Hiszpańskie wspinanie w wersji hard
Pasja

Hiszpańskie wspinanie w wersji hard

Eiger Team / 14 grudnia 2018

Po części rekreacyjnej, pisanej damską ręką, która skupiała się na łatwych drogach (do 7a) i aspektach turystycznych, czas na męski punkt widzenia dotyczący „westowego wspinu”. Nie znajdziecie tutaj barwnych opisów fauny i flory ani uniesień nad okolicznymi zabytkami. Hiszpania jest dla mnie kolebką trudnego wspinania sportowego. Wybór tego kierunku na coroczne wakacje nie jest spowodowany szczególnym upodobaniem kuchni czy klimatu hiszpańskiego, ale lokalizacją sławnych linii, które każdy wspinacz chce mieć w swoim dorobku przejść.

Wakacje „łojanta”

Dla osób, które się nie wspinają, nasz model spędzania wakacji jest niezrozumiały. Najczęstsze pytania, jakie zadają nam znajomi po powrocie to:

  •  Trzy tygodnie w Hiszpanii i wracacie bez opalenizny?
  •  Co zwiedzaliście?
  •  Jakie przysmaki kuchni regionalnej próbowaliście?
  •  Jakie pamiątki przywieźliście?
  •  Pokażecie zdjęcia?
  •  Znowu w Hiszpanii? Nie nudzi Wam się?

Eiger Team pod ścianą wspinaczkową

Nie jesteśmy opaleni z prostej przyczyny – nie leżymy na plaży. Podczas wspinaczki na trudnych drogach słońce jest naszym największym wrogiem, dlatego przebywamy głównie w cieniu. Nigdy nie byliśmy fanami plażowania. Jeżeli decydujemy się pojechać nad morze w dzień restowy, to głównie żeby popływać. Po godzinie zaczyna nam się nudzić i wracamy na naszą skalną prowincję.

Zanim zaczęliśmy się wspinać i podróżować razem, zwiedzanie było ostatnią rzeczą jaką bym wybrał na dzień przerwy od wspinania. Zasłużony odpoczynek po dwóch dniach maksymalnych prób na projekcie, polegał na leżeniu, delikatnym rozciąganiu, zrobieniu zakupów i ewentualnie przebiegnięciu kilku kilometrów w relaksacyjnym tempie dla tzw. „przepompowania krwi”.

Na męskim tripie nie ma chodzenia do lokalnych restauracji, żeby doświadczać fuzji smaków i degustować win z pobliskich winnic. Takie atrakcje zaczynają gościć na wyjazdach z dniem, kiedy w Twoim życiu pojawia się dziewczyna. Z chłopakami robimy zazwyczaj makaron na dwa sposoby: z tuńczykiem i pesto albo z pomidorami i serem. Proste, szybkie i dobre. Bez zbędnej filozofii, dekoracji stołu i muzyki w tle.

Zwiedzanie Barcelony

Kolejna abstrakcyjna rzecz to kupowanie pamiątek. Bagaż na wyjazd wspinaczkowy pęka w szwach do tego stopnia, że na lotnisku podczas odprawy nigdy nie mam pewności, czy zostanie zaakceptowany, czy też będę musiał wyrzucić coś do śmieci. Czasem zdarza mi się kupić nowe spodnie wspinaczkowe czy woreczek, ale nie wpadłem na pomysł szukania figurek byka, tancerki flamenco czy mozaiki Gaudiego.

Ktoś może powiedzieć, że do pamiątek z wakacji zaliczają się zdjęcia. Znowu was rozczaruję: jeżeli w ekipie nie ma maniaka fotografii, to nikt nie zawraca sobie głowy robieniem fotek. Inaczej wygląda wyjazd z kobietą, którą zachwyca co drugi kamień czy finezyjnie wygięte drzewo. Jadąc we dwójkę ciężko jednak robić zdjęcia ze względu na to, że jedna osoba się wspina, a druga asekuruje. Jeżeli zależy ci na sesji zdjęciowej, którą zasypiesz media społecznościowe, polecam jechać z większą ekipą, do której należy pasjonat cykania zdjęć. Mnie najbardziej interesują zdjęcia w przewodniku, które mają za zadanie zlokalizować pożądaną drogę.

Nie potrzebujemy wyszukanych atrakcji, planu dnia i imprez. Wszystko skupia się na osiągnięciu celu tj. przywiezieniu „życiówki”. Wyprowadzając z błędu wszystkich, którzy nie doświadczyli jeszcze specyfiki wyjazdu wspinaczkowego, polega on na: sleep, eat, climb, repeat.

 

Podążając za cyfrą

Jeżeli miałbym zrobić szczery rachunek sumienia i przyznać się do jakiegoś uzależnienia, to jest nim uzależnienie od trenowania. Z zaufanego źródła wiem, że nie trenując, staję się wyjątkowo uciążliwym kompanem, a moje ciało bez ruchu zamienia się w bolącą, zastygłą skorupę. Ten, można powiedzieć, masochistyczny rygor treningowy, którego doświadczam dwa razy dziennie przez sześć dni w tygodniu, nie miałby sensu bez jeżdżenia w skały po trudne drogi.

Kluczem do osiągnięcia sukcesu jest zaufanie do trenera oraz zaproponowane przez niego metody, a także niepoddawanie się przy pierwszych trudnościach. Podążam za jego wytycznymi zarówno wtedy, kiedy dokręca mi treningową śrubę do granic ludzkich możliwości, jak i wtedy, gdy mówi, że mam się wspinać dla zabawy i odpocząć od trudnych dróg. To drugie jest zdecydowanie gorsze. Moje cykle treningowe są ułożone pod plany wyjazdowe. Budowanie formy przed tripem jest najważniejszym procesem, od którego będzie zależeć wszystko, co się wydarzy na miejscu.

Trening na listwie

Rozgrzewka dla palców

Lecąc do Hiszpanii, dokładnie wiem, z jaką drogą chcę się zmierzyć, znam filmiki z przejść innych wspinaczy, co daje mi ogólny pogląd na czekające mnie trudności. Pierwszego dnia staram się rozwiesić ekspresy – jeżeli jest taka potrzeba. Często zdarza się, że na drogach powyżej 8b ekspresy powieszone są na stałe. Lokalni wspinacze dbają o ich stan techniczny i wymieniają na nowe, jeżeli są mocno zużyte. W pierwszych wstawkach poznaję sekwencję ruchów, szukam miejsc restowych i staram się wymyślić najprostszy sposób przejścia największej trudności. Kolejne dni wyglądają prawie tak samo: pobudka, śniadanie, pakowanie i ruszamy pod sektor. Ze względu na dużą trudność próbowanych dróg, które są moim maksimum, oddaję tylko trzy próby dziennie. Na takich liniach jak np. Fish Eye w Olianie jedna próba trwa około godzinę, ponieważ droga mierzy 50 metrów. Po kilu dniach, kiedy projekt nie puszcza, robię przerwę i wspinam się szybkim RP po łatwiejszych drogach. Innym sposobem na „odmulenie” jest wspinanie ilościowe w stylu OS.

 

Wszystkie drogi prowadzą do Oliany

Miejsce, do którego mogę wracać bez końca – Oliana. Mur skany, na którym czekają Pachamama, Papichulo, Mind Control, Joe Blau, Fight or Flight, La Dura Dura i inne. Skalne marzenia niejednego wspinacza – znane z filmików z Adamem Ondrą, Chrisem Sharmą, Patxim Usobiagą. Niezwykłe miejsce. Długie, wymagające drogi obnażają wszystkie słabości, odsyłając często do domu bez sukcesu.

Idealny sektor na zimę ze względu na słoneczną wystawę. Latem dopuszcza do siebie wspinaczy żądnych cyfry tylko przez dwie, trzy godziny tj. od 17:00. Sektor został zaadaptowany przez wspinaczkową społeczność z całego świata. Na drzewie wiszą ogólnodostępne chwytotablice, trx-y. Pod skałą są schowane liny, żeby nie nosić całego sprzętu codziennie do góry, kije do robienia pierwszej wpinki, a nawet zabawki dla dzieci, żeby się nie nudziły pod skałą.

Zjazd po przejściu drogi

Na tegorocznym wyjeździe zaskoczył mnie duży przeskok między trudnością 8c a 8c+. Niepozorny plus przy wycenie sprowadził mnie szybko na ziemię. Bez walki się nie obędzie. Drogi są hipnotyzujące. Cały czas masz w głowie poszczególne ruchy. Wracając wieczorem do domu, marzysz żeby znowu się wstawić, licząc w duchu, że następny dzień będzie bardziej łaskawy. Przed oczami masz pomarańczowy wapień na starcie, który się przewiesza i przechodzi w szarą, ostrą partię po zdecydowanie mniejszych chwytach.

Prawie każdy wspinacz używa tutaj kneepada, który ułatwia klinowanie kolan w tufach i pozwala zrestować przed kolejną trudną sekwencją. Popularność kneepadów w Hiszpanii popchnęła mnie do zakupu własnego. Wciąż się uczę korzystać z tego „cudownego gadżetu”, ale na razie nie oszalałem na jego punkcie. Prawidłowe osadzenie pada na udzie wcale nie jest takie proste. Najlepiej zrobić to na gołą skórę, żeby się nie przesuwał na materiale.

Oliana ma jeszcze jedną niewątpliwą zaletę. W razie deszczu spora część dróg nie zamaka i można się dalej wspinać. W razie nagłej ulewy przewieszona ściana jest też dobrym schronieniem, żeby przeczekać oberwanie chmury.

 

Być jak Mistrz

Oliana jest dla mnie wyjątkowym miejscem jeszcze z jednego powodu. Przylatując tam, mam jedyną okazję na spotkanie z trenerem – Patxim Usobiagą. Wspólnie omawiamy postępy, wyznaczamy kierunek dalszych treningów. Możliwość wspólnego trenowania w jego „świątyni” jest dla mnie bardzo cenna. Wymieniamy spostrzeżenia na temat różnych chwytów, butów, układu pod obwody wytrzymałościowe, ćwiczeń wzmacniających. Wiele z tego przekładam później na moją pracę na Ścianie Wspinaczkowej Eiger. Nasze tegoroczne spotkanie było niezwykłe, ponieważ pierwszy raz miałem szansę wspinać się z nim w nowych rejonach, które nie widnieją jeszcze w żadnym przewodniku. Okolice Oliany mają niekończący się potencjał nowych sektorów i dróg. Dobrze mieć zaprzyjaźnione grono lokalnych wspinaczy, którzy cię tam zaprowadzą, albo przekażą tajną mapkę rysowaną ręcznie na kolanie. To właśnie ze względu na nieograniczony potencjał wspinaczkowy Katalonii, ten zakątek świata nigdy mi się nie znudzi. Po każdym spotkaniu z Patxim wracam zmotywowany do ciężkiej pracy, z nowymi pomysłami na własny rozwój i trenowanie moich podopiecznych.

Raz na ścianie, raz pod ścianą

Mężczyźni są z innej planety

Podróże w damsko-męskim teamie znacząco się różnią od męskich wyjazdów. Sztuka kompromisów jest niezbędną umiejętnością do przetrwania. Mając na względzie święty spokój i konieczność skupienia się na projekcie, warto od czasu do czasu wybrać się na zwiedzanie jakiś ruin, kościoła czy pobliskiego miasteczka. Zrobisz kilka zdjęć, zapłacisz za przeciętny obiad i przez najbliższy tydzień będziesz mógł wspinać się bez słuchania narzekania na drugim końcu liny.

Najważniejsze jednak, żeby twoim towarzyszem była osoba, która mimo marudzenia (podobno ta umiejętność jest wpisana w kod genetyczny kobiet) lubiła się wspinać i cieszyła się z każdego zaplanowanego wyjazdu. Na szczęście nasze odczucia co do rejonów wspinaczkowych są podobne i nie muszę Doroty szczególnie namawiać na wyjazd do Oliany. W razie pojawienia się znudzenia i potrzeby jakiejś odmiany, mamy Margalef, który oboje szczególnie lubimy.

Co roku słyszę pytanie o Grecję, Francję czy Włochy. Na razie działa technika przeczekania, którą zamieniam w kontratak: „widziałaś, jakie tanie loty są do Hiszpanii?”. Tym sposobem udało mi się polecieć do Hiszpanii cztery lata z rzędu.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: