Trekking w Iranie – wyprawa w nieznane
Pasja

Trekking w Iranie – wyprawa w nieznane

Redakcja skalnik.pl / 09 sierpnia 2018

Zbliżał się termin urlopu, należało zatem pomyśleć nad miejscem odbycia kolejnej wyprawy. Zgodnie ze swoją tradycją szukałem rejonów nieoczywistych, w które nie wybrałby się żaden ,,normalny” człowiek. Wybór padł na kierunek z wielu względów niepewny – Iran, wraz z jego najwyższym szczytem Damawand, liczącym 5671 m n.p.m.

Prawda jest taka, że nigdy wcześniej nie wspinałem się na tak wysoki szczyt. Dotychczas regularne odwiedzałem Tatry, Beskidy, Bieszczady i Karkonosze na krótsze i dłuższe trekkingi z obozowym dobytkiem na plecach. Słysząc opinie ludzi, że moje plany są szalone, niebezpieczne, że w Iranie panuje wojna (tak tak, strzelają tam przecież na każdym rogu…) – jeszcze bardziej utwierdzałem się w swoim wyborze. Zaczęły się także poszukiwania równie szalonych co ja podróżników. Nie musiałem rozpytywać daleko. Kumpel Dawid, z którym niejedną „postrzeloną” wyprawę już odbyłem, zgodził się od razu. Następnym chętnym i sprawdzonym już kompanem okazał się Michał, nasz wyjazdowy (i najlepszy) kucharz.

PRZYGOTOWANIA

Transport do Iranu

Wbrew powszechnej opinii – często wygłaszanej przez naszych znajomych – Iran wcale nie jest niebezpiecznym krajem. Od 1992 r. nie było tam zamachu terrorystycznego. Niestety tuż przed zakupem biletów doszło do takiego ataku, co nas nie zniechęciło. Natomiast niektórych znajomych zachęciło do mocniejszego pukania się w głowę na nasz widok. Po pewnym czasie sytuacja nieco okrzepła, a bilety lotnicze pojawiły się w ofercie przewoźników. Wybraliśmy budżetowy lot z Pragi z przesiadką w Atenach.

Formalności

Żeby wjechać na teren Islamskiej Republiki Iranu w celach turystycznych trzeba mieć stosowną wizę. Można się o nią starać w ambasadzie Iranu w Warszawie, lecz trwa to min. 20 dni, a my nie mieliśmy tyle czasu. Proces jest w dodatku męczący, ponieważ najpierw należy złożyć wniosek o uzyskanie numeru referencyjnego, a dopiero, gdy go mamy, złożyć z dokumentami w ambasadzie:

  • zdjęcie (kolorowe, en face 3,5 × 4,5 cm)
  • paszport (ważny przynajmniej 6 miesięcy, w którym są dwie strony wolne naprzeciw siebie) oraz kopię pierwszej strony paszportu
  • dowód ubezpieczenia na czas pobytu w Iranie (standardowe ubezpieczenie turystyczne/zdrowotne obejmujące Iran – panowie na lotnisku bardzo dokładnie sprawdzają tę adnotację w dokumentacji od ubezpieczyciela!)
  • dowód wpłaty wniesionej na konto konsularne

Opłata za wizę turystyczną wynosi 50 euro.

Druga opcja to uzyskanie wizy na lotnisku i tę drogę wybraliśmy. Kluczowe przy takim załatwianiu formalności jest posiadanie danych (nazwisko, imię, adres, nr telefonu) osoby, do której się jedzie lub hotelu, w którym mamy zabukowany pobyt. Uwaga są to dane, które na lotnisku zostaną skrupulatnie sprawdzone. Ponieważ zdecydowaliśmy się na couchsurfing, podawaliśmy dane naszego teherańskiego gospodarza – Pejmana. Celnicy dzwonili do niego, nie zważając na porę (5.00 rano!) i musieliśmy długo ich przekonywać, że fakt niepodnoszenia słuchawki to kwestia wczesnej godziny, a nie naszych złych zamiarów. Lepiej uprzedzić gospodarza o tej procedurze i godzinie przylotu.
Koszt załatwienia wizy na lotnisku to 30$, ale trzeba się także nastawić na dodatkową opłatę w postaci niezbędnego ubezpieczenia (15 euro). Mieliśmy międzynarodowe ubezpieczenie turystyczne, które pokazywaliśmy straży granicznej. Nic nie wskóraliśmy i musieliśmy kupić to oferowane nam na lotnisku.

Sprzęt

Lecieliśmy na trekking, stąd nasz bagaż nie przypominał wakacyjnych walizek, raczej ekspedycyjne plecaki. Oto lista rzeczy, które zawierał mój bagaż (wraz ze stosownym komentarzem odnośnie zasadności zabierania danej rzeczy):

  • ubrania: bielizna termoaktywna – leginsy i skarpety z wełny merino, które przydały się głownie w nocy z racji niskich temperatur, w dzień w górach wysokich temperatura sięgała ponad 20°C, pomimo tego skarpet wełnianych używałem również w dzień. Skarpety wełniane mają lepsze właściwości termiczne od skarpet bawełnianych oraz zapewniają większą higienę stopy, co w górach jest bardzo ważne. Dwie koszulki termiczne. Dodatkowo spodnie trekkingowe z odpinanymi nogawkami, ciepły polar, kurtka chroniąca od wiatru, czapka termoaktywna i rękawiczki, wielofunkcyjny Buff, a także okulary przeciwsłoneczne z polaryzacją
  • nowe buty trekkingowe Hanwag, model Tatra – Na Damawand skały były niestabilne i osypujące się, więc wybór butów za kostkę był oczywisty. Buty powyżej kostki nie tylko przydają się w górach wysokich, przydają się również w górach znacznie niższych, ponieważ jeden nieuważny krok a kostka skręcona, tym też sugerowałem się przy zakupie moich butów. Przed wyjazdem zaimpregnowałem buty pastą z woskiem pszczelim. Klimat w Iranie jest suchy, więc buty nie były narażone na opady deszczu;
  • kuchenka Whisperlite Intl V2 – doświadczenie nabyte w podróżach nauczyło mnie, że kuchenki benzynowe są znacznie lepsze od gazowych, ponadto w Iranie benzyna jest bardzo, bardzo tania, zatem takie użytkowanie ma także aspekt ekonomiczny (ok. 1 litr = 1 zł);
  • kije rekkingowe, bez których moje kolana błagałyby o pomoc. Kije są idealnym rozwiązaniem dla długich i stromych podejść. Przy podejściach część wysiłku z nóg przejmują ręce. Przy zejściach używanie kijów odciąża z kolei kolana;
  • namiot – mimo wciąż gorących dni „w dolinach” w górach temperatura mogła spaść do kilku stopni powyżej zera, nasz trekking nie był długi, zdecydowaliśmy zatem, że bierzemy namiot 2-osobowowy (model Baltoro marki Marabut) – spokojnie we trzech się w nim mieściliśmy, mieliśmy też mniej dźwigania niż w przypadku większego namiotu;
  • śpiwór – zabrałem taki z komfortem termicznym do -7°C, gdyż mimo upalnych dni, noce w górach wysokich potrafią nieźle przymrozić tyłek. Choć noce są zimne, śpiwór z komfortem 0°C w zupełności by wystarczył, a przy okazji zaoszczędziłbym na wadze. Mój śpiwór waży 2,5 kg. Gdybym mógł zrezygnować z 0,5 kg bez wahania bym to zrobił;
  • czołówka – bardzo się przydała, ponieważ słońce we wrześniu zachodzi ok. 19:00, polecam model z większą ilością lumenów, by lepiej oświetlał szlak (np. Black Diamond Spot V);
  • termos – w końcu herbaty nigdy dość. Posiadam termos o pojemności 0,7 l taka pojemność w zupełności wystarcza. Wieczorem, gdy robi się zimno, przyjemnie jest rozgrzać się gorącą herbatą, a przy dobrym termosie, który długo utrzyma ciepły napój, rano również napijemy się ciepłej herbaty i zaczniemy jakoś funkcjonować;
  • jedzenie – najlżejszą formą żywienia się na szlaku jest żywność liofilizowana i taką opcję wybraliśmy. Ponadto przygotowałem kilka stugramowych paczuszek z płatkami owsianymi, wszak owsianka to najtańszy i najlepszy śniadaniowy kompan każdego piechura;
  • naczynia do gotowania – na naszą trójkę wystarczył nam zestaw dwugarnkowy (Silverstone IV marki Termite). Chłopaki prócz termosów i sztućców nie zabrali żadnych garnków czy menażek, ponieważ jedliśmy jedzenie liofilizowane, do którego nie jest potrzebne żadne naczynie;
  • apteczka – warto ją skompletować osobiście według własnych potrzeb, w mojej znalazły się leki przeciwbólowe, maść antybakteryjna, bandaż zwykły i elastyczny, zestaw plastrów różnego rozmiaru, opatrunek hydro koloidowy (rewelacyjnie działający na odciski), folia NRC, preparat do oczyszczania ran, rękawiczki jednorazowe oraz krem z filtrem UV.
  • sakwa, bukłak, butelka na wodę – choć powietrze jest tam bardzo suche, przez co wody zużywa się bardzo dużo, nie posiadaliśmy nic z wyżej wymienionych rzeczy. Niejednokrotnie podróżowaliśmy na stopa i często bywało tak, że nasze plecaki lądowały na pace małych samochodów ciężarowych, co mogłoby spowodować uszkodzenie delikatnych części sakwy (wystający wężyk, przebicie sakwy). Wodę kupowaliśmy w oryginalnych plastikowych butelkach w miastach przed wejściem na szlak. Opróżnione butelki napełnialiśmy wodą, na Damawand z kranu w schronisku, a na Alam Kuh w rzece. Nigdy nam wody nie zabrakło.

Transport w Iranie

Autostop

Łapanie autostopa w Iranie

Dawid łapie stopa z Marzanabad do Kelardasht

Po Iranie zamierzaliśmy poruszać się głównie autostopem. Już podczas pierwszej podróży (z lotniska do centrum Teheranu) okazało się, że jest to sposób podróżowania praktycznie Irańczykom nieznany. Oczywiście chętnie podwiozą cię tam, gdzie chcesz, ale nie za darmo. Wielokrotnie, gdy tłumaczyliśmy zatrzymującym się kierowcom, że chodzi nam o transport no money, widzieliśmy, że są bardzo zdziwieni i nie mieli pojęcia, co z naszą propozycją zrobić. Jednak kilkukrotnie udawało nam się „złapać stopa”. Za darmo udało nam się dojechać do Teheranu np. z lotniska, czy spod Damawand oraz z Marzanabad do Kelardasht, jak i z Marzanabad do Teheranu.

Opłaty za transport

W Iranie wszystko opiera się na transporcie drogowym. Benzyna jest tania zatem Irańczycy wybierają autobusy lub samochody. Gdy potrzebowaliśmy dotrzeć gdzieś na „czas” wybieraliśmy autobusy. Choć z ich punktualnością bywało różnie. Najczęściej trzeba czekać aż autobus się wypełni ludźmi. Zajmuje to często od 5 do 35 min. W autobusie otrzymujemy skromny posiłek, są to najczęściej kanapki i słodycze oraz wodę. Autobusami dotrzemy praktycznie wszędzie, a jak nie autobusem to busem, czy w mniej dostępnych miejscach „zamyadem”. Podróżowanie po Iranie nie należy do najłatwiejszych, ponieważ zazwyczaj trzeba się ostro targować o cenę przejazdu. Co ciekawe dzieje się tak zarówno w przypadku właścicieli aut terenowych (zamyad) dowożących do miejsc trekkingowych, jak i z kierowcami regularnych linii autobusowych.

Ruch w Iranie

Drogi poza miastem są najczęściej asfaltowe, chodź zdarzają się też szutrowe. W górach – wąskie i kręte. Zdarza się natomiast, że ruch bywa całkiem spory. Przekłada się to oczywiście na czas podróży. Mimo niewielkiej odległości zajmuje ona sporo czasu.
Ruch uliczny w Iranie mogę śmiało porównać do nieustannie płynącej rzeki, która nigdy się nie zatrzymuje, lecz ciągle płynie. Nurt przesuwa się jedynie w prawo bądź w lewo, w zależności z której strony wjeżdża samochód.

LUDZIE W IRANIE

Irańczycy, których nie przeził autostop

Para irańska, która zabrała nas z obozu pierwszego pod Damawand aż do Teheranu.

Pejman, u którego nocowaliśmy okazał się bardzo miłym gospodarzem. Raczył nas wieloma irańskimi przysmakami oraz pokazywał ciekawe miejsca w Teheranie. Nasze plany zdobycia Damawand, najwyższego szczytu Iranu zrobiła na nim ogromne wrażenie. Gdy wróciliśmy do niego po zdobyciu góry był dumny, że jego goście, zdobyli najwyższy szczyt jego kraju.

Większość kierowców ze zdumieniem reagowała na opcję bezpłatnej podwózki, jednak, gdy wracaliśmy z trekkingu na Damawand pewien Irańczyk nie tylko nas podwiózł za darmo, ale też zaprosił na obiad. Co więcej, za posiłek koniec końców nikt jednak nie zapłacił. Właściciel lokalu był tak zadowolony z naszych odwiedzin, że w zamian za wspólne zdjęcie pod szyldem knajpki zafundował nam obiad za darmo. Irańska gościnność bywa naprawdę bardzo zaskakująca!

Wspólny piknik z Irańczykami

Z Irańczykami, którzy poczęstowali nas posiłkiem gdy wracaliśmy – głodni i zdenerwowani – z Alam Kuch

Mieliśmy okazję spotkać irańskiego pustelnika, który zaproponował nam prosty, ale stawiający na nogi poczęstunek, składający się z herbaty i koziego sera. Sympatyczny Pan całe lato spędza z dala od miasta, zaszyty w górskich zakamarkach.

Do wspólnego piknikowania nad rzeką zaprosiło nas, zmęczonych wielokilometrowym marszem wędrowców, trzech Irańczyków. Była to dla nas prawdziwa uczta, tym smaczniejsza, że zupełnie niespodziewana.

Mieliśmy dwie niemiłe przygody związane z podwózkami. Raz, gdy za radą pustelnika postanowiliśmy ostro potargować się z kierowcą zamyada. Chyba przesadziliśmy, ponieważ wysadził nas on kilkanaście kilometrów od celu i odjechał z piskiem opon. Drugi raz, gdy podwożący nas „na stopa” Irańczyk zażądał jednak opłaty za transport.

Ludzi nigdy nie można mierzyć jedną miarą. A już tym bardziej w Iranie, gdzie jedna osoba rozjuszy Cię na maksa, za to dziesięć innych bezinteresownie pomoże, nakarmi i z uśmiechem życzy wszystkiego co najlepsze. Samo życie.

ZWYCZAJE IRAŃSKIE

W Iranie panuje całkowity zakaz spożywania alkoholu i narkotyków. Nie wolno także słuchać muzyki w miejscach publicznych. Również śpiewanie na ulicy grozi sporym mandatem. Należy unikać odsłaniania ciała, w szczególności warto zakrywać nogi. Kobiety dodatkowo muszą ukryć włosy, a niektóre z nich zakrywają również twarze.

GÓRY W IRANIE

Jechaliśmy do Iranu, by zdobyć dwa szczyty. Najwyższą górę Iranu Damawand (5671 m n.p.m.), który jest wygasłym wulkanem położonym ok. 70 km na północny-wschód od Teheranu oraz drugi pod względem wysokości irański szczyt Alam-Kuh (4750 m n.p.m.) leżący 170 km na północny-zachód od stolicy Iranu.

Buty trekkingowe na tle irańskich szczytów

Widok spod Damawand na okoliczne góry

Damawand

Wspinaczka na Damawand zaczyna się w miejscowości Polur, gdzie w siedzibie Damawand Federazione należy się zameldować oraz opłacić pozwolenie za wejście na szczyt (koszt 50$). Tam już czekają kierowcy zamyadów (czyli niezniszczalnych irańskich samochodów dostawczych), którzy oferują dowóz do obozu pierwszego (3100 m n.p.m. ). Zamiast iść 25 km warto wytargować dobrą cenę za tę podwózkę.

Górski transport żywności do schroniska Damawand

Transport żywności i wody z obozu, do którego dojeżdżają samochody do schroniska na Damawand

Obóz składa się z kilku budynków, w których można przenocować oraz małego sklepiku. Można stąd od razu ruszyć wyżej bezpośrednio do obozu II na wysokości 4200 m n.p.m. Są dwa sposoby dotarcia tam: pieszo (opcja wybrana przez nas) lub na jucznych mułach. Jeśli chodzi o kierunek marszu, wyznacza go udeptana droga – nie ma żadnych oznaczeń jak w naszych górach. Nie polecamy także kupowania mapy, ponieważ jest to rysunek góry z zaznaczonym orientacyjnym przebiegiem dróżek. Poza tym rysunek ten bez problemu można znaleźć w internecie. Uwaga zmęczenie po takiej wędrówce jest spore i może towarzyszyć mu ból głowy przypominający o tym, że różnica wysokości pomiędzy porannym pobytem w Teheranie a obecnym noclegiem wynosi aż 3000 m (Teheran znajduje się na wysokości 1100 m n.p.m.).

Kolejnego dnia dobrze jest zaaklimatyzować się do wysokości. My poszliśmy na spokojny trekking na wysokość ok. 4700 m n.p.m. i zeszliśmy z powrotem do obozu II. Następnego dnia planowaliśmy atak na szczyt. Wstaliśmy po ciemku ok. 5:00, aby wraz ze wschodem słońca wyruszyć na szlak. Niestety poszliśmy tylko we dwóch, ponieważ Dawidowi zaczął dokuczać żołądek, skutecznie uziemiając go w namiocie. Pierwsze oznaki przebywania na naprawdę sporej wysokości zaczęły pojawiać się u nas na wysokości ok. 4700 m n.p.m. Wtedy to serce zaczęło łomotać się w piersiach, oddech stawał się płytszy, znacznie przyspieszony, a każdy krok w górę był niesamowitym wysiłkiem. Nie byliśmy jednak osamotnieni w naszych zmaganiach. W oddali dostrzegliśmy z mozołem wspinającą się na szczyt grupkę kobiet oraz kilkoro mężczyzn, jak się później okazało, mieszkańców Iranu. Solidaryzowaliśmy się we wspólnym trudzie powolnej walki o każdy przebyty metr.

Gdy dotarliśmy na wysokość 5300 m n.p.m. postanowiliśmy chwilkę odpocząć, a ja, zupełnie tego nie planując, niemal od razu zapadłem w sen. Obudził mnie głos Michała, który powiedział, że idzie dalej. Poczułem, że jak teraz nie wstanę, to już dziś szczytu nie zdobędę. Zaczęliśmy mozolnie piąć się ku górze. O 16:12 stanęliśmy na najwyższym szczycie Iranu. Ogarnęła nas niesamowita radość. Zrobiliśmy kilka zdjęć i strasznie zmęczeni postanowiliśmy schodzić w dół. Tu droga była znacznie szybsza, ponieważ zaczęliśmy się zsuwać i zbiegać po nieutwardzonych kamieniach. Pomimo dużego wysiłku i trudów trasy w obozie byliśmy już po 19:00.

Alam Kuh

W drodze na Alam kuch, Dawid i Mateusz

To zdecydowanie mniej uczęszczany, drugi co do wysokości irański szczyt. Na miejsce, z którego zaczyna się trekking dotarliśmy kilku etapowo. Najpierw autobusem, w którym oczywiście trzeba ostro targować cenę za bilet, z Teheranu do Marzanabad. Nasza podróż trwała aż 5 godz., co spowodowane było nieskończoną liczbą zakrętów, dużym natężeniem ruchu oraz stosunkowo wąską drogą. Kolejnym etapem była podróż do Kelardasht. Ten odcinek trasy w całości udało się nam przejechać na stopa, aż do miejsca, w którym rozpoczynał się szutrowy element drogi. Natomiast ostatni etap – halę Hesarchal – przebyliśmy na pace zamyada. Podróż kosztowała nas 40$ i trwała ok. godziny. Na pożegnanie kierowca wskazał nam kierunek, w którym powinniśmy kontynuować marsz. Według jego słów mieliśmy przed sobą ok. 2 godz. drogi pod górę. Mimo że było już ciemno ruszyliśmy w tę piękną, górską noc. Po drodze musieliśmy przebyć m.in. lodowy most nad rwącą rzeką. Dawid oszacował, w którym miejscu lód jest najgrubszy, a przeprawa najbezpieczniejsza. Przeszliśmy po nim na drugą stronę pojedynczo i ostrożnie. Dalej już tylko do góry! Należało być niezwykle czujnym aby nie zgubić szlaku, który w zasadzie nie jest oznaczony. Szliśmy w górę rzeki przez którą – jak się później okazało – przeprawialiśmy się raz jeszcze, tym razem po drewnianym mostku z bali. Gdy dochodziliśmy do hali Hesarchal, szlak zaczął się robić naprawdę stromy. Jak się za dnia okazało droga, którą przebyliśmy w zupełnych ciemnościach, wcale nie była taka bezpieczna. Na szczęście co z oczu, to i z serca. Przepełnieni beztroską nieświadomością niebezpieczeństw, które szczęśliwie nas ominęły około 24:00 rozpoczęliśmy na hali rozbijanie obozowiska.

Gdy rankiem wypełzliśmy z namiotu, naszym oczom ukazała się piękna okolica. To już nie był zakurzony, zatłoczony Damawand, lecz pokryte zieloną trawą miejsce, w którym prócz nas znajdowały się jedynie owce, kozy i wypasający je pasterz. Zjedliśmy śniadanie oraz zaopatrzyliśmy się w niezbędne na szlaku rzeczy: wodę (duużo wody) oraz małe co nieco. Na szczyt prowadzą dwie, dość podobne w przebiegu ścieżki, dlatego nie ma większego znaczenia na którą dokładnie padnie wybór.

Szlak jest nieco odmienny od tego prowadzącego na Damawand – dużo zakrętów, większe nachylenie, piękniejsze widoki oraz zupełny brak turystów. Sam szczyt nie ukazuje się naszym oczom od razu. Pod koniec droga robi się naprawdę stroma, należy wiec użyć rąk (łańcuchów oczywiście brak). Na wysokości 4500 m n.p.m. oddech znów staje się płytszy, mięśnie szybciej się męczą, tętno wariuje. Byłem zaskoczony tym, że Damawand zapewnił mi tak małą adaptację do dużych wysokości. Wszyscy mieliśmy podobne, uciążliwe objawy związane z przebywaniem na dużej wysokości. Na szczycie, tym razem w komplecie, stanęliśmy o godzinie 15:00. Alam Kuh mierzący 4750 m n.p.m. zdobyty! Naszym oczom ukazały się bajecznie piękne widoki – na wierzchołku jest naprawdę mało miejsca, a 300-metrowa przepaść od strony północnej, zapiera dech w piersiach. Droga do namiotu zajęła nam niecałe 5 godzin.

Wbrew temu co się słyszy, Iran to piękny, bardzo dobrze prosperujący kraj. W pamięci pozostaną nam wspomnienia pięknej kultury i jeszcze wspanialszych ludzi. Niejednokrotnie ich życzliwość, gościnność oraz bezinteresowna radość z tego, że ktoś zechciał odwiedzić ich kraj, ratowała nam życie i podnosiła na duchu. W Iranie wciąż mało jest turystów, dlatego też nie będziecie non stop zaczepiani przez naciągających na zakupy sprzedawców czy restauratorów. Ze spokojem, w towarzystwie zaciekawionych spojrzeń i serdecznych uśmiechów, będziecie chłonąć piękno i ciepło tego kraju. Tak jak zrobiliśmy to my. Zdecydowanie polecamy!

Mateusz Brodacki
opisana podróż odbyła się we wrześniu 2017 r.

 

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: