Wspinanie w Hiszpanii. Przegląd sektorów do 7a
Pasja

Wspinanie w Hiszpanii. Przegląd sektorów do 7a

Eiger Team / 29 listopada 2018

Kiedy za oknem ciemno i zimno, lubię wracać do wspomnień z gorącej Hiszpanii, żeby choć na chwilę przenieść się w ukochane skały. Półwysep Iberyjski oferuje tak wiele rejonów wspinaczkowych, że do końca życia nie uda mi się dobrze poznać ich wszystkich. Miejsca, które odwiedziłam, utwierdziły mnie w przekonaniu, że każdy znajdzie w nich coś dla siebie. Zarówno fani przewieszeń i dużych chwytów, miłośnicy klinowania kolan na tufach i innych naciekowych formacjach, jak i fanatycy technicznych płytek, mają w czym wybierać.

Decydując się na określony rejon, musimy odpowiedzieć sobie na kilka pytań pomocniczych:

  • W jakiej formacji lubię się wspinać?
  • O jakiej porze roku planuję wyjazd? Jeśli latem to wybieramy sektory zacienione. Zimą przyjemnie będzie wspinać się w słońcu. W okresach częstszych opadów nie polecam wspinaczki w tufach.
  • Czy ważna jest dla mnie bliska odległość do morza? Dni restowe na plaży są naprawdę super.
  • Czy wolę mieszkać w małej wiosce czy w większym miasteczku? A może nie ma to znaczenia.
  • Czy odległość od lotniska jest dla mnie istotna?
  • Jaki cel wyjazdu: wspinanie ilościowe czy konkretny projekt w określonej wycenie?

Zanim przejdę do znanych mi rejonów wspinaczkowych w Hiszpanii, chciałabym wyraźnie podkreślić, że relacje są subiektywne i wynikają bezpośrednio z mojego stażu wspinaczkowego, wzrostu i posiadanych umiejętności. Osoby wyższe, niższe, słabsze czy silniejsze mogą mieć zupełnie odmienne zdanie. Zachęcam do podzielenia się swoimi odczuciami w komentarzach do tekstu.

 

Tres Ponts

Ten rejon odwiedziliśmy podczas tegorocznej jesieni. Zachwyca malowniczym położeniem nad rzeką El Segre. W październiku do godziny 13:00 skała jest nasłoneczniona. Mimo temperatur w granicach 16–18°C, w słońcu było bardzo gorąco, przez co nie były to optymalne warunki do próbowania trudniejszych dróg. Dopiero ok. 13:30 wchodzi cień i zaczyna wiać. Robi się naprawdę przyjemnie i można atakować.

Znajdziecie tutaj 30-35 metrowe drogi o zróżnicowanym charakterze: są dziurki, krawądki, tufy, rysy i odstrzały. Drogi przewieszone i częściowo połogie. Linie w przedziale 6b, 6b+ w mojej ocenie są trudne. Wymagają dobrej pracy nóg, a chwyty są zaskakująco małe. Oceniając walory estetyczne: drogi są naprawdę bardzo ładne, z ciekawymi sekwencjami ruchów. Największym minusem Tres Ponts jest niesamowity „wyślizg”. O naszej rodzimej Jurze często mówi się, że jest wyślizgana i przypomina lustro. Wszystkich narzekających zapraszam do Tres Ponts. Najbardziej chodzona środkowa część sektora jest wyzwaniem dla osób przyzwyczajonych do dużych, wyraźnych stopni rodem ze ściany wspinaczkowej. Tutaj zdecydowanie sprawdzą się buty na miękkiej gumie. Dużo lepiej kleją się do naprawdę wypolerowanej skały.

Lewa strona muru skalnego ma trochę większe tarcie. Próbowane przeze mnie 7a są bardzo siłowe dla osób niższych. Wymagają dalekich, zasięgowych ruchów. Jednocześnie ich niewątpliwą zaletą jest rozmiar chwytów – miejscami można wyrestować do zera. Zachęcam do sprawdzania czy skała jest lita. Idąc bardzo popularną 7a po tufie, wyleciałam ze swoim pierwszym „telewizorem”. Oznacza to, że łapiąc chwyt, oderwał się cały blok skalny wielkości małego telewizora. Na szczęście zarówno wspinacz, jak i asekurant wyszli ze zdarzenia cało. Prawa część sektora Tres Ponts oferuje jeszcze ostrą skałę. Warto wstawić się w 6c+, która zaczyna się zacięciem, ma fragment połogi i przechodzi w przewieszenie. Zapewniam, że będziecie się dobrze bawić, co nie znaczy, że obędzie się bez trudności.

 

Oliana/Perles

Najsławniejsza ściana jest niewątpliwie miejscem wartym odwiedzenia. Stanąć pod najtrudniejszymi liniami, które znamy ze zjawiskowych filmików np. Petzla czy Black Dimonda – bezcenne. Jeżeli jesteście kolekcjonerami autografów to polecam wybrać się z kajetem pod ścianę. Podziwianych idoli z całego świata tutaj nie brakuje.

Dla wspinaczy nieprzekraczających trudności 7b+ wybór Oliany, oprócz wspomnianych powyżej powodów, nie będzie dobry. W tym sektorze jest dosłownie kilka dróg o trudnościach 7a, 7a+, 7b, 7b/7b+. Te naprawdę łatwe, które znajdziecie w przewodniku, w rzeczywistości nie wyglądają zachęcająco i nie są chodzone. Próbując 7b/+, nie miałam się na czym rozgrzać. Wspinanie ilościowe również odpada ze względu na zbyt małą ilość dróg w pożądanej przez nas wycenie. Mój projekt, któremu poświęciłam 3 dni, był drogą rozgrzewkową dla wszystkich siłaczy świata, którzy przyjechali do Oliany kolekcjonować 9a, 9a+,9b. Nie ukrywam, że było to frustrujące.

Jeżeli będziecie w okolicy to polecam podejść pod ścianę i zrobić tych kilka „siódemek”, ponieważ są bardzo ładne. Po odhaczeniu wspomnianych linii w Olianie, można przerzucić się na zupełnie inny typ wspinania w niedalekim Perles. Czeka tam na was szara płyta, zdecydowanie krótsze drogi, które kończą się w większości przypadków połogiem. Tutaj duży biceps nie będzie potrzebny. Dobra praca nóg i silne łydki owszem, ponieważ Perles jest miejscem dla koneserów technicznego wspinania. Na początku byłam mocno sceptycznie nastawiona do urody dróg, które oferuje ten sektor. Muszę przyznać, że po zrobieniu kolejnej 7a, która sprawiła mi dużo frajdy, musiałam wycofać swoje słowa krytyki. Skała jest ostra, nie ma tłumów – czasami tylko jakaś zbłąkana koza chodzi po zboczach. Uprzedzam, że sektor jest cały dzień w słońcu – dobry wybór zimą. Na pewno tam wrócę.

Zachód słońca w Olianie

 

Margalef

Mój ulubiony rejon w Hiszpanii. Najlepszy wybór dla osób początkujących i średniozaawansowanych. Dróg o wycenie do 7a jest ogromna ilość. Co ważniejsze te drogi są bardzo ładne, dobrze obite, z chwytami absolutnie każdego rodzaju. Tak ładnych 6c i 6c+ jak w Margalefie nie widziałam nigdzie indziej. Piękna pomarańczowa skała z dziurkami, kieszonkami, rysami – poezja wspinania. Oczywiście znajdą się bardziej lub mniej wyślizgane drogi, ale nie na tyle, żeby walczyć na nich o życie. Tutejsza skała to zlepieniec – mnóstwo małych kamyczków połączonych ze sobą w litą całość – który pozwala zoptymalizować sekwencję ruchów, dzięki wybranym pod siebie stopniom. Tym bardziej, że wspinaczka należy tutaj do siłowych. Oczywiście jeśli ktoś się uprze na szarą płytę, to też ją znajdzie. Sektorów wciąż przybywa, dlatego warto się zaopatrzyć w przewodnik. Nowa wersja ma już piękne zdjęcia i dokładne oznaczenia, kiedy jest słońce, jak długo idzie się pod sektor itp. Popularność Margalefu wpływa niestety na ceny zakwaterowania – z roku na rok jest coraz drożej. Mimo wzrastających cen, wspinaczy w tym regionie nie brakuje, dlatego polecam wcześniej zadbać o rezerwację noclegu. Nie potrafię wskazać konkretnych dróg, które bym szczególnie poleciła, ponieważ sektory w Margalefie są tak rozległe i oferują tak dużą ilość dróg, że wspinania w danej cyfrze wystarczy na co najmniej kilka wyjazdów. Po dłuższej przerwie od tej części Hiszpanii, nie mogę się doczekać na powrót i odkrywanie nowych dróg i sektorów.

 

Siurana

Kolejny klasyczny rejon ze sławnymi drogami np. La Rambla. W moim odczuciu jest bardziej wymagający niż sąsiedni Margalef. Na drogach do 6c naprawdę trzeba się nagimnastykować i potańczyć na nogach. Drogi się pionują, skała robi bardziej szara i ostra – pojawiają się tak zwane „wampirki”. Częściej złapiesz krawądkę, niż zobaczysz dziurkę. Jest sporo dróg z rysami, dlatego w zgodzie z myślą, że wspinacz powinien być uniwersalny i wspinać się w każdej formacji, warto skorzystać z tej możliwości. Mimo dużej lekcji pokory i konieczności zejścia z cyfry, Siurana absolutnie mnie urzekła. Zarówno wspinanie, które nie wybacza głupich błędów i zmusza do kombinowania oraz technicznych ustawień, jak i otoczenie winnic, miasteczko z zamkiem. Porównując do surowego, pustynnego krajobrazu Margalefu, Siurana jest dużo bardziej zielona, malownicza i romantyczna. Kolejne miejsce na liście, gdzie na pewno wrócę, ponieważ czuję niedosyt wymagającego wspinania w tej dolinie.

Widok na rejon Siurana

Chullila

Ostatni rejon, który powinien być tzw. wisienka na torcie. Wśród moich znajomych jest wielu miłośników pięknego kanionu w Chullila – mnie on jednak w ogóle nie urzekł. Malownicze miasteczko, piękne okolice z ruinami do zwiedzania, bliska odległość do fantastycznej Walencji – to wszystko było dużą zaletą. Wspinanie natomiast było dla mnie porażką. Z obserwacji i doświadczeń znajomych wnioskuję, że jest to świetne miejsce dla osób, które wspinają się na poziomie 8a–8a+. Jest w czym wybierać w tym zakresie trudności. Poszukiwania ładnych, prostych dróg na tzw. rozwspin skończyło się wybraniem poleconego 7a i wspinaniem się od razu na projektach, pomijając etap ilościowego wspinania po łatwym. Nie znalazłam ciekawych dróg o trudnościach 6a, 6b, 6c poza jedną, którą zrobiłam OS. Można ją podsumować następująco: 50 metrów wspinania, podzielonego na etapy: techniczny pion, przewieszenie po dobrych, dużych chwytach i naciekach oraz psychiczny połóg. Drogę robiłam godzinę i ledwo byłam w stanie wyciągnąć 50 metrów liny, żeby wpiąć się do łańcucha, będąc równocześnie przyklejoną twarzą do połogiej ściany. Ciekawą 6b+ robiłam po gigantycznej 45-metrowej tufie – niestety spadłam z flasha tuż przed stanem. Olbrzymie nacieki robią niesamowite wrażenie. Poza tym nic ciekawego nie znalazłam. Z niektórych dróg wręcz się wycofałam.

Żeby zobrazować jak różne są drogi w Chullili, przytoczę przykład pewnej silnej dziewczyny, która jednego dnia zrobiła 8a, a następnego dnia nie mogła dojść do drugiej wpinki na 7b+. Staram się nie zrażać po jednym wyjeździe i może kiedyś tam wrócę – silniejsza, z większym doświadczeniem. Na pewno warto jechać z kimś, kto zna ten rejon i może polecić ładne drogi. Zaoszczędzicie czas na poszukiwania i frustrację. Drogi Chullili są bardzo długie. Weźcie to pod uwagę wybierając linę – 80 metrów to minimum. Drogi o wycenie 7a, które robiłam, miały zasięgowe ruchy, dlatego naczelną techniką była „noga do ręki”. Jeżeli nie wybierasz dróg po tufach, to spotkasz tutaj głównie krawądki.

Widok na Kanion Chulilla

 

Dopóki nie spróbujesz, nie dowiesz się

Na moim pierwszym wyjeździe wspinaczkowym do Hiszpanii Piotrek zachęcał mnie, żebym próbowała drogi o różnym charakterze. Im więcej typów chwytów poznasz, im więcej trudnych sekwencji ruchów twoje ciało się nauczy, tym szybciej będziesz pokonywać kolejne trudności. Nie warto fiksować się na jeden rejon albo przykładowo tylko na przewieszone drogi. Przez to bardzo się ograniczamy. Oczywiście nie w każdej formacji będzie nam świetnie szło, ale traktujemy to jako trening. Nauczona wyjazdami, które były pełne frustracji, wszystkim radzę, żeby wspinać się dużo i po różnorodnych drogach. Jak będziesz w rejonie, gdzie ewidentnie ci się nie zgina, zejdź z cyfry i wspinaj się ilościowo. Nie przywieziesz życiówki, ale to zaprocentuje na następnym wyjeździe.

Spodobał Ci się ten artykuł? Podziel się nim:
Zobacz również: