Widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów – wywiad z Michałem Dzieniszewskim
Wywiady

Widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów – wywiad z Michałem Dzieniszewskim

Sławek Nosal / 25 kwietnia 2019

Zanim poznałem Michała w pracy, to już zdążyłem o nim usłyszeć. Wiedziałem, że jest z Karkonoszy, że dobrze jeździ na nartach i że jest trochę szalony, bo próbował nawet samodzielnie wystrugać sobie narty. W ostatnim roku kilkakrotnie zadziwiał, nie tylko ekipę Skalnika, swoimi pomysłami i determinacją. Zaliczył parę udanych zawodów skiturowych i wygrał wyzwanie Dynafit Mountopia Challenge. Dzięki temu wywalczył sobie udział w Sellaronda Skimarathon, a za chwilę startuje w Trofeo Mezzalama – zawodach uważanych za jedną z najtrudniejszych imprez sportowych w skialpinizmie.

 

Jak długo jeździsz na nartach? Pamiętasz dzień, w którym przypiąłeś dwie deski do nóg?

Nie pamiętam tego dnia. Jeździć zacząłem w wieku 4 lat, ale pierwsze moje wspomnienia narciarskie to wyjazd do Czech z rodzicami. Później był jeden, drugi i trzeci klub narciarski. Teraz od kilkunastu lat jest to już jazda samotna. Sam się szkolę i doskonalę.

 

Trafiłeś do klubu więc chyba od początku jeździłeś na zawody narciarskie?

Od razu zacząłem startować w zawodach. Oczywiście małego dzieciaka dosyć luźno się prowadzi. Nie był to od razu fachowy trening, ale jakieś tyczki i element rywalizacji były. Pamiętam, że trener smarował nam narty zwykłą parafiną na zawodach (śmiech). Coś się tam jeździło po lokalnych zawodach, takie były początki. Dopiero później trafiłem do klubu sportowego w Szklarskiej Porębie i tam zaczęła się konkretniejsza jazda.

serwis dynafit

„Trochę” lepszy serwis niż ten z czasów zawodniczych początków (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Zaczynałeś więc od narciarstwa alpejskiego. Powiedz jak szybko odkryłeś skitouring?

Zależy jak na to spojrzeć. I szybko, i wolno. Próbowałem większości dyscyplin narciarskich, ale pierwszy raz na nartach skitourowych jeździłem 11 bądź 12 lat temu. Wtedy był to dla mniej jeszcze sport uzupełniający. Skiturowałem po to, żeby wcześniej rozpocząć sezon narciarski turystycznymi wyjściami w Karkonosze i był to też sposób, żeby ten sezon zakończyć później, w momencie, gdy na nartostradach nie było już śniegu. W tym czasie głównym moim sportem było narciarstwo zjazdowe, może już nie tyczki, choć one się też gdzieś tam trafiały. Głównie chodziło w tamtym czasie o jazdę pozatrasową i funcarvingową.

 

Ale początki, o których mówisz, to było chodzenie z nartami zjazdowymi, czy od razu były to narty skitourowe?

Oczywiście każdy wtedy zaczynał od zjazdówek branych w teren! Jedenaście czy dwanaście lat temu to było już na pierwszym wiązaniu skitourowym. Wciąż jednak chodziło się w butach zjazdowych, przeniesionych z tyczek. Nie było wygodnie, ale dało się chodzić.

 

Zdarza się, że wychodzisz na narty dla przyjemności, żeby poszurać na fokach, czy też każde wyjście traktujesz jak trening?

Wyjść treningowych musi być w sezonie bardzo dużo, ale też zdarzają mi się zwykłe wycieczki narciarskie ze znajomymi.

Michał podczas zawodów skitour (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Kręcą cię jeszcze narty zjazdowe? Zaczynałeś od nich, więc zastanawia mnie czy wracasz czasem do stania w kolejce na wyciąg, karnetu i jazdy po sztruksie?

Coraz trudniej jest mi znajdować wyzwania na stoku, przeżyć nowe bodźce, zdobyć nowe doświadczenia. Głównie z tego powodu siedzę praktycznie cały czas w terenie. Takie wyzwania coraz trudniej jest mi również znaleźć nawet poza trasą w okolicy Szklarskiej Poręby, gdzie najczęściej bywam. Uzupełniłem więc narty mocnymi podejściami, podczas których można się wyżyć i osiągnąć coś nowego.

 

Zawodniczy skitouring w Polsce to jest niszowy sport, czy to się jakoś mocniej rozkręca?

Faktycznie nie jest to duże środowisko. W Polsce jest to może około 100 osób, które mają troszkę lżejszy sprzęt i myślą o tym jak szybciej dostać się na górę, jak szybciej zjechać i traktują skitouring jako sport o charakterze wytrzymałościowym. Na Dolnym Śląsku są może cztery osoby, które nie wstydzą się wyjść w gumie (kombinezonie – red.) na skitury. Jest nas więc tak naprawdę garstka.

 

Co w sportowym skitouringu jest ważniejsze: szybkie podejście czy techniczny zjazd?

Jedno i drugie. Ja w skitouringu wziąłem się z narciarstwa zjazdowego, więc u mnie zjazd nigdy nie jest problemem. Zazwyczaj na zjazdach wyprzedzam osoby, które gdzieś tam koło mnie zakończyły podejście. Nieco gorzej czuję się w kwestii wytrzymałościowej. Podobno dojrzały skitourowiec to jest bardzo dobry narciarz, który z roku na rok dorasta wytrzymałością, żeby być coraz mocniejszy.

 

Wszystko więc jeszcze przed Tobą (śmiech).

Tak, tak. Po trzydziestce zaczyna się dla wytrzymałości ponoć najlepszy wiek (śmiech).

Michał Dzieniszewski biegi górskie

Za sportowymi wynikami zawsze kryją się setki godzin treningów (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Są zawody – na przykład te w najbardziej technicznym terenie – gdzie startuje się w parach. Jak wygląda dobór takich par?

Dobieramy się samodzielnie i zgłaszamy na zawody. W parze poziom sportowy musi być mniej więcej na równym poziomie. Wtedy można zaliczyć nalepszy start w takiej formule.

 

Oprócz zawodów sportowych podejmujesz się wyzwań skialpinistycznych. Do nich potrzeba więcej sprzętu niż tylko same narty. Do takich zadań bierze się czekan, czasem linę, raki skiturowe. W takich wypadkach waga sprzętu jest dalej najważniejszym kryterium doboru?

Sprzęt na zawody jest ekwipunkiem skrajnie lekkim. Czasem ciężko mówić w tym przypadku, że jest to tak naprawdę sprzęt w 100% skuteczny. W górach potrzebujesz czegoś solidniejszego niż sprzęt zawodniczy, więc czasem ma się dwa lub trzy komplety sprzętu w domu. Inny na zawody i inny na działania w górach. Dobrym przykładem są ultralekkie sondy lawinowe i łopaty. To sprzęt tylko na zawody. Trzeba go mieć, by spełniać kryteria na starcie i można na niego sobie pozwolić, jeśli wokół są dziesiątki takich sond i łopat. Jeśli kilka się zepsuje, są jeszcze następne. Jak wychodzisz w dwu-, trzyosobowym zespole w góry, to potrzebujesz czegoś, czemu można bardziej zaufać.

 

W tym roku Twoje główne starty to Sellaronda Skimarathon i Trofeo Mezzalama. Są to zawody, do których start wywalczyłeś sobie w projekcie Mountopia organizowanym przez markę Dynafit. Wiem, że wygranie wyzwania Mountopia kosztowało Cię dużo czasu i dużo wysiłku. Jak wygrać taki challenge i pokonać ludzi, którzy żyją i trenują na przykład w Alpach.

Mountopia trwała trzy tygodnie. Rywalizacja polegała na tym, żeby wybiegać jak najwięcej metrów, a właściwie kilometrów, w pionie. Każdy z uczestników miał konto w serwisie Strava, gdzie zliczane były wszystkie przewyższenia. Było to ogromne wyzwanie fizyczne i organizacyjne. Sporo czasu udało mi się wygospodarować urlopami i dobrym ułożeniem grafiku w pracy. Pierwszy tydzień pokrył się z moim urlopem, który był wcześniej zaplanowany. Miałem dużo wolnego czasu i bardzo mało przewyższeń. Początek wyzwania spędziłem na portugalskim wybrzeżu, gdzie najwyższe przewyższenie liczyło około 20 metrów. Tłukłem te dwudziestki góra-dół nawet do 80 razy dziennie (śmiech). Potem wyskoczyłem w Tatry na trzy lub cztery dni. Tam biegałem na Kasprowy, zjeżdżałem kolejką i takie 3 razy na dzień dawały mi około 3000 metrów przewyższeń. Tak wyglądały pierwsze dwa tygodnie, w których zdarzyło się też kilka wyjazdów na Ślężę, Wieżycę i w stronę Kotliny Kłodzkiej. Trzeci tydzień to była już zaplanowana mordęga w Ośrodku Narciarskim Czarna Góra. Podbiegałem stokiem do góry, zjeżdzałem wyciągiem w dół. I tak w kółko. W momencie, kiedy wyciąg już nie działał wyciągałem jeszcze narty skiturowe i na dokładkę robiłem kilka serii dół-góra.

Portugalia trening Mountopia

Jeden z treningów na portugalskim wybrzeżu (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Ponoć przez trzy tygodnie miałeś jeden dzień przerwy… Jak wyglądał dzień treningowy, a jak wykorzystywałeś czas na odpoczynek?

Dzień treningowy – pobudka często o 5 rano, szybkie śniadanie i wyjście w góry. Były to raczej długie niż intensywne treningi. Krótki dzień oznaczał aktywność do godziny 16, długi – już pod koniec projektu Mountopia – nawet do godziny 20. Cały czas było to bieganie dół-góra-dół, z jakąś małą przerwą na obiad i regenerację. Po powrocie do domu zostawało tylko zjeść i wyspać się.

Restowych dni było bardzo mało, ale może więcej niż jeden (śmiech). To były raczej dni organizacyjne. Poświęcałem je albo na przejazdy w kolejne miejsca, gdzie miałem trenować i nabijać kilometry, albo na pracę. Nawet jak nie udawało się wyrwać z Wrocławia, to szedłem na lokalną górkę i klepałem przewyższenia.

 

Do takiego wysiłku potrzebowałeś dużo energii. Sam przyrządzałeś posiłki?

Tak, posiłki robiliśmy w domu. Gotowałem sam, albo gotowała je moja żona. Nie były to może idealne posiłki dla sportowca, ale kluczowe było to, żeby były szybkie w przyrządzeniu. Najczęściej były to makarony z sosami, trochę kurczaka. Taki obiad to pół godziny roboty. Potem można go szybko zjeść i równie szybko pójść spać, bo sen jest najważniejszym czynnikiem pozwalającym na regenerację.

 

Porozmawiajmy o Sellaronda Skimarathon. Co było na tych zawodach dla Ciebie największym zaskoczeniem?

Ciężko wybrać będzie jedną rzecz. Przede wszystkim liczba osób startujących w zawodach. Sznur czołówek na starcie i na drugim podejściu był niesamowity. Podobała mi się trasa. Na przykład trzeci zjazd w pełnych ciemnościach, oświetlony dwiema czy trzema czołówkami. Zjazd robiliśmy na pełnej prędkości, z takimi długimi agrafkami po 180°. Pokonywaliśmy je na pełnym “speedzie” i na zupełnie nieznanej trasie. To zapada w pamięci. Masa adrenaliny podczas tego zjazdu była.

 

W tym roku na Sellaronda Skimarathon startowało ponad 1200 osób. Ty i Michał Klamut jako zespół wywalczyliście 159 miejsce. Wiele osób mówi, że to świetny wynik, tym bardziej, że ponad 60 zespołów nie ukończyło wcale zawodów. Jesteście zadowoleni ze swojej pozycji?

Tak. Na pewno. Nie spodziewałem się tak dobrego miejsca. Były to nie tylko moje najdłuższe zawody skiturowe, ale też najdłuższe przejście na nartach jednego dnia. Prawie 42 kilometry i około 3000 m w pionie. Jak dla mnie to sporo. Tym bardziej, że nie wiedziałem do końca jak zachowa się mój organizm. Pamiętam, że pierwsze z czterech podejść podchodziliśmy delikatnie. Michał jest bardzo mocnym zawodnikiem, dlatego na podejściach to on bardzo mi pomagał. Na zjazdach się nie ociągałem. Michał też dobrze jeździ, więc na zjazdach wyprzedzaliśmy innych zawodników.

sellaronda skimarathon meta

Michał Dzieniszewski i Michał Klamut na mecie Sellaronda Skimarathon (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Na drodze do mety mieliście jakieś niespodzianki?

My na szczęście nie, ale po drodze widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów.

 

Pokonaliście trudną trasę w dobrym czasie, ale nie mieliście dosyć. Zaraz po zawodach wybraliście się na turę w masyw Sass Pordoi.

Wyjechaliśmy tak daleko od domu, a wokół były tak piękne góry, że trzeba było to wykorzystać i coś podziałać. Jeden z zawodników projektu Mountopia opowiedział nam o lokalnym, dość sławny żlebie nazywanym Canale Holzer. Poszliśmy jeszcze tam zawalczyć.

Sass Podoi Canale Holzer

Z nartami w masywie Sass Pordoi (fot. Michał Klamut)

 

Jeszcze nie można powiedzieć, że sezon za Tobą? Przygotowujesz się przecież do najważniejszego startu w tym sezonie.

Pod koniec kwietnia czeka mnie start w Trofeo Mezzalama. To jedne z najtrudniejszych zawodów skialpinistycznych na świecie.

 

Powiedz nam dokładniej, co czeka Cię na trasie.

Przede wszystkim wysokie wyjścia ponad 4000 m .n.p.m. w eksponowanym terenie. Na trasie będziemy związani linami, będziemy zjeżdżać w terenie lodowcowym, w którym są szczeliny. Wyzwaniem będzie też to, że w zespole nie znamy się do końca. Startujemy jako zespół wyłoniony w projekcie Mountopia, a z jedną osobą z naszego teamu nie miałem jeszcze możliwości się nawet spotkać. Trudności trasy będą wielkie. Znów do pokonania będzie około 40 km i 3500 m przewyższeń.

 

Jest rzecz, której się najbardziej obawiasz?

Chyba pogody i doboru sprzętu do warunków. Jadę na miejsce około tydzień wcześniej. Właśnie po to, żeby poznać przynajmniej część trasy i zrobić rozpoznanie. Chodzi też o to, żeby jakoś wczuć się w pogodę i sprawdzić, jakie warunki panuja na dole, a jakie na górze. Boję się, że zabiorę za mało ciepłych ubrań i przy zmęczeniu może stanowić to największe ryzyko.

W strefie startowej Sellaronda Skimarathon (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Będziemy trzymać mocno kciuki. Zanim jednak dam Ci spokój z pytaniami, to dokończ mi jeszcze tylko jedno zdanie: “Jak wrócę z Trofeo Mezzalama to…”

… pewnie na tydzień legnę gdzieś na łące w hamaku. A później znajdę sobie nowy projekt (śmiech).

 

Jak zwykle (śmiech). Dziękuję Ci bardzo serdecznie za rozmowę i życzę kolejnego sukcesu.

 

Rozmawiał: Sławek Nosal

Zdjęcia: Michał Klamut, Ida Krzyżyk-Dzieniszewska: Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com

Zobacz jak wyglądają zawody Trofeo Mezzalama i oglądaj live z zawodów. Transmisja już 28 kwietnia.

 

 

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: