Jak to się robi w górach, czyli Alpine Wall Tour wytycza „Premiere” – wywiad z Łukaszem Dudkiem i Jackiem Matuszkiem
Wywiady

Jak to się robi w górach, czyli Alpine Wall Tour wytycza „Premiere” – wywiad z Łukaszem Dudkiem i Jackiem Matuszkiem

Angela Semczuk / 23 czerwca 2019

Premiere to mocny, polski akcent na legendarnej ścianie Cima Grande di Lavaredo w Dolomitach. Kultowym rejonie wspinaczkowym dla każdego, kto szuka ambitnych celów do zrealizowania we wspinaniu górskim. Nad nową drogą zespół Alpine Wall Tour pracował przez dwa sezony. Efektem jest wytyczenie pięknej 450 metrowej linii składającej się z 12 wyciągów. Jak wyglądały prace nad drogą i jakie towarzyszyły im emocje? Zapytaliśmy o to u źródła.

 

Kurz już  trochę opadł. Jakie są dzisiaj Wasze wrażenia po wytyczeniu nowej linii wielowyciągowej – Premiere, w Dolomitach?

Jacek: Ja się bardzo cieszę, że nam się udało to zrobić, bo to jest taką wisienką na torcie. To też dla nas wielka satysfakcja, że jesteśmy takim zespołem, który konsekwentnie od lat działa w górach i realizuje wytyczone sobie cele. Jesteśmy skuteczni w górach – to jest fajne.

Łukasz: Dokładnie, w zasadzie począwszy od 2012 roku, jak postanowiliśmy, że wejdziemy w ten świat górski, to wszystkie założone cele realizujemy. Wytyczenie nowej drogi było jednym z nich. Każdego roku dokładaliśmy jakąś cegiełkę, chcieliśmy jakieś nowe doświadczenia zbierać z tego wspinania i nam się to udało.

 

Jak się przygotowywaliście do tego celu? Przedsięwzięcie było duże, a Wy wcześniej nigdy tego nie robiliście.

J: Mi się podoba w naszym wspinaniu to, że wytyczamy sobie cały czas nowe cele i musimy zdobyć doświadczenie, żeby je zrealizować. Fajne jest to, że droga, którą chcemy wytyczyć czy przejść, to nie jest pewniak. Że jest w tym wszystkim taki element przygody. A czy przygotowywaliśmy się do tego? W sumie całe życie.

Ł: Myślę, że można to skwitować takim jednym hasłem – na przypale albo wcale (śmiech). Nie chodzi nawet o wytyczenie nowej drogi, bo gdy po raz pierwszy pojechaliśmy na wielowyciągową drogę w górach, też nie wiedzieliśmy do końca, jak to wszystko będzie. W teorii zdawaliśmy sobie sprawę, jak to ma mniej więcej wyglądać, natomiast w rzeczywistości okazywało się, że są pewne szczegóły, których nie mieliśmy dogranych. Trzeba było dotrzeć to wszystko już w trakcie wspinania.

 

Pierwotnie mierzyliście też w inną ścianę i inny rejon do realizacji tego projektu. Jak to się stało, że padło na Tre Cime di Lavaredo?

J: Tak naprawdę, to chcieliśmy się już trochę odkleić od tych “Tre Cimów”, bo tam kręci się nasza cała historia. Stwierdziliśmy, że znajdziemy jakąś inną, dużą, piękną ścianę, na której wytyczymy niesamowitą linię. Taką ścianą właśnie byłaby Marmolada, ale szybko okazało się, że wszystkie logiczne i piękne linie są już albo wytyczone, albo zajęte. No i trochę się poodbijaliśmy od tych ścian – byliśmy jeszcze na Taè Pic, ale ta ściana z kolei nie wyglądała zbyt obiecująco – była krucha. Przenieśliśmy się jeszcze obok na następną ścianę, ale okazała się jeszcze bardziej krucha. Chociaż z dołu wyglądała dość obiecująco, to w środku ściany są bloki wielkości samochodów, które trzymają się na krawędzi.

Ł: Na dobrą sprawę byliśmy wtedy w beznadziejnym położeniu. Mieliśmy duże chęci do działania, minął już tydzień wyjazdu, a my byliśmy w punkcie wyjścia. Pomysł, żeby wrócić na Cimy wziął się zupełnie przez przypadek. W czasie, gdy Jacek gotował nam obiad, ja kartkowałem już kolejny raz przewodnik Tre Cimów i natknąłem się na drogi jeszcze bez przejścia klasycznego. Jedną z tych dróg była La Strada wytyczona przez polski zespół w latach ‘80 i stwierdziliśmy, że fajnie by było postawić taką kropkę nad i w dokonaniach polskich zespołów na Tre Cime di Lavaredo i przejść tę drogę klasycznie.

Tre Cime di Lavaredo

Wybór ściany na nową drogę nie jest łatwy (fot. J. Matuszek)

 

I ruszyliście pod ścianę?

J: Tak, ale niestety okazało się, że pierwsze 100 metrów drogi jest permanentnie mokre, a my nie chcieliśmy wytyczać linii, której nikt nie będzie mógł i chciał po nas przejść. Wtedy znaleźliśmy zaledwie kilkadziesiąt metrów dalej kawałek suchej ściany. Wytyczyliśmy pierwszy wyciąg, potem drugi i już wiedzieliśmy, że stworzymy nową linię, ale nie będziemy uklasyczniać La Strady, bo byłaby to sztuka dla sztuki.

 

Coś Was pociągało w tej nowej ścianie?

J: Tak, ciągnął nas do niej filar, który znaleźliśmy po lewej stronie. Jest przepiękny! Zaczyna się około 200 metrów nad ziemią i wiedzieliśmy, że wspinanie na ostrzu filara będzie powietrzne i ekscytujące.

Ł: Po 6-7 wyciągach udało nam się dotrzeć do niego i na nim kontynuowaliśmy wspinaczkę praktycznie do samej góry

J: Wspinanie na nim jest wyjątkowe, bo dochodzisz do miejsca, w którym nie ma żadnych nachwytów tylko są same odciągi, więc wspinamy się trochę “na misia”, cały czas przytulając się do filara.

 

Jak wyglądało planowanie drogi? Wiedzieliście jak będą przebiegać kolejne wyciągi?

J: Była pewna wizja. Widzieliśmy filar i na pewno chcieliśmy się nim wspinać, ale wytyczanie drogi to jest taki proces, który się dzieje na bieżąco i często patrzy się na formacje i idzie gdzie “puszcza”. Bierzemy pod uwagę, jak chcielibyśmy iść, ale równie ważne jest, by ta linia była logiczna, by ktoś następny nie miał problemu z odczytaniem tej właściwej sekwencji. Chcieliśmy bardzo uniknąć czegoś takiego, że puścimy naszą drogę jakąś super gładką płytą, forsując kawałek skały, ale będzie można go obejść.

 

Jak porównacie teraz, znając już ten proces wytyczania drogi, wspinanie sportowe/klasyczne powtarzające czyjeś przejście do tworzenia nowej, własnej linii? Spodobało Wam się to?

Ł: Powtarzanie istniejącej drogi jest o tyle łatwiejsze, że mamy pewność, że taką drogę da się poprowadzić, bo skoro ktoś już to zrobił, to może być kwestia większej siły czy motywacji, ale wiadomo, że da się ten kawałek skały przejść. Natomiast przy Premiere cały czas towarzyszyło nam uczucie niepewności i takich chwil zwątpienia mieliśmy całkiem sporo. Dochodziliśmy do miejsca i mówiliśmy – nie, no tutaj to już się nie da przejść, albo dojdziemy 50 metrów wyżej i trzeba będzie się wycofać, to co zrobimy?

 

Czyli metoda prób i błędów?

Ł: Metr po metrze szukaliśmy cały czas przejścia w ścianie. Mimo że droga nie ma technicznych najwyższych światowych trudności (7b przyp. aut.). to wytyczenie nawet takiej drogi wymaga dużo większego zaangażowania fizycznego i psychicznego niż powtórzenie już istniejącej drogi.

J: Zdecydowanie. To zaangażowanie, w wytyczeniu swojej drogi jest zdecydowanie większe, przewyższa jakiekolwiek powtórzenie drogi. Mi się bardzo ten proces spodobał, szczególnie ta przygoda i niepewność, która temu towarzyszy. Pamiętam, jak zdobywałem każdy kolejny metr i osadzaliśmy kolejne przeloty, to był tak wielki sukces! Porównywalny z poprowadzeniem całego normalnego wyciągu. A to było przewspinanie jakichś 3-4 metrów.

Alpine Wall Tour wytycza Premiere

Łukasz przygląda się ścianie podczas zjazdu. (fot. J. Matuszek)

Cała paleta emocji – od frustracji po totalną euforię?

AWT: Dokładnie!

Ł: Warto zaznaczyć, że kolejny aspekt wytyczania drogi to ta część fizyczna. Takiej roboty ścianowej, nawet nie wspinania. Za każdym razem, gdy wchodziliśmy wyżej, zakładaliśmy poręczówki, zjeżdżaliśmy na sam dół, więc kolejnego dnia musieliśmy podejść do tego miejsca, gdzie skończyliśmy. Do tego dochodzi jeszcze zrzucanie kruszyzny, czyszczenie tych wyciągów. To jest mozolny proces i po tygodniu pojawia się zwykłe znużenie i taka myśl o poranku, że znowu trzeba iść do roboty. Dlatego nie wyobrażam sobie robić tego na co dzień – jest to zbyt żmudny proces.

J: To prawda, ale jeszcze chciałem dodać, że w tworzeniu nowej drogi jest też ten akt twórczy, kreacja. To coś takiego nieuchwytnego, co w zasadzie zapisuje się w historii wspinania.

Ł: Gdy wyjdzie następna edycja przewodnika po Tre Cime di Lavaredo, znajdzie się tam nasza droga i nazwiska.

 

Mówiliście o ważnej roli psychiki. Czy przygotowywaliście się do tego jakoś? Braliście pod uwagę, że przyjdą momenty frustracji, załamania i coś będzie szło nie po Waszej myśli?

J: Brałem pod uwagę, że będzie ciężko, że będziemy musieli się na przykład wycofać. Zrobimy kilkadziesiąt wyciągów i skała “nie puści”. Trzeba to wszystko kalkulować, ale myślę, że trzeba też być odpowiednio dojrzałym, żeby wytyczać nowe drogi – i osobowościowo, i jako wspinacz. Trzeba mieć kompendium umiejętności, żeby to robić. Bo takie właśnie sytuacje i zwątpienie na pewno się pojawią. Ono jest wpisane w ten proces, kluczowe jest, jak sobie z nim poradzimy i czy nas nie przerośnie.

Ł: Wynikiem u nas był optymizm, który cały czas się pojawiał. Od momentu, kiedy zaczęliśmy prace nad drogą, nie wątpiliśmy w to, że uda nam się osiągnąć sukces. Czasami utknęliśmy w jakimś miejscu i wydawało się, że sytuacja jest bez wyjścia, ale w momencie gdy wywalczyliśmy dany punkt i jeszcze wspięliśmy się kilka metrów wyżej, to napawało nas to większym optymizmem.

 

Jak ważne w takich sytuacjach jest partnerstwo?

J: Bardzo ważne jest to, że robiliśmy to we dwóch. Nieraz na jednym wyciągu zmienialiśmy się na prowadzeniu kilka razy.

Ł: Dochodziło do sytuacji, że osoba prowadząca fizycznie jeszcze dałaby radę się wspinać, ale głowa odmówiła posłuszeństwa, wtedy był szybki zjazd do stanowiska i zmiana na prowadzeniu. Jeśli była potrzeba, to nawet dwa razy się zmienialiśmy na jednym wyciągu. To jest duży komfort, że można sobie zaufać.

Zespół Alpine Wall Tour

Radość zawsze na pierwszym planie. (fot. J. Matuszek)

Jak długo się pracuje na taki komfort, ile się już razem wspinacie?

J: W górach wspinamy się razem już jakoś 7 lat.

Ł: Zaczęło się od skałek, kiedy próbowaliśmy drogę jednowyciągową, która miała jakieś 90 metrów długości. Można by było ją spokojnie podzielić na 3 wyciągi. Wtedy stwierdziliśmy, że skoro robimy tak długie drogi za jednym podejściem, a te najkrótsze wielowyciągówki mają niewiele więcej metrów, może byśmy spróbowali czegoś dłuższego.

J: To był ten moment, gdy podjęliśmy decyzję, ale pamiętam, że wcześniej przez kilka lat namawiałem Łukasza na te góry i nie do końca był jeszcze przekonany. A ja wiedziałem, że jak mam się wspinać w górach, to tylko z Łukaszem, bo mam do niego zaufanie i on jest mocnym i sprawdzonym zawodnikiem. Nie chciałbym z nikim innym robić trudnych rzeczy.

 

Czyli na pierwszej drodze wielowyciągowej wiedzieliście już czego się po sobie spodziewać?

Ł: Tak, ale zdecydowanie na pierwszym takim wyjeździe przeżyliśmy chrzest bojowy. Mam wrażenie, że na żadnym kolejnym wyjeździe nie dostaliśmy tak w kość. Niby już troszeczkę się wspinaliśmy wielowyciągowo, ale rzuciliśmy się od razu na bardzo trudne drogi. Pierwsze było Kaisers neue Kleider (8b+, 250 m, jedna z dróg Trylogii Alpejskiej  – przyp. red.), która miała tylko kilka przejść. To jest jedna z najtrudniejszych dróg wielowyciągowych w Europie. Niestety wszystkie słabości, jakie wtedy mieliśmy, podczas tego przejścia były napiętnowane. Dużo rzeczy związanych ze wspinaniem wielowyciągowym musieliśmy się nauczyć.

J: Na szczęście mieliśmy taki zapas sportowy, że jednak bardzo szybko się zaadaptowaliśmy. Myślę, że w porównaniu z innymi początkującymi zespołami, przewagę nam dało to, że poziom sportowy i ogólne wytrenowanie było bardzo wysokie. Dlatego te błędy przekuliśmy w umiejętności.

Zespól podczas akcji w ścianie

Prace nad drogą trwają… (fot. E. Romański)

Coś Wam utkwiło w pamięci z tej pierwszej drogi?

Ł: Ja zapamiętałem, jak pierwszego dnia sami nie wiedzieliśmy do końca , ile tego sprzętu będzie nam potrzebne. Tak załadowaliśmy plecaki, że jak przyszło do tego, żeby się z nimi wspinać to szybko stwierdziliśmy, że musimy cały sprzęt odchudzić. I to mocno.

 

Pojawiały się też błędy logistyczne już w ścianie?

AWT: Oj tak, cały czas.

Ł: Podczas jednych z pierwszych wyjść mieliśmy kiepski plecak, wtedy jeszcze nie współpracowaliśmy z Salewą, i przy wyciąganiu kurtki wypadły buty wspinaczkowe, które stoczyły się do podnóża ściany. Kilka dni później mieliśmy dokładnie taką samą historię z butelką wody.

J: Na szczęście mieliśmy drugą, bo inaczej musielibyśmy zjechać.

Ł: Bardzo duży problem mieliśmy też z “małpowaniem”, czyli podchodzeniem na przyrządzie samozaciskowym. Jak trenowaliśmy tę czynność na nizinach, to szło nam niby gładko, ale jak później okazało się, że trzeba “przemałpować” 150 metrów ściany, to już nie było to takie oczywiste.

J: Za to teraz, już po tylu latach i metrach, które przemałpowaliśmy, tak mamy to wyćwiczone, że jak wzięliśmy kolegę, który na co dzień pracuje na wysokościach, to musieliśmy mu wszystko pokazać od nowa. A wydawało nam się, że osoba, która robi to na co dzień, powinna bardzo szybko poruszać się na linach

Ł: Tak, poruszał się tempem żółwia, wyglądał tak jak my kilka lat wcześniej (śmiech).

 

Później były też pierwsze noclegi. Jak wspominacie spanie w portaledge’u?

J: Gdyby nie to, że portaledge waży 10 kg i trzeba wtachać dużo sprzętu i żywności, żeby w ogóle zabiwakować, to samo biwakowanie jest przyjemne.

Ł: Może akurat nie podczas pierwszej nocy (śmiech), bo mieliśmy portaledge’a bez namiotu, który można na nim rozstawić. Wiedzieliśmy, że nie będzie nam potrzebny, bo będziemy spać pod olbrzymim okapem. Jak doszliśmy do tego miejsca, to okazało się, że u podnóża okapu jest wielka rysa, z której notorycznie kapie woda. Akurat rozbiliśmy się w tym miejscu, na które ta woda kapała i cała noc była niezbyt komfortowa.

J: Tak, w zasadzie od pasa w dół byliśmy cali mokrzy. Przykryliśmy sobie tylko twarze.

Alpine Wall Tour - "Premiere"

Noc w ścianie to nieunikniony element bigwallowej przygody. (fot. archiwum AWT)

Kolejna przygoda spotkała Was na drodze Brento Centro. Zaskoczyła Was bardzo duża kruszyzna. Gdybyście wiedzieli o niej wcześniej, to zdecydowalibyście się na to przejście?

AWT: (chwila ciszy i zwątpienia) Chyba nie.

J: Myślę, że nie podjęlibyśmy się tej wspinaczki, gdybyśmy wiedzieli, że ta droga jest aż tak krucha. Czytaliśmy o niej, że jest krucho, nawet ekstremalnie krucho.

Ł: Ale wszyscy tak piszą (śmiech).

J: Tak, każda droga jest tak opisana w górach. Ale jak pod tym podpisuje się David Lama, to należy mu ufać. Niedawno też wytyczył jakąś nową drogę i napisał, że jest ekstremalnie krucho i nie poleca. I wiem, że na pewno tam nie pójdę jego śladem. Jeszcze chciałbym dodać – nie wybierajcie się tam na Brento Centro, naprawdę.

Ł: Jednak trzeba przyznać, że linia zdecydowanie jest ciekawa. To kwestia dwóch różnych pojęć, bo jeżeli stoimy na parkingu i widzimy, jak jest wytyczona – to w zasadzie jest jedyna klasyczna droga przecinająca znajdujące się tam morze okapów. To wygląda niesamowicie spektakularnie i efektownie. Nie wiem, czy którakolwiek z dróg, które przeszliśmy, robi równie duże wrażenie. Co innego jednak, jak się ma już bliższy kontakt z tą drogą – kruszyzna i przeloty w nią wbite. Tam mogą oderwać się całe połacie skał.

 

Stoczyliście tam też największą walkę psychiczną? Co było dla Was najtrudniejsze?

J: Pamiętam wyciąg już pod koniec drogi, wyceniony na 6a. Takie trudności ja przebiegam. Powinno mi to zająć około 10 minut, a wspinałem się po nim godzinę. Kruszyzna była tak wielka, że to było dla mnie jak taniec pająka po chwytach, które mogą się urwać. Sekwencja, której szukałem, to było, jak przejść, żeby nie urwać kawałka ściany i całych jej struktur. A najstraszniejsza historia zdarzyła się, gdy staliśmy u podnóża ściany przed finalnym przejściem. Spoglądaliśmy w górę, a obok nas zeszła cała lawina kamieni i ścięła drzewa. Kamienie były takiej wielkości, że jakbyśmy tam stali, to byłby koniec naszej historii. Łukasz wtedy bez słowa wziął plecak i zaczął się wspinać do góry, żeby jak najszybciej iść wyżej i uciekać przed tymi kamieniami, które samoczynnie odczepiają się od góry. Dlatego nie wybierajcie się tam, nie polecam tej wspinaczki.

 

A co w takim razie było najciekawszą przygodą podczas realizacji  górskich projektów?

Ł: Może te burze, które nas dopadły. Na End of Silence widzieliśmy mordor, jak zbliżał się do nas, pamiętasz?

J: To było emocjonujące.

AWT: Tak szybko jeszcze nigdy nie zjeżdżaliśmy (śmiech).

Załamanie pogody w czasie wspinaczki

Pogoda nie zawsze jest wymarzona. (fot. J. Matuszek)

To już było po zakończonej drodze?

Ł: Nie, podczas próby. Była taka sytuacja, jak doszliśmy do najtrudniejszych wyciągów. Ja spróbowałem wyciąg, później Jacek próbował i jak zjechał, to widzieliśmy jak u wylotu doliny idzie mordor, ale to faktycznie taki jak we “Władcy Pierścieni”. Ciemna, czarna, burzowa chmura. W tym momencie zaczęliśmy zjeżdżać. Udało nam się zjechać do podstawy ściany, ale zostały jeszcze zjazdy z drzew do ścieżki dojściowej. Gdy dotarliśmy do tych drzewek, to przyszło takie załamanie pogody, że nie byliśmy w stanie się ruszyć na metr. Skuliliśmy się i czekaliśmy, czy przetrwamy to jakoś.

J: Pamiętam, że grad uderzał mnie w plecy. Cieszyłem się tylko, że mam kask, by nie uderzał mnie też w głowę. Miałem wrażenie, że deszcz pada poziomo, bo wiało tak mocno.

Ł: Ale pamiętam też przyjemniejsze historie. Jak pierwszy raz podeszliśmy pod północną ścianę Cimy Zachodniej i wszyscy nas przestrzegali – weźcie sobie ciepłe rzeczy, bo tam słońce nie zagląda i jest bardzo zimno. A my akurat trafiliśmy w moment, kiedy chyba jest najcieplejsza część roku. Okazało się, że wspinaliśmy się bez koszulek. Było tak niesamowicie ciepło. Myślę, że takich dni w roku tam jest może 3-4, a my akurat w nie trafiliśmy. Jakbyśmy się wspinali na południu Hiszpanii, a wszyscy radzili, że puchówka i czapka są podstawowym zestawem na tej ścianie.

J: Niesamowite było też wspinanie się w nocy podczas finalnego przejścia Bellavisty (8b+, 500 m) i Drogi Hiszpańskiej (8b+/c, 500 m – Cima Grande).

Ł: W zasadzie zawsze kończyliśmy w ciemnościach i z czołówkami.

J: Tak, a kilka lat później skończyliśmy drogę Project Fear (8c, 550 m – Cima Ovest di Lavaredo). i byliśmy pierwszy raz na szczycie o zachodzie słońca, i było przepięknie.

Ł: Ale za to dopadła nas burza też po drodze. To było takie dość traumatyczne przeżycie. Gdy Jacek wspinał się kominem, zaczęło lać i byłem pełen obaw, czy jak przejdę tym kominem, to będę walczył ze skałą czy rwącym potokiem. Jacek doszedł do półki i założył stanowisko z jednego haka, przez który zaczęłą przepływać rzeka. Gdy do niego dotarłem, to po kilku minutach miejsce, w którym się wspinaliśmy, zamieniło się w wodospad.

Alpine Wall Tour w ciemnościach

Radość po ukończeniu drogi w ciemnościach. Alpine Wall Tour na szczycie (fot. J. Matuszek)

Jakie macie teraz kolejne cele? Chcecie wytyczać jeszcze nowe drogi?

AWT: Na razie robimy przerwę.

Ł: Jacek się nauczył latać i chce sobie polatać.

J: Będę w tym roku robił taki duży projekt – samotny trawers Dolomitów – wspinaczkowo-paralotniowy. Będę przemierzał Dolomity z północy na południe. Do pokonania jest 190 kilometrów. Po drodze wytyczyłem sobie 10 szczytów, na które zamierzam wejść i z nich zlatywać na paralotni. Daje sobie na to trzy tygodnie.

 

Ktoś już tego próbował?

J: Nie wydaje mi się, to jest pionierska sprawa. Od września uczę się dopiero latać na paralotni, ale dobrze mi idzie, mam dobrych mentorów i myślę, że do sierpnia będę już na odpowiednim poziomie. Jeszcze w tym roku chcę zrealizować cały projekt.

 

Trzymamy zatem kciuki za powodzenie. Łukasz, planujesz jakieś projekty solowe?

Ł: Myślałem, żeby zrobić jeszcze coś nowego we wspinaniu i spróbować czegoś samotnie, ale dużo zależy od tego, jak uda mi się przygotować. Mało wspinałem się sam i zależy, jakie umiejętności uda mi się posiąść w najbliższym czasie. Jeśli będzie mi dobrze szło, to chciałbym spróbować drogi, która będzie wymagająca. Nie chcę jeszcze się publicznie zobowiązywać.

 

Ale droga jest na celowniku?

Ł: Tak, jest już na celowniku, ale wszystko zależy od tego, jak będzie przebiegał progres we wspinaniu solowym.

 

Ciągnie Was cały czas do nowości. Chyba szybko się nudzicie?

Ł: Wydaje mi się, że to jest kwestia motywacji. Ciągłe robienie nowych rzeczy motywuje do tego, żeby działać w górach, żeby się wspinać i to jest bardzo istotny bodziec.

J: Ja już myślę o przyszłym roku. Łukasz też miał pomysł, żeby pojechać gdzieś dalej. Mi się ten pomysł podoba, ale nie będziemy jeszcze tutaj o tym mówić

 

To na koniec powiedzcie jeszcze nam, jak świętujecie swoje sukcesy? Macie jakiś swój mały rytuał?

Ł: Dużą pizzą (śmiech)

J: Raz było tak, że skończyliśmy właśnie trudną drogę i od razu na głodnego wpakowaliśmy się do samochodu, i ruszyliśmy w stronę Polski. Nagrodą było to, że nasz operator, Wojtek Kozakiewicz, będzie prowadził, a my możemy w tym czasie spać.

Alpine Wall Tour na tle Tre Cime di Lavaredo

Sukces! I radość… że to już koniec. W tle masyw Tre Cime di Lavaredo. (fot. archiwum AWT)

Czyli projekt ukończony i już myślicie o kolejnym? Czy cieszycie się chwilę tym zrealizowanym?

AWT: Nie, no nie, cieszymy się.

Ł: Cieszymy się tym, że to już koniec (śmiech).

J: Zbijamy piątki na szczycie i jest radość, ale też trzeba pamiętać, że jeszcze z tego szczytu trzeba zejść.

Ł: Wszystkie nasze finalne przejścia trwały bardzo długo i były wyczerpujące. Począwszy od Bellavisty po ostatnią naszą drogę Premiere wspinaliśmy się po 24 godziny albo dłużej. Przychodziliśmy na parking tak padnięci, że nasza radość wynikała z tego, że to już się skończyło. Rok 2015 był tak intensywny, że nie wyobrażam sobie, żeby to powtórzyć. Od maja do września cały czas działaliśmy. Eksploatacja organizmu była niesamowita.

J: Oj tak, 2015 rok był najcięższym rokiem w naszej karierze. Zdecydowanie. Myślę, że to już jest nie do powtórzenia, Już nie jesteśmy tacy młodzi, a to było balansowanie na krawędzi. Bardzo krótki czas, a tak intensywny. W międzyczasie nasze życie też się zmieniło, Łukaszowi się urodził syn, a mi córka. Jesteśmy ojcami i jakoś wszystko trzeba godzić.

Ł: Dlatego nie rzucamy już wszystkiego na jedną szalę. Nie ryzykujemy i dajemy sobie taki margines. Trochę więcej odpoczynku, żeby mieć jeszcze siłę i czas dla najbliższych.

J: Z czasem zmienia się myślenie i sukcesem jest też powrót do domu. To nie są już czasy, kiedy mamy po 20 lat i wydaje nam się, że jesteśmy niezniszczalni. Ta kalkulacja ryzyka zmienia się też w momencie, kiedy stajemy się rodzicami.

 

W takim razie życzymy dalszych sukcesów i szybkich powrotów do najbliższych 🙂

Rozmawiała Angela Semczuk – redaktor skalnik.pl

 

Wykaz dróg wymienionych podczas rozmowy:

Premiere (7b, 450 m – Cima Grande di Laveredo)

La Strada ( VI+ A2 – Cima Grande di Laveredo)

Des Kaisers neue Kleider (8b+, 350 m, jedna z dróg Trylogii Alpejskiej – Wilder Kaiser)

Brento Centro (8b, 900 m – Monte Brento)

End of Silence (8b+, 350 m, jedna z dróg Trylogii Alpejskiej – Feuerhöndl)

Bellavista (8b+, 500 m – Cima Ovest di Lavaredo)

Droga Hiszpańska (8b+/c, 500 m – Cima Grande)

Project Fear (8c, 550 m – Cima Ovest di Lavaredo)

 

Z Alpine Wall Tour mieliśmy też okazję porozmawiać chwilę przed kamerą:

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: