzieć, że przy otwarciu zatrudnialiśmy jednego pracownika, w 2008 r. pracowników było ok. 10-12, a teraz pracujemy w zespole prawie 50 osób.

Pracownicy Skalnika. Od zawsze zgrany team

A czy nie było takich planów, żeby otwierać sklepy stacjonarne w innych miastach?

Były takie plany. W 2005, może 2006 roku Włodek doprowadził do stowarzyszenia się sześciu najważniejszych wtedy sklepów górskich w Polsce. Mieliśmy robić wspólne zakupy hurtowe, ale trwało to tylko przez chwilę. Jak to bywa w polskich warunkach, z czasem coraz trudniej było się dogadać i ten cały projekt się rozpadł.

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do organizacji. Oprócz tego, że z firmą pracuje najliższa rodzina, to są tu ludzie, którzy pracują w Skalniku od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Jaka jest recepta, żeby ludzi zatrzymać w firmie przez taki czas?

W tej branży trzeba stworzyć takie warunki, żeby ludzie mogli wiązać pracę z pasją. Opieramy się na osobach, które w życiu robią coś więcej niż tylko chodzą do pracy. To główna rzecz, która wiąże nas z pracownikami na tak długo. Bardzo o nią dbamy. Oczywiście najważniejszy jest szacunek dla ludzi. Nie tylko dla pracowników, ale też dla klientów, kontrahentów, partnerów, z którymi współpracujemy.

 

No właśnie, sklep to przede wszystkim klienci. Pamięta Pani, co kupił pierwszy klient?

Oczywiście, że pamiętam! 25 lat temu, przed otwarciem sklepu, zgromadziliśmy sporo towaru, który się nie mieścił w lokalu i był trzymany w domu. Musiało tak być, ponieważ w latach dziewięćdziesiątych problemem było zaopatrzenie, zdobycie pewnych rzeczy. O każdy towar trzeba było w tamtym czasie walczyć. Pierwszym klientem był nasz kolega Andrzej, który wiedział, że chcemy otworzyć sklep i wiedział, że jakiś towar do tego sklepu już mamy. W dniu otwarcia pierwszego sklepu Andrzej kupił kurtkę GORE-TEX® marki Mello’s. Dostał przy zakupie pierwszą kartę stałego klienta, która była wystukana na maszynie do pisania i zalaminowana.

Klient-VIP. Andrzej Zawada robi zakupy w Skalniku

Ciekawi mnie jak zmieniali się klienci. Można się pokusić o taką krótką charakterystykę: klient w 1993 r., klient w 2008 r. i klient dziś?

Gdy otwieraliśmy sklep klient był zdecydowanie mniej wymagający. Był szczęśliwy, jak udało się cokolwiek kupić. Podstawowym kryterium przed dziesięciu, może nawet piętnastu laty, były natomiast finanse. W Polsce na wiele rzeczy nie było nas po prostu wtedy stać. Pamiętam takie historie, że warunkiem koniecznym zakupu kurtki zewnętrznej było to, żeby kurtka goretex, czy inna, miała taką długość, że spod spodu nie wystawał garnitur. Jak się kupiło jedną kurtę, to nosiło się ją wszędzie: do teatru, do pracy i w góry. W tej chwili stać nas, żeby kupić sobie więcej. Klienci są bardziej zamożni i bardziej świadomi. Informacja o produktach i technologiach dostępna jest choćby w internecie, więc klient do sklepu przychodzi świetnie przygotowany i zdarza się, że doskonale wie czego potrzebuje.

 

No właśnie, czy klienci korzystają chętnie ze sklepów stacjonarnych? Czy w dobie internetu, darmowej wysyłki i darmowego zwrotu rynek outdoor nie przenosi się do sieci? Może się wydawać, że prowadzenie tradycyjnych sklepów nie jest w tej chwili ani łatwe, ani zyskowne.

Łatwe nie jest, ale jest opłacalne wtedy, gdy sklep posiada pewną atmosferę. Przede wszystkim kiedy jest to miejsce, gdzie znajdują się ludzie, z którymi można porozmawiać o sprzęcie. W sklepie stacjonarnym można uzyskać fachowe doradztwo. Prowadzenie sprzedaży stacjonarnej ma jak najbardziej sens, ponieważ wciąż jest wiele osób, które chcą dotknąć, przymierzyć produkt zanim się zdecydują. Oczywiście można to samo zrobić otrzymując przesyłkę do domu, nie mniej jednak kontakt z profesjonalistami, na miejscu, spotkanie z ludźmi, którzy mogą doradzić, dobrać – moim zdaniem – jest wciąż bezcenny.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych lat pełnych sukcesów.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: