Staram się, żeby każda moja wyprawa była w pewnym sensie wyprawą życia – wywiad z Jakubem Rybickim
Wywiady

Staram się, żeby każda moja wyprawa była w pewnym sensie wyprawą życia – wywiad z Jakubem Rybickim

Angela Semczuk / 31 stycznia 2020

Długodystansowe szlaki rowerowe to dla niego prowokacja do podjęcia wyzwania. Woli zdecydowanie jeździć wtedy, gdy niedźwiedzie już zimują, bo upał go męczy na rowerze. Pewnie dlatego zdecydował się przejechać zamarznięty Bajkał i zrobić ponad 500 km przez Grenlandię. Ponadto fotograf i miłośnik krajów byłego Związku Radzieckiego oraz Bliskiego Wschodu – o swoich podróżach opowiada nam Jakub Rybicki.
 

Może zaczniemy od tego, co najświeższe. Jaka była Twoja ostatnia wycieczka rowerowa?

W tym roku byłem w Stanach Zjednoczonych z żoną na szlaku Great Divide Mountain Bike Trail. Przejechaliśmy całe Stany i kawałeczek Kanady, czyli jakieś 4500 km.
 

Duży dystans. Ile Wam to czasu zajęło?

54 dni.
 

Codziennej jazdy? Przez 54 dni?

Tak. Mieliśmy w sumie chyba 3 dni restu. To w zasadzie moja najciekawsza wycieczka rowerowa z ostatniego roku. Jeszcze w zimie byliśmy z Pawłem Wichrem w Szwecji na szlaku Kungsleden (“Królewski Szlak” przez Laponię – przyp. red.), ale to był krótki wyjazd. Przejechaliśmy raptem trochę ponad 100 kilometrów, ale zajęło nam to 5 dni, bo warunki były bardzo trudne, mieliśmy trzydniową zamieć, szlak jest górzysty, przechodzi m. in. w okolicach najwyższej góry Szwecji.
 

Skąd u Ciebie taka pasja do tych rowerowych wyjazdów?

Hmm. Dawno temu miałem dosyć poważny wypadek. Miałem złamany kręgosłup, a wcześniej, przed wypadkiem, myślałem, że fajnie by było zrealizować taki wyjazd rowerowy np. po Mazurach. Wtedy turystyka rowerowa w Polsce nie była jeszcze zbytnio rozpowszechniona. Po wypadku odkryłem, że taka aktywność jest fajną formą rehabilitacji i przede wszystkim pozytywnie wpływa na umysł. Stąd się zrodził pomysł pierwszej wycieczki do Estonii. To było jakieś 1600 km. Spodobało mi się, bo te 3 tygodnie jazdy bardzo dużo mi dały, nabrałem spokoju i inaczej spojrzałem na problemy.
 

I nie było żadnych przeciwskazań, żeby po poważnym urazie kręgosłupa wybrać się na taki wyjazd?

Właśnie okazało się, że tak jak dotychczas bolały mnie plecy, szyja, to po rowerze zaczęły mnie boleć zupełnie inne części ciała. Też słuchałem swojego ciała i działałem tyle, na ile organizm mi pozwalał. 
 

Jakub Rybicki podczas zimowej wyprawy na Bajkał.
Zimą można przejechać przez zamarznięty Bajkał po grubej tafli lodu (fot. Jakub Rybicki).

Co było dalej? Od razu kolejny pomysł na wyprawę?

Dalej to już poszło z górki. Jak tylko odkryłem, że to jest fajne, to była kolejna wycieczka i kolejna wycieczka…
 

Kiedy przyszedł Ci do głowy pomysł, by spróbować jazdy rowerowej w zimowych warunkach?

W 2009 roku pojechaliśmy z Pawłem Wichrem w wakacje do Aten. To była jego w ogóle pierwsza wycieczka za miasto rowerem. Jako studenci mogliśmy sobie pozwolić na realizację takiego spontanicznego pomysłu.  Na Bałkanach trafiliśmy na lato stulecia, temperatury przekraczały 40°C. Musieliśmy bardzo wcześnie wstawać, żeby cokolwiek przejechać w ciągu dnia, zanim zrobi się gorąco. Średnio nam się takie warunki podobały i stwierdziliśmy, że w ciepłe kraje więcej nie jedziemy. Dlatego kolejnym pomysłem był wyjazd za koło podbiegunowe do Murmańska. Ale jednak latem, więc przeszkadzały nam meszki i biegające po lasach niedźwiedzie. 
 

I przyszła kolej na…
Kolejnym etapem była Syberia i od tamtego czasu staramy się jeździć regularnie na zimowe wyprawy rowerowe. Idealnie byłoby co roku.
 

Bardziej Ci się zima podoba na takich wyjazdach?

Zima jest inna, ale estetycznie też bardziej mi się podoba.
 

Co powiesz o warunkach, w jakich podróżujesz, bo jednak inna zima jest w Polsce, a inna na Grenlandii czy Bajkale…

Bywa nieprzyjemnie rano, jak się budzisz i musisz wyjść z ciepłego śpiworka. Wtedy jest źle, ale to chyba największa niedogodność z tego wszystkiego. Niefajne też bywają zamiecie, ale z drugiej strony lepsza jest taka zamieć przy -20°C niż deszcz przy niskiej temperaturze plusowej.
 

Jakub Rybicki rowerem przez Grenalndię.
Przejechanie rowerem przez Grenlandię wymaga dobrego przygotowania (fot. J. Rybicki).

Dla wielu osób może to brzmieć dosyć abstrakcyjnie

Tak, to jest abstrakcyjne. Zwłaszcza u nas w Polsce, gdzie kraj jest w większości nizinny, rzadko spotykamy się z tak srogimi warunkami. Jak pojedziesz w taki rejon, to nagle zaczynasz rozumieć, że tak naprawdę dużo gorsza jest letnia burza w górach niż zamieć na takim wyjeździe, którą można zazwyczaj przewidzieć.
 

Wycieczka rowerowa zimą może być dla każdego?

Przede wszystkim trzeba mieć trochę doświadczenia i znać swoje możliwości. Na przykładzie mojego wyjazdu na Grenlandię, nie polecałbym od razu jechać tam zimą, bo na takiej wyprawie nie ma możliwości uzyskania pomocy, gdyby się coś stało. Fajnie zacząć od łatwiejszych celów, a dopiero po nabraniu doświadczenia porywać się na coś takiego.
 

Jak wyglądają koszty Twoich wyjazdów?

Koszty to przede wszystkim transport. Akurat w przypadku Grenlandii to było 3500 zł w dwie strony z Kopenhagi do naszego docelowego lotniska. Moglibyśmy polecieć dalej na północ, ale koszt wtedy by wzrósł ponad dwukrotnie. Drugą kwestią finansową jest sprzęt i tu nie możesz sobie pozwolić na wybór najtańszych opcji, bo jednak od tego zależy Twoje życie. Po namiot, zimowy śpiwór, kurtkę puchową, hardshell lepiej się udać do sklepu specjalistycznego. Z drugiej strony sprzęt też gromadzisz i raz kupiony pozostaje z tobą na jakiś czas.
 

Co do sprzętu to na Grenlandię musieliście się wyposażyć w specjalne rowery – fatbike (rower terenowy z bardzo szerokimi oponami – przyp. red.). Dlaczego?

Grenlandia jest górzysta, jeździ się tam też po jeziorach i do tego jest sporo śniegu, więc zwykłym rowerem nikt nie jest w stanie tego pokonać. Ludzie zaczęli to robić dopiero, jak się pojawiły fatbajki. My nie kupowaliśmy ich specjalnie na wyjazd. Wypożyczyliśmy je w Polsce. Z kolei jak się wybieraliśmy na Kungsleden, to wypożyczaliśmy fatbajki w Finlandii. Nie kupowaliśmy ich, bo taki rower w mieście nie jest potrzebny. On tylko fajnie wygląda, ale pożytku z niego na co dzień nie ma.
 

Początkowo na Grenlandię mieliście inny plan. Chcieliście jechać wybrzeżem, ale okazało się, że ono już nie zamarza. Czy dostrzegasz takie zmiany klimatyczne w swoich podróżach? Jak postrzegasz to, co się mówi na ten temat?

Dostrzegam. Gdzie nie pojadę, to stykam się z tym, że jest inaczej niż było. Np. w 2016 r. wspinaliśmy się w Himalajach i monsun się nie skończył do połowy października. Codziennie walił śnieg i nie było końca złej pogody, która tam powinna być cykliczna. W tym samym roku, co na Grenlandii, byłem też na Kubie, gdy była pogoda deszczowa, której też nie powinno wtedy być, ale są zaburzone wszystkie cykle oceaniczne. Już pomijając regularne wysychanie zbiorników wodnych. Więc – tak, widzę to wszędzie, natomiast na Grenlandii to było widoczne dużo bardziej. Tam temperatura podnosi się dwa razy szybciej niż w innych częściach planety. Można powiedzieć, że Arktyka jest takim barometrem reszty świata.
 

„Zima mi się bardziej podoba estetycznie” -Jakub Rybicki (fot. J. Rybicki).

Czyli globalne ocieplenie czy jednak naturalne cykle Ziemi?

Ponieważ pracuję jako dziennikarz, zacząłem zgłębiać ten temat przy okazji pisania artykułów o naszej wycieczce. Okazuje się, że jak się prześledzi te wszystkie zależności i fakty, to jest to proste do zrozumienia. Owszem, Ziemia przechodzi swoje naturalne cykle i teraz właśnie jesteśmy w tym czasie ochłodzenia, który łagodzi efekt cieplarniany, dzięki czemu jest on dla nas mniejszy w skutkach. Natomiast w mediach serwuje nam się niestety szum informacyjny, który ma za zadanie to wszystko rozwodnić. Wszystkie pomiary prowadzone różnymi metodami, już od tak naprawdę XIX wieku, są w tym temacie zgodne. Również wszystkie liczące się na świecie instytucje naukowe (w tym PAN) są zgodne, że mamy do czynienia z globalnym ociepleniem spowodowanym przez działalność człowieka.
 

Widać to także w górach, o których już wspomniałeś. Byłeś uczestnikiem kilku wypraw  między innymi na himalajski Labuche Kang, Kuksay Peak w Pamirze czy Noszak w Hindukuszu. Uwzględniasz jeszcze góry w swoich kolejnych planach?

Tak, jak najbardziej. Szczególnie Labuche Kang jest bardzo ciekawym celem. To jest drugi najwyższy niezdobyty szczyt świata i jednocześnie najwyższy możliwy do zdobycia. Ponieważ ten pierwszy znajduje się w Bhutanie (Gangkhar Puensum – przyp. red.) i wejście na niego jest zakazane z uwagi na wyznania lokalnej ludności. Nam na Labuche Kang udało się osiągnąć największą wysokość ze wszystkich wypraw, ale góra cały czas jest niezdobyta i chcemy na nią wejść.
 

Czego w takim razie Wam brakuje, by spróbować jeszcze raz?

Największym problemem dla nas teraz są finanse. Zbieramy cały czas pieniądze i mam nadzieję, że uda się ten cel zrealizować i wrócić do Chin jeszcze w tym roku. Zespół jest, umiejętności są, chęci też, więc brakuje tylko funduszy.
 

Super, że działasz w górach i masz ambitne plany. W ogóle dużo podróżujesz po świecie, nie tylko rowerowo. Która z Twoich podróży wniosła najwięcej do Twojego życia?

Staram się, żeby każda moja wyprawa była w pewnym sensie wyprawą życia, żeby przeżywać coś nowego i realizować marzenia. Najpierw była rowerowa wyprawa do Estonii, okazało się, że można to zrealizować bez problemu, więc kolejna była Syberia, wyprawa na Noszak, która wniosła dużo nowych doświadczeń, później przyszedł czas na Bajkał zimą, Grenlandię, Himalaje. Fajnym uczuciem jest być tam, gdzie nikogo przed tobą nie było. Z kolei tegoroczna wycieczka rowerowa po Stanach była najdłuższą jak dotychczas rowerem, najtrudniejszą kondycyjnie i technicznie ze względu na ukształtowanie terenu.
 

Czym się kierujesz, planując kolejne wyjazdy? Żeby było trudniej?

Nie, właśnie nie. Wolałbym, żeby było właśnie łatwiej, ale jakoś tak się składa, że wybrane cele są coraz trudniejsze. Kieruję się przede wszystkim tym, żeby było ładnie.
 

Jakub Rybicki i Paweł Wicher podczas zimowego wyjazdu
Lepiej się podróżuje w towarzystwie. Jakub z Pawłem Wichrem podczas zimowej wyprawy (fot. J. Rybicki).

Bo jesteś też fotografem. Twoje zdjęcia robią ogromne wrażenie. Widać, że się temu poświęcasz. Co liczy się dla Ciebie bardziej, podróżowanie czy fotografia?

To jest dla mnie nierozłączne. Nie pojechałbym nigdzie bez aparatu, nie widziałbym sensu gdzieś bez niego jechać.
 

Codzienność też lubisz uwieczniać na zdjęciach?
Fotografuję totalnie wszystko. Nie mam własnego studia, ale czasami zdarza mi się wynajmować też studio. Zajmuję się każdym rodzajem fotografii. Najlepiej czuję się w reportażu. To mnie najbardziej bawi i cieszy, a chyba właśnie o to w tym chodzi, żeby robić to, co sprawia przyjemność.
 

Twoja pewnego rodzaju pasja to kraje byłego ZSRR. Który kraj byś polecił do podróżowania?

Najchętniej poleciłbym wszystkie.  Nie potrafię wskazać miejsca, które by mi się nie podobało. W tych krajach panuje charakterystyczny klimat. Widoczne jest ubóstwo, posocjalistyczny bałagan, czasem brud. Niektórzy to uwielbiają, tak jak ja, a inni uważają, że jest to fatalne. W Rosji mamy ogromne bogactwo kultury i przyrody. Jeżdżę tam od kilkunastu lat, a i tak wiem, że życia nie starczy, żeby zobaczyć wszystko. Mamy blisko Ukrainę, która moim zdaniem jest fantastyczna – można zwiedzić Lwów, Kijów i tanio się tam dostać. Jest egzotyczna Białoruś, Gruzja i Kaukaz, Armenia i cała Azja Centralna – Uzbekistan z pięknymi miastami, Kazachstan z niepowtarzalną przyrodą i stepami, Kirgistan z górami, Turkmenistan z bajkową stolicą, Tadżykistan z wysokimi górami – m.in. popularnym Pikiem Lenina. 
 

Co Cię bardziej ciągnie w tamte strony? Przyroda czy ludzie i kultura?

Wszystko mnie tam ciągnie. Te kraje są jeszcze niezadeptane przez turystykę. Nawet najbardziej turystyczna obecnie Gruzja jest bez porównania mniej zadeptana w stosunku do krajów europejskich. Poza tym dużo dzikich terenów, gór, pustyń. Tam można poczuć wolność, a jak zna się język rosyjski, to można z każdym porozmawiać jak ze swoim. Ludzie są bardzo życzliwi, mają zupełnie inne nastawienie i wciąż nie są zepsuci masową turystyką. Do przyjezdnych podchodzą bardziej jak do gości niż turystów.
 

Gdzie najchętniej wracasz?

To jest dla mnie akurat proste pytanie, bo takim miejscem jest Bajkał, które odwiedziłem kilkukrotnie i cały czas wracanie tam sprawia mi dużo radości. Rosja, do której można jeździć cały czas w nowe miejsca. Wbrew pozorom też dużo jest miejsc w Polsce, które chciałbym zobaczyć, a jeszcze tam nie byłem.
 

Jak poleciłbyś się przygotować osobie, która zainspirowała się Twoimi historiami i chciałaby też spróbować tego typu podróży?

Poleciłbym zastosowanie metody małych kroków. Jak chcesz zdobywać wysokie góry, to najpierw wejdź na Rysy, potem pojedź w Alpy, a potem myśl o wyższych szczytach. Warto znaleźć też osoby, które mają większe doświadczenie od nas i będą wsparciem. W ogóle fajnie jest mieć towarzystwo w podróży. Jeśli chodzi o rower to w Polsce mamy świetny szlak Green Velo, można też na początek przejechać się wzdłuż Wisły. Akurat podróże rowerowe są dosyć łatwe i w zasadzie każdy, mierząc siły na zamiary, może je odbyć, dopasowując pod siebie dystans i prędkość jazdy. Myślę, że małymi kroczkami można naprawdę dojść do wielkich rzeczy. 
 

I tego sobie i Tobie życzymy! Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Angela Semczuk

Więcej o Jakubie Rybickim i jego podróżach: www.jakubrybicki.pl

Zobacz wywiad, w którym pytaliśmy Jakuba o Grenlandię:

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: