Dominik Marzec

Dominik Marzec

Góral z Sudetów. Wyznawca zasady „im więcej wiesz, tym mniej potrzebujesz”. Na podwórku w rodzinnym mieście nie miał boiska tylko niebieski szlak turystyczny, więc już mu tak zostało. Entuzjasta biegów górskich, speed hikingu oraz wielodniowych trekkingów z plecakiem. Blisko branży outdoor od wielu lat, zarówno zawodowo, jak i z zamiłowania. Przemierzył tysiące kilometrów w kraju i zagranicą, ale i tak najchętniej wraca w Karkonosze. Po godzinach przelewa kawę, scrolluje instagramy, wrzuca foty na swój profil.

Kurtki ocieplane – puch czy syntetyk

Kurtki ocieplane – puch czy syntetyk

Synoptycy zapowiadają zimę stulecia. Przyjdzie czy nie, to się jeszcze okaże. Jedno jest jednak pewne. Nawet rekordowo niskie temperatury nie zmuszą wszystkich, żeby zrezygnowali z wędrówek na ośnieżone szczyty, lodowego wspinu i skitourowych przygód. Istnieje zatem tylko jedna opcja – być gotowym na niskie temperatury z ocieplaną kurtką. Jeśli jednak puchówka lub syntetyk nie czekają na ciebie w szafie, masz pewnie głowę pełną pytań, których wspólny mianownik to kwestia: kurtka puchowa czy syntetyczna? O plusach i minusach jednych i drugich właśnie podyskutujemy.

 

Puch czy PrimaLoft

kurtka zimowaIm bliżej zimy, tym częściej pojawia się pytanie co wybrać: PrimaLoft czy puch. Ta kwestia bije rekordy popularności na stronach outdoorowych forów i wśród pytań klientów sklepów górskich. Nie warto specjalnie się temu dziwić, bo osób wybierających kurtki puchowe jest pewnie porównywalna liczba, co osób decydujących się na kurtki syntetyczne, a jedni i drudzy bronią z przekonaniem własnego wyboru. W tym miejscu “PrimaLoft” należy traktować jako słowo wytrych, które określa całą rodzinę włókien określanych często mianem sztucznego puchu. Kiedy postanowisz, że potrzebujesz czegoś nowego i zaczniesz przeglądać różne kurtki zimowe do zastosowań outdoorowych zrozumiesz, że sprawy tej nie da się rozwikłać jednostronnie. Znów jak mantra powraca zasada, że dobre jest to, co właściwe do danych warunków i uprawianej aktywności. Zanim usiądziesz przed komputerem i przeczytasz o potędze natury, która stworzyła prawie doskonały puch i innowacyjnych włóknach będących dziełem genialnych inżynierów, najlepiej z ciepłym kubkiem herbaty i w wygodnym fotelu, zastanów się kiedy i gdzie chcesz odczuwać przyjemne ciepło a nie przeszywający ciało mróz.

 

kurtka zimowaKurtka puchowa, PrimaLoft czy polar

Warto wspomnieć, że kurtka puchowa to nie tylko odzież na srogą zimę. Jest wiele powodów, dla których kurtka ocieplana może być noszona w nawet latem. Zwrócisz na pewno uwagę, że wśród kurtek ocieplanych znajdują się dopasowane modele, w których nie wypełnia przesadna ilość puchu lub syntetyka. Cieńsza kurtka puchowa (określana czasem nawet jako sweter puchowy) lub kurtka syntetyczna to często lżejsza, bardziej pakowna i cieplejsza odzież niż polar. Bywa tak, że jeden polar w góry wypełnia tyle miejsca w plecaku, co zająć mogą dwie, nawet czasem trzy, kurteczki puchowe lub outdoorowy waciak.

Ciepło – najważniejsza sprawa

Za i przeciw w temacie puchu naturalnego i syntetycznego warto zacząć od kluczowej sprawy. Czy to kurtka puchowa czy kurtka syntetyczna, zakładana jest po to, żeby było ciepło. Izolowanie w warunkach niskich temperatur to podstawowe zadanie tego typu kurtek. Kurtka sama z siebie nie grzeje. To struktura włókien, którymi jest kurtka ocieplona, pozwala zatrzymać kurtce ogrzane powietrze. Właśnie ono jest barierą pomiędzy twoim ciałem a chłodem pochodzącym z otoczenia.

Żadna – choćby najnowocześniejsza – ocieplina syntetyczna, nie jest lepsza w zapewnianiu ciepła niż naturalny puch. Wiadomo to nie od dziś. Historia alpinizmu i himalaizmu nie byłaby tak bogata, gdyby nie właściwości puchu. Puch wykorzystywany był jako izolator już w czasach, w których nikt nie zdążył pomyśleć o syntetycznych ociepleniach. W kurtkach wykorzystuje się najczęściej puch gęsi lub kaczy. Musisz jednak wiedzieć, że puch puchowi nierówny i zdolność do “ogrzewania” zależy od tego, jaki ten puch ma parametry i ile puchu jest w ociepleniu, a ile pierza. Ten ostatni parametr podaje się np. zapisem 90/10 – 90% puch, 10% pierze. Im mniej pierza, tym kurtka lżejsza i cieplejsza.

 

Puch gęsi a puch kaczy

Nie tyle gatunek ptaka, co same właściwości puchu decydują o tym, który rodzaj ocieplenia jest lepszy. Puch zatrzymuje ciepło dzięki swojej sprężystości. Im jest ona większa, tym puch jest bardziej ekspansywny, a w jego strukturze lepiej utrzymuje się powietrze. Sprężystość puchu mierzy się w jednostkach CUIN/CUI. Wartość ta oznacza, w jaki sposób standardowa próbka puchu o wadze jednej uncji rozpręża się na danej pojemności mierzonej w calach sześciennych. Puch dobrej jakości to taki, w którym parametr ten osiąga ok. 600-650 cuin. Oczywiście im wartość ta jest wyższa, tym lepiej dla ciepła twojego ciała. I tu dotykamy sedna w sprawie kaczek i gęsi. Najlepszy puch kaczy jest zdolny rozprężać się jedynie do 650-700 cuin, co oznacza, że jest to dobry puch, choć na świecie istnieje jeszcze lepszy. Jest on jednak również o wiele, wiele droższy.

W kwestii ciepła puch nie ma sobie równych. Warto dodać, że jest to izolator, który cechuje tzw. znikoma pojemność cieplna. Mówiąc prościej puch naturalny w odróżnieniu od innych wypełnień grzeje od razu, bo sam nie musi być prawie wcale ogrzewany. Jeśli chcesz tego doświadczyć to spróbuj założyć kurtkę puchową w pomieszczeniu. Idę o zakład, że prędko pojawi się w twojej głowie myśl żeby zdjąć kurtkę puchową.

W zasadzie można zaryzykować stwierdzenie, że puch o sprężystości 600 cuin przewyższa poziomem izolacji każdego syntetyka, którym wypełniona jest kurtka podobnej klasy. Warto pamiętać przy tym, że znaczenie ma ilość puchu wyrażona wagą w kurtkach puchowych albo gramatura włókien w kurtkach ze sztucznym ociepleniem. Badania laboratoryjne potwierdzają, że kurtki z ociepleniem syntetycznym zapewniają ciału taki poziom ciepła, jak średniej jakości puch o parametrach 500-600 cuin.

Wróćmy do sytuacji z herbatką i wygodnym fotelem. Jeśli ciepło jest dla ciebie najważniejsze, więcej znajdziesz go w kurtce puchowej niż syntetycznej.

 

Wilgoć – puch kocha ją odrobinę za bardzo

Problem w tym, że ciepło z puchu stawia jeden warunek – musi być sucho. Puch trochę za bardzo lubi wilgoć i to jest powód, dla którego powstały ociepliny syntetyczne. Poliestrowe włókna takie jak Thinsulate, Coreloft czy PrimaLoft zostały wymyślone, żeby kurtki i śpiwory nie przestawały izolować w trudnych warunkach i powietrzu przesyconym wilgocią. Wystarczy wspomnieć choćby o historii najsłynniejszego puchu syntetycznego. PrimaLoft to włókno wymyślone dla amerykańskich komandosów, którzy potrzebowali ochrony termicznej w każdych warunkach. Na polu walki nikt nie odwołuje przecież działań z powodu gorszej prognozy.

Mokry puch nie ogrzeje cię wcale. W stanie mokrym zbija się tak skutecznie, że jego właściwości spadają do wartości zerowych. Co więcej, przemoczony schnie bardzo, bardzo długo aż znów odzyska pełną sprawność do izolowania. Właśnie z tego powodu puch w kurtkach outdoor często poddaje się procesom, które zmniejszają zdolność puchu do absorbowania wilgoci. Wówczas mówi się o tzw. puchu hydrofobowym.

Inaczej jest w kurtkach z syntetycznym ociepleniem. Izolacyjność włókien syntetycznych w stanie mokrym, w najgorszym wypadku, spada o 50%. Najlepsze włókna syntetyczne (te które w budowie najmocniej przypominają puch) tracą jednak tylko kilkanaście procent z poziomu izolacji. I to nawet jeśli są zupełnie przemoczone. Zdecydowanie szybciej również schną, a dzięki właściwościom antyseptycznym nie są środowiskiem dla grzybów i bakterii.

Teraz zastanów się, których dni w górach miewasz więcej: “lampy” czy “dupówy”. Jeśli zdarza ci się działać niezależnie od pogody, raczej lepszym wyborem będzie sztuczny puszek.

 

Aktywność – dla aktywnych i dla aktywnych bardziej

Wilgoć to nie tylko problem pogody. Wybór kurtki syntetycznej lub puchowej warto również rozważyć pod kątem najczęściej uprawianych aktywności. To prawda, że możesz ochronić kurtkę puchową przed deszczem lub mokrym śniegiem, zakładając na nią hardshell. Musisz jednak pamiętać, że wilgoć powstaje również od pracującego na wysokich obrotach ciała. Speed hiking, szybki skitouring i alpinizm fast and light to działania wymagające intensywnego wysiłku. Spoglądając na sprawę pod tym kątem, kurtka syntetyczna może mieć nieco więcej atutów niż puchówka. Tym bardziej, że kiedy poruszasz się szybko, najwyższy poziom izolowania staje się zbędny. No chyba, że zakładasz tak szybko przebierać nogami, że ocieplana kurtka to opcja tylko na postój.

 

Waga – nie tyle piórkowa, co puchowa

W tej kwestii nie ma wątpliwości. Nie ma tak lekkiego izolatora jak puch. Kurtki puchowe, choć są po prostu wagi piórkowej, biją w tym względzie syntetyki przez nokaut techniczny. Jeśli porównać dwie kurtki ocieplane w góry – syntetyczną i puchową – o podobnych właściwościach ochrony przed zimnem, okaże się, że kurtka puchowa jest zazwyczaj dwukrotnie lżejsza. Może na co dzień nie ma to tak wielkiego znaczenia, ale jeśli zechcesz transportować kurtkę w plecaku pełnym także innego ekwipunku, to na pewno różnicę poczujesz, a także zauważysz. Dzięki lepszej zdolności do kompresji, puchowa kurtka wypełni plecak w mniejszym stopniu. Może to być różnica nawet o 1/3 objętości.

W parametrach wagi i możliwościach kompresji puchówki nie mają po prostu sobie równych.

Jeśli do plecaka niemal zawsze pakujesz ocieplaną kurtkę i lubisz jak plecak jest mały i lekki, to werdykt jest jeden i nie kończy się wskazaniem. Puchowa kurtka w tym względzie rzuci syntetyk na deski.

kurtka puchowa

Dzięki lepszej zdolności do kompresji, puchowa kurtka wypełni plecak w mniejszym stopniu.

 

Pielęgnacja – co łączy puch i tenis?

Kolejna kwestia w sprawie puch vs syntetyk to problem pielęgnacji odzieży puchowej i syntetycznej. Żeby kurtka pozostawała ciepła, jej ocieplina nie może stracić sprężystości. Zarówno włóknom syntetycznym jak i puchowi szkodzą zabrudzenia. Tłuszcz czy sole zanieczyszczające ocieplinę powodują utratę jej “puszystości”. Drugim czynnikiem zagrażającym są mechaniczne uszkodzenia. Puch i włókna syntetyczne poddawane są uciskowi i załamaniom. Im jest ich mniej, tym lepiej dla ich żywotności. Kurtki tego typu można kompresować, ale nie powinno robić się tego zawsze w ten sam sposób i utrzymywać ich w kompresji zbyt długo. Nie chodzi tu o sytuację kilkudniowej wycieczki, ale o taką, w której ocieplaną kurtkę chcemy trzymać skompresowaną do następnej zimy.

Kurtka syntetyczna i puchowa powinny wskakiwać do worków kompresyjnych niedbale, za każdym razem trochę inaczej. Nie wolno ich rolować, ponieważ wówczas miejsca zginania i naprężeń wypadną w tych samych partiach odzieży.

Kolejną kwestią jest pranie kurtek puchowych i kurtek z wypełnieniem syntetycznym. Kurtka puchowa wymaga więcej uwagi i po prostu należy wiedzieć jak prać kurtkę puchową. Przy jej praniu i suszeniu trzeba dbać, żeby puch nie zbijał się w komorach. Specjalny schemat wirowania, dorzucanie do bębna piłeczek tenisowych, czy oklepywanie kurtki podczas suszenia, to sposoby znane posiadaczom puchówek. Kurtki syntetyczne wymagają mniej skomplikowanych zabiegów, a ich pranie zasadniczo polega na przestrzeganiu zaleceń z metki.

Tym razem wybór jednej lub drugiej kurtki ocieplonej można sprowadzić do tego, jak wiele uwagi jesteś w stanie poświęcać jej przy praniu i przechowywaniu. Syntetyk jest bardziej bezobsługowy, choć z puchem, oczywiście przy pewnej dozie dobrych chęci, można sobie również poradzić.

kurtki puchowe Rab

Kurtki puchowe Rab to przykład modeli o doskonałej jakości, świetnej izolacji i rozsądnej ceny. (fot. Rab)

 

Trwałość – jak długo grzeje puch i syntetyk

Oczywiście wszystko zależy od tego, jak używasz i jak dbasz kurtkę. Warto nadmienić, że kurtka używana w górach i w mieście narażona jest na wiele czynników. Jeśli kurtkę nosisz także na co dzień to wiedz, że materiał zewnętrzny i ocieplina na pewno szybciej zaczną się starzeć. Kluczowa dla kurtek ocieplanych jest tzw. utrata loftu, czyli zanikanie sprężystości włókien. Przyjmuje się, że puch jest ociepliną, która dłużej zachowuje swoje naturalne właściwości. Uważa się, że puch zdolny jest pozostawać sprężysty przez okres 5 lat, ocieplina syntetyczna zaś przez około 3 lata. Okresy te można znacznie wydłużyć, mogą one trwać dwu-, a nawet dwuipółkrotnie dłużej, jeśli o swoją kurtkę należycie dba się przez cały ten okres jej użytkowania.

Przy tej okazji warto wspomnieć o cenach kurtek puchowych i syntetycznych. Modele puchowe zazwyczaj są droższe, ale jak widzisz są one bardziej trwałe. Kurtki z ociepleniem syntetycznym są najczęściej nieco tańsze, a czas ich zużywania raczej na tyle długi, by w tym czasie zapragnąć kupna nowego modelu.

 

Odpowiedzialność – wybór ma znaczenie

Przy wyborze kurtki ocieplanej warto zastanowić się nad kwestią odpowiedzialności za środowisko naturalne. Branża outdoor i natura to pola, których zwyczajnie nie da się oddzielić. Produkcja kurtek puchowych powiązana jest z hodowlą gęsi i kaczek. Żeby zminimalizować negatywny wpływ i wprowadzić wysokie standardy hodowli drobiu, stworzony został certyfikat RDS (Responsible Down Standard). Warto wybierać kurtki wypełniane puchem z tym znakiem. Wówczas wyrażasz poparcie dla odpowiedzialnych metod pozyskiwania puchu i odpowiedzialnej hodowli, która nie przysparza zwierzętom cierpienia. Wiodące marki outdoorowe używają puchu z certyfikatem RDS (Responsible Down Standard) od 2014 r.

W tym wypadku wybór kurtki ze sztucznym ociepleniem to wybór ekologiczny. Nie wpływa na potrzebę zwiększania hodowli, a także często wiąże się z wykorzystaniem włókien pochodzących z recyklingu. Niektóre marki odzieży outdoor starają się poszerzać kolekcję kurtek z ociepleniami takimi jak PrimaLoft®, Coreloft™, Thinsulate™, Polartec® Alpha®, a także poszukują rozwiązań wykorzystujących hybrydowe ocieplenia, na przykład z wełny i syntetycznych włókien.

góry stołowe

Autor w kurtce Fanes TW CLT Hood z hybrydową ociepliną TirolWool® Celiant®.

 

Ciekawe, czy po lekturze tego wpisu jest ci łatwiej wybrać kurtkę ocieplaną, czy masz jeszcze większy mętlik w głowie. Jak widzisz, w zależności od tego, co weźmie się pod uwagę, puch lub syntetyk sprawdza się lepiej. Może spróbuj sporządzić piramidę swoich priorytetów. Jeśli maksimum ciepła, waga odzieży i pakowność będą najistotniejsze, wybór powinien paść na puch. Jeśli zaś szukasz kurtki, która nie zawodzi przy załamaniu pogody i w trakcie intensywnych działań oraz dostarcza całkiem sporo ciepła, to sztuczny puszek będzie dla ciebie lepszy.

FUTURELIGHT™ marki The North Face – membrana przyszłości

FUTURELIGHT™ marki The North Face – membrana przyszłości

Już za chwilę do sklepów outdoor trafi nowa kolekcja The North Face, a z nią na rynku zadebiutuje nowy rodzaj materiału membranowego, który – jak można sądzić z zapowiedzi producenta – będzie prawdziwym materiałem przyszłości.

FUTURELIGHT™ to najbardziej zaawansowana i najbardziej oddychająca z wodoodpornych i paroprzepuszczalnych technologii. Tak przynajmniej twierdzą jej twórcy. Co więcej, ma te właściwości wynieść na zupełnie nowy poziom, do którego powinni dążyć inni producenci membran. Czy FUTURELIGHT™ będzie miał szansę stać się technologią, która zagrozi choćby materiałom GORE-TEX®? Wkrótce się o tym dowiemy, gdy produkty z nią trafią do szerokiego grona odbiorców. Do tej pory membranę mieli szansę testować ambasadorzy TNF.

 

[Aktualizacja] Od 01.10.2019 produkty z membraną FUTURELIGHT™ są dostępne w naszym sklepie. Znajdziesz je tutaj.

 

The North Face: śmiałe pomysły i radykalne zmiany

Najnowszy materiał The North Face zadebiutował na początku roku na targach Consumer Electronics Show. Na targi elektroniki w Las Vegas wjechał (dosłownie) jako poszycie ultralekkiego, koncepcyjnego kampera. O ile kamper nie wejdzie do seryjnej produkcji, o tyle materiał, który ma więcej związków z branżą auto-moto, znajdzie się już w zimowej kolekcji The North Face na rok 2019.

Śmiała wizja nowego “supermateriału” powstawała w biurach projektowych latami. W projektowaniu nowej technologii wodoodpornej outdoorowym projektantom pomagali ludzie z Designworks, czyli biura projektowego BMW. Wszystko wskazuje, że otwarcie na nowe pomysły i radykalne zmiany może wywołać spore zamieszanie, bo przez dwa lata testów w najtrudniejszych warunkach technologia FUTURELITE™ zbierała praktycznie same dobre oceny.

Futurelight membrana od The North Face

Nowa membrana testowana była w najtrudniejszych warunkach (fot. The North Face)

 

Co to jest FUTURELIGHT™

Na temat nowej membrany i materiału FUTURELIGHT™ informacje są dość skąpe. Marka The North Face roztacza wokół projektu trochę aurę tajemnicy, ale kilka faktów jest znanych.

FUTURELITE™ to rodzaj materiału, który powstaje dzięki zastosowaniu nanoprzędzy i nowej technologii jej przędzenia. Zaawansowany proces wytwarzania przędzy tworzy strukturę o wyjątkowo porowatej powierzchni. Oczywiście porowatość ta nie jest odczuwana na dotyk, ale można ją poczuć w działaniu materiału.

Materiał pełen jest mikroskopijnych otworów, które cechują się niespotykaną dotąd przepuszczalnością powietrza. Wysoki stopień oddychalności nowego materiału ma być jedną z największych jego zalet, przy czym nie ma zupełnie mowy o ograniczonej wodoodporności produktów z materiału FUTURELIGHT™.

Nowy rodzaj przędzy i technologia jej wytwarzania daje projektantom dużą swobodę. Mogą oni regulować wagę, oddychalność, rozciągliwość i trwałość materiału, a także nadawać mu struktury tkaniny lub dzianiny. Dzięki temu odzież The North Face z materiału FUTURELIGHT™ może być dopasowana dokładnie do aktywności, do jakiej zostaje stworzona. Tam gdzie oddychalność jest najważniejsza, może być jej więcej, a tam, gdzie trwałość materiału to główny czynnik, po prostu można ją zwiększyć.

 

FUTURELIGHT™ – nowoczesny i odpowiedzialny

Innowacyjność to nie tylko wytwarzanie coraz to lepszych produktów. Dziś prawdziwy postęp musi być związany z odpowiedzialnością. Marka The North Face produkując nowy materiał zadbała o świadomy proces jego produkcji. Nowy laminat trójwarstwowy powstaje przy maksymalnym ograniczeniu wykorzystywania chemikaliów, a urządzenia, które go wytwarzają korzystają z zielonej energii wytwarzanej przez ogniwa fotowoltaiczne.

FUTURELIGHT™ jest w 100% materiałem pochodzącym z recyklingu. Materiał wolny jest również od PFC. Dzięki temu wodoodporna technologia nie wiąże się z zatruwaniem wody i gleby tym szkodliwym dla środowiska związkiem.

 

Testy materiału FUTURELIGHT™

Ekstremalnie oddychający i wodoodporny materiał powstał z myślą o ekstremalnych warunkach. Tak naprawdę nie byłoby technologii FUTURELIGHT™, gdyby nie sportowcy marki, ich potrzeby i ich ambitne projekty. To właśnie powody, dla których powstała nowa membrana The North Face.

Hilaree Nelson

Hilaree Nelson w kurtce z FUTURELIGHT™ podczas testów w Himalajach (fot. The North Face)

Materiał ma za sobą ponad 400 dni testów w terenie, a nie tylko setki godzin w laboratoriach. W odzieży wykonanej z FUTURELIGHT™ Jim Morrison wspiął się, a potem zjechał na nartach z Everestu, Cho Oyu i Lhotse. Membranę testował również David Lama – znakomity alpinista, który w kwietniu zginął z partnerami w górach Kanady. Tak znane nazwiska i tak trudne projekty dają nadzieję, że wszystko co mówi się o tej membranie, nie jest tylko marketingowym newsem.

FUTURELIGHT™ równie dobrze radził sobie w laboratoriach. Materiał testowali nie tylko jego twórcy, ale również niezależne organizacje, na przykład Underwriter Labs (UL). Przeprowadzone w UL testy prowadzone były w o wiele bardziej wymagających warunkach, niż testy stosowane do sprawdzania odzieży outdoorowej.

Testy membrany Futurelight

Prace nad produktem trwały kilka lat (fot. The North Face)

Teraz czas na właściwy test. Nowa membrana znajdzie się w najbardziej technicznych produktach marki. Amerykanie wyposażą w nią topowe kurtki przeciwdeszczowe The North Face i spodnie. Produkty z membraną już od kolekcji jesień-zima 2019 dostępne będą w seriach takich jak Summit Series, Steep Series i Flight Series.

Zrobić to, co chce się zrobić – wywiad z uczestnikami wyprawy Łuk Karpat Zima

Zrobić to, co chce się zrobić – wywiad z uczestnikami wyprawy Łuk Karpat Zima

Pod nazwą Łuk Karpat kryją się projekty trekkingowe, w kórych celem jest długodystansowe przejście przez całe Karpaty. Takie przedsięwzięcie jest trudne do zrealizowania ze względu na dystans i czas, jaki trzeba mu poświęcic. Nie ma zbyt wielu takich przejść, a do 2018 roku nie było tego typu przejścia zimą. O tym trudnym projekcie rozmawiamy z Weroniką Łukaszewską (W) i Sławomirem Sanockim (S) – ludźmi, którzy Łuk pokonali dwukrotnie. Najpierw latem, a następnie – jako pierwsi – zimą. 

 

Wiele osób chce rzucić wszystko i wyjechać w góry. Wy tak zrobiliście. Jak to się robi, że zostawia się wszystkie obowiązki i na trzy miesiące znika w Karpatach? Trudno oderwać się od zwykłego życia i wyjść na długodystansowy szlak?

S: Może zacznę od tego, że poznaliśmy się na szlaku w Beskidzie Sądeckim. Okazało się, że mamy wspólny cel – przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego. Postanowiliśmy wtedy przejść go razem. W czasie przejścia GSB powstał pomysł przejścia letniego Łuku Karpat. Wtedy akurat mieliśmy oboje taką sytuację, że mieliśmy okienko zawodowe. Mnie skończyła się umowa, Weronice też, więc to był idealny moment, żeby podjąć taką decyzję i ruszyć na te trzy, cztery miesiące w Karpaty. Po tej wyprawie wróciliśmy do normalnego życia zawodowego i pracy na etat. W głowie mieliśmy jednak myśl, by wyruszyć w Karpaty zimą. Nawet gdy odpychałem od siebie myśli, wszystko zaraz wracało. Co chwilę zaczynałem więc szukać rozwiązań na przejście Karpat zimą w tak krótkim czasie. Na początku pomysł wydawał się nierealny, ale z czasem wpadaliśmy na pomysły rozłożenia depozytów, zabrania sanek. Powstał też plan trasy, bo trzeba było zastanowić się, które pasma należy wybrać. Przez całe Karpaty nie wiedzie jeden wytyczony szlak, sami konstruujemy sobie trasę. Wszystko to był pewien proces, czas, w którym ta myśl dojrzewała.

W: Ważne jest poukładać sobie wszystko tak, by zrobić to, co chce się zrobić. Niezależnie od tego czy mamy rodzinę, pracujemy… Są ludzie, którzy spełniają swoje marzenia, nawet te wydawałoby się nierealne i niemożliwe. Postanowiliśmy, że chcemy funkcjonować tak, a nie inaczej. Nie jest to oczywiście łatwe do zrobienia, żeby wyjść ze schematu praca-dom-praca-dom.

łuk karpat zima

 

No właśnie. Przeszliście Łuk Karpat dwa razy. Te przejścia miały inne trasy?

W: Przejście zimowe bazowało na letnim, ale musieliśmy zmienić trasę z różnych względów – raz z uwagi na krótki czas trwania zimy, dwa, żeby uniknąć zagrożeń lawinowych. Nie wszędzie da się przejść trekkingowo zimą, bez odpowiedniego sprzętu. Przy takim zimowym przejściu nie ma też czasu, żeby czekać na odpowiednie warunki.

 

Trudniej więc jest przejść Łuk Karpat za pierwszym razem, czy powtórzyć tę sztukę w zimowych warunkach?

S: Te wyprawy były zdecydowanie inne. Zimą było bardziej „surowo”… Latem mamy w większości przyjemność z wędrówki. Zimą walka jest każdego dnia.

 

Ale zimą wiedzieliście – mniej więcej – czego się spodziewać.

W: Dzięki doświadczeniu z wyprawy latem wiedzieliśmy jakie jest ukształtowanie terenu, baza turystyczna – a raczej jej brak – i że nie zapewnimy sobie odpowiedniej ilości kalorii, zaopatrując się w żywność w sklepach. Nie wiedzieliśmy jak nasze organizmy poradzą sobie z takim wysiłkiem w czasie zimy, dzień w dzień. I jak psychika będzie reagować na kombinację wysiłku i ekstremalnych warunków.

 

Inaczej trzeba przygotować się do letniej i zimowej wyprawy, ale co jest tą największą różnicą?

W: Śnieg (śmiech).

S: Trasa. Największa różnica to opracowanie trasy, która omija te najwyższe pasma, ze względu na zagrożenia lawinowe. Nasza wyprawa była trekkingiem, a nie żadną wyprawą alpinistyczną, wspinaczkową. Nie braliśmy sprzętu do asekuracji.

W: Nie zabraliśmy nawet lawinowego ABC, to oznaczało, że czasem jechaliśmy po bandzie ze sprzętem.

 

łuk karpat zima

 

Jak rozwiązaliście problem jedzenia na trasie? Zimą potrzebowaliście o wiele więcej energii.

S: Idąc latem przez Karpaty schodziliśmy do wiosek i tam kupowaliśmy prowiant na kolejne kilometry. Zimą rozmieściliśmy dziesięć depozytów z żywnością liofilizowaną.

 

Jak często więc zaglądaliście do cywilizacji zimą?

S: Stosunkowo często. Po każdym paśmie schodzi się do wioski. Najdłużej poza cywilizacją byliśmy około tygodnia.

 

W Karpatach spotyka się zimą ludzi, którzy pracują lub żyją wyżej, już w samych górach? Może ktoś był tak szalony jak Wy i też wędrował szlakiem?

W: Takich ludzi wędrujących jest bardzo mało. Spotkaliśmy dwa razy turystów – raz to była Wielka Jaworzyna na granicy słowacko-czeskiej i to były okolice świąt i weekendu. To jednak taki spacerowy teren, gdzie można nawet wjechać samochodem. Drugi raz na Połoninie Borżawie. Tam z kolei jest wyciąg narciarski, więc spotkaliśmy grupkę narciarzy i trzech turystów, którzy tym wyciągiem wjechali i chcieli zejść w innym miejscu, więc szli przez Połoninę. Raz spotkaliśmy też przetorowany odcinek szlaku w Rumunii, jakieś 4 km, w okresie ferii zimowych dla dzieci.

S: Poza tym w górach, zwłaszcza w Rumunii spotyka się ludzi, bo ci ludzie są częścią szlaku. Żyją w górach, trudnią się wypasem owiec…

 

Jednak zimą ich nie wypasają.

S: Tak. Ale ich domy są położone wysoko, dlatego zdarzało nam się odwiedzić takie gospodarstwa, na przykład ze stadem 300 owiec.

 

Wasze pojawienie się w takim miejscu wzbudzało entuzjazm?

W: Zawsze wzbudzało zaskoczenie i ciekawość. Ludzie pytali co my tu robimy, bo turystycznie zimą po górach mało kto chodzi. Musieliśmy nauczyć się paru zdań po rumuńsku, żeby powiedzieć skąd się wzięliśmy. Spotkaliśmy w górach też jakiś drwali, pilarzy. Rumuni chętnie częstują tym co mają, tłumaczą drogę. Raz wydawało nam się, że zrozumieliśmy wskazówki co do dalszej wędrówki, ale potem okazało się, że jednak było inaczej i pobłądziliśmy (śmiech).

łuk karpat zima

 

Brzmi to bardzo przygodowo. Mam jednak serię trochę bardziej wścibskich pytań… Słuchajcie, poszliście na Łuk Karpat zimą, bo chcieliście być pierwsi, czy była jakaś inna motywacja?

W: Na letnim Łuku Karpat pojawił się pomysł z zimą. Wtedy też uzmysłowiliśmy sobie, że przecież nikt jeszcze tego nie dokonał.

S: Zima to była konsekwencja poprzednich wypraw. Główny Szlak Beskidzki jako część Karpat. Później całe Karpaty latem… Otwarcie mówimy, że zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli się uda, będzie to coś pionierskiego. Było to dodatkowym bodźcem, dawką adrenaliny, żeby to zrobić.

 

Łukasz Supergan – który jest chyba jedynym Polakiem z dwukrotnym przejściem Łuku Karpat na koncie – napisał na swoim blogu, że wykorzystaliście dogodne warunki do zrealizowania zimowego przejścia. Czy takiej zimy jak ta, zimy bardziej śnieżnej, byłoby to trudniejsze do zrealizowania?

W: Na Słowacji było mało śniegu, w Polsce był, ale przeleżany, więc dobrze się po nim szło. To był duży plus i dał nam kilka dni zapasu, które dobrze wykorzystaliśmy. Jeśli chodzi o tak śnieżną zimę jak teraz tym roku, to na Ukrainie i w Rumunii mieliśmy takie warunki praktycznie cały czas. Faktycznie, gdybyśmy na Słowacji i w Polsce musieli brnąć przez głębokie śniegi, to może mielibyśmy problem z przejściem i zmieszczeniem się w czasie trwania zimy.

S: Faktycznie, wykorzystaliśmy “okienko sezonowe”. Przy takim przedsięwzięciu trzeba mieć trochę farta. Trekking na trasie ponad 2000 kilometrów stanowi dystans, którego pokonanie w tak krótkim czasie zimą jest niewątpliwie trudnym zadaniem. Trzeba liczyć na dobre warunki.

łuk karpat zima

 

Kilka razy spaliście w schroniskach i mówicie o tym otwarcie. Zastanawiam się czy w takich długodystansowych wędrówkach jest coś takiego jak czystość stylu. Myślicie, że ktoś wymyśli teraz przejście typu “Łuk Karpat bez zawijania do schronu” albo “Łuk Karpat bez depozytów z żywnością po drodze”.

S: Wszystko jest możliwe. Każda wyprawa przez Łuk Karpat się różniła. Nie było dwóch takich samych przejść, dlatego ciężko mówić tu o stylu przejścia. Nie wiadomo jak to zdefiniować. Równie dobrze można się zastanawiać nad wyborem trasy, ale do tej pory nikt nawet nie podjął się próby przejścia Łuku Karpat zimą. Jeśli chodzi o nas to staramy się zachęcać ludzi do tego, żeby spróbowali. Powtórzenie będzie sprawdzianem także dla naszej wyprawy. Na pewno będziemy taką wyprawę obserwować. Wspominamy otwarcie o schroniskach, ale oczywiście jest możliwe, żeby przejść Karpaty bez noclegu pod dachem. W naszym przypadku były to tylko schroniska w Polsce i na Słowacji. Ludzie wiedząc, że idziemy Łukiem Karpat zapraszali nas i my korzystaliśmy z tej sposobności.

W: Na Ukrainie czy w Rumunii schronisk jest niewiele. Można korzystać z agroturystyk, ale poza sezonem to średnio funkcjonuje. Brak jednego, wytyczonego szlaku, powoduje, że każdy musi żonglować przez które pasma pójdzie. Z kolei w czasie letniego Łuku raz musieliśmy spać pod dachem i był to najgorszy nocleg. Szliśmy wtedy przez Tatry i przechodziliśmy na Rysach na stronę słowacką, więc spaliśmy w Morskim Oku i bardzo się nie wyspaliśmy tej nocy. Upał, mały pokój wypełniony dwudziestoma osobami…było ciężko. Człowiek przyzwyczajony do świeżego powietrza odzwyczaja się od spania pod dachem i walczenia o tlen.

 

Można pomyśleć, że Łuk Karpat to nie Himalaje i że koszty są małe. Zdradzicie jaki jest budżet takiej wyprawy?

S: Budżet jest zdecydowanie mniejszy, ale też zaskakująco wysoki, jak na wyprawę trekkingową. W naszym przypadku był to koszt około 60 000 złotych.

W: Tak naprawdę cały sprzęt na Łuk Karpat zimą musieliśmy kupić od zera. Wyposażenie na takiej wyprawie niszczy się szybko. Po wyprawie sprzęt wyglądał tak, jak używany przez okres dziesięciu lat na normalnych wycieczkach w góry. Nie mogliśmy pozwolić sobie, żeby był to sprzęt już zużyty. Nie bierzemy też nic na zapas. Mamy jeden i tak za ciężki plecak. Drugą sprawą jest jedzenie liofilizowane – nie zdecydowaliśmy się na inną żywność. Byłoby to może i możliwe, ale na pewno bardziej wycieńczające. Trzeba sobie zapewnić odpowiednią ilość kalorii każdego dnia, a żywność liofilizowana jest tu najlepszym sposobem.

S: Samych dań liofilizowanych mieliśmy za około 10 000 złotych. Tylko to pokazuje, skąd taki koszt wyprawy.

 

No dobrze. Na koniec jeszcze tylko jedno z trudnych pytań. Macie już kolejny plan w głowie? Układać w myślach już kolejną długodystansową wędrówkę?

W: Mamy już kilka (śmiech), ale nie możemy zdradzić! Na każdej wyprawie rodzą się kolejne plany. Możemy powiedzieć, że kierunek bardziej na wschód, w dzikie, odludne rejony.

S: Jesteśmy na etapie załatwiania wizy na tak długą wędrówkę. Dlatego też niechętnie o tym rozmawiamy, bo otrzymanie wizy determinuje czy będzie to ten, czy inny kierunek.

 

Ale będzie to już w Azji, czy jeszcze w Europie?

S: Powiedzmy, że na pograniczu (śmiech).

 

Rozumiem, że to nam musi wystarczyć. Dziękuję za miłą rozmowę. Powodzenia.

 

Uczestnikom wyprawy Łuk Karpat Zima zadaliśmy jeszcze klika pytań w filmowym wywiadzie. 

Zawsze gotowy na wycieczkę. Buty Scarpa Mojito

Zawsze gotowy na wycieczkę. Buty Scarpa Mojito

Life is better in hiking boots (Życie jest lepsze w butach turystycznych). Zdanie to przeczytałem kiedyś na blogu marki Scarpa, ale w pełni oddaje moje przekonanie, któremu od kilku lat jestem wierny. Należę do tych osób, które niechętnie zdejmują z nóg obuwie turystyczne. Tak się składa, że modele, które najczęściej wydeptują ze mną miejskie i górskie ścieżki to po prostu buty Scarpa.

Może od razu się przyznam. Nie lubię kupować butów, a jednak w domu mam kilka par tych włoskich butów. Logo tej marki mam na butach skitourowych, tyranych latem po szlakach i skałach podejściówkach i na dwóch parach bestselleru marki, czyli butach Scarpa Mojito. Praktycznie nie ma dnia, żebym nie chodził w butach Scarpa. Jeśli więc szukasz rzetelnego testu chłodnym okiem, to nie tutaj. Tutaj wpis fanatyka, na temat jednego z najpopularniejszych modeli producenta. Mogę szepnąć dlaczego warto kupić buty Scarpa Mojito i opowiedzieć, dlaczego w tym obuwiu można się po prostu zakochać. Trudniej mi zdobyć się na opinię pozbawioną emocji.

 

Scarpa co to za marka

Na początek kilka ciekawostek i faktów. Wyraz scarpa oznacza po włosku po prostu but. Trudno o mniej bezpretensjonalna nazwę marki. Początki firmy wiążą się ze stowarzyszeniem S.C.A.R.P.A (Società Calzaturiera Asolana Riunita Pedemontana Anonima), które zrzeszało najlpeszych rzemieślników szewskiego fachu w regione Montebelluna. Stowarzyszenie powstało w 1938 r. Ich członkiem szybko stał się Luigi Parisotto i jego bracia, którzy wyrośli wśród tradycji ręcznej produkcji obuwia.

W latach 50. Luigi Parisotto wraz z braćmi prowadził własne przedsiębiorstwo, które produkowało ręcznie od 5-15 par obuwia dziennie. Ich klientami byli miejscowi rolnicy. Poszukiwali oni wygodnego, a także trwałego obuwia do pracy i znajdowali je w manufakturze rodziny Perisotto. W 1956 r. bracia wykupili stowarzyszenie i przekształcili je w prężnie rozwijającą się firmę. Bardzo szybko dzienna produkcja obuwia sięgnęła liczby 50-60 par butów, nad którymi pracowało 17 szewskich mistrzów.

Do dziś firma pozostaje w rękach tej rodziny i do dziś tworzy obuwie w Asolo u stóp Dolomitów. To region, który po prostu słynie z produkcji wysokiej jakości butów górskich. Marka jako jedna z pierwszych firm zaczęła produkować buty górskie, buty trekkingowe i alpinistyczne. Szybko rozpoznała potrzeby ludzi gór i równie szybko potrafiła na nie odpowiedzieć. Dziś produkuje modele skiturowe, obuwie wysokogórskie, buty turystyczne, wspinaczkowe i buty lifestylowe.

Scarpa historia marki

Początki historii marki Scarpa to ręczna produkcja trwałego i wygodnego obuwia (fot. Scarpa).

 

Buty Mojito – bestseller Scarpa

Buty Mojito Marki Scarpa to model, który w katalogu występuje w ogromnej palecie kolorów i wersji. Można powiedzieć, że te buty turystyczne, to rezultat doświadczeń w projektowaniu butów sportowych, szczypta wspinaczkowego sznytu i wytrzymałość, która zniesie codzienne użytkowanie. Model ten od wielu lat obecny jest na rynku i bez cienia przesady można rzec, że od wielu lat sprawia użytkownikom satysfakcję. Dlaczego buty Mojito są tak popularne? Odpowiedzi można szukać choćby w ich uniwersalnym przeznaczeniu.

Nie powiem, że buty te to rasowe niskie buty trekkingowe i nie sklasyfikuję ich jako zwykłe buty do miasta. Producent wrzuca go wprawdzie do kategorii “mountain lifestyle”, ale uwierz mi, że szkoda rasowego Vibramu na podeszwie tylko na miejskie asfalty i bruk ulic. Kultowe buty Scarpa Mojito sprawdzą się do wielu zastosowań. Klasyczny wygląd górskiej podejściówki dobrze ci podpowiada, że buty można z powodzeniem wykorzystać na przygodach outdoor.

scarpa mojito

Buty Mojito z bliska. Charakterystyczne sznurowanie, wspinaczkowy design i gatunkowa skóra (fot. Scarpa).

 

Dla kogo buty Mojito?

Od razu odpowiem – prawie dla każdego. Buty Mojito można założyć przy różnych okazjach. Można traktować jako wygodne obuwie miejskie. Kiedy robi się ciepło właśnie w takiej roli najczęściej wykorzystuje swoją parę butów Mojito Fresh. Świetnie oddychająca cholewka daje wysoki komfort stopom, a podeszwa Vibram Spyder i amortyzująca pianka w śródpodeszwie sprawiją, że nawet po całym dniu spędzonym “na nogach” nie czuję się specjalnego zmęczenia.

Buty Mojito (szczególnie te w podstawowej wersji z cholewką zamszową) są również kapitalne jako lekki but turystyczny i jako podejściówka na wspinaczkę w skałach. W górach możesz cieszyć się wygodą modelu Mojito na niejednym szlaku. Są i tacy, którzy w tych butach marki Scarpa atakują Tatry. Sam jestem zdania, że dopóki szlaki nie mają technicznych trudności, a podłoże nie staje się bardzo nierówne i kamieniste, możesz czerpać bardzo dużo przyjemności z wędrówki w tych butach. Leśne ścieżki, podróże, typowe wycieczki górskie w Beskidach i Sudetach, czy wypady w skały – bomba! Sam chętnie zabieram Mojito na wspinanie i śmigam w nich choćby po Górach Stołowych, gdzie guma marki Vibram “trzyma jak zła”, gdy trzeba przejść choćby po mokrym piaskowcu.

 

Charakterystyczne cechy butów Mojito

Weź buty Mojito w rękę, a na pewno zachwyci cię ich lekkość. Konstrukcja tych butów jest dość miękka. Wpływa to korzystnie na wygodę, która jednak kończy się tam, gdzie teren wymaga czegoś bardziej technicznego. Model wzmocniony jest na przodzie gumowym panelem. Mocniejsza jest też konstrukcja pięty, gdzie zastosowano dodatkową warstwę, najczęściej wykonaną ze skóry zamszowej.

Charakterystyczny dla cholewki jest system sznurowania, który zaczyna się tuż przy palcach. To rozwiązanie rodem z butów wspinaczkowych. Zadaniem sznurowania typu climbing lacing jest dopasować cholewkę na całej długości wierzchu cholewki. Sznurowadła nadają butom również wyglądu, dzięki któremu wygląd butów jednoznacznie przypomina buty górske, a użytkownika wiąże z kulturą outdoor.

Podeszwa butów – choć jest całkiem elastyczna – wcale nie jest pozbawiona amortyzacji i naprawdę przyczepnej gumy. Podczas chodzenia da się odczuć amortyzującą piankę oraz przyczepność oferowaną podeszwą Vibram Spyder. Zróżnicowany bieżnik tych podeszw ma zarówno strefę climbing zone gotową na spotkanie ze skalnym podłożem, głębszy bieżnik na miękkie trawy i szutry po bokach, a także bardziej płaskie, perforowane panele, które są w środkowej części sprawdzą się na asfaltach.

Wersje butów Scarpa Mojito

Czas na krótki przewodnik. Casualowe i turystyczne buty Scarpa Mojito występują bowiem nie tylko w bogatej kolorystyce, z której każdy może wybrać model odpowiedni dla siebie, lecz także istnieją w różnych wersjach. Mogą one od siebie różnić się wykonaniem cholewki, a nawet jej wysokością.

  • Mojito – to podstawowy but serii, który stanowi wzorzec dla innych butów z tej rodziny. Cholewka tego buta wykonana jest ze skóry zamszowej o grubości 1,8 mm. Ta wersja to po prostu znakomite buty niskie dla turystów. Cholewka dzięki gatunkowej skórze i impregnacji poradzi sobie nawet z kaprysami chwilowych załamań pogodowych latem. We wnętrzu butów wyściółka z elastycznego materiału tekstylnego.
  • Mojito GTX – rozwinięcie podstawowego modelu, które producent wyposażył w membranę GORE-TEX®. Jeśli poszukujesz prawdziwie odpornej na opady wersji tych kultowych butów, to jest to właściwy wybór.
  • Mojito Leather – Mercedes wśród wersji kultowego buta Scarpa. Identyczne komponenty, co w wersja podstawowa, oprócz wewnętrznej wyściółki. Tym razem w środku obuwia ekskluzywna skóra.
  • Mojito Fresh – model, który można polecić jako świetnie oddychające buty na lato. Idealne do podróżowania, codziennych aktywności i wycieczek, podczas których spodziewasz się upału a nie deszczu. Cholewka w tym modelu wykonana jest z materiału tekstylnego, który jest niemal przewiewny. Komfort w ciepłe dni gwarantowany, ale pamiętaj, że materiał nie stanowi bariery dla opadów deszczu. Pocieszeniem może być to, że cholewka schnie w równie błyskawicznym tempie jak chłonie wodę. Wyściółka we wnętrzu wykonana jest z oddychającej mikrofibry.
  • Mojito Hike GTX – czyli wersja z wysoką ponad kostkę cholewką i membraną GORE-TEX®. Wersja powinna zainteresować osoby, które na zakupowym celowniku mają lekkie buty turystyczne, ale nie wyobrażają sobie wędrówek szlakiem w butach poniżej kostki. Te buty Scarpa dedykowane do wycieczek z plecakiem mają cholewkę ze skóry zamszowej, która jest wodoodporna dzięki membranie goretexowej. Buty różnią się także podeszwą. Model wykorzystuje podeszwę Vibram® Salix o typowo turystycznym bieżniku. Podsumowując – lekki i wodoodporny but za kostkę, idealny na niezbyt wymagające szlaki.

Trzy wersje butów Mojito: Fresh z niebiskimi sznurowadłami, Hike GTX z wysoką cholewką i Mojito z zamszem w kolorze tomato.

 

Wielu użytkownikom trudno rozstawać się z tymi butami. Zaspokojeniem miejskich potrzeb oraz odpowiedzią na potrzebę istnienia butów Mojito na deszcz i chłodniejsze warunki są kolejne modele z rodziny tych kultowych włoskich butów.

  • Mojito Denim – jeszcze jedna lifestylowa wersja dla fanów jeansu. Model wyróżnia się cholewką z jeansu i brakiem przedniego panelu z gumy. To but jeszcze bardziej miejski niż Mojito Fresh.
  • Mojito Knit – kolejny casualowy but. Bliżej mu już do obuwia sportowego niż outdoorowego. Atutem jest tu znakomicie oddychająca cholewka z elastycznego materiału tkanego. Buty różnią się też podeszwą. Na spodzie znajduje się Vibram® Reptilia MG.
  • Mojito City – obuwie dla fanów miejskiej klasyki i wygody outdoorowego buta. Cholewka w tej wersji to skóra nubukowa o grubości 1,4-1,6 mm. Podeszwa Vibram® Spyder City, czyli model odpowiedni na miejską dżunglę. Istnieje także wersja z goretexem – Mojito City GTX.
  • Mojito Basic Mid – buty za kostkę, które łączą wygodę outdoor i miejski styl. Dla tego modelu nawet korporacyjny dress code nie jest problemem. Wnętrze butów wyścieła znów ekskluzywna skóra. Model występuje w wersji z membraną GORE-TEX® pod nazwą Mojito Basic Mid GTX i odpowiednio w wersji niskiej jako buty Mojito Basic i Mojito Basic GTX. Model raczej typu miejskiego i podróżniczego.
  • Mojito Plus GTX – wersja na deszczowy i chłodny dzień. Ta wersja tylko z pozoru jest daleka od pierwowzoru. Wciąż zachowuje jego wygodę i korzysta z tych samych rozwiązań. Cholewkę ma z takiej samej skóry zamszowej, ale jej wododoporność uzupełnia membrana GORE-TEX®.
mojito denim

W tych włoskich butach liczy się też design. Model Mojito Denim – wybór dla miłośników jeansu (fot. Scarpa).

 

Zalety butów Mojito i ich… zalety

Najlepsza rekomendacja to dla butów Mojito opinie użytkowników. Ten model marki Scarpa to bardzo popularny but outdoor, więc wystarczy rozejrzeć się i popytać swoich górskich przyjaciół. Możesz mi wierzyć lub nie, ale o tych butach mogę opowiadać tylko przez ich zalety. Odpowiedni dobór tego buta do zastosowania, pozwala cieszyć się wygodą nawet przy całym dniu spędzonym na nogach.

Pamiętam tylko jeden dzień, w którym chciałem zmienić już Mojito na swoje buty Scarpa Zen Pro. To było długie dreptanie przez Karkonosze, z wyborem najbardziej kamienistych szlaków. Tej próby nie liczę jednak na minus. Zrobiłem to testowo, celowo i z pełną premedytacją! Tak miękki i lekki but nie miał prawa się wtedy obronić. Rezultat: buty wyszły z wycieczki bez szwanku, ale ja czułem tylko trochę większe zmęczenie niż zwykle po takiej wędrówce.

 

 

Na następny dzień po tamtej wycieczce znów założyłem buty Mojito. W tych butach często zdarza mi się zapominać, że cokolwiek mam na stopach, a taki komfort zapomnienia to dla obuwia chyba najlepsza rekomendacja. Zresztą przyzwyczaiłem się, że ten model stanowi dla mnie część outdoorowego stylu. Zaleta jest jeszcze taka, że z tym obuwiem zawsze gotowy jestem na wycieczkę. W każdej chwili mogę ruszyć z miasta w stronę gór i lasu.

Rab Microlight Alpine – wybór pracowników Skalnika

Rab Microlight Alpine – wybór pracowników Skalnika

Dobre modele outdoorowej odzież potrafią pisać swoją historię. Zazwyczaj jest to opowieść pełna ciekawych przygód oraz satysfakcji z uzytkowania. Kurtka Microlight Alpine marki Rab to outdoorowa puchówka, która właśnie świętuje swój dziesiąty sezon w outdoorze. Ten dopracowany model przez wszystkie te lata zasłużył sobie na zaufanie, które sprawia, że jest to jedna z ulubionych kurtek również wśród pracowników Skalnika.

Dekadę temu pierwsza kurtka Rab Microlight Alpine opuściła biura projektowe i szwalnie. Model błyskawicznie zdobył popularność. Jak wiele kultowych kurtek outdoor, model ten potrafił połączyć bowiem funkcjonalny w mieście i w górach design z lekkością i niewielkim rozmiarem po skompresowaniu. Wszechstronne wzornictwo sprawiło, że ten, kto kupił już kurtkę Rab, nie chciał rozstawać się z nią nawet w mieście. Piórkowa waga i zachwycająca kompresja winna była z kolei temu, że kurtka puchowa Rab wskakiwała do plecaka na każdą przygodę, w której potrzebna była solidna dawka ciepła.

10 lat kurtki Microlight Rab

Microlight marki Rab to 10 lat historii i ewolucji w formę coraz bardziej doskonałą (for. Rab)

 

Co takiego ma w sobie Microlight Alpine

Puch! Natura wie najlepiej jak zadbać o ciepło. Atutem kurtki Rab Microlight jest naturalne ocieplenie, które sprawia, że zaraz po założeniu kurtki odczuwa się przyjemne ciepło. Wpływają na to dwie rzeczy: znikoma pojemność cieplna puchu (puch nie musi sam się nagrzać) oraz znakomity parametr jego rozprężalności (który sprawi, że wokół niego utrzymuje się dużo nagrzanego powietrza). Kurtka Microlight ma w sobie tę moc, bo ma hydrofobowy puch gęsi o sprężystości 750 cuin, który to wysoce rozpręża się w komorach puchowych izolując od zimna. Puch ten posiada certyfikat RDS, więc pozyskiwany jest w sposób odpowiedzialny.

“To coś”, co jeszcze ma ta kurtka puchowa, to także lekki i wytrzymały materiał. Przy pierwszym kontakcie z tkaniną Pertex® Quantum możesz mieć wątpliwości, czy nie jest to zbyt cienka i lekka pajęczynka, jak na outdoorowa kurtkę… Bez obaw. Materiał jest gęsto tkany. Dzięki temu ma mechaniczną odporność, dobrze zatrzymuje podmuchy wiatru i nie pozwala, żeby drobinki puchu przebijały go i wydostawały się na zewnątrz. Oczywiście nie jest to materiał tak odporny jak tkaniniy w kurtkach hardshell, ale przecież nie tego oczekuje się od puchówki.

Od dobrej kurtki puchowej – oprócz ciepła – wymaga się lekkości i zdolności do dużej kompresji. To właśnie dzięki nim, tak lekka i kompresyjna kurtka puchowa, jest często najcieplejszą, najlżejszą i zajmującą najmniej miejsca w plecaku odzieżą. O wadze i ściśliwości tego modelu nie będę się rozpisywał. Uwierz na słowo, że jest to mocna strona modelu lub rzuć okiem na zdjęcia poniżej.

 

Kurtki Rab Microlight – którą wersję wybrać

Produkty Rab to odzież stworzona przez wspinaczy i ludzi outdooru. Projektanci wiedzą jak skroić odzież dla aktywnych osób. Poznaje się to po kroju i po detalach. Tego typu podejście znajduje też odzwierciedlenie w dostosowaniu odzieży do konkretnych potrzeb użytkowników.

Microlight Alpine to kurtka, która stanowi bazę i wzorzec. To kurtka najbardziej uniwersalna i przeznaczona do użytku zarówno jako kurtka zewnętrzna, jak i ciepły “midlayer” (warstwa pośrednia). Ta wersja powinna być odpowiednia dla większości użytkowników, którzy poszukują ciepłej kurtki w teren, ale też i na miasto. Microlight Alpine to model dopracowany, “wszędobylski”, który zasłużył sobie przez 10 lat na miano kultowego. To model idealny prweie na każdą przygodę.

Microlight Alpine Long (zobacz) to wersja po lekkim “liftingu”. Model dopasowany będzie bardziej do wysokich osób oraz tych użytkowników i użytkowniczek, które potrzebują dodatkowej ochrony w postaci nieco dłuższego kroju. Poza tym w wersji Long otrzymuje się tę samą paletę świetnych właściwości, znanych z podstawowej wersji, takich jak: lekkość, kompresyjność i ciepło.

Microlight Summit jest najbardziej techniczną wersją. Kurtka w odmianie Summit pomyślana jest jako odzież pośrednia lub zewnętrzna, odzież – na przykład – na szybki rajd z doliny Chamonix po okoliczny szczyt. Tę wersję wyróżnia materiał Pertex® Quantum Infinity Weave™. Tkanina ta wyeliminowała przeszyte na przestrzał komory puchowe i pozwoliła uzyskać jeszcze mniejsza wagę konstrukcyjną kurtki puchowej. Wyżej umieszczone kieszenie zapinane na zamki nie kolidują z uprzężą wspinaczkową. W modelu zrezygnowano z kieszonki piersiowej. Dwukierunkowy zamek sprawia, że puchówkę można z powodzeniem stosować na stanowisku, a szczelniejsze mankiety lepiej chronią przed chłodem i wiatrem, którego trzeba spodziewać się w warunkach alpejskich.

 

Microlight Alpine – opinie

Pewnie zastanawiasz się, czy to wszystko co napisałem jest prawdą… Dość powiedzieć, że i ja nie potrafiłem się oprzeć zaletom kurtki Rab Microlight Alpine i sam śmigam w takiej po górach i mieście. Produkty najlepiej znają ci, którzy ich używają. Właśnie dlatego przeszedłem się po firmie i zapytałem, czy warto kupić kurtkę Rab Microlight. Oto co usłyszałem od osób, dla których to już nie pierwsza zima z tą kultową puchówką.

Rab Microlight jako kurtka miejska

„Wiosną, jesienią i zimą prawie nie chowam jej do szafy” – Kasia w mieście ze swoją puchówką

Pierwszy raz zobaczyłam tę kurtkę podczas sesji zdjęciowych i zakochałam się. Wcześniej zimą nosiłam gruby płaszcz lub ciężkie kurtki narciarskie, ale jestem przeszczęśliwa, że zamieniłam je na puchówkę. Ta kurtka nic nie waży, mogę wrzucić ją nawet do torebki, w niej w końcu zimą nie marznę, a czuje się dwadzieścia kilo lżej i nie wyglądam w niej jak owinięta sznurkiem szynka. Zakładam ją zimą, a nawet wcześniej, jak jest chłodniejszy wieczór. Mam wrażenie, że puch w niej tak działa, że ani się w niej nie grzeję, ani nie marznę. Wiosną, jesienią i zimą prawie nie chowam jej do szafy. Latem i w deszczowe dni obowiązkowo się rozstajemy z wiadomych powodów. W tym roku postanowiłam nawet, że zabiorę ją na przełomie listopada i grudnia do Maroko. Choć za dnia jest 25°C i można surfować, to wieczorem jest w tym okresie już chłodno. Microlight jest cieplejszy, lżejszy i bardziej pakowny niż gruba bluza.

Kasia

„Lubię mieć ją też na różnych wyjazdach, nie tylko zimą, ale też na przykład na wyjazdach z biwakiem” – Marta w Karkonoszach

To będzie nasza kolejna zima razem. Lubię mieć tę kurtkę w plecaku. W razie ochłodzenia zakładam ją, bo daje dużo ciepła. Lubię mieć ją też na różnych wyjazdach, nie tylko zimą, ale też na przykład na wyjazdach z biwakiem. Kurtkę Rab noszę także w mieście, ale jak już robi się całkiem zimno to zakładam w mieście kurtkę o jeszcze dłuższym kroju. Z Microlightem byłyśmy razem choćby zimą w rodzinnych Karkonoszach, a latem na Kaukazie. Główny atut? Kolor! Wszyscy zwracają na tę kurtkę uwagę, jak w niej idę. Taka prawda!

Marta

„Dla mnie to już czwarty lub piąty sezon z tą kurtką” – Grzesiek w Zakopanem

Sukcesem tej kurtki jest bardzo dobra relacja jakości do ceny. Mamy w niej impregnowany puch dobrej sprężystości, materiał Pertex, a cena kurtki jest niewysoka, jak na tego typu kurtkę. Dla mnie to już czwarty lub piąty sezon z tą kurtką i według mnie jest to idealna kurtka na miasto, gdy jest poniżej 4°C zakładam ją na na krótki rękaw i do -10°C spokojnie mogę tak chodzić. Oczywiście zależy to też od tego, jak ktoś jest odporny na temperaturę. Outdoorowo jest też idealna do mniejszych aktywności czy postoju, kiedy nie jest narażona na wilgoć od wewnątrz, od ciała. Jest jeden bardzo ciekawy detal – kaptur z formowanym daszkiem. Po pierwsze materiał nie opada na oczy, po drugie można zrobić taki patent, że podwija się daszek i w ten sposób można zmniejszyć dodatkowo objętość kaptura. Nie każda kurtka to ma. Wcześniej miałem grubsze kurtki puchowe, raczej ekspedycyjne, ale Microlight teraz w zupełności mi wystarcza.

Grzesiek

Microlight Alpine Long

„Wybrałam kurtkę Microlight Alpine Long. Wersja z przedłużonym tyłem ma to, czego brakowało mi w kurtkach puchowych, które nosiłam do tej pory” – Gosia, Microlight Alpine Long i Tatry

To jest kurtka, którą zabieram na każdy wyjazd – zarówno w lecie, jak i zimą. W chłodny wieczór wystarczy zarzucić ją na koszulkę, a zimą dogrzewa przy dodatkowej warstwie. Specjalnie wybrałam kurtkę puchową, a nie syntetyczną. W puchówce ciepło robi się od razu, poza tym rozmiar i waga miały znaczenie. Kurtka Rab pakuje się do małego woreczka, więc nigdy mi nie jest żal dla niej miejsca w plecaku. Nawet jak jest to jednodniowy wyjazd. Wybrałam kurtkę Microlight Alpine Long. Wersja z przedłużonym tyłem ma to, czego brakowało mi w kurtkach puchowych, które nosiłam do tej pory. Odsłonięte nerki? Nie z tym modelem! To jest ogromny plus. Podobnie jak to, że kurtka jest bardzo uniwersalna. Operując dodatkowymi warstwami może służyć przez cały rok i przez cały sezon sprawdza się w terenie i w mieście. Przekonałam się nieraz, że nawet jak w mieście jest dwadzieścia kilka stopni, to jadąc w skały można zmarznąć. Wtedy puchówka jest niezbędnym elementem.

Gosia

Microlight Alpine Rab skitoiring

Pierwsza przymiarka i od razu miłe zaskoczenie, jaka ta kurtka jest lekka. Później utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że z lekkością w parze idzie też niewielka objętość i ciepło – Beata podczas skiturowej wycieczki

Jeszcze kilka miesięcy temu uważałam, że kurtka z włóknami Primaloft to wszystko, czego mi potrzeba. Potem Sławek napisał ten tekst, a ja zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno sztuczne włókna zawsze są wystarczające. Ponieważ byłam grzeczna św. Mikołaj przyniósł mi w prezencie sakiewkę, której zawartość wydałam na kurtkę Microlight Alpine. Pierwsza przymiarka i od razu miłe zaskoczenie, jaka ta kurtka jest lekka. Później utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że z lekkością w parze idzie też niewielka objętość i ciepło. Minęło parę zimowych miesięcy, a ja uważam, że to najlepszy prezent, jaki sobie sprawiłam. Miałam ją ze sobą na skiturach w Górach Sowich, szkoleniu lawinowym w Czechach, wypadzie do tatrzańskich jaskiń, na izraelskiej pustyni (ale zimą!). Na tego typu wypadach używam jej przede wszystkim jako docieplenia podczas postojów. Kiedy wyciągnęłam swój zimowy płaszcz, by używać go na co dzień nie mogłam uwierzyć w to, jak jest ciężki. Szybko „przesiadłam się” także w mieście na Microlighta. I to jest zaleta, o której warto powiedzieć – ta kurtka sprawdza się naprawdę wszędzie. Na wiosenne nurki też ją ze sobą zabiorę, będzie jak znalazł po wyjściu z zimnej wody.

Beata

Połączyć pracę z pasją – wywiad z Anną Szczęsną

Połączyć pracę z pasją – wywiad z Anną Szczęsną

W październiku 2018 r. świętowaliśmy w Skalniku 25. rocznicę powstania firmy. Obecność w branży przez taki czas to dla naszej firmy powód do wielkiego zadowolenia, pretekst do odkurzenia kilku ciekawych historii z przeszłości oraz impuls, by pomyśleć dokąd zmierza firma. O początkach, marzeniach i sposobie na outdoorowy biznes opowiada Anna Szczęsna, która w 1993 r. razem z mężem założyła wrocławski Skalnik. 

 
Pierwszy sklep stacjonarny został otwarty na ul. Bogusławskiego i istnieje do dziś. Jak to się stało, że w takim miejscu powstał sklep górski?

Wybór miejsca był przypadkowy. Lokal był przede wszystkim tani. Znajdował się pod estakadą kolejową. Wcześniej były tutaj garaże dla autobusów i PKP postanowiło wynająć te lokale w takim stanie, w jakim one się znajdowały. Samodzielnie mogliśmy zrobić adaptację lokalu i otworzyć w nim sklep. Tak naprawdę więc był to jeden z lokali, na który było nas wtedy po prostu stać.

Czynny do dziś sklep na ul. Bogusławskiego. Lata ’90.

Nowa firma potrzebowała nazwy. Dziś Skalnik to jeden z największych sklepów outdoor, ale trzeba przyznać, że patronuje mu w zasadzie całkiem niewielka góra. Jak to możliwe?

Tak. Ostatnio pytał nawet o to jeden z naszych klientów na Facebooku. Odpowiedź jest taka, że myśmy urośli, a góra niestety nie (śmiech). Pomysł na nazwę wziął się parę lat przed otwarciem sklepu, kiedy wszystko było jeszcze w sferach planów. Założenie było takie, że nazwa ma być polska. To był czas, kiedy wskutek wybuchu przedsiębiorczości wszyscy nazywali swoje sklepy „shopami” albo jakoś podobnie, dlatego przyjęliśmy warunek, że ma być to słowo polskie, związane z górami, stosunkowo krótkie i wpadające w ucho. Miała być to też nazwa, którą będą mogli wymówić cudzoziemcy. Propozycję nazwy – która nam się bardzo spodobała – rzucił jeden z naszych kolegów ze Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich i tak zostało. Nazwa ma jeden minus. Czasem spotykamy się z pytaniami czy Skalnik to sklep, w którym można kupić kwiatki do ogródka. Oczywiście mylą słowo ze skalniakiem (śmiech).

W 1993 r. w Skalniku za 300 tyś. zł. można było kupić „czapkę z wkładem teflonowym”

Początki pewnie były zarówno bardzo ciekawe, jak i pełne trudności. Kilka lat po otwarciu sklepu Wrocław nawiedziła ogromna powódź i z tego co wiem, z powodzią wiąże się bardzo ciekawa historia.

W 1997 r. mieliśmy już dwa lokale – na ul. Bogusławskiego i ul. Polaka. Tuż przed przyjściem wielkiej wody ewakuowaliśmy sklep na ul. Polaka. Byliśmy przekonani, że tam właśnie woda się wedrze, bo jest to miejsce położone stosunkowo blisko Odry. Sklep na ul. Polaka jednak ocalał, a zalany był rejon sklepu na ul. Bogusławskiego, który nie został ewakuowany. Jedyne co zdążyliśmy zrobić w tym miejscu, to ułożyć worki z piaskiem pod drzwiami i zaślepić otwór kanalizacyjny, by woda nie dostała się przez odpływy. Mimo to sklepu nie zalała woda, bo chwilę przed przyjściem fali kulminacyjnej do Wrocławia, przed świeżo wyremontowanym Teatrem Polskim powstała dosyć duża barykada z worków z piaskiem. Trzy tygodnie później przyszła natomiast druga fala powodziowa i wtedy Wrocław walczył z umocnieniem Jazu Szczytnickiego przy moście Zwierzynieckim. Można powiedzieć, że braliśmy wówczas bezpośredni udział w walce z powodzią. Umacnianie jazu polegało na zrzucaniu ze śmigłowców tonowych worków z kamieniami i te worki były podwieszone do śmigłowców na linach dynamicznych, które dostarczał Skalnik.

 

Czy kiedy sklep powstawał mieliście plany lub marzenia, które udało się zrealizować?

Marzeniem było to, żeby połączyć pracę zawodową z pasją. Przed otwarciem Skalnika mój mąż pracował w firmie budowlanej, ponieważ skończył studnia na Politechnice Wrocławskiej. Nasza przygoda z handlem zaczęła się od wspólnych wypraw w Himalaje. W tamtym okresie właściwie nie było możliwości, by wyjechać w Himalaje za własne, zarobione pieniądze. Sposobem na to było zajmowanie się handlem w jedną i drugą stronę. W ten sposób Włodek, zupełnie przez przypadek, odkrył w sobie żyłkę handlowca. Okazało się, że świetnie sobie z tym radzi, szczególnie na Wschodzie, gdzie kultura handlu jest – powiedzmy – specyficzna. Czasem udawało się pewne rzeczy przenieść z tej kultury tutaj (śmiech).
Najważniejsze jednak, że planów do zrealizowania, tych które związane są z prowadzeniem firmy, nie zostało wcale tak wiele. Mój mąż był mistrzem w realizowaniu swoich marzeń. On po prostu coś wymyślał, a potem to robił. Tak było nie tylko w przypadku sklepu.

Naprawdę nie ma choćby drobiazgu, którego nie udało się zrealizować?

Do niedawana był taki drobiazg (śmiech). Kiedyś chciałam, żeby Skalnik posiadał swoje wrocławskie krasnoludki, ale jeden z ich „urodził się” już w tym roku, a niedługo przybędzie kolejny.

 

W 2008 r. Włodzimierz Szczęsny zginął w górach Cordillera Darwin. Tamten dzień był przełomowy w życiu i w firmie. Jak udało się w tak trudnej chwili przezwyciężyć wszystko i poprowadzić sklepy dalej?

To rzeczywiście był bardzo trudny czas, ale udało się go przetrwać z dwóch powodów. Bardzo dużą motywacją dla mnie były dzieci. Otrzymałam również olbrzymią pomoc od przyjaciół i od pracowników Skalnika. Przez cały ten trudny czas, który trwał bardzo długo (ponieważ wiązał się ze sprowadzeniem ciała męża do Polski, co trwało powyżej miesiąca), byłam często wyłączona z jakiejkolwiek pracy, a firma mimo to funkcjonowała. Wszyscy byli wtedy bardzo mocno zmotywowani i dzięki tym wszystkim ludziom udało się wszystko przezwyciężyć.

Po 25 latach Skalnik to firma jeszcze bardziej rodzinna, bo w firmie dziś pracują Państwa dzieci. Łatwo się z nimi pracuje, czy to jest też wyzwanie?

Jest to duże wyzwanie, ale jest to coś, co udało nam się dobrze zorganizować. Każde z nich ma swoją działkę w firmie i wyznaczone zadania. W 2008 r. dwójka naszych dzieci była jeszcze niepełnoletnia, więc ten proces musiał być stopniowy. Pierwszy do firmy dołączył Bartek, później Ola i Kasia. To właśnie dzięki dzieciom firma poszła do przodu w ostatnich latach. Sądzę, że to przede wszystkim ich zasługa. Dzieci parły zdecydowanie w stronę rozwoju sprzedaży internetowej. Gdyby nie ich zapał i pomysły, sama – jako osoba z określonym peselem – nie zdobyłabym się na taki krok.

 

A gdyby tak wybiec w przyszłość i pogdybać… Za kolejne 25 lat – jak wtedy może wyglądać Skalnik?

Zawsze trzeba sobie wyznaczać jakieś cele (śmiech). Chyba mogę powiedzieć, że byłabym bardzo zadowolona, gdyby za kolejne ćwierć wieku Skalnik był rozpoznawalną marką europejską.

 

Można spotkać się z różnymi opiniami co do wielkości tej firmy. Część osób kojarzy ją jako małą firmę rodzinną z Wrocławia, ale są klienci, którzy na słowo Skalnik myślą ogólnopolska „sieciówka”. Gdzie leży prawda?

Prawda jest, jak zwykle, pośrodku! Prawdą jest, że jesteśmy firmą niedużą, rodzinną, ale też prawdą jest to, że w tej chwili mamy zasięg ogólnopolski, a nawet większy. Dzięki sprzedaży internetowej nie ograniczamy się do Wrocławia czy regionu, ale mamy bardzo wielu klientów w całym kraju i za granicą. Wystarczy powiedzieć, że przy otwarciu zatrudnialiśmy jednego pracownika, w 2008 r. pracowników było ok. 10-12, a teraz pracujemy w zespole prawie 50 osób.

Pracownicy Skalnika. Od zawsze zgrany team

A czy nie było takich planów, żeby otwierać sklepy stacjonarne w innych miastach?

Były takie plany. W 2005, może 2006 roku Włodek doprowadził do stowarzyszenia się sześciu najważniejszych wtedy sklepów górskich w Polsce. Mieliśmy robić wspólne zakupy hurtowe, ale trwało to tylko przez chwilę. Jak to bywa w polskich warunkach, z czasem coraz trudniej było się dogadać i ten cały projekt się rozpadł.

 

Wróćmy jeszcze na chwilę do organizacji. Oprócz tego, że z firmą pracuje najliższa rodzina, to są tu ludzie, którzy pracują w Skalniku od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Jaka jest recepta, żeby ludzi zatrzymać w firmie przez taki czas?

W tej branży trzeba stworzyć takie warunki, żeby ludzie mogli wiązać pracę z pasją. Opieramy się na osobach, które w życiu robią coś więcej niż tylko chodzą do pracy. To główna rzecz, która wiąże nas z pracownikami na tak długo. Bardzo o nią dbamy. Oczywiście najważniejszy jest szacunek dla ludzi. Nie tylko dla pracowników, ale też dla klientów, kontrahentów, partnerów, z którymi współpracujemy.

 

No właśnie, sklep to przede wszystkim klienci. Pamięta Pani, co kupił pierwszy klient?

Oczywiście, że pamiętam! 25 lat temu, przed otwarciem sklepu, zgromadziliśmy sporo towaru, który się nie mieścił w lokalu i był trzymany w domu. Musiało tak być, ponieważ w latach dziewięćdziesiątych problemem było zaopatrzenie, zdobycie pewnych rzeczy. O każdy towar trzeba było w tamtym czasie walczyć. Pierwszym klientem był nasz kolega Andrzej, który wiedział, że chcemy otworzyć sklep i wiedział, że jakiś towar do tego sklepu już mamy. W dniu otwarcia pierwszego sklepu Andrzej kupił kurtkę GORE-TEX® marki Mello’s. Dostał przy zakupie pierwszą kartę stałego klienta, która była wystukana na maszynie do pisania i zalaminowana.

Klient-VIP. Andrzej Zawada robi zakupy w Skalniku

Ciekawi mnie jak zmieniali się klienci. Można się pokusić o taką krótką charakterystykę: klient w 1993 r., klient w 2008 r. i klient dziś?

Gdy otwieraliśmy sklep klient był zdecydowanie mniej wymagający. Był szczęśliwy, jak udało się cokolwiek kupić. Podstawowym kryterium przed dziesięciu, może nawet piętnastu laty, były natomiast finanse. W Polsce na wiele rzeczy nie było nas po prostu wtedy stać. Pamiętam takie historie, że warunkiem koniecznym zakupu kurtki zewnętrznej było to, żeby kurtka goretex, czy inna, miała taką długość, że spod spodu nie wystawał garnitur. Jak się kupiło jedną kurtę, to nosiło się ją wszędzie: do teatru, do pracy i w góry. W tej chwili stać nas, żeby kupić sobie więcej. Klienci są bardziej zamożni i bardziej świadomi. Informacja o produktach i technologiach dostępna jest choćby w internecie, więc klient do sklepu przychodzi świetnie przygotowany i zdarza się, że doskonale wie czego potrzebuje.

 

No właśnie, czy klienci korzystają chętnie ze sklepów stacjonarnych? Czy w dobie internetu, darmowej wysyłki i darmowego zwrotu rynek outdoor nie przenosi się do sieci? Może się wydawać, że prowadzenie tradycyjnych sklepów nie jest w tej chwili ani łatwe, ani zyskowne.

Łatwe nie jest, ale jest opłacalne wtedy, gdy sklep posiada pewną atmosferę. Przede wszystkim kiedy jest to miejsce, gdzie znajdują się ludzie, z którymi można porozmawiać o sprzęcie. W sklepie stacjonarnym można uzyskać fachowe doradztwo. Prowadzenie sprzedaży stacjonarnej ma jak najbardziej sens, ponieważ wciąż jest wiele osób, które chcą dotknąć, przymierzyć produkt zanim się zdecydują. Oczywiście można to samo zrobić otrzymując przesyłkę do domu, nie mniej jednak kontakt z profesjonalistami, na miejscu, spotkanie z ludźmi, którzy mogą doradzić, dobrać – moim zdaniem – jest wciąż bezcenny.

 

Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych lat pełnych sukcesów.

Via ferraty Dolomity – okolice Passo Gardena

Via ferraty Dolomity – okolice Passo Gardena

Bez dwóch zdań – ojczyzną via ferrat są Włochy, a dokładnie Dolomity. W tych górach znajdziesz szlaki via ferrata na każdym poziomie trudności. Długie, krótkie, z trudnościami i bez. Znajdzie się milion powodów, dla których miłośnik żelaznych perci powinien jechać w Dolomity, ale ten artykuł nie będzie o tym. Wpis ten dla jednych może być inspiracją i odpowiedzią na pytanie, gdzie pojechać na pierwsze ferraty w Dolomitach, innym może odkryć jeszcze jedno miejsce, w które warto pojechać na ferraty.

Tym razem wybieramy się w rejon przełęczy Passo Gardena w północno-zachodniej części Dolomitów. Jest to wysoka przełęcz w Południowym Tyrolu, która rozdziela masyw słynnej, majestatycznej Selli od skalnego grzbietu Puez i jest łącznikiem dla dwóch pięknych dolin: Alta Badia i Val Gardena. Zimą miejsce to jest oblegane przez narciarzy, latem tłoczno tu od turystów, miłośników pokonywania dróg z żelazną asekuracją i kolarzy.

 

Via ferraty w okolicy Passo Gardena

Miejsce to mogą wybrać osoby, które są po pierwszych próbach ferratowych. Niektóre z dróg, które zaraz opiszę, można wybrać nawet jako pierwszą ferratę. Jeśli jednak jedziesz na pierwsze ferraty, to wybierz się z kimś bardziej doświadczonym. Choć ferraty z tego artykułu nie mają dużej trudności, przyda się doświadczenie kogoś, kto dobrze orientuje się w terenie i dobierze odpowiednio trudności. Pamiętaj, że w Dolomitach przed wejściem w ferratę przyda się dobre rozpoznanie, bo nieraz przejście wiąże się dłuższą wędrówką, a innym razem bezpieczeństwo może zależeć od oceny warunków i tak zwanych obiektywnych zagrożeń. Już na pierwszej z opisanych ferrat wyjdziemy wyżej niż na Rysy…

Lokalizacja opisanych w artykule ferrat. Oznaczenia: PG – Passo Gardena; F1 – Sassongher; F2 – Gran Cir (Grosse Cirspitze); F3 – Piccola Cir (Kleine Cirspitze); F4 – Brigata Tridentina (Pisciadu)

 

Zagrożenia w Dolomitach

Nie daj się zwieść Dolomitom. Kolejki, schroniska, duża liczba turystów na szlakach i ferratach – wszystko to sprawia, że to góry bardzo cywilizowane. Mimo to wciąż groźne. Na via ferracie spotkać mogą cię różne zagrożenia. Inni turyści mogą zrzucać ponad tobą niechcący kamienie, gdzieś może zaskoczyć cię lufa, czyli duża przepaść pod stopami, ale największym zagrożeniem w tych górach jest szybko zmieniająca się pogoda.

Nie spotkałem bardziej spektakularnych burz niż te w Dolomitach. Tworzą się błyskawicznie, hukiem i intensywnością deszczu potrafią zaskoczyć nawet twardzieli. Pamiętaj, że woda spływająca po skalnych ścianach Dolomitów sama w sobie jest zagrożeniem. Ponadto często prowadzi do osunięć, obrywów. Potoki i wodospady potrafią nieść nie kamienie, ale głazy, które mogą zniszczyć choćby drogę dojazdową. Osobnym zagrożeniem są pioruny, bo lina asekuracyjna via ferraty działa niczym wielki odgrom.

Aplikacje burzowe (na przykład Blitzordung) mile widziane. Pamiętaj, że nie przejdzie bokiem. Jeśli lokalna prognoza wieści burzę, to jest ona pewna, jak pewne w życiu człowieka są podatki i śmierć. W Południowym Tyrolu informacje turystyczne i tablice urzędów gmin wywieszają genialne prognozy. Nie ma co liczyć, że taka prognoza się nie sprawdzi.

 

Sassongher – via ferrata dla początkujących

Sassongher to piękny, bardzo wybitny szczyt, który góruje nad miejscowością Colfosco (Calfosch) i doliną Alta Badia. Szczyt mierzy 2665 m n.m.p.m. Wejście na szczyt to miks trekkingu i niezbyt trudnej ferraty. Zarówno szczyt, jak i droga do niego są bardzo widokowe. Warto więc obrać górę za cel z tego powodu. Jest to też idealna via ferrata dla początkujących lub na dzień, w którym na trudniejszych ferratach jest wciąż mokro po deszczu.

uta edalweiss sassongher

Schronisko Edelweiss i Sassongher. Na szczycie piękna panorama, w dolince dobra kawa i pyszne ciasto.

Szczyt można zdobyć ciekawą drogą z Colfosco. W miejscowości nie ma problemu z pozostawieniem auta. Jest tu również dogodny camping – Camping Colfosco – który można polecić do biwakowania.

Z miejscowości należy kierować się szlakiem nr 4 w stronę schroniska Edelweiss (1832 m n.p.m). Podejście można skrócić sobie korzystając z kolejki Col. Pradat. Jest to opcja dla osób, które chcą zdobyć łatwiej wysokość, ale nie pozwala ona zaoszczędzić dużo czasu. Po wyjściu z kolejki i tak zostaje do pokonania długi i płaski trawers do skrzyżowania szlaków, na które można po prostu przejść z doliny mijając schronisko. Wycieczka od schroniska na szczyt i z powrotem tą samą drogą to wyjście na jakieś 4 godziny.

Większość drogi pokonuje się maszerując ciekawym szlakiem. Podążamy najpierw szlakiem nr 4, zmieniając go za kapliczką św. Franciszka na szlak nr 7, odbijając w prawo. Dalej systemem półek podążamy na przełęcz na wysokości 2435 m n.p.m. i dalej podążamy na Sassongher za znakami, które informują, że na szczycie będziemy za niespełna godzinę. Trochę powyżej przełęczy znajduje się fragment drogi na szczyt ubezpieczony via ferratą. To skalisty odcinek drogi, który w wyceniony został na trudności A/B. Ferrata kończy się po pewnym czasie, a do szczytu zostają do pokonania rozleglejsza kopuła szczytowa, która niedaleko za krzyżem na szczycie opada ostro zerwą do doliny. Droga powrotna do Colfosco prowadzi tą samą trasą. W schronisku warto nagrodzić się ciastkiem Apfelstrudel i kawą!

 

Czas: 4 h (2h+2h) tam/powrót ze schroniska Edelweiss (Uta Edelweiss)
Trudność: A/B; łatwo

sasshonger mapa via ferrata

Otirntacyjny plan okolic Colfosco i szczytu Sassongher. Oznaczenia: C – Camping Colfosco; żółty znacznik – Schronisko Edelweiss; S- szczyt Sassongher.

Sassongher mapka ferrata

Droga na szczyt Sassongher. Oznaczenia: żółty znacznik – Schronisko Edelweiss; K – kapliczka św. Franciszka; S – szczyt

 

Gran Cir z Passo Gardena – ferrata drogą normalną

Porzuć auto na jednym z parkingów na Passo Gardena lub zaparkuj w jednej z zatoczek przy drodze i kieruj się na północ. Ta ferrata to wycieczka z historią w tle. Najwyższy szczyt grupy Puez – Gran Cir (Grosse Cirspitze) – został zdobyty po raz pierwszy w 1887 r. przez Johanna Santnera i Gottfrieda Merzbachera. Dzisiejsza ferrata na Gran Cir (2592 m n.p.m.) prowadzi tak zwaną drogą normalną, czyli właśnie drogą pierwszych zdobywców. Ferratę można polecić turystom zaprawionym na tatrzańskich szlakach. Na drodze do szczytu są dwa ubezpieczone odcinki o trudności A. Szczyt jest popularnym celem, więc do niezbyt dużych trudności technicznych należy dodać spory ruch na drodze, który może spowolnić wycieczkę. Kask wspinaczkowy moim zdaniem niezbędny. Więcej ludzi to więcej latających kamieni. Nie zwracaj uwagi, że niektórzy wędrują bez kasku, a także bez lonży. Nie jest to wzór do naśladowania. Cóż popularne szczyty mogą zadziwiać takimi obrazkami, choć w Dolomitach na via ferratach to raczej rzadkość.

masyw Puez

Skalny grzebień masywu Puez widziany z okolic ferraty Brigata Tridentina. Bardziej izolowany szczyt w centrum zdjęcia to Gran Cir. Piccola Cir to turnia wyrastająca nad stacją kolejki po lewej stronie.

Południowa ściana Gran Cir opada do sporego żlebu, który jest miejscem startu ferraty. W jej stronę prowadzą szlakowskazy. Podejście na start z przełęczy Passo Gardena trwa trochę poniżej godziny. Podejście możliwe jest jednym z wielu szlaków i dróżek. Od wschodu można przyjść ze schroniska Jummy Hütte, od zachodu z kolejki Dantercëpies.

Droga na ten wybitnie widokowy i popularny szczyt Dolomitów wiedzie najpierw przez piarżysty żleb i skręca w prawo (ok. 0:30 h). Tu zaczyna się pierwszy z ubezpieczonych odcinków, który prowadzi półką i kończy się na ścieżce prowadzącej zakosami. Przed nimi znajduje się duża półka, a z niej zachwycająca panorama na masyw Selli.

wieszczki gran cir

Na szczycie Gran Cir. Wieszczki – stali bywalcy szczytów w Dolomitach.

Powyżej zakosów czeka jeszcze jeden fragment ze sztucznymi ułatwieniami, który pozwala przejść bezpiecznie skalne ścianki. Ostatnie trudności (I w skali UIAA) znajdują się na szczycie. Nie ma tu ułatwień i stalowej linki. Trzeba zachować po prostu odrobinę więcej uwagi. Ze szczytu roztaczają się piękne widoki. Miejsce to oprócz turystów odwiedzają wieszczki, które potrafią siadać na skałach dosłownie o wyciągnięcie ręki od człowieka. To ptaki żyjące na wysokościach powyżej 1800 m n.p.m., tylko sporadycznie zaglądające w nasze Tatry.

 

Czas: 1:30 h (0:45+0:45 h) tam/powrót z początku ferraty w wpiarżystym żlebie
Trudność: A/B; łatwo

Gran Cir i Piccola Cir ferraty

Gran Cir i Piccola Cir można zdobyć jednego dnia. Z Passo Gardena należy podejść w kierunku północnym jednym z kilku szlaków. Oznaczenia: PG – Passo Gardena; żółty znacznik – górna stacja kolejki i restauracja Dantercëpies; fioletowy znacznik – Jimmy Hute; F2 – start ferraty na Gran Cir; S1 – szczyt Gran Cir; F3 – start ferraty na Piccola Cir; S2 – szczyt Piccola Cir. Przebieg ferrat jest tylko orientacyjny.

 

Piccola Cir ferratą z Dantercëpies

Wejście na Gran Cir warto połączyć ze zdobyciem (jeszcze tego samego dnia) drugiego szczytu masywu Puez nazywanego Piccola Cir, Cir V lub Kleine Cirspize o wysokości 2520 m n.p.m. Dogodnym punktem wyjścia na ferratę jest górna stacja kolejki Dantercëpies, którą można osiągnąć pieszo z Passo Gardena lub idąc na wschód szlakiem poniżej skalnego muru Puez, zaraz po zejściu z Gran Cir. Miejsce osiągalne jest również koleją gondolową z miejscowości Selva di Val Gardena.

„Mały Cir” choć jest mniejszy od dużego o jakieś siedemdziesiąt metrów, to jest szczytem znacznie trudniejszym do osiągnięcia. Wejście na szczyt – choć niezbyt długie – jest typowym wejściem ferratowym, w którym nie będziesz narzekać na brak wspinaczki. Jeśli ktoś z twoich partnerów nie ma ochoty na prawdziwe wspinanie po skałach, może pójść na do restauracji w stacji kolejki. Z tarasu będzie mieć piękny widok na imponujący masyw Sassolungo, w którym znajduje się ferratowy klasyk Dolomitów – via ferrata Oscar Schuster Steig.

Cir V szczyt

Szczyt Piccola Cir (Kleine Cirspitze) i skrytka geocache.

Zaraz na początku ferraty pierwszą atrakcją jest drabinka. Następnie wychodzi się na skalny grzebień, który doprowadza do terenu, gdzie zaczyna się wspinaczka w pionie. Można poczuć trochę lufy, tym bardziej, że u zakończenia niektórych kominów czy żlebów widać w dole stację kolejki, która najczęściej jest startem. Po drodze nie brakuje również powietrznego trawersu. Trudności tej ferraty wycenione są na stopnie B/C, więc w kilku miejscach trzeba już powalczyć.

Na szczycie Piccola Cir nie ma zbyt wiele miejsca. Zmieszczą się tu około trzy, cztery osoby, przynajmniej w miejscu, gdzie nie trzeba wypinać się ze stalowej liny. Dla fanów geocachingu jest dobra wiadomość. Znajduje się tu jedna ze skrytek, ale dojście do niej wymaga przewspinania kawałka terenu bez asekuracji. Sam nie zbieram keszy, ale byłem ciekawy co tak ucieszyło Szwajcara, który chwilę przede mną grzebał w pudełeczku. Wyprawy po te skarby nie polecam osobom, które nie mają obycia z ekspozycją.

Droga zejściowa jest na tej ferracie inna niż trasa w górę. Należy dalej podążać za stalową liną, która jednym ze żlebów sprowadzi nas spowrotem do podstawy ściany. Stąd niedaleko już do stacji kolejki na kawę lub piwo.

 

Czas: ok. 2 h na trasie kolejka Dantercëpies – szczyt – kolejka Dantercëpies; ok. 3 h trasą Passo Gardena – szczyt – Passo Gardena
Trudność: B/C; umiarkowanie łatwo

Via ferrata Brigata Tridentina (Pisciadu)

Najdłuższa i najpiękniejsza, a co za tym idzie, również najtrudniejsza z opisywanych tu ferrat. Jeden z klasyków Dolomitów, na których po prostu warto być, choć tylko przy ładnej pogodzie. Ferrata biegnie częściowo nieopodal wodospadu, który wraz ze stalową liną ubezpieczającą drogę stanowi podczas burzy śmiertelne zagrożenie. Uwierz mi, że nie chcesz tam być, gdy nad głową zawisną burzowe chmury. Sam miałem okazję widzieć z drogi na Passo Gardena, jak w linii spadku wodospadu przebiega tędy piorun. Robi wrażenie i daje do myślenia.

via ferrata Brigata tridentina

Widoki z ferraty Brigata Tridentina są świetne! W oddali Sassongher i miejscowość Colfosco w dolinie Alta Badia.

Miejscem startu na ferratę jest spory parking na jednym z zakrętów drogi 243. Znajduje się on mniej więcej na wysokości 1956 m n.p.m. i jest oznaczony znakami. Stąd można przejść ferratę wykonując pętlę na trasie: parking – via ferrata Brigata Tridentina – schronisko Pisciadu (Pisciadù Hütte) – dolina Val Setus – parking. Całość może zająć ok, 5:30 – 6 h. Należy uwzględnić, że czas przejścia może być uzależniony od ruchu na ferracie.

Brigata Tridentina to jedna z najsłynniejszych ferrat w Dolomitach. Z parkingu należy kierować się oznaczonym szlakiem (ok. 0:10 h) na start żelaznej perci. Dociera się tędy do pierwszego fragmentu z ubezpieczeniami, który pozwala pokonać skalny próg w lesie. Po przejściu ubezpieczonego klamrami odcinka droga wiedzie przez dwa duże bloki, a potem do skrzyżowania ze szlakiem 676, który nie zawsze zaznaczony jest na mapach. Ewidentna ścieżka prowadzi pod ścianą Brunecker Turm, aż do żelaznej tablicy na początku właściwej wspinaczki.

pisciadu via ferrata w dolomitach

Początkowe partie ferraty Brigata Tridentina zwanej też ferratą Pisciadu.

Początkowe partie ferraty Brigata Tridentina zwanej też ferratą Pisciadu.W asyście wodospadu pokonujemy następne metry do góry. Trasa jest dobrze ubezpieczona, wyposażona w ułatwienia, ale skała miejscami bywa dobrze wyślizgana, co jest kolejnym dowodem na popularność tej trasy. Podążamy dalej zdobywajac wysokość lub przemieszczając się po eksponowanych trawersach. Kluczowe trudności ferraty jednak ciągle czekają wyżej.

Zanim wejdzie się w powietrzną ferratową wspinaczkę w kierunku topu turni Torre Exner, ferratę można opuścić szlakiem prowadzącym do schroniska Pisciadu. To dobry pomysł jeśli właśnie załamuje się pogoda, lub gdy ktoś z naszych partnerów czuje się zmęczony bądź narzeka na ekspozycję. Wyżej na ferracie jest jeszcze więcej luftu pod stopami.

piscadu ferrata wodospad

Wodospad w dół, ludzie w górę. Ta ferrata to dużo fajnej wspinaczki i dużo pięknych widoków.

System kominków, półek i kilku ułatwień (m.in. drabinki) prowadzi w kierunku szczytu Torre Exner. Ferrata nie prowadzi jednak na wierzchołek turni, a jej trudność kończy się na spektakularnym wiszącym mostku. Za mostkiem czeka już tylko szlak w kierunku schroniska, w którym można odpocząć, wpisać się do książki szczytowej lub przeczekać załamanie pogody.

Zejście z ferraty należy kontynuować kawałeczek szlakiem Alta Via Dolomiti (2) w kierunku wschodnim, a następnie łatwą ferratą opadającą doliną Val Setus. Ze schroniska do parkingu można dojść w 1:30-1:45 h. Drogą zejścia można również podejść do schroniska. To opcja na przykład dla kogoś, kto chce tu dotrzeć, ale boi się, że ferrata Brigata Tridentina będzie dla niego zbyt trudna.

 

Czas: ok.5:30-6 h na trasie parking – via ferrata Brigata Tridentina – schronisko Pisciadu (Pisciadù Hütte) – dolina Val Setus – parking
Trudność: C; umiarkowanie

via ferrata pisciadu mapa

Mapa ferraty Brigata Tridentina (Pisciadu). Oznaczenia: P -parking; X – miejsce, w którym można zejść z ferraty i ominąc kluczowe trucności; żółty znacznik – schronisko Pisciadu. Zejście z ferraty prowadzi łatwą ferratą w dolinie Val Setus.

 

Cztery ferraty w rejonie Val Gardena to wybór, który będzie dobry jako via ferraty dla początkujących. Trzy pierwsze z ferrat można polecić na pierwszy wyjazd w Dolomity choćby z tego powodu, że to ferraty niezbyt długie lub łączące turystyczną wędrówkę z elementami wspinaczki. Jeśli wciąga cię ferratowy świat, to przed tobą wiele do odkrycia. Jeśli jednak jedziesz w Dolomity pierwszy raz, zacznij od czegoś prostszego, czegoś, co pozwala poznać specyfikę tych gór i wędrować po nich z głową. Taki właśnie jest ten wybór. Na śmiałków poszukujących trudniejszych wyzwań, tuż obok, czekają bardziej techniczne drogi lub ferraty o znacznie większej długości. Na przykład takie, które wyprowadzają na okoliczne trzytysięczniki.

***

Jeśli wybierasz się w Dolomity nie zapomnij o sprzęcie na via ferraty.  Do pokonania większości ferrat wystarczy podstawowy sprzęt: lonża via ferrata, kask, uprząż wspinaczkowa lub ferratowa. Przykładowy sprzęt obejrzysz w naszym filmowym poradniku. Trudne via ferraty w Dolomitach mogą wymagać wzięcia czegoś więcej. O tym co zabrać na trudne ferraty, przeczytasz w tym artykule.

PreCip Eco Plus – test lekkiej kurtki hardshell

PreCip Eco Plus – test lekkiej kurtki hardshell

Przyznam się od razu. Nie jestem fanem kurtek hardshell. Mimo tego, że lubię mieć w plecaku jak najmniej, to zazwyczaj zabieram w góry dwie kurtki – oddychający i chroniący przed wiatrem softshell oraz hardshell, który najczęściej ląduje jednak w bagażu i pojawia się dopiero, gdy zachodzi taka potrzeba.

Do kurtek hardshell mam typowo interwencyjne podejście. Nigdy tego nie kryłem. Kto wie, może właśnie to stało się powodem, że to mnie przypadł do testów pewien lekki hardshell Marmot. Chcąc nie chcąc ja i kurtka przeciwdeszczowa musieliśmy się na kilka długich tygodni zaprzyjaźnić. Może współpracownicy z firmy chcieli mi wyciąć psikusa taką przyjaźnią, a może liczyli, że mój sceptycyzm będzie szansą na bardziej wyważoną ocenę. Dziś raport z tej znajomości, czyli test kurtki Precip Eco Plus Jacket.

 

Kurtki Marmot PreCip

Mam takie podejście – outdoor to nasze historie, nasze opowieści o dniach spędzonych w górach. Są to oczywiście też opowiadania o sprzęcie. W przypadku produktu takiego jak kurtka PreCip tych opowieści jest bez liku. Kurtka ta pojawiła się ponad 20 lat temu. Przez ten czas miała okazję się sprawdzić bądź nie. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z tą pierwszą opcją.

Jeden z pierwszych wypadów z testowaną kurtką. Na początek Karkonosze.

 

Nie produkuje się przecież tak długo produktów, które nie potrafią się bronić. Przez ten czas producenci ulepszali i wprowadzali w kurtce pewne poprawki. Wydaje się, że proces ten szedł w dobrą stronę, bo po dwóch dekadach ta kurtka z membraną NanoPro™ jest bestsellerem amerykańskiej marki i osiąga popularność równą kurtce Minimalist, która wykorzystuje przecież najsłynniejszą membranę świata.

Fenomen kurtki PreCip trwa, a w tym roku produkt dopisuje kolejne karty swojej historii. Dlaczego? Przynajmniej z kilku powodów. PreCip staje się produktem bardziej ekologicznym, bardziej dopracowanym, a do rodziny tych kurtek dołącza wersja PreCip Eco Plus, czyli model o bardziej technicznym wyglądzie.

 

Uniwersalna kurtka przeciwdeszczowa

Marmot PreCip to kurtka uniwersalna. Podstawową wersję z kapturem chowanym w kołnierzu i patką na zamku użytkownicy noszą chętnie zarówno w górach, jak i w mieście. Dla produktu takiego jak kurtka turystyczna to duży atut. Jeśli nie wierzysz – sprawdź, w czym chodzi w deszczową pogodę choćby obecny prezydent USA. Choć ma on czasem z ekologią na bakier, wszystko wskazuje na to, że nosi całkiem ekologiczny produkt.

 

Eco Story – dlaczego kurtka PreCip jest eko

Nie da się już dziś ignorować negatywnego wpływu przemysłu – w tym przemysłu odzieżowego – na środowisko naturalne. Zarówno użytkownicy odzieży górskiej, jak i jej producenci powinni podejmować wysiłki, by chronić środowisko. To przecież natura jest miejscem, które niezbywalnie łączy się z outdoorową pasją.

Materiał na kurtki PreCip Eco powstaje z recyklingowanego nylonu. Jest to sposób marki na przetwarzanie odpadów i jej strategia, w której dąży ona do ograniczenia przyrostu śmieci na naszej planecie. Nylonowy materiał zewnętrzny w 100% wykonany jest z surowców wtórnych. Kolejną “zieloną” ideą marki Marmot, którą stosuje się w tych kurtkach, jest rezygnacja ze szkodliwych związków w hydrofobowych powłokach DWR. Na kurtkach PreCip Eco nie znajdziesz fluorokarbonów (PFC), które z deszczem spływają po materiale do gruntu i zatruwają go. Tak właśnie kurtka przeciwdeszczowa PreCip pisze swoje Eco Story.

Przełom rzeki Pełcznicy. Rezerwat, w którym niestety widać jak potrzebna jest nam ekologiczna zmiana.

 

Co nowego mają kurtki Marmot

Producent deklaruje, że nowa linia kurtki PreCip to nie tylko odświeżona kolorystyka i nowe warianty, lecz także całkiem nowe technologie. Marmot we współpracy z firmą Toray zrewolucjonizował proces wytwarzania swojej wodoodpornej membrany, w której mikroporowata membrana zyskała jednolitą i wytrzymałą strukturę polimerów. W ten sposób membrana NanoPro™, w połączeniu z wykończeniem Dry Touch, które zastępuje podszewkę, ma stać się bardziej wytrzymała. Tak to wygląda w teorii, a jak spisuje się w praktyce?

 

Oko w oko z kurtką Precip Eco Plus – test

Z pewnością to subiektywne odczucie, ale przyznam, że wersja PreCip Eco Plus przypadła mi do gustu bardziej niż podstawowy model. Mam ku temu swoje powody, choć nie każdy musi się z nimi zgodzić.

Kurtka w wersji z plusem wciąż pozostaje lekkim i ekstremalnie pakownym hardshellem idealnym do turystycznych zastosowań. Nie sposób pominąć jednak kilku detali, które zbliżają ją do kurtek bardziej technicznych w kroju. Inna konstrukcja górnej części, wymuszona pojawieniem się gardy, czy zamek pozbawiony patki, to elementy, które rzucają się w oczy od razu. Miałem na szczęście jednak trochę więcej czasu, by sprawdzić i docenić lub nie ten model.

Kurtkę testowałem na przestrzeni kilku ostatnich tygodni, wyruszając z nią na turystyczne wycieczki w Sudety. Podczas wycieczek panowały bardzo różne warunki, od słońca, po kwietniowe opady deszczu ze śniegiem. Czasem poruszałem się w kurtce też po mieście, by poznawać ją przez jak największy przedział czasu.

 

Pierwsze wrażenie

W nowych znajomościach ważne jest pierwsze wrażenie. Testowany model pozytywnie zaskoczył już na wstępie. Równiuteńko wykonane szwy, gęsty ripstop na materiale zewnętrznym, piórkowa waga dały się poznać z dobrej strony jeszcze zanim przymierzyłem kurtkę. Później przyszedł czas na detale. W tych Marmot też nie punktował ujemnie. Marka nie oszczędziła choćby na zamkach korzystając tylko z “zipperów” renomowanej firmy YKK®. W tym miejscu od razu mogę powiedzieć, że dobór suwaków nie utrudniał działań w terenie. Nic nie zacinało się, z żadnym suwakiem nie musiałem szarpać się ani razu.

 

Największy atut

Waga, której się nie czuje i pakowność, dzięki której przeciwdeszczowa kurtka hardshell niemal gubi się między innymi rzeczami w plecaku. Tak można krótko scharakteryzować jeden z największych atutów modelu PreCip Eco Plus. Jeśli ktoś – moim wzorem – kurtkę na deszcz nosi mimo wszystko najczęściej w plecaku, nie musi koniecznie poszukiwać cięższego i dużo droższego modelu. Tę kurtkę można spakować w najmniejszy choćby plecak, by mieć pod ręką właściwy poziom ochrony na wypadek kaprysów pogodowej aury. Dzięki tym właściwościom przez okres testów, praktycznie nie rozstawałem się z kurtką. Miałem ją zawsze w pogotowiu i zupełnie nie czułem jej wagi i objętości, gdy lądowała w dwudziestolitrowym plecaku i czekała w nim na odpowiedni moment.

 

To co najważniejsze – wodoodporność i oddychalność

Ostatnie tygodnie nie należały może do ulewnych, ale mimo tego udało mi się sprawdzić, że kurtka nie zawodzi, kiedy jest potrzebna. Szczelna membrana NanoPro™ poradziła sobie z opadem deszczu i śniegu z deszczem, na jaki udało mi się natknąć wśród skał Rudaw Janowickich. Sprostała też podmuchom wyziębiającego wiatru. Drugi weekend kwietnia w Górach Wałbrzyskich nie należał wcale do wiosennych. Aura zafundowała trochę śniegu, a wyjście na nową wieżę widokową na Trójgarbie wiązało się z koniecznością założenia kaptura i szczelnego dopasowania wszystkich brzegów materiału. Tylko tak można było uniknąć przewiania.

Pozostaje pytanie, jak membrana NanoPro™ i kurtka PreCip radzi sobie z oddychalnością? Tu należy się kilka słów dłuższej historii.

Jako “hardshellowy sceptyk” założyłem, że kurtka nie sprosta wymaganiom. Mimo cieplejszych poranków kilka razy pokusiłem się o szybszy marsz do pracy w tej kurtce. Choć wiedziałem, że warunki nie są wcale odpowiednie na zakładanie kurtki przeciwdeszczowej, doszedłem do wniosku, że kurtka nie radzi sobie sprawnie z oddawaniem wewnętrznej wilgoci. Sądziłem, że w górach będzie podobnie.

Deszczowo i zimno w Rudawach Janowickich.

 

Już w kolejny weekend przyszło mi jednak zweryfikować te spostrzeżenia. Z pełną premedytacją postanowiłem, że cały weekend spędzam na szlaku w hardshellu i o dziwo ani razu nie przyszło mi narzekać na zbyt dużą temperaturę i poczucie przegrzania. Okazało się, że przy temperaturach poniżej 10°C, czyli w warunkach, gdy nawet przy braku opadów hardshell może się przydać i służyć do termicznej ochrony, kurtka przeszła test na piątkę! Założona na koszulkę merino i bluzę stretch pozwalała komfortowo, bez forsownego tempa, przez całe dwa dni maszerować i nie odczuwać dyskomfortu. Z pewnością miały na to wpływ również detale.

 

Za co polubiłem kurtkę PreCip Eco Plus

Funkcjonalne drobiazgi wpływają bardzo korzystnie na ocenę kurtki i warto naprawdę je wyróżnić. Testując kurtkę wnikliwie przyglądałem się szczegółom, by oceniać ich przydatność. Kurtka PreCip Eco posiada wywietrzniki PitZips pod pachami, co pozwala skutecznie odprowadzać wilgoć powstającą od aktywności. Genialnym ruchem projektantów było jednak zastosowanie przewiewnej siateczki mesh w kieszeniach. W istocie kieszenie mogą służyć za kolejne otwory wentylacyjne. Jestem przekonany, że ten element również sprawił, że w adekwatnych dla stosowania takiej kurtki warunkach, nie udało mi się zgrzać w niej nawet na podejściach.

Doceniłbym model również za konstrukcję kaptura i gardy. Kaptur regulowany jest minimalistycznym systemem z jednym ściągaczem. Zaciąganie ściągacza zlokalizowanego z tyłu kaptura pozwala dopasować zarówno brzegi materiału, jak i jego głębokość. Garda tej kurtki jest też dobrze wyprofilowana. Odpowiednio chroni szyję i posiada patkę z szybkoschnącego materiału przy zamku, dzięki czemu kostkowy i laminowany zamek VISLON YKK® nie podrażnia okolic podbródka.

Kaptur i garda, które chronią świetnie przed wiatrem i opadami. Trójgarb w Górach Wałbrzyskich.

 

O kapturze i gardzie można powiedzieć jeszcze więcej. Choć kaptur nie jest projektowany pod kaski wspinaczkowe, to można założyć go na skorupę kasku i nawet zapiąć zamek w gardzie aż po samą górę. Profil gardy jest za wąski, by utrzymać pełną swobodę w poruszaniu głową na boki, ale ambitni turyści – na przykład wybierający się na ferraty – mogą to docenić, gdy zaskoczy ich ulewny deszcz. W takiej sytuacji nie trzeba na pewno rezygnować z ochrony głowy przed kamieniami lub decydować się, że napada nam za kołnierz. Duże zaskoczenie i duży plus, że przeciwdeszczowa kurtka turystyczna ma tak skrojone elementy.

Docenić można nawet taki szczegół, jak krótkie rzepy w regulacji mankietów. Projektanci nie dodali na rzepach zbędnych milimetrów, które niepotrzebnie zwiększyłyby wagę kurtki.

Kilkutygodniowy okres testowania pozwala mi zauważyć dwie rzeczy, które mógłbym zrzucić na karb niedoskonałości. Brak wieszaczka może być utrudnieniem. W schronisku, w którym wszyscy skryli się przed deszczem może być ciężko o więcej miejsca na wysuszenie kurtki, niż wieszak lub łepek wystającego gdzieś gwoździa. Delikatnie poprawił bym też krój rękawów, choć w tym przypadku nie wiem, czy to nie tylko kwestia odpowiedniego dopasowania. Tak naprawdę dla mnie producenci powinni zrobić pośredni rozmiar między S a M. Ogólny krój kurtki zasługuje na pochwałę. O dziwo kurtka nie wygląda na obszerną, a od biedy mieści nawet pod sobą puchową kurtkę.

Kolorowe Jeziorka w chłodny dzień, który skończył się opadami śniegu.

 

Wygraj kurtkę PreCip Marmot

Zamiast zakończenia zaproszenie do zabawy. Możesz wziąć udział w konkursie i wygrać jedną z trzech kurtek Marmot! Test przygotowaliśmy z myślą o tym, byście sami mieli szansę sprawdzić kurtki Marmot w terenie. Ekologiczna i przeciwdeszczowa kurtka Marmot może być twoja, gdy odpowiesz na konkursowe pytanie:

“Z czego byś zrezygnował/a podczas podróży lub wyprawy, by być bardziej eko?”

Na odpowiedzi czekamy na fanpage’u Skalnika w poście konkursowym – kliknij. Zabawa trwa do 24 kwietnia.

Jak Icebreaker dba o środowisko

Jak Icebreaker dba o środowisko

To prosta zasada. Chronisz to, na czym ci naprawdę zależy. Jeśli natura wprawia cię w zachwyt, chcesz by pozostała dzika. Na tę prostą regułę zwraca uwagę coraz więcej osób. Także firmy autentycznie zaangażowane w branżę outdoor biorą ją sobie do serca. Jedną z takich firm jest Icebreaker. Jest to marka, która w transparentnym i odpowiedzialnym działaniu widzi jedyną drogę dla odpowiedzialnego biznesu w outdoorowej branży.

Nowoczesny biznes powinien stać się w pierwszej kolejności biznesem odpowiedzialnym. Pilnie strzeżone know how i prymat słupków wskazujących pomnażanie zysków to nie są koła zamachowe napędzające nowozelandziego Icebreakera. Tak przynajmniej brzmią deklaracje, których potwierdzeniem jest raport transparentności działań tej firmy. Grubo ponad sto stron poświęciła marka na to, by swoim klientom wyjaśnić, jak działa od 21 lat. Raport ten ma też zainspirować odzieżową konkurencję do praktyk, które przyniosą korzyść dla ochrony środowiska naturalnego i ludzi, którzy tworzą produkty z ich logo.

Icebreaker nie jest ideałem, ale przynajmniej stara się analizować swoje działania i zmienić wszystko, co pozwoli odczuć pozytywną różnicę.

 

Odpowiedzialność

Odzieżowy biznes to fabryka śmieci i fabryka potrzeb. Zmieniająca się moda podpowiada nam, co powinniśmy nosić i nakręca koniunkturę. Uprawy, w których wykorzystywane są pestycydy zatruwają naturę. Produkcja odzieży zużywa hektolitry wody, zamieniając ją w ścieki, których nie da się już wykorzystać, a transport i fabryki tkanin emitują tony spalin i zanieczyszczeń w atmosferę. Miliony woreczków z plastiku to kolejny temat, który znany jest każdemu, zaś jakość życia i pracy w niektórych azjatyckich krajach to temat, który nie powinien schodzić z prime time’u w serwisach informacyjnych.

Każdy z nas może być zmianą, którą chcemy (a przynajmniej powinniśmy) zobaczyć, bo każdy z nas jest klientem, którego decyzje wpływają na rynek nie tylko outdoorowej branży.

 

O tym jak kupować odpowiedzialnie przeczytasz w  artykułach: „Przykazania świadomego konsumenta” i „Eko-certyfikaty w branzy outdoor”.

 

Historia i wizja marki Icebreaker

Ponad 20 lat temu Jeremy Moon tworząc markę Icebreaker postanowił coś zmienić w branży. Odzież outdoorową w tamtym czasie zdominowały kompletnie włókna syntetyczne. Marka wykonała zwrot ku naturze. Sięgnęła po naturalny w 100%, biodegradowalny i funkcjonalny surowiec jakim jest wełna merino. Decyzja o tworzeniu odzieży outdoor, do której idealnie nadawała się wełna merynos, wytyczyła kierunek rozwoju tej początkowo małej firmie i w ogóle sprawiła, że firma ta miała rację istnienia, znalazła swoje miejsce na rynku. Kolejne decyzje sprawiły, że dziś to globalna marka obecna w 47 krajach na świecie.

“Kiedy rozpoczynałem pracę nad marką Icebreaker miałem 24 lata, byłem spłukany i nie miałem bladego pojęcia co robię.” – Jeremy Moon

jeremy moon

Jeremy Moon i jeden z farmerów hodujących owce (fot. Icebreaker)

Dziś byłoby łatwiej. Wystarczy wziąć do rąk raport marki Icebreaker, by dowiedzieć się skąd pochodzi wełna merino, gdzie zamienia się ją we włókna. Wystarczy chwila, żeby uzyskać kontakt do fabryk, które tworzą tkaniny i farbują je dla Icebreakera. Choć raport ten w całości to pasjonująca lektura, to nie streszczę go strona po stronie. Wyłowię smaczki i nakreślę przedstawione w nim fakty, liczby i słupki. Gdyby inne firmy poszły za przykładem tej marki, agenci od szpiegostwa przemysłowego spotkaliby się w pośredniaku i na kursach kształcących nowe kwalifikacje. Dość jednak żartów. Konkrety.

 

Pozyskiwanie wełny merino

Icebreaker istnieje tylko dzięki hodowli owiec merynosowych. Owce, z których pozyskuje się dla tej marki surowiec żyją na 75 farmach. Aż 85% wełny merynos tej marki pochodzi z Nowej Zelandii, 11% z Australii, 5% z Afryki Południowej. Gdziekolwiek żyją “owce Icebreakera”, mają one zagwarantowane te same swobody i prawa. Jest 5 podstawowych zasad, którymi muszą kierować się farmerzy:

  1. BEZ GŁODU I PRAGNIENIA (hodowcy zobowiązani są zapewnić owcom stały dostęp do świeżej wody i odpowiedniego pożywienia)
  2. OWCA MOŻE BYĆ PO PROSTU OWCĄ (każde zwierze może swobodnie poruszać się po otwartych pastwiskach; ingerencja człowieka ogranicza się do minimum)
  3. FARMA JEST DLA OWIEC DOMEM (każde zwierze ma stały dostęp do cienia i schronienia)
  4. BEZ STRESU  (na farmie ogranicza się stres, chroni zwierzęta przed bólem)
  5. Z TROSKĄ (hodowcy stale monitorują stada i zapobiegają chorobom zwierząt)

W ciagu ostatnich trzech lat nowozelandzka marka przeprowadziła audyty we wszystkich farmach, z którymi współpracuje. Raport wskazuje, że w 66% farmerzy nie uchybili tym zasadom. Pozostała część farm musiała wprowadzić plany naprawcze, ale aż w 86% niedostosowanie się do panujących w tym względzie zasad wymaga tylko drobnych korekt.

Icebreaker nie troszczy się jednak tylko o owce z zaprzyjaźnionych farm. Warto wiedzieć, że w 2008 r. firma sprzeciwiła się praktykom, które określa słowo mulesing. To właśnie Icebreaker, jako pierwszy w branży, potępił technikę wycinania skóry owiec w tylnej części ciała, która miała zapobiegać wzrostowi wełny w tym miejscu na ciele owiec. Praktyka miała zapobiec infekowaniu zwierząt przez muchy, ale w głównej mierze przysparzała zwierzętom cierpienia. To właśnie Icebreaker powiedział pierwszy STOP tym działaniom.

 

Relacje

Icebreaker dba o relacje. Dowodem na to jest opublikowany przez markę raport. Nie chodzi tylko o ukazanie, w jaki sposób nowozelandzki producent odzieży merino współpracuje z farmerami, wytwórcami przędzy, tkanin i osobami szyjącymi produkty. Raport prezentuje te wszystkie relacje, ale też czyni działania firmy bardziej przejrzystymi i sprawia, że mogą być one aprobowane lub poddawane krytyce. Taka transparentność pozwala zlustrować markę, a przez to zbudować do niej zaufanie. Właśnie na tym zależy osobom, które stworzyły raport transparentności Icebrakera.

Niemal od samego początku istnienia – bo już od 1995 r. – marka postawiła na budowanie długoterminowych relacji z farmerami hodującymi owce merino. Dziś Icebreakrer kontraktuje z nimi odbiór surowca nawet na okres 10 lat. To sprawia, że farmerzy i ich rodziny mogą czuć ekonomiczne bezpieczeństwo. Takie działania sprzyjają również inwestowaniu w farmy i wpływają bardzo korzystnie na dobrostan hodowanych na farmach zwierząt.

Staranne dobieranie partnerów biznesowych i budowanie głębokich i trwałych relacji to sposób marki na uzyskanie wysokiej jakości produktów. Icebreaker nie posiada żadnej fabryki czy szwalni. Żadną z nich również nie zarządza. Produkty wykonywane są przez partnerów marki, których dobiera się w oparciu o wysokie standardy pracy i jakość produkcji. Koszulki merino, bielizna z wełny merynos, kurtki i akcesoria marka produkuje we współpracy z 40 różnymi partnerami, którzy dysponują 59 zakładami produkcyjnymi. Icebreaker dostarcza jedynie 90% wełnianego surowca oraz dba nad jakością procesu i finalnych produktów. Warto zwrócić uwagę, że aż 30% firm współpracujących z marką Icebreaker, tworzy z nią odzież przynajmniej od 10 lat.

 

Globalny zasięg, globalne obowiązki

Współpraca z tak wieloma zakładami produkcyjnymi wymaga rozbudowanego systemu łańcucha dostaw i rozwiniętej logistyki. Schemat ukazujący proces “wędrowania” surowców i produktów najłatwiej zobrazować infografiką.

 

Proces produkcyjny marki Icebreaker

Oczywiście tego typu globalny biznes wiąże się z dużym kosztem transportu, w którym prawdziwą walutą jest nie tyle pieniądz, ile emisja spalin. Żeby środowisko płaciło jak najmniejszą cenę, Icebreaker stara się działać z wyprzedzeniem, tak żeby transport morski mógł być głównym środkiem transportowania surowców, komponentów ubrań i produktów. W sezonie jesień/wiosna 2016 – który służył jako baza dla tych danych – 76% stanowiła spedycja morska. Marka podjęła ponadto zobowiązanie, by ograniczać jak najbardziej transport lotniczy i utrzymać go na poziomie nie wyższym niż 10%.

Transport w produkcji i dystrybucji

Transport oczywiście nie wyczerpuje problematyki wpływu branży odzieżowej i branży outdoor na środowisko naturalne i odpowiedzialności za całą planetę. Sięgnę po inny przykład. Swego czasu słynna akcja Detox Outdoor, w której zwrócono uwagę na szkodliwość związków PFC w hydrofobowych powłokach DWR, to jeden ze znanych problemów. Mimo tego, że produkcja odzieży odpornej na wodę to marginalna część kolekcji marki Icebreaker, producent zwraca uwagę także na to zagrożenie. W sezonie jesień-zima odzież z powłoką DWR stanowiła tylko 6% kolekcji, z czego 29% produktów wolnych było od PFC, a w roku kolejnym stosunek ten wzrósł do 37%. Nowozelandzka marka przyjęła jednak zobowiązanie, by do 2020 roku być całkiem wolna od tego związku.

Kolejny gorący temat branży to ogromne zużycie wody i energii. Przeprowadzony w fabrykach partnerów marki audyt wykazał, że w tej kwestii jest nad czym pracować. Opracowany na podstawie badań azjatyckich fabryk współczynnik Waste Management, wyznaczający poziom zmarnowanych surowców (dotyczy m.in. emisji gazów, zużycia energii i wody, generowania hałasu) osiągnął średni poziom o wartości 7,1. Audyt w zakładach partnerów marki pokazał, że Icebreaker osiągnął współczynnik 8,7. Postanowiono wdrożyć zmiany, by fabryki partnerów mogły lepiej gospodarować surowcami i emitować mniej zanieczyszczeń oraz hałasu. Kolejny raport ma odpowiedzieć, na ile uda się osiągnąć bardziej pozytywny rezultat.

 

Ludzie

“Jesteśmy odpowiedzialni za to, by każdy, kto pracuje nad produktami Icebreaker – bez względu na to gdzie się znajduje – był traktowany uczciwie, pracował bezpiecznie, nie był dyskryminowany i był traktowany podmiotowo w miejscu pracy.”

szwalnia icebreaker

Praca w szwalni jednego z partnerów marki (fot. Icebreaker)

Dla zapewnienia właściwych warunków pracy w zakładach współpracujących z marką, marka wypracował strategię Icebreaker’s Human Rights Strategy, której założenia oparte są o kilka dokumentów gwarantujących powszechne prawa człowieka i prawa pracownicze. Dokumentami tymi są:

  • Powszechna Deklaracja Praw Człowieka
  • Deklaracja Podstawowych Zasad i Praw Pracy stworzona przez Międzynarodową Organizację Pracy
  • Konwencja o prawach dziecka (ONZ)
  • Konwencję w sprawie likwidacji wszelkich form dyskryminacji kobiet ONZ.

Każda z firm produkujących odzież merino z logo marki Icebreaker zobowiązana jest do przestrzegania strategii i podlega audytom prowadzonym przez markę i niezależne organizacje.

Produkt

Tak, tak, to prawda. Produkty marki Icebreaker nie należą do najtańszych. Jeśli jednak zdecydujesz się na najwyższą jakość, dołożysz się do odpowiedzialnego biznesu i spłacisz choć w części dług naturze, który codziennie zaciąga w surowcach u niej ludzkość.

Koszulka, bielizna z merino, czy ocieplana MerinoLoftem kurtka kosztuje tyle przede wszystkim dlatego, że wykonana jest z doskonałej jakości materiałów i wyprodukowana przez ludzi, którzy niemal z kunsztem wykonują swoją pracę oraz zasługują za nią na godziwą zapłatę. Musisz wiedzieć, że odzież Icebreaker rzadko bywa zwracana i tylko ułamek produkcji ma wady, które przecież zawsze mogą się zdarzyć. Koszulki merino, akcesoria, bluzy i kurtki są wykonane z taką precyzją i są sprawdzane tak wnikliwie, że procent zwrotów osiąga wartość 0,36% w skali roku.

Icebreaker stara się tworzyć odzież na lata. Nie jest marką modową. Chce być przede wszystkim marką funkcjonalnej odzieży z naturalnych włókien. Można powiedzieć, że 4 zasady rządzą procesem projektowania i tworzenia ubrań tej marki.,

  1. PROSTOTA (“elegancja”, która jest zawsze na czasie)
  2. DŁUGOTRWAŁOŚĆ (opozycja do chwilowej mody, jakość gwarantująca wytrzymałość produktu)
  3. WSZECHSTRONNOŚĆ (multifunkcjonalność, która pozwala wykorzystać odzież na co dzień, do uprawiania sportu, wypoczynku i górskich aktywności)
  4. CELOWOŚĆ (wykonanie, które odpowiada na konkretne potrzeby aktywnych ludzi)
icebreaker baselayer

Icebreaker – odzież dla aktywnych osób (fot. Icebreaker)

Icebreaker swoje zadanie widzi w eksplorowaniu relacji między naturą a człowiekiem. To co w stanie jest dać nam natura, przedkłada nad plastikowe wyroby człowieka. Właśnie dlatego korzysta przede wszystkim z naturalnych włókien. W zeszłorocznym sezonie zimowym udział naturalnych materiałów w kolekcji wynosił 85%. Tylko 15% włókien stworzonych było ręką człowieka.

 

Wełna merino a inne włókna

Pewnie dobrze wiesz, co to jest wełna merino, tak jak pewnie zdajesz sobie sprawę, że dla marki Icebreaker to właśnie ona stanowi bazowy surowiec do produkcji tkanin. Oprócz przędzy pozyskiwanej z owiec rasy merino, marka wykorzystuje jednak inne, zarówno naturalne, jak i syntetyczne włókna. Każde z nich ma swoje właściwości, a ich użycie znajduje wyjaśnienie.

Tencel® to włókno wykorzystywane do tworzenia materiału typu Cool-Lite®. Tencel® jest włóknem chłodzącym, wytwarzanym z pulpy drewnianej z drzew eukaliptusa. W procesie wytwarzania Tencelu stosuje się czynniki chemiczne, które w 100% mogą podlegać recyklingowi. Włókna tego typu budują koszulki merino na lato.

Nylon wzmacnia koszulki Icebreaker. Dodatek tego syntetycznego włókna to kompromis, który służy jednak trwałości odzieży. Wytrzymałe tkaniny w technologii Corespun, którą wykorzystuje marka, zbudowane są z nylonowych rdzeni, oplecionych przez wełnę merynos.

Icebreaker wykorzystuje także Poliester. Na chwilę obecną 72% tego surowca pochodzi z recyklingu. Cały ten recyklingowany poliester pochodzi z przetworzenia plastikowych butelek PET. W ten sposób marka chce dodać swoje “dwa grosze” w redukowanie ilości zalegających na wysypiskach jednorazowych butelek plastikowych.

Dodatek syntetycznych włókien LYCRA® sprawia natomiast, że odzież ta nie ogranicza ruchów i dopasowuje się do sylwetki. Tam, gdzie elastyczność jest wymagana krojem lub przeznaczeniem odzieży stosuje się stretch, w który Nowozelandczycy zaopatrują się w firmie Invista.

Ostatnim z wykorzystywanych włókien jest bawełna organiczna. Rosnąca na ekologicznych uprawach pozbawionych pestycydów i zbierana ręcznie bawełna pozyskiwana jest w Chinach. Jej jakość i dobre praktyki stosowane na plantacjach poświadcza certyfikat Global Organic Textiles Standard. Tylko z takiej bawełny korzysta Icebreaker.

 

Ponad 20 lat temu Jeremy Moon tworząc markę Icebreaker postanowił zmienić branżę outdoor i uczynić odzież bliższą naturze. Naturze, która inspirował jego i inspiruje niemal wszystkich fanów outdoorowych aktywności. Po dwóch dekadach marka stara się złożyć raport z własnych osiągnięć, ale też z tych działań, nad którymi warto ciągle pracować.

Choć Icebreaker nie jest perfekcyjny, to i tak ludzie, którzy go tworzą mają z czego być dumni. Transparentne działanie i świadomość zagrożeń, z którymi musimy sobie wszyscy sobie radzić jest ważne. Być może właśnie teraz jest ważne w takiej skali, jak jeszcze nigdy przedtem. Twórcy raportu zauważają, że człowiek poprzez przemysł, wykorzystywanie surowców potrafi dziś powodować globalne zmiany. Nie zapominają jednak, że to natura wie lepiej i to natura jest bohaterem, o którego outdoor powinien właśnie w tej chwili zadbać.

Przewodnicy mają „obcyk” w terenie, nie zawiodą jako partner – wywiad

Przewodnicy mają „obcyk” w terenie, nie zawiodą jako partner – wywiad

Na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju pięciu nowych przewodników IVBV/UIAGM/ IFMGA z Polski odebrało „blachy” przewodnickie. Międzynarodowych Przewodników Wysokogórskich w naszym kraju jest mniej więcej czterdziestu. To jedyni przewodnicy wysokogórscy z Polski, którzy mogą zajmować się technicznym przewodnictwem w krajach alpejskich, na Słowacji i wielu innych państwach na świecie. Maciek Ciesielski jest Międzynarodowym Przewodnikiem Wysokogórskim od 2012 r. Jako alpinista wytyczył wiele nowych dróg. Wiele pierwszych polskich powtórzeń trudnych linii wspinaczkowych należy do niego. Wspinał się na Grenlandii, w Yosemitach, Patagonii, Kanadzie, Himalajach i Karakorum, gdzie z przyjaciółmi zdobył jedną z najtrudniejszych turni świata – Nameless Trango Tower.

 

Francuzi chcą wprowadzić limity na Mont Blanc, chcą żeby górę mogły zdobywać tylko te osoby, które mają rezerwację w schroniskach. Jak myślisz, czy to jest dobry pomysł?

Trudno powiedzieć. Zdaniem przewodników, którzy tam pracują, za dużo to nie zmieni. Najprawdopodobniej sprowadzi się to do tego, że nie będzie takich sytuacji, do jakich dochodziło w tym roku, że osoby bez rezerwacji przychodziły do schroniska Gouter. Rozmawiałem z wieloma osobami o tym i pogląd jest raczej taki, że Francuzi nie będą w stanie jakkolwiek regulować całego ruchu. Na przykład osoby, które będą chciały spać w schronisku lub na polu namiotowym w Tete Rousse i będą wychodzić o 2 w nocy – kto ich skontroluje? Nie wierzę, że będzie tam przez całą dobę stał żandarm i sprawdzał rezerwację.

Najprawdopodobniej to się sprowadzi do tego, że ci, którzy idą w dzień w kierunku Gouter, będą proszeni o okazanie rezerwacji, a jeżeli nie będą jej mieli, to będą zawracani. Chyba że będzie po nich widać, że są gotowi na jednodniowe wejście, że są ubrani jak biegacze. Ale biegacze też o tej porze już są u góry, dużo wyżej. Myślę, że to nic nie zmieni. Jest to taka kaczka dziennikarska, którą nagłośniono w okresie, kiedy nic się już nie działo. Prasa w Chamonix dużo pisała o limitach, ale bardziej to się sprowadza do tej kwestii, że osoby z Europy Wschodniej – także z Polski – nie respektowały zasad francuskich, że do schronisk przychodzi się z rezerwacją.

Były takie skandaliczne sytuacje pod koniec tego sezonu, że przychodzili ludzie do schroniska, nie mieli rezerwacji i nie chcieli się podporządkować. To nie było nawet tak, że chatar chciał ich wyrzucić. Mówił im, gdzie mogą się położyć. Oni oczywiście nie chcieli za nocleg zapłacić, uważali, że skoro leżą na podłodze to nic nie muszą robić. Według mnie to było bezpośrednią przyczyną. Tym bardziej, że taki największy problem zdarzył się właśnie z polską grupą, na dwa dni przed tym komunikatem. Wiemy o tym z bezpośredniej rozmowy z chatarem z Gouter, który jest znajomym przewodników. Sytuacja na tyle go zbulwersowała, że zjechał do miasta i spotkał się z merem. Moim zdaniem to jest bezpośrednia przyczyna komunikatu, a wszystko będzie toczyć się jak w tym roku, kiedy kontrolowano rezerwacje do Gouter.


Wejścia od włoskiej strony nie staną się z tego powodu zatem popularniejsze?

Włoska strona jest bardziej skomplikowana. Jest tam dłuższa droga, a okres, w którym są na niej dobre warunki jest krótszy. W pewnym momencie zaczynają się tam robić szczeliny i trudno jest przejść przez tę drogę. Jest ona również trudniejsza technicznie. A przede wszystkim największą zaletą Gouter jest to, że nawet po załamaniu pogody, droga bardzo szybko nadaje się do przejścia. Od strony francuskiej wejść na szczyt próbuje dużo osób, stąd droga jest relatywnie łatwa. Po załamaniu pogody, od włoskiej strony nie ma komu przedreptać tej ścieżki, bo jest tam mniejszy ruch. Z drugiej strony jest to bardzo popularna droga wśród polskich tzw. “czarnych przewodników”, bo wiedzą oni, że jest tam mniejsza szansa na jakąkolwiek kontrolę. “Czarni przewodnicy” bardzo często więc chodzą na szczyt z włoskiej strony.

Maciek ciesielski alpinist

Prowadząc kolejny wyciąg (for. FB AllMountains-Maciek Ciesielski)

Od jednego z przewodników IVBV słyszałem, że wśród francuskich żandarmów popularny był dowcip: “Co to są trzy lampki na lodowcu?” Odpowiedź brzmi pięciu Polaków. Czy to się trochę poprawiło, czy Czesi i Polacy mają nadal niezbyt dobrą renomę pod Mont Blanc?

Mam wrażenie, że wszystko się zmienia ku lepszemu. Oczywiście dalej jest taka nasza tendencja, by łamać reguły i zasady. Ciągle jesteśmy jedną z najbardziej “popularnych” nacji, która śpi w na przykład w schronie alarmowym Vallot. W tym miejscu nie powinno planować się noclegu. Jest to miejsce na nocleg awaryjny. Nie jest to przyjemne, jak się wchodzi do tego schronu i jest tam śmieci po kolana, i większość, a przynajmniej połowa tych śmieci, ma polskie napisy tudzież nawet flagi. Rozumowanie niektórych naszych rodaków, jest takie: “tu jest taniej, nie muszę płacić”, “bo Francuzi chcą ze mnie zedrzeć”… ale wydaje mi się, że pod tym względem to się pomału zmienia.

Z drugiej strony jest coraz większa ilość kursów w Polsce. Polacy lubią robić te kursy i to sprawia, że nasz poziom staje się wyższy od przeciętnego turysty alpejskiego. Dużo ludzi bardzo sprawnie się porusza i naprawdę fajnie to wygląda. Coraz więcej jest osób, które w Alpy jeżdżą z głową i próbują zdobyć Mont Blanc samodzielnie. Coraz więcej osób też przestaje traktować jako ujmę to, że korzystają z pomocy przewodników.

Widzisz taki kierunek?

Tak. Na tę zmianę wpływa fakt, że przewodnicy ze swymi gośćmi robią też bardzo trudne drogi. To nie jest tak, że wyjście z przewodnikiem to tylko łatwe rzeczy. Zmienia się w ludziach mentalność. Część ludzi w rozmowach ze mną mówi: “Słuchaj ja prowadzę biznes. Jak potrzebuję do czegoś prawnika staram się znaleźć najlepszego. Jeżeli chcę przeżyć przygodę w górach i nie mam czasu, żeby nauczyć się samemu to zrobić, staram się wziąć najlepszego eksperta”.

Ciągle jest jeszcze taka duża grupa ludzi, która woli wybrać tzw. “wyprawy partnerskie”. Im wydaje się, że to jest bardziej samodzielne. Koniec końców to sprowadza się też do przewodnictwa tylko z kimś, kto jest nieprofesjonalny. Oczywiście dla części ludzi argumentem jest też sprawa finansowa, chociaż coraz częściej różnica stawek profesjonalnych guide’ów i ich ofert i stawek ludzi podszywających się za przewodników jest znikoma.

“Czarne przewodnictwo” to jest problem kilku nacji, czy to problem bardziej powszechny?

Zdecydowanie przodują w tym nacje z byłego bloku wschodniego. Problem leży też w tym, że w krajach alpejskich kluby – odpowiednik naszego Polskiego Związku Alpinizmu – interesują się też turystami. U nas w PZA zrzeszeni są przede wszystkim wspinacze. Pozostaje duża gama turystów, którzy za bardzo nie mają co ze sobą zrobić. Nie chcą być w PTTK, bo to nie jest ten temat, ale nie nadają się, czy nie chcą być w “pezecie” aktualnej, takiej jak wygląda ona teraz. Właśnie tymi ludźmi zajęły się wszystkie możliwe polskie kluby i stowarzyszenia, podszywające się pod działalność klubową. Tak naprawdę tylko pod przykrywką działalności klubowej wykonują one “czarne przewodnictwo” lub wyprawy partnerskie. Wokół tego buduje się otoczkę, że to jest klub i działanie w klubie. Problem w tym, że działanie w klubie nie powinno sprowadzać się do tego, że się płaci. Tam się niby płaci za pokrycie kosztów prowadzących, ale tak naprawdę nie o to chodzi, a wszyscy wiedzą, na jakiej zasadzie to działa. Jest to po prostu obejście systemu.


Powiedz mi, jak wielu klientów wybiera mniej popularne szczyty. Staje się to bardziej powszechne, czy nadal większość chce zdobywać z przewodnikiem najwyższe i najbardziej popularne cele?

Najbardziej popularne są najwyższe szczyty. W Tatrach Gerlach, w Austrii często chodzimy na Grosglockner, w Alpach na Mont Blanc, ale często po tym pierwszym kontakcie i zdobyciu większej góry, ludzie są zainteresowani czymś innym, widzą inne cele. Wtedy przychodzi czas na góry mniej popularne, często też trudniejsze technicznie i bardzo ładne.

Ja w ogóle mam dosyć duże szczęście i teraz specjalizuję się głównie we wspinaniu. Bardzo mało chodzę na cele typu najwyższy szczyt. Właściwie cały sezon w tym roku wspinałem się i udało mi się przewspinać jako przewodnik ponad 500 wyciągów w trzy miesiące. Wspinam się bardzo często na długich drogach, pięćset metrowych i dłuższych, i to w fajnych trudnościach rzędu 7a, 7a+. Są ludzie, którzy chcą coś takiego robić. Często są to doskonali wspinacze, którzy z przyczyn czysto zawodowych mają bardzo mało czasu i chcą bardzo dobrze wykorzystać swój urlop. Tacy ludzie decydują się na wspinanie z przewodnikiem, który zna realia, wie jakie panują warunki, gdzie jest dobre w tym roku podejście na lodowcu, a gdzie złe. Przewodnicy mają „obcyk” w terenie, nie zawiodą jako partner. Tacy ludzie mają powiedzmy cztery dni i chcą wspiąć cztery drogi, a nie przyjechać z kolegą na dziesięć dni i wspiąć jedną drogę, bo będą płacić frycowe. Na szczęście dla mnie, to się bardzo rozwija i z roku na rok jest więcej osób, które chcą się wspinać po trudnym z przewodnikiem. Osobiście bardzo mnie to cieszy.

(fot. FB AllMountains-Maciek Ciesielski)

Dla samych przewodników to brzmi optymistycznie, bo nie musicie deptać w kółko z klientami tych samych szczytów.

Wiesz, tak naprawdę każdemu jego Everest. Są przewodnicy, którzy właśnie lubią chodzić na te łatwiejsze szczyty. Ma się gości, którzy chcą wejść na najwyższy szczyt i są typami kolekcjonerów. Są goście, którzy chcą wejść na najładniejszy szczyt, a są też goście, którzy chcą zdobyć trudną drogę i to im sprawia satysfakcję. Przede wszystkim nie lubię słowa klient, uważam że w Polsce ono źle się kojarzy. Wolę podejście, że to są goście, którzy do mnie przyjeżdżają zdobywać ze mną góry. Ja ich zapraszam do siebie, biorę ich w swoje góry i im te góry pokazuję.

Jest bardzo dużo osób, które uczciwie trenują. Mam kilku gości, którzy przyjeżdżają do mnie regularnie. Na co dzień chodzą po dwa razy, trzy razy w tygodniu na ściankę wspinaczkową, na sekcję. Sami w skałkach wspinają się i są samodzielni, a mnie potrzebują na trudniejsze drogi w górach.

 

Nawiązując do wczorajszego panelu o przewodnictwie wysokogórskim*, okazuje się, że wysokie wymagania wobec klasy i umiejętności – najpierw wobec kandydatów na przewodników, a potem wobec przewodników wysokogórskich – są zasadne. Wygląda na to, że może wkrótce będzie też więcej narciarskich wyjść z gośćmi w góry.  

Na nartach jeździmy bardzo dużo. Praktycznie całą zimę skitouring, skialpinizm i jazda pozatrasowa to jest bardzo duża część naszej pracy. Często nawet dochodzi do sytuacji, w której nasi goście są lepszymi narciarzami niż guide, ale to właśnie guide ma większe pojęcie na temat co jest zagrożone lawinami, co nie jest, jak w danym miejscu poruszać się po lodowcu. Poziom narciarstwa jest naprawdę wysoki i wśród przewodników, i wśród gości. Staramy się utrzymywać wysokie standardy, ale czasami jest sytuacja, że spotykamy się z doskonałymi narciarzami, którzy potrzebują w zasadzie tylko “supportu” jeśli chodzi o teren i zagrożenia.


Bardzo dziękuję za rozmowę. Powodzenia w górach! 

Więcej na FB Maćka Ciesielskiego: AllMountains-Maciek Ciesielski guide&alpinist
Rozmawiał: Sławek Nosal

festiwal górski lądekRozmowa została przeprowadzona podczas XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku-Zdroju, który trwał w dniach 20-23 września 2018 r. Festiwal lądecki jest jedną z największych polskich imprez integrujących środowisko ludzi gór. Festiwal to m.in. spotkania z najlepszymi alpinistami na świecie, konkurs filmów górskich i plebiscyt na najlepszą książkę górską ubiegłego roku. Podczas XXIII edycji na festiwalu odbyła się gala wręczenia Złotych Czekanów (Piolets d’Or) – najbardziej prestiżowego na świecie wyróżnienia alpinistycznego, które do tej pory przyznawane było w Chamonix.


We wspinaczkowych wyzwaniach i przewodnckiej pracy Maćka Ciesielskiego wspierają sponsorzy i partnerzy

*W spotkaniu “Współczesne przewodnictwo górskie – perspektywy i zagrożenia. Panel dyskusyjny przewodników IVBV/IFMGA/UIAGM” wzięli udział przewodnicy z Polski, Francji, Czech, Słowacji, Rumunii, Słowenii. Dyskutowano m.in. na temat zagrożeń, jakie niesie “czarne przewodnictwo”, poruszano problemy, z którymi muszą mierzyć się Międzynarodowi Przewodnicy Wysokogórscy oraz prezentowano standardy szkolenia przyszłych przewodników. W trakcie spotkania Christian Trommsdorff (prezydent IVBV/UIAGM/IFMGA) wręczył przewodnickie “blachy” pięciu nowym przewodnikom z Polski, którymi zostali: Jakub Radziejowski, Robert Rokowski, Przemek Cholewa, Rafał Mikler i Wojciech Malawski.   

 

Lubię podejmować decyzje – wywiad z Martą Sokołowską

Lubię podejmować decyzje – wywiad z Martą Sokołowską

O Marcie Sokołowskiej usłyszałem pierwszy raz, gdy w ręce trafił mi “Crag Magazin” z jej artykułem zatytułowanym “Za głosem serca”. To była szczera opowieść o pasji. Była to jedna z takich opowieści, których łatwo się nie zapomina. Marta Sokołowska wspina się, praktykuje jogę i uczy jej. Jest również jedną z niewielu osób pochodzących z Polski, które wykonują w górach skoki B.A.S.E. Poszukując w górach przygody, znajduje w nich znacznie, znacznie więcej.

 

Wspinanie dla Ciebie to sport czy styl życia?

Wspinanie to góry i styl życia dla mnie. Sportowe wspinanie również lubię, bardzo lubię wspinanie w skałkach, ale traktuję je bardziej jako trening i wspinanie piknikowe. Po prostu w skałkach warunki pogodowe nie grają takiej roli, jaką grają w górach. Kiedy załamuje się pogoda można zjechać na dół i iść do baru na piwo. Jak jesteś w górach musisz rozważyć o wiele więcej czynników i tam już wycof zwykle jest trudniejszy.


Zajmujesz się propagowaniem jogi. Nie od dziś mówi się, że to świetny sposób na trening uzupełniający dla wspinaczy. Dużo wspinaczy praktykuje jogę, czy ciągle jest nas zbyt mało?

W tej chwili – porównując sytuację do momentu, gdy zaczynałam prowadzić jogę dla wspinaczy – jest to naprawdę duża grupa osób. Wspinacze przekonali się do jogi, zwłaszcza widząc, jakie to przynosi efekty. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce, miałam taką grupę eksperymentalną na boulderowni Salewa Block w Zabrzu, która składała się z dwunastu wspinających się osób. Osoby te przychodziły raz w tygodniu na dwie godziny zajęć z jogi. Czasem zrezygnowały one nawet z jednego treningu wspinaczkowego w tygodniu kosztem tych zajęć. Po jesieni, zimie i wiośnie, czyli po jednym okresie przygotowującym do sezonu letniego efekty, które zobaczyłam u tych osób były wręcz zadziwiające. Okazało się, że można zrezygnować z jednego treningu wspinaczkowego i mimo to podnieść swoją formę.

„Na warsztatach, które organizuję, uczę ludzi pracy z ciałem, świadomości ciała i oddechu” (fot. Bart Bazior)

Co konkretnie daje wspinaczowi joga?

Dzięki jodze udaje się zwiększyć ruchomość stawów, a przez to też zakres ruchów, sięganie do chwytów, wysokie wstawianie stóp, zwiększyć ekonomię wspinania. Jeżeli jesteś w stanie wysoko wstawić nogę, to nie musisz korzystać z małego mięśnia ręki, tylko korzystasz z dużego i silnego mięśnia nogi.

Istotna jest również umiejętność oddechu, która przy wspinaniu jest super ważna. Na boulderowni często widziałam osoby, które próbując przejść jakieś trudne miejsce, zapominały o oddechu. Ich szyja stawała się czerwona, uszy stawały się czerwone i za moment spadali z przystawki. To było widać gołym okiem, że ktoś przestaje oddychać z wysiłku. Jeżeli oddychasz cały czas, masz tę świadomość oddechu – a joga tego uczy – to do czegoś takiego nie dojdzie.

Na warsztatach, które organizuję, uczę ludzi pracy z ciałem, świadomości ciała i oddechu oraz tego, że dzięki nim mogą zrobić o wiele więcej (we wspinaniu, w sporcie, w życiu), niż im się wydaje. Dla mnie osobiście niesamowite jest to, że ludzie, którzy zainteresowali się jogą z przeróżnych względów – z ciekawości, ze względów zdrowotnych, czy też po prostu z zainteresowania kulturą Dalekiego Wschodu – zawsze znajdują w jodze to, czego szukali, a z czasem nawet o wiele więcej. Uwielbiam patrzeć, jak dzięki jodze ludzie niepostrzeżenie zmieniają swoje życie na lepsze, bardziej wiedzą czego chcą, co jest dla nich ważne; zaczynają rozumieć, że mają wpływ nie tylko na to, jak się czują fizycznie w swojej skórze, ale również na swoje emocje i ogólne samopoczucie, na całe swoje życie.

Od zawsze praktykowałaś jogę i wspinałaś się równocześnie, czy to też był element, który Tobie dał jakiś progres we wspinaniu?

Jogę zaczęłam praktykować jedenaście lat temu, czyli rok wcześniej, zanim zaczęłam się wspinać. Dla mnie joga na początku nie była łatwa. Nie jest tak, że mam wrodzoną super gibkość. To było trudne i pewnie dlatego mnie zainteresowało, bo miałam nad czym pracować. Myślę, że to jest też istotne dla wspinaczy, którzy przychodzą na jogę i mówią: “Nie jestem w stanie dosięgnąć rękami do ziemi na wyprostowanych nogach… Jestem tak pospinany, że to nie jest dla mnie”. Nie. Właśnie kiedy jesteś tak pospinany, że nie możesz dosięgnąć do ziemi albo zapleść dłoni z tyłu za plecami – to jest właśnie dla ciebie! Gdybyś zakładał nogę na ramię, nie musiałbyś chodzić na jogę, aby uelastycznić ciało.

Tak to wygląda jeśli chodzi o stronę taką stricte fizyczną. Nie można zapominać jednak o oddechu, który jest naprawdę potężnym narzędziem i we wspinaniu, i we wszystkich innych sportach. Spotykam ludzi, którzy biegają na długich dystansach, skaczą albo zajmują się nurkowaniem i schodzeniem na duże głębokości. Zawsze mówią o jodze. Mówią, że ona im bardzo, bardzo pomaga. Umieją dzięki niej regulować oddech i nie panikują.


Chyba mnie właśnie inspirujesz, żebym zrezygnował z jednego treningu i poszedł na jogę. Chciałbym porozmawiać teraz o czymś innym. Realizujesz się w aktywnościach, które większość osób uważa za ekstremalne. Wspinasz się, wykonujesz skoki B.A.S.E. Z pasji nie trzeba się tłumaczyć, ale spróbowałabyś określić, co jest w takich aktywnościach najważniejsze? Chodzi o emocje, czy o zupełnie coś innego?

To jest tak, że ja lubię podejmować decyzję, lubię decydować sama o sobie i o tym, co robię. Wspinając się w górach to ja podejmuję decyzję wraz z partnerem, z którym się wspinam, ale to też są moje decyzje. W skokach są to już tylko moje decyzje. Jestem odpowiedzialna za to, co robię i za potencjalne konsekwencje tego, co robię. Natomiast oczywiście emocje są bardzo istotne. Ja w ogóle podchodzę bardzo emocjonalnie do życia. Nie umiem robić rzeczy, w których nic mnie nie pociąga. W takie rzeczy zupełnie nie jestem w stanie zaangażować się.

Jeśli decyduję się coś robić i w to zaangażować, to jest to dla mnie coś naprawdę istotnego, coś czemu oddaję całe serce. Nie umiem robić rzeczy na pół gwizdka. Przy skokach jest to istotne, bo skoki niosą za sobą duże ryzyko.

Marta rozpoczyna skok B.A.S.E. z krawędzi klifu (fot. Bart Bazior)

W Polsce skoki znane są gdzieś tam z YouTube. Zastanawiam się czy wielu Polaków skacze i ile jest Polek, które uprawiają B.A.S.E. jumping?

Jak dotąd poznałam osobiście jedną skaczącą Polkę, która już nie żyje. Zginęła podczas skoku w ubiegłym roku. Wiem, że są jeszcze dwie skaczące kobiety pochodzące z Polski, ale żadnej z nich do tej pory nie poznałam. Nie są to osoby pochodzące ze środowiska górsko-wspinaczkowego. Aktywnie skaczących mężczyzn z Polski jest może dwudziestu…Nie jest to zbyt duże grono.


Skok B.A.S.E. i skok w wingsuit’cie – czym to się różni? To są dwa różne skoki?

Skoki B.A.S.E. to są po prostu skoki z różnego rodzaju obiektów: budynków, anten, mostów i klifów. Do skoków B.A.S.E. w wingsuicie przygotowywałam się przez dłuższy czas. Przez półtora roku skakałam i latałam dużo tracksuit’cie, ale nie tylko, ponieważ skaczę również z tzw. niskich klifów. To temat rzeka, o którym można długo opowiadać. Byłoby dużo tłumaczenia, gdybyśmy zaczęli rozmawiać o tym, czym różnią się skoki wysokie (terminalne) i niskie, sposoby układania spadochronu… Wingsuit i tracksuit są to kombinezony przeznaczone do latania z odpowiednio wysokich klifów. Zarówno jeden, jak i drugi kombinezon, pozwalają nam latać, a nie tylko spadać w dół. Podczas skoku spowalniają one prędkość opadania, a za to pozwalają osiągać dużą prędkość postępową w locie do przodu. Dzięki temu można w nich z dużą prędkością odlatywać od ściany, co jest bardzo pożądane, ponieważ chcemy otworzyć spadochron daleko od ściany, aby w razie jakichkolwiek problemów uniknąć bliskiego spotkania ze skałą.

Wingsuit umożliwia wykonywanie innego rodzaju skoków niż tracksuit, przede wszystkim ze względu na swoją budowę, a co za tym idzie – większą powierzchnię kombinezonu. Zaczynamy w nim lecieć wkrótce po opuszczeniu klifu, tracimy mniej wysokości niż w tracksuicie.

Marta Sokołowska Alpy Julijskie

Alpy Julijskie (fot. Bart Bazior)

Przeprowadziłaś się w okolice Dolomitów. Możesz się tam wspinać, możesz skakać z klifów. Za co jeszcze kochasz to miejsce?

Za góry wszędzie, gdzie spojrzysz. Zdecydowanie za klimat. Za ludzi, którzy są pogodni i cieszą się życiem. Za to, że mam dostęp do świeżych warzyw i owoców przez cały rok, co jest dla mnie super ważne, a brakowało mi tego w Polsce, zwłaszcza zimą. Za to, że budzę się rano i widzę z okna klif, z którego najczęściej skaczę. Za cudne miejsca do praktyki jogi. Za bliskość skał, w których można się wspinać praktycznie przez cały rok. Prealpy położone są blisko moich ukochanych Dolomitów, a tam mogę się wspinać do końca życia i nigdy nie zabraknie mi dróg, które jeszcze chciałabym zrobić. Tu mogę wciąż mieć nowe projekty, znajdować miejsca na skoki, w których jeszcze nikt nie skakał.


Dziękuję Ci za szczerą i inspirującą rozmowę.

Odwiedź stronę: www.marta-sokolowska.com
Rozmawiał: Sławek Nosal

festiwal górski lądekRozmowa została przeprowadzona podczas XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku-Zdroju, który trwał w dniach 20-23 września 2018 r. Festiwal lądecki jest jedną z największych polskich imprez integrujących środowisko ludzi gór. Festiwal to m.in. spotkania z najlepszymi alpinistami na świecie, konkurs filmów górskich i plebiscyt na najlepszą książkę górską ubiegłego roku. Podczas XXIII edycji na festiwalu odbyła się gala wręczenia Złotych Czekanów (Piolets d’Or) – najbardziej prestiżowego na świecie wyróżnienia alpinistycznego, które do tej pory przyznawane było w Chamonix.


Realizację projektów i marzeń Marty Sokołowskiej wspiera marka

milo logo

Salewa – marka, która buduje społeczność

Salewa – marka, która buduje społeczność

Najlepsze marki outdoorowe to często marki, które mogą poszczycić się długą tradycją. To również marki, które są czymś więcej niż kolejną firmą produkującą odzież, buty czy sprzęt. Tak się składa, że miarą dobrej marki outdoor jest przede wszystkim pasja, której dany brand jest swego rodzaju nośnikiem. Jej wielkość można poznać po ludziach, którzy tworzą i angażują wokół danej firmy lub w jej zaangażowaniu w budowę górskiej społeczności i uczestniczenia w tak zwanej kulturze górskiej.

Jedną z takich “zaangażowanych” marek jest Salewa. Istnieją różne sposoby identyfikacji marek i różne filozofie. Jedne marki są typowo wspinaczkowe. Inne koncentrują się na aktywnościach, takich choćby jak biegi górskie czy skitouring. Jeszcze inne budują swoją tożsamość walcząc o bardziej ekologiczną produkcję. Salewa obiera inną drogę. Markę tę tworzy miejsce, a miejscem tym są piękne, zarazem dostępne i niedostępne Dolomity.

 

Produkty Salewa – stworzone w sercu Dolomitów

Na produktach marki Salewa znajdziesz napis: “Designed in the heart of the Dolomites”. Włoska marka rodem z Południowego Tyrolu przesiąknięta jest klimatem miejsca, w którym tworzy. Co to oznacza? Możesz się ze mną nie zgodzić, ale jeśli strony te nie są ci zupełnie obce, to pewnie wyczujesz subtelny rys tego regionu, w którym język niemiecki i włoski przenikają się, w którym niemiecki porządek z wolna przechodzi we włoską fantazję. Wydaje mi się, że ma to duży wpływ na samą markę i podejście do projektowania. Jeśli do produktów marki Salewa miałbym przyłożyć motoryzacyjną metaforę, to była by w niej solidność rodem z Audi czy Volkswagena i estetyka, dla której wzorcem może być Ferrari czy Alfa Romeo.

salwea comunity

Dzielić się pasją. Dzielić się emocjami. Dzielić się przyjaźnią (fot. Salewa).

 

Filozofia marki Salewa

Miejsca nie należą do ludzi – to ludzie przynależą do miejsc. Jest to podstawowe przekonanie twórców marki Salewa, które podyktowane jest przeświadczeniem o wyjątkowości miejsca, jakim są Dolomity. To alpejskie pasmo jest nie tylko domem marki. Jest ono jego dziedzictwem, czyli tym, co wpływa na narodziny pasji do gór i jej pielęgnowanie. Dolomity to strzeliste i trudno dostępne turnie skalne, ale to również góry, które zwykłych turystów zapraszają w urokliwe i łatwo dostępne dolinki.

Dolomity to również dla marki ogromna inspiracja. To góry przesiąknięte tradycją, jak i miejsce, które zachęca do przesuwania granic tego, co pośród skał zdaje się niemożliwe. Tu po prostu tradycja łączy się z innowacją. Dlatego Dolomity to również wizja, która kształtuje przyszłość sportów górskich. Właśnie z tego powodu marka wspiera odważne projekty i sponsoruje ludzi gór, którzy realizują swoją pasję z największą śmiałością. Wystarczy wspomnieć, że wśród ambasadorów marki są wspinacze, paralotniarze, himalaiści. Są wśród nich również nazwiska z Polski – Kinga Baranowska oraz Łukasz Dudek i Jacek Matuszek z teamu Alpine Wall Tour.

 

#PUREMOUNTAIN

Niektórzy mówią, że góry to tylko sterta kamieni. Ci sami mówią też, że w górach najważniejszy jest człowiek. To właśnie ze względu na pasjonatów górskich i ogrom ich pasji Salewa zachęca użytkowników swoich produktów, by dzielili się pasją z innymi ludźmi – ludźmi takimi jak oni. W tym celu włoska marka stworzyłą popularny hashtag #puremountain, który na portalach społecznościowych ma dziś dziesiątki tysięcy użyć.

Pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że ten hashtag to sprytne narzędzie marketingu. Zgoda. Ale jeśli z tego hasła korzysta tak wielu ludzi i robi to tak chętnie, to można powiedzieć, że wokół marki powstaje społeczność, która dzieli się z producentem i innymi użytkownikami chwilami, w których obecna jest włoska marka outdoor. To jeden z przykładów, który dowodzi, że Salewa faktycznie stała się nośnikiem pasji, bo jej produkty pozwalają realizować projekty w górach.

 

Get Vertical – kultowa impreza marki Salewa

Jeszcze lepszym przykładem są obozy Get Vertical. Salewa organizuje tę imprezę od 2015 r. Dziś jest to już tradycja marki, która będzie z pewnością rozwijać się w kolejnych latach i która z kolejnymi sezonami będzie budować więzi i wspólnotę doświadczeń między ludźmi tych samych zainteresowań.

O co chodzi w Get Vertical? Przede wszystkim o zdobywanie doświadczeń pod okiem specjalistów, czyste emocje i górską przyjaźń. Właśnie to są powody, dla których Salewa kilka razy do roku tworzy letnie i zimowe obozy. Każdy z nich jest imprezą w pewien sposób profilowaną. Raz chodzi o alpejskie wspinanie, raz o skialpinizm. Innym razem może to być obóz poświęcony via ferratom, klasycznemu alpinizmowi lub po prostu włóczeniu się po zasypanych śniegiem dolinach i wysokich przełęczach na rakietach śnieżnych.

Do tej pory Salewa zorganizowała 17 obozów w ośmiu różnych miejscach. W Get Vertical miało szansę uczestniczyć ponad 300 osób, którym marka najpierw dała niezbędny sprzęt, a potem pozwoliła zdobyć nowe górskie doświadczenia, które z pewnością cenniejsze są niż wszystkie kurtki, buty trekkingowe i plecaki.

 

Pamiętaj, że ty też możesz stać się częścią takiej przygody. Kolejne obozy Get Vertical (strona wydarzenia) to kwestia niedalekiej przyszłości. Potrzeba tylko pasji, zaangażowania i odrobiny szczęścia, by stać się częścią takiego wydarzenia. Śledź stronę Get Vertical i nie zwlekaj, gdy Salewa ogłosi kolejny termin wydarzenia. To szansa, by przeżyć naprawdę wyjątkową przygodę, zdobyć nowe doświadczenia i znaleźć się w samym centrum społeczności związanej z marką Salewa.

Czym jest TirolWool® Celliant®

Czym jest TirolWool® Celliant®

Przed niską temperaturą w górach można chronić się na różne sposoby. Puchówki, primalofty i polary to doskonale znane sposoby na chłody. Wśród ocieplin swoisty renesans przeżywa w ostatnim czasie także wełna. Oprócz znanego ocieplenia MerinoLoft na bazie wełny merino, istniej także ocieplenie o intrygująco brzmiącej nazwie. Poświęć chwilkę hybrydowej ocieplinie TirolWool® Celiant® i poznaj wszystkie jej sekrety.

Oklapnięte uszka, wąska głowa, gęste runo białego koloru i wąskie raciczki, które działają jak wspinaczkowa baletka. Tak wygląda tyrolska owca, która cały rok spędza w górach, żyjąc powyżej 2000 m n.p.m. Niejeden górołaz powinien pozazdrościć jej życia na takich wysokościach, tak samo jak tego, że owca z Tyrolu kapitalnie radzi sobie z chłodem, a i latem nie cierpi z powodu wysokich temperatur.

 

Co to jest TirolWool

TirolWoll to wełna pozyskiwana z owiec żyjących w Tyrolu. Owce górskie, dzięki znakomitym właściwościom termoizolacyjnym swego runa, spędzają okrągły rok wysoko w górach. Wyższa zawartość lanoliny w runie owiec tyrolskich sprawia, że ich wełnę cechują kapitalne właściwości cieplne. Wełna ta ma zdolności do izolowania od zimna i upału, jest oddychająca i działa w podobny sposób zarówno gdy jest sucha, jak i wtedy, gdy staje się kompletnie przemoczona.

To właśnie pierwszy sekret ocieplenia hybrydowego Salewa TirolWool Celliant, z którego postanowili skorzystać ludzie od pokoleń żyjący w Alpach. Ocieplenie hybrydowe TirolWool® Celliant® jest dziełem ratowników Tyrolskiego Górskiego Pogotowia Ratunkowego (Tirol Bergrettung) i projektantów marki Salewa. Ci pierwsi potrzebowali czegoś, co będzie działać w zróżnicowanych warunkach i przy wysokim poziomie wysiłku. Ci drudzy, chcieli stworzyć produkt, który w pełni zadowoli ludzi, którzy z narażeniem życia niosą w górach pomoc. Jedni i drudzy wiedzieli doskonale, że dawne pokolenia używały wełny do walki z chłodem, więc postanowili z niej skorzystać raz jeszcze.

 

Co to jest Celliant

Natura kryje w sobie pierwszy sekret ociepliny. Drugi to już dzieło zaawansowanych technologii. By zrozumieć wyjątkowość innowacyjnej ociepliny Salewa trzeba wyjaśnić czym jest Celliant®.

Celliant® to formuła rodem z Kalifornii. Dokładnie w Santa Maria, w firmie Hologenix, powstała mieszanka trzynastu termoaktywnych minerałów, które potrafią przekształcić ciepło pochodzące z ciałą w promieniowanie podczerwone. Minerały Celliant® wtapiane są w żywicę, która stanowi rdzeń przetworzonych poliestrowych włókien. Takie włókna miesza się z wełną TirolWool. W ten sposób ocieplenie TirolWool® Celliant® korzysta z izolacyjności wełny i syntetycznych włókien, które odbijając promieniowanie IR pobudzają mikrokrążenie krwi. To sprawia, że ciało staje się odizolowane od chłodu, ogrzane i może być w gotowości do wysiłku.

Jakie są korzyści z ociepliny Salewa

Zalety TirolWool® Celliant®  różnorakie. Hybrydowy materiał o naturalno-syntetycznym pochodzeniu ocieplający kurtki Salewa zatrzymuje ciepło ciała na dłużej. Dzięki właściwościom wełny bogatej w lanolinę i hydrofobowemu charakterowi poliestrowych włókien, to nowoczesne ocieplenie nie traci zdolności do izolowania pod wpływem wilgoci. To nie tylko atut w czasie, gdy górska aura zmienia się w przysłowiową “dupówę”. To także plus, gdy potrzebujesz ciepła i gdy kontynuujesz wysiłek, a twoje ciało wytwarza masę wilgoci. To jednak nie wszystko. Korzystanie z wełny tyrolskich owiec na swoją “drugą stronę medalu”.

TirolWool® Celliant® powstał we współpracy z ratownikami z Tyrolu. Ocieplenie bazuje na wełnie tyrolskich owiec, która jest produktem naturalnym, lokalnym, a proces rafinowania przędzy jest przyjazny dla środowiska. Węłnę miesza się z włóknami poliestrowymi, które wzbogacone są o termoaktywne minerały. W ten sposób powstaje ocieplenie, które pozwala zachować ciepło blisko ciała i działać aktywnie przy zmiennych warunkach (źródło: Salewa)

 

TirolWool® Celliant® jest eko

Branża odzieżowa to biznes odpowiedzialny za przyrost odpadów, pomnażanie zanieczyszczeń, emisję gazów cieplarnianych i ogromne zużycie wody. Salewa tworząc TirolWool® Celiant® starała się ograniczyć negatywny wpływ na środowisko. Gdy tworzy się ubrania nie można wyeliminować wszystkich szkodliwych czynników. Właśnie dlatego ważny jest każdy krok, który zbliża do ograniczania szkodliwości branży tekstylnej.

TirolWool® to produkt regionalny. Dzięki niemu włoska marka minimalizuje negatywny wpływ transportu. Sam proces przygotowania runa owiec również poddany jest surowym regułom. W nieodległej od Dolomitów Cittadelli firma Imbotex przygotowuje runo TirolWool®. Wełnę czyści się w procesie zwanym Oxy Wash. Opatentowany proces technologiczny bazuje na wykorzystaniu tlenu i kompletnej rezygnacji ze szkodliwego chloru. Proces wzmacnia oddychalność wełny i chroni ją przed wchłanianiem nieprzyjemnych zapachów.

Proekologicznie idee znać też w produkcji komponentu syntetycznego. Celliant® w 70% powstaje z poliestru pochodzącego z recyklingu. Dzięki temu poliestrowe odpady jeszcze raz stają się użytecznym i w pełni sprawnym surowcem, który nie trafia na wysypiska.

Krótkie trasy transportu komponentów, korzystanie z procesów recyklingu, wspieranie lokalnych hodowców i dążenie, by biznes był bardziej zakorzeniony w regionie sprawiają, że Salewa idzie właściwą drogą, na której małe kroki mają znaczenie dla całej planety.

 

Czy to działa…

Wiem, wiem. Brzmi to trochę jak czary-mary. Kiedy przed rokiem Salewa wprowadzała swoją nową ocieplinę zastanawiałem się, czy ktoś nie chce sprzedać mi bajeczki o sile natury i mądrości technologii. Powiedziałem sprawdzam, kupiłem kurtkę Fanes TW CLT Hood. Okazało się, że pierwszy raz skorzystałem z kurtki Salewa z końcem września, by zdjąć ją dopiero, jak stopniały w górach śniegi. Kurtkę testowałem przez cały zimowy sezon ubierając ją na co dzień, zabierając na wędrówki górskie jesienią i zimą oraz na narciarskie wypady na nartach skiturowych.

TirolWool® Celliant® nie grzeje jak puch, ale nie przegrzewa, gdy chcesz poruszać się w kurtce z ociepliną. Naprawdę sprawna oddychalność ocieplenia jest dużym jej atutem. Zdarzyło mi się w kurtce lekko marznąć w mieście na przystanku. Założony na kurkę awaryjny hardshell i zastosowanie jej jako warstwy pośredniej zupełnie zdawało egzamin. Co ciekawe nie zdarzyło mi się w niej zmarznąć ani razu w górach podczas zeszłorocznej zimy. Zdaje się, że wcale nie zależało to nawet od modelu mojego działania. Nawet gdy po całym dniu skiturowego wysiłku wychodziłem karkonoską nocą przed schronisko i w nieskończoność naświetliłem matrycę w cyfrowym aparacie, było mi całkiem komfortowo.

 

Wśród różnych ociepleń stosowanych w kurtkach TirolWool® Celliant® jawi się jako produkt naprawdę wart uwagi. Połączenie tradycji i nowoczesnych technologii daje dobre rezultaty, które sprawdzają się podczas profesjonalnych działań ambasadorów marki i ratowników górskich. Jak twierdzi Peter Veider (dyrektor Tirol Bergrettung):

TirolWool® Celliant® to doskonałe rozwiązanie na warunki ekstremalnych wahań temperatury i długie godziny pracy w terenie wysokogórskim.

Salewa – przewodnik po kolekcjach odzieży

Salewa – przewodnik po kolekcjach odzieży

Lubisz outdoorowy styl, a swoją odzież w góry lubisz założyć czasem także na co dzień? Pewnie zdarzyło ci się to nie raz, a powodem była wygoda kurtki outdoor, czy swoboda jaką dają ci spodnie turystyczne bądź wspinaczkowe.

Wszystko dlatego, że przy projektowaniu ubrań górskich na pierwszym miejscu stawia się na funkcjonalność i wygodę. To właśnie one decydują tak naprawdę o tym jak wykonane jest ubranie. Specyficzne materiały, specjalne profilowanie, nietypowo umiejscowione kieszenie czy na oko zbyt obszerne kaptury i gardy to rozwiązania, które sprawiają, że w przypadku odzieży outdoor mówimy o tym, że jest to tak zwana odzież techniczna.

 

Jak Salewa projektuje odzież

W przypadku najlepszych marek outdoorowych proces projektowania odzieży jest głęboko przemyślany. Doskonałym przykładem może być marka Salewa. Cała kolekcja tej marki podzielona jest na grupy produktowe, do których praktycznie przypisane są konkretne aktywności w górach.

Projektanci Salewa to zawodowcy, nie tylko w dziedzinie tworzenia ubrań. W branży outdoor praca najczęściej łączy się z pasją, dlatego ci którzy projektują tę odzież, często są jej użytkownikami. Dobrze więc widzą, co sprawdzi się podczas akcji w terenie. Proces projektowania supportują też ambasadorzy marki, czyli profesjonalni wspinacze, alpiniści, przewodnicy górscy czy paralotniarze.

Zrób test. Zajrzyj do outdoorowej szafy. Wyjmij model kurtki softshell, kurtkę goretex, nawet techniczną bieliznę termoaktywna i przyjrzyj się dokładnie detalom. Pewnie dla części rozwiązań znajdziesz uzasadnienie.

slewa dolomity

Salewa projektuje odzież w Dolomitach – w górach, w których każdy może realizować pasje na swój sposób. To miejsce dla turystów, wspinaczy, paralotniarzy i narciarzy. (fot. @ Daniele Molineris/Storyteller-Labs)

 

Kolekcje odzieży Salewa

Cała kolekcja włoskiej marki z Dolomitów podzielona jest na kilka linii produktowych. Każda z nich tworzy praktycznie konkretny zestaw odzieży. Jest to komplet dopasowany do potrzeb osób uprawiających dany rodzaj aktywności w górach.

Inaczej projektanci kroją materiał i wykonują detale, gdy tworzą kurtki turystyczne. Inaczej dobierają tkaniny jeśli wymyślają koncepcję kurtki GORE-TEX® dla alpinistów, a odmiennie postępują, gdy sięgają po technologie dla turystów nie zapuszczających się aż tak wysoko. W tym artykule znajdziesz odpowiedź, jaka linia produktowa marki stworzona jest do jakiego typu działań. Dzięki temu może dowiesz się w jaką kurtkę Salewa warto zainwestować swoje oszczędności, a kiedy sięgnąć po bardziej budżetowy model. Nie zawsze przecież musimy kupować najdroższe i najbardziej techniczne modele, jeśli z ich właściwości i tak nie będziemy w pełni korzystać.

 

Salewa Ortles – dla alpinistów

Ortles (lub Ortler) to wysoki trzytysięcznik w Alpach Retyckich. Na jego wierzchołek nie wiedzie praktycznie żadna prosta droga, którą można pokonać bez umiejętności wspinaczki na drogach skalnych i lodowych. Najwyższy szczyt Południowego Tyrolu stał się więc nie bez powodu ikoną dla najbardziej zaawansowanej linii odzieży. Spodnie i kurtki Salewa z linii Ortles to modele przeznaczone do:

  • alpinizmu
  • skialpinizmu
  • turystyki lodowcowej
  • wspinaczki alpejskiej
  • wspinaczki lodowej (i mikstowej)

Cała kolekcja podzielona jest oczywiście na odzież dla kobiet i mężczyzn. Prawie wszystkie kurtki Salewa męskie mają swoje odpowiedniki jako kurtki damskie. Tak samo jest z bluzami i spodniami, choć zdarzają się nieliczne wyjątki.

Seria Salewa Ortles to produkty, które wykonane są przy zastosowaniu najbardziej renomowanych materiałów i korzystają z wielu technologii outdoor. Przykładem może być kurtka przeciwdeszczowa Ortles 3 GTX. Jest to model kurtki GORE-TEX® wykorzystujący membranę GORE-TEX® PRO, która bez kompromisów chroni przed opadami i wiatrem. Ze względu na alpinistyczne przeznaczenie, w kurtce tej wykorzystano najsłynniejszą membranę i to w wersji (trójwarstwowa membrana PRO), którą cechuje największa trwałość. Do kompletu występują również spodnie Ortles 3 GTX wykonane z takiej samej membranowej tkaniny.

Kurtki hardshell z serii Ortles cechuje bardzo techniczne wykonanie. Obszerne bryły regulowanych kapturów pozwalają zakładać kaptur na kask wspinaczkowy. Kieszenie w tych kurtkach umieszczone są wyżej. Po założeniu uprzęży wspinaczkowej można mieć do nich wciąż dostęp. Cała kurtka skrojona jest tak, by nie ograniczać ruchów nawet w czasie wspinaczki, a krój jest dopasowany w taki sposób, by można było pod nią zmieścić więcej warstw odzieży.

Salewa - kolekcja ortles

Kolekcja Ortles to najbardziej zaawansowana linia odzieży Salewa (fot. Salewa)

W odzieży ocieplanej seria Ortles wykorzystuje naturalny puch z certyfikatem RDS oraz hybrydowe ocieplenie TirollWool® Celliant®. Kurtki puchowe Salewa Ortles występują w trzech wersjach: Heavy, Medium, Light – a każda z nich różni się po prostu ilością izolacji. Oczywiście kurtki Heavy są najcieplejsze, a Light najlżejsze i najbardziej pakowne.

Kurtki ocieplane do działań o większej intensywności, choćby skialpinizmu, projektowane są z hybrydową ociepliną naturalno-syntetyczną TirollWool® Celliant®. Jest to mieszanka wełny z owiec tyrolskich i poliestru wzbogaconego o minerały odbijające promieniowanie podczerwone ciała. Ocieplenie nie traci izolacyjności pod wpływem wilgoci, więc jest świetnym rozwiązaniem zarówno na wyjścia w góry, którym towarzyszy większy wysiłek, bądź działanie w zmiennych warunkach. Więcej o tej ocieplinie pisałem w innym artykule.

Nawet tak zwane midlayer’y – czyli elastyczne bluzy outdoor pośredniej warstwy – wykonane są w tej serii z renomowanych materiałów. Wszystko po to, by zapewnić jak najwięcej ciepła przy zachowaniu niskiej wagi odzieży i zagwarantować dodatkowo szybkie odprowadzanie wilgoci. Bluzy Salewa damskie i męskie w tej lini produktowej wykonane są po prostu z materiału marki Polartec®, czyli słynnego wynalazcy kultowej dzianiny typu polar.

 

Salewa Sesvenna – dla skialpinistów

Szczyt Piz Sasvenna i jego pasmo nadały nazwę kolejnej kolekcji produktów Salewa. Modele z linii Sesvenna to odzież do działań w szybszym stylu, przede wszystkim:

  • skialpinizmu,
  • skitouringu.

Generalną zasadą dla stworzenia tej odzieży jest zwiększenie oddychalności odzieży i zmniejszenie jej wagi. Znajduje to odzwierciedlenie w zastosowanych materiałach. To właśnie powody, dla których kurtki i spodnie goretex tej grupy produktów wykonane są z materiału GORE-TEX® Active. Używając takiej membrany projektanci mogą dostarczyć najwyższej ochrony, niskiej wagi i skuteczniejszej oddychalności odzieży hardshell. Kosztem takich rozwiązań jest jednak trwałość odzieży. Na szczęście modele używane do skitouringu mają mniejsze szanse na ciągły kontakt z czymś, co może je uszkodzić, na przykład ze skałą. Zastosowanie membrany GORE-TEX® Active pozwoliło też ograniczyć objętość odzieży, która po spakowaniu zajmuje mniej miejsca w plecaku.

Częścią kolekcji Sesvenna są również wygodne i oddychające spodnie softshell męskie i damskie z materiału Durastretch oraz kurtki ocieplane, w których zastosowano technologię Polartec® Alpha. Jest to ocieplenie syntetyczne marki Polartec®, stworzone pewien czas temu dla oddziałów specjalnych amerykańskiego wojska. Polartec® Alpha świetnie sprawdza się jako aktywne ocieplenie, które nie przestaje ogrzewać nawet w wilgotnym środowisku. Kurtki Sesvenna PTC Aplha wykorzystujace to rozwiązanie, mają ponadto konstrukcję wykonaną w koncepcie bodymapping. Oznacza to, że wszystkie strefy odzieży odpowiadają potrzebom ciała i termice, jakie ciało ma w danych miejscach podczas ruchu.

Salewa - Sesvenna

Sesvenna to kolekcja idealna dla skitourowców (fot. Salewa)

 

Salewa Pedroc – dla “speedturystów”

Dla osób lubiących szybkie wyjścia w góry marka stworzyła kolekcję Pedroc. Ubrania z tej serii to odzież dopasowana do potrzeb osób, które lubią poruszać się w górach szybko. Jeśli lubisz działać ze sportowym zacięciem, to seria Pedroc powinna znaleźć się na twoim celowniku. Salewa tworzy serię Pedroc do:

  • speed hikingu,
  • trekkingu alpejskiego.

W odzieży z kolekcji Pedroc liczy się najbardziej szybkie odprowadzanie wilgoci oraz swoboda działań. Wystarczy zwrócić uwagę na dobór materiałów. Koszulki Pedroc powstają z materiału Dry’ton, który błyskawicznie odprowadza wilgoć i równie prędko schnie. W odzieży – od koszulek po ocieplane kurtki – stosuje się materiały o dużej elastyczności. Dzięki temu odzież może być bardziej dopasowana i wciąż nie krępować ruchów.

Koszulki i bielizna termoaktywna zdradza jak ważne są detale. Warto dojrzeć choćby takie szczegóły jak płaskie szwy. Takie łączenia poszczególnych części materiału nie powodują otarć, na które szczególnie narażone jest ciało, w szybkim ruchu. W tego typu odzieży spotkasz często materiał wzbogacony o technologię antybakteryjną. Materiał dzięki temu dłużej może pozostawać higieniczny.

Salewa - kolekcja pedroc

Miłośnicy speed hikingu powinni rozważyć produkty z serii Pedroc (fot. Salewa)

 

Salewa Agner – dla wspinaczy

Kolejna grupa produktów to modele z serii Agner. Monte Agner to szczyt w Dolomitach, który słynie z kilkuset metrowych skalnych zerw. Są one areną trudnych wspinaczek, zatem nie trudno się domyślić, że Salewa tworzy tę kolekcję z myślą o wspinaczach waśnie. Trzon kolekcji to ubrania do:

  • wspinaczki alpejskiej,
  • trekkingu alpejskiego.

Trudno tu znaleźć modele przygotowane typowo z myślą o zimie. Do działań w takich warunkach powołana jest przecież seria Ortles.

Agner jest więc zasadniczo kolekcją lekkiej odzieży na wielowyciągowe drogi w górach. Znajdziesz w tym segmencie przede wszystkim modele, które nie krępują ruchów i które mają niska wagę. Oprócz tych właściwości, projektanci położyli w tej serii mocny nacisk na trwałość tkaniny. Stąd w niektórych produktach znaleźć można wstawki z wytrzymałej Cordury. Dzięki temu odzież w newralgicznych strefach jest wzmocniona i bardziej odporna na kontakt ze skałą. Docenia się to na skalnych grzbietach, gdzie raz po raz trzeba przewinąć się z jednej strony na drugą, w ciasnych kominach i innych tego typu formacjach skalnych.

Kilka detali może przybliżyć wspinaczkowego ducha tej kolekcji. W odzieży hardshell stosuje się pakowne i lekkie membrany Powertex® o konstrukcji 2,5L. Rękawy najczęściej wyposażone są w minimalistyczne ściągacze, podobnie jak nogawki spodni, które muszą dopasować się do wąskich butów wspinaczkowych. Uwagę zwracają również wyżej położone kieszenie w kurtkach i bluzach, które nie kolidują z uprzężami i kaptury dopasowane do użytkowania z kaskami.

Salewa Puez – dla turystów

Masyw i park krajobrazowy Puez-Odle to jedno z najpopularniejszych turystycznie miejsc w Dolomitach. Właśnie masyw Puez patronuje kolekcji typowo turystycznej. Ta grupa produktów Salewa to bardzo bogata oferta dla osób, które spędzają czas głównie na turystycznym szlaku. Wśród produktów przeznaczonych przede wszystkim do

  • turystyki,
  • trekkingu,

znajdują się modele o starannie zaprojektowanym kroju, w którym jednak mniej będzie typowo technicznych detali. Szeroka i kompletna oferta kolekcji (w której nie brakuje odzieży żadnej warstwy) pozwala skompletować odpowiedni do turystyki i trekkingu model, który zazwyczaj oferowany jest w atrakcyjniejszej cenie niż na przykład alpinistyczna seria Ortles.

Projektanci starają się, by kolekcja Puez była zróżnicowana. Na przykład wśród kurtek hardshell znaleźć można zarówno kurtki z membrana GORE-TEX®, jak i bardziej budżetowe modele na membranach Powertex, które jak najbardziej sprawdzą się przy turystycznym zastosowaniu.

Można powiedzieć, że kolekcją Puez rządzi pewnego rodzaju zasada równowagi między jakością a ceną, dlatego modelom tej serii naprawdę powinni uważnie przyglądać się turyści. Zasadą jest tu stosowanie wielu rozwiązań własnych marki Salewa, które łączą się z bardzo dobrą jakością, ale nie podbijają ceny produktu wartością “obcych” technologii. Dlatego właśnie wśród produktów softshell niepodzielnie rządzi materiał Durastetch, a w bluzach stretch stosowanych jako warstwa pośrednia, materiał Polarlite, będący własnym produktem marki Salewa.

Salewa - puez

Puez i Fanes to kolekcje przeznaczone do trekkingu i turystyki (fot. Salewa)

 

Salewa Fanes – dla turystów i na co dzień

Podobną grupą produktów jest seria Fanes. Jest to kolekcja wygodnych i funkcjonalnych modeli o bardzo szerokim zastosowaniu. Produkty tej linii sprawdzą sie przede wszystkim do:

  • turystyki,
  • trekkingu,
  • podróżowania.

Przeglądając ofertę tego segmentu odzieży na pewno szybko dostrzeżesz, że można w niej znaleźć zarówno bardziej techniczna odzież (zbliżoną bardzo we właściwościach, konstrukcjach i materiałach do produktów serii Puez), jak i bardzo casualowe rozwiązania. Częścią tej kolekcji są wygodne bluzy wykonane z mieszanek wełny i poliestru, “flanelowe” koszule z oddychającego materiału Polarlite, czy bawełniane spodnie w duchu mountain lifestyle. Seria Fanes to zdecydowanie odzież dla tych osób, które nie lubią rozstawać się z outdoorowym stylem.

 

Mam nadzieję, że ta ściąga ułatwia odnaleźć się pośród linii produktów Salewa. Dobrze przemyślana kolekcja włoskiej marki to szansa na to, że każdy, kto podziela jedną z górskich pasji, będzie w stanie dobrać odpowiednią odzież do swoich ambicji, celów i stylu działania w górach. Warto pamiętać, że outdoorowymi zakupami powinny rządzić przede wszystkim przemyślane i uzasadnione potrzebami wybory. To pewna droga do satysfakcji nie tyle z samego zakupu, ile z użytkowania produktu.

Ślepota śnieżna i inne zagrożenia. Okulary przeciwsłoneczne w góry

Ślepota śnieżna i inne zagrożenia. Okulary przeciwsłoneczne w góry

Okulary przeciwsłoneczne nie są tylko atrakcyjnym dodatkiem. Przed szkodliwym dla wzroku promieniowaniem UV trzeba dobrze się chronić tak na co dzień, jak i podczas górskich wycieczek. W górach ochrona oczu ma jednak szczególne znaczenie. Dlatego też okulary w góry powinny mieć odpowiednią konstrukcję, doskonałą jakość i odpowiednie certyfikaty.

Problem właściwej ochrony oczu nie dotyczy tylko alpinistów. Jak uciążliwe potrafi być silne świtło słoneczne dla komfortu widzenia, wiedzą dobrze również turyści, żeglarze czy kierowcy zawodowi. Tak naprawdę wszystkie osoby, które długotrwale przebywają w warunkach silnego oświetlenia lub w nich pracują, powinny dobrze zadbać o komfort widzenia, który jest również stawką walki o zdrowie wzroku.

 

Dlaczego okulary w górach są potrzebne

Dobre okulary sportowe powinien mieć pod ręką każdy, kto uprawia aktywności outdoorowe. Żeglarz, wędkarz czy turysta – każda z tych osób, jeśli nie nosi okularów przeciwsłonecznych, przez wiele godzin wystawia wzrok na ciężką próbę. Okazuje się, że w górach problem potęguje się jeszcze bardziej i jest zależny od wysokości. Im wyżej, tym silniejszej ochrony wzroku potrzebujesz.

Do problemu długotrwałej ekspozycji na warunki silnego światła słonecznego dochodzi kilka innych czynników. Wraz z wysokością rośnie siła promieniowania ultrafioletowego. Szacuje się, że już na wysokości 3000 m n.p.m. dawka promieniowania UV może być nawet dwa razy większa niż w dolinach.

W wysokich partiach gór problemem jest również brak cienia. Jeśli wybierasz się w piętra gór pozbawionych wysokiej roślinności, nie masz szansy, by schować się przed promieniami słońca. No chyba że cień rzuci na ciebie jakaś wielka góra. Z tego powodu zabranie dobrych okularów z filtrem UV jest tak samo ważne jak posmarowanie się kremem z takim filtrem.

Na lodowcach i na wysokościach, gdzie przekracza się granicę wiecznego śniegu, dochodzi jeszcze jeden czynnik. Promienie słońca odbite do lodu i śniegu potęgują problem. Wzrok przyjmuje bowiem jeszcze więcej światła i to takiego, które nie pada tylko z góry, ale również z boku lub od dołu.

Im góry wyższe, tym ochrona musi być mocniejsza (fot. Julbo)

 

Ślepota śnieżna i inne zagrożenia dla oczu

Jak piloci kojarzą się z okularami typu aviator (pilotki), tak himalaiści kojarzą się z okularami na lodowiec, których charakterystyczna cechą są boczne osłony. Takie okulary lodowcowe przypominają czasem okulary do spawania i nie jest to pozbawione sensu skojarzenie. Dawniej bowiem za gogle służyły czasem okulary spawalnicze. Dziś na szczęście nie trudno kupić specjalne okulary w góry wysokie.

Najsłynniejszym z zagrożeń dla wzroku w górach jest ślepota śnieżna. To dolegliwość, która w historii podboju ośmiotysięczników zapisała się tragicznymi wydarzeniami. Wystarczy wspomnieć choćby okoliczności wydarzeń z udziałem Polaków, takie jak wydarzenia na Nanga Parbat w styczniu 2018 r., czy wypadek lawinowy na przełęczy Lho La z 1989 r. Zarówno Tomasz Mackiewicz, jak i Andrzej Marciniak zmagali się ze skutkami ślepoty śnieżnej, która przyczyniła się do tego, że nie byli oni w stanie schodzić o własnych siłach do niżej położonych obozów.

Ślepota śnieżna to ostre zapalenie spojówek i nabłonka rogówki. Jej przyczyną jest długotrwała ekspozycja na silne promieniowanie UVB. Inuici chronili się przed nią dawniej improwizowanymi okularami, wykonanymi ze ścięgien i kości karibu. Himalaiści do ochrony przed nią stosują dziś okulary lodowcowe.

Na ślepocie śnieżnej nie wyczerpuje się jednak katalog dolegliwości związanych silnym światłem słonecznym w górach. Katalog schorzeń, dolegliwości i chorób oczu związanych z wpływem promieniowania ultrafioletowego jest duży. Zdaniem specjalistów latem – i nie tylko wtedy – okulary chronią przed:

  • zapaleniem spojówki
  • zapaleniem rogówki
  • czerniakiem naczyniówki oka
  • retinopatią słoneczną (uszkodzenie termiczne siatkówki oka)
  • skrzydlikiem (zmiana chorobowa oka)
  • tłuszczykiem
  • zaćmą.

To najpoważniejsze z zagrożeń dla wzroku i okolic oczu. Warto dodać, że skóra wokół oczu jest bardzo delikatna i cienka. Częsta i długa ekspozycja prowadzi do szybszego jej starzenia się, prowadzi do jej przebarwień i powstawania zmarszczek. To jednak najmniejszy, kosmetyczny z problemów związanych z promieniami UV.

ślepota śnieżna okulary

Ślepota śnieżna to jedno z najczęstszych zagrożeń dla alpinistów (fot. Julbo)

 

Jak wybrać okulary w góry

Przede wszystkim trzeba pamiętać, że nie każde ciemne okulary będą nas chronić. Ochrona przed promieniowaniem UV możliwa jest tylko wtedy, gdy soczewki okularowe posiadają filtr UV i gdy są one dobrej jakości, którą potwierdzają odpowiednie certyfikaty. Pamiętaj, że okulary pozbawione filtrów mogą przynieść więcej szkody niż korzyści.

Okulary przeciwsłoneczne powinny posiadać filtr, który chroni przed pełnym spektrum promieniowania ultrafioletowego, czyli promieniami UVA, UVB i UVC. Ważne jest również dobranie odpowiedniej kategorii ochronności, którą oznacza się symbolami od 0-4. Okulary w obrębie tych kategorii przepuszczają różną ilość światła, co oznacza, że są przeznaczone na różne warunki oświetlenia. Poniższa tabela przedstawia podział okularów na stopnie ochrony. W góry powinno się zabierać okulary kategorii 3 i 4. Ta ostatnia jest niezbędna często zimą lub tam, gdzie mamy do czynienia z lodowcem i wiecznym śniegiem.

 

Kategoria Przepuszczanie światła Zastosowanie
0 80-100% soczewka przezroczysta/delikatnie przydymiona – słabe warunki oświetleniowe
1 43-80% soczewka delikatnie przyciemniona – słabe warunki oświetleniowe
2 18-43% soczewki o średnim zaciemnieniu; słabe, umiarkowane i zmienne oświetlenie
3 8-18% soczewki ciemne, uniwersalne; silne światło słoneczne
4 3-8% soczewki bardzo ciemne; bardzo silne światło słoneczne; nie nadaje się do prowadzenia pojazdów mechanicznych

 

Istotne są również inne filtry i powłoki, które można znaleźć w renomowanych okularach przeznaczonych do sportu i aktywności outdoor. Okulary Julbo, czy okulary marki Arctica, posiadają często filtr polaryzacyjny lub powłoki lustrzane. Filtr polaryzacyjny pozwala zachować kontrastowe widzenie, gdy światło słoneczne odbija się od tafli wody, śniegu, mokrej jezdni. Z tego powodu okulary z polaryzacją powinni wybierać alpiniści, narciarze, żeglarze i kierowcy. Powłoki lustrzane odbijają natomiast inne składowe światła słonecznego, które mogą wpływać na jakość widzenia lub być groźne dla wzroku.

 

Kolor soczewki to nie tylko kwestia gustu

Myli się ten, kto w kolorach soczewek okularowych widzi tylko estetyczną i modową stronę. Okazuje się bowiem, że kolor szkieł w okularach ma znaczenie dla uzyskanego obrazu, a czasem także dla poziomu ochrony.

W okularach z najmocniejszą ochroną przed światłem słonecznym stosuje się często soczewki brązowe. Mają one tę zaletę, że oprócz ochrony przed silnym światłem, poprawiają także kontrastowość widzenia.

Soczewka szara jeszcze mniej ingeruje w naturalne barwy. Jeśli zatem nie szukasz różowych okularów i zależy ci na postrzeganiu kolorów w sposób jak najmniej zniekształcony, to tego typu szkła będą dla ciebie najbardziej odpowiednie. Podobnie zachowuje się soczewka w kolorze zielono-szarym.

Całkiem zielone szkła mają już zgoła inną charakterystykę. Takie soczewki zaburzają postrzeganie barw. Stosuje się je najczęściej w tych modelach okularów, które nosi się przy słabszym słońcu. Do warunków gorszego oświetlenia nadają się też okulary z soczewkami w kolorze żółtym. To barwa szkieł okularowych, która przy słabym świetle pozwala dojrzeć więcej szczegółów. Wszystko dlatego, że obraz uzyskiwany przez takie soczewki charakteryzuje się lepszym kontrastem.

 

Okulary z fotochromem

Można powiedzieć, że osobną grupę stanowią okulary fotochromowe. To specjalna grupa okularów, która posiada soczewki reagujące na natężenie światła. Dzięki temu okulary tego typu potrafią dobrać sobie odpowiedni stopień ochrony dla danych warunków oświetlenia, na przykład w zakresie kategorii 2-4.

Mówiąc prościej, gdy jest bardzo jasno, okulary z fotochromem przyciemniają się samodzielnie, a gdy światła jest mniej, ich soczewki stają się jaśniejsze. Reakcja dobrego fotochromu jest bardzo szybka, więc nie ma potrzeby martwić się, że okulary tego typu nie nadążają za zmianami oświetlenia. Warto jednak nadmienić, że fotochrom nie zawsze może działać bez zarzutu. Niektóre okulary fotochromowe nie nadają się do prowadzenia samochodu. Nie chodzi nawet o to, że przyciemniając się do kategorii 4 mogą być zbyt ciemne. Warto wiedzieć, że szyba auta pochłania część promieniowania UV, które odpowiedzialne jest za aktywowanie okularów fotochromowych i zwyczajnie siła tej aktywacji w aucie może być zbyt mała. W samochodzie zawsze warto mieć parę uniwersalnych okularów ze szkłami w kategorii 3 lub 2.

 

Na co jeszcze zwrócić uwagę

Jest jeszcze kilka detali, na które warto zwracać uwagę przy zakupie okularów w góry. Z uwagi na aktywny styl życia, warto zadbać, by okulary były zawsze dobrze dopasowane do kształtu twarzy. Najlepiej więc przymierzyć kilka par zanim wybierze się tę właściwą. Kupując okulary w góry nie warto przywiązywać się nawet do sugerowanej płci, jeśli model nie jest unisexowy.

Na przykładzie okularów lodowcowych Julbo można zobaczyć, że czasem poza kolorystyką niewiele się zmienia. Przykładem mogą być okulary Montebianco i Monterosa. Te drugie – przeznaczone rzekomo dla kobiet – mogą doskonale pasować mężczyznom o węższym typie twarzy.

julbo monterosa

Okulary lodowcowe Monterosa posiadają boczne osłonki, które można w razie potrzeby zdjąć. To model węższy, ale bliźniaczy w stosunku do okularów Montebianco (fot. Julbo)

W okularach w góry najważniejsze jest to, by spełniały one swoje zadanie. Najistotniejsza jest ochrona, więc trzeba nie tylko dobrze dobrać kategorię ochrony, kolor soczewek i filtry. Warto zwrócić uwagę też na kształt i rozmiar soczewek, które powinny dobrze otaczać oczy i ich okolice. Istotnym elementem dla pełnej ochrony są również osłony boczne lub na tyle szeroka konstrukcja zauszników, że gwarantuje ona ochronę przed światłem padającym z boku.

Ważnym elementem jest konstrukcja noska i kształt zauszników. Noski w okularach do bardziej aktywnych działań mają często antypoślizgowe części z silikonu. Zauszniki powinny być natomiast albo dobrze dopasowane, albo odpowiednio wyprofilowane, albo mieć konstrukcję, która pozwala je formować. Takim rozwiązaniem w okularach marki Julbo jest technologia 360° adjustable temples. Antypoślizgowe panele czasem stosuje się również w końcach zauszników. To rozwiązanie mają często okulary Arctica o bardziej sportowych oprawkach. Taki patent, pozwala projektantom zrezygnować z konieczności stosowania nosków i uzyskać dobrą stabilizację.

Czasem przydają się nawet najmniejsze drobiazgi. Jeśli wspinasz się, to kiedyś docenisz bardzo taki szczegół jak małe otworki na końcach zauszników. Sloty na sznureczek lub opaskę do okularów to detalik, który pozwala nie pozbyć się okularów, gdzieś wysoko w skalnej ścianie.

 

Wszystko to nie wyczerpuje do końca cech, na które warto zwracać uwagę przy wyborze okularów outdoorowych. Specjalnie ograniczyłem się do rzeczy, które mają największe znaczenie w okularach w góry. Okulary outdoor to oczywiście nie tylko typowe okulary górskie. Dlaczego? Dlatego, że to często aktywność wpływa na wybory projektantów i potrzeby użytkowników. Wystarczy uświadomić sobie, że biegacze (nie tylko górscy) zamiast okularów z bocznymi osłonkami wybiorą modele z lepiej wentylowanymi szkłami, czyli na przykład modele bez pełnej oprawki. Żeglarze, czy kajakarze (choćby górscy), mogą natomiast szukać takich modeli, które będą posiadać oprawki z nie tonących w wodzie materiałów. Właśnie dlatego przy wyborze okularów warto zwracać uwagę na tak wiele niuansów. Wszystko to procentuje później w terenie.

Widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów – wywiad z Michałem Dzieniszewskim

Widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów – wywiad z Michałem Dzieniszewskim

Zanim poznałem Michała w pracy, to już zdążyłem o nim usłyszeć. Wiedziałem, że jest z Karkonoszy, że dobrze jeździ na nartach i że jest trochę szalony, bo próbował nawet samodzielnie wystrugać sobie narty. W ostatnim roku kilkakrotnie zadziwiał, nie tylko ekipę Skalnika, swoimi pomysłami i determinacją. Zaliczył parę udanych zawodów skiturowych i wygrał wyzwanie Dynafit Mountopia Challenge. Dzięki temu wywalczył sobie udział w Sellaronda Skimarathon, a za chwilę startuje w Trofeo Mezzalama – zawodach uważanych za jedną z najtrudniejszych imprez sportowych w skialpinizmie.

 

Jak długo jeździsz na nartach? Pamiętasz dzień, w którym przypiąłeś dwie deski do nóg?

Nie pamiętam tego dnia. Jeździć zacząłem w wieku 4 lat, ale pierwsze moje wspomnienia narciarskie to wyjazd do Czech z rodzicami. Później był jeden, drugi i trzeci klub narciarski. Teraz od kilkunastu lat jest to już jazda samotna. Sam się szkolę i doskonalę.

 

Trafiłeś do klubu więc chyba od początku jeździłeś na zawody narciarskie?

Od razu zacząłem startować w zawodach. Oczywiście małego dzieciaka dosyć luźno się prowadzi. Nie był to od razu fachowy trening, ale jakieś tyczki i element rywalizacji były. Pamiętam, że trener smarował nam narty zwykłą parafiną na zawodach (śmiech). Coś się tam jeździło po lokalnych zawodach, takie były początki. Dopiero później trafiłem do klubu sportowego w Szklarskiej Porębie i tam zaczęła się konkretniejsza jazda.

serwis dynafit

„Trochę” lepszy serwis niż ten z czasów zawodniczych początków (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Zaczynałeś więc od narciarstwa alpejskiego. Powiedz jak szybko odkryłeś skitouring?

Zależy jak na to spojrzeć. I szybko, i wolno. Próbowałem większości dyscyplin narciarskich, ale pierwszy raz na nartach skitourowych jeździłem 11 bądź 12 lat temu. Wtedy był to dla mniej jeszcze sport uzupełniający. Skiturowałem po to, żeby wcześniej rozpocząć sezon narciarski turystycznymi wyjściami w Karkonosze i był to też sposób, żeby ten sezon zakończyć później, w momencie, gdy na nartostradach nie było już śniegu. W tym czasie głównym moim sportem było narciarstwo zjazdowe, może już nie tyczki, choć one się też gdzieś tam trafiały. Głównie chodziło w tamtym czasie o jazdę pozatrasową i funcarvingową.

 

Ale początki, o których mówisz, to było chodzenie z nartami zjazdowymi, czy od razu były to narty skitourowe?

Oczywiście każdy wtedy zaczynał od zjazdówek branych w teren! Jedenaście czy dwanaście lat temu to było już na pierwszym wiązaniu skitourowym. Wciąż jednak chodziło się w butach zjazdowych, przeniesionych z tyczek. Nie było wygodnie, ale dało się chodzić.

 

Zdarza się, że wychodzisz na narty dla przyjemności, żeby poszurać na fokach, czy też każde wyjście traktujesz jak trening?

Wyjść treningowych musi być w sezonie bardzo dużo, ale też zdarzają mi się zwykłe wycieczki narciarskie ze znajomymi.

Michał podczas zawodów skitour (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Kręcą cię jeszcze narty zjazdowe? Zaczynałeś od nich, więc zastanawia mnie czy wracasz czasem do stania w kolejce na wyciąg, karnetu i jazdy po sztruksie?

Coraz trudniej jest mi znajdować wyzwania na stoku, przeżyć nowe bodźce, zdobyć nowe doświadczenia. Głównie z tego powodu siedzę praktycznie cały czas w terenie. Takie wyzwania coraz trudniej jest mi również znaleźć nawet poza trasą w okolicy Szklarskiej Poręby, gdzie najczęściej bywam. Uzupełniłem więc narty mocnymi podejściami, podczas których można się wyżyć i osiągnąć coś nowego.

 

Zawodniczy skitouring w Polsce to jest niszowy sport, czy to się jakoś mocniej rozkręca?

Faktycznie nie jest to duże środowisko. W Polsce jest to może około 100 osób, które mają troszkę lżejszy sprzęt i myślą o tym jak szybciej dostać się na górę, jak szybciej zjechać i traktują skitouring jako sport o charakterze wytrzymałościowym. Na Dolnym Śląsku są może cztery osoby, które nie wstydzą się wyjść w gumie (kombinezonie – red.) na skitury. Jest nas więc tak naprawdę garstka.

 

Co w sportowym skitouringu jest ważniejsze: szybkie podejście czy techniczny zjazd?

Jedno i drugie. Ja w skitouringu wziąłem się z narciarstwa zjazdowego, więc u mnie zjazd nigdy nie jest problemem. Zazwyczaj na zjazdach wyprzedzam osoby, które gdzieś tam koło mnie zakończyły podejście. Nieco gorzej czuję się w kwestii wytrzymałościowej. Podobno dojrzały skitourowiec to jest bardzo dobry narciarz, który z roku na rok dorasta wytrzymałością, żeby być coraz mocniejszy.

 

Wszystko więc jeszcze przed Tobą (śmiech).

Tak, tak. Po trzydziestce zaczyna się dla wytrzymałości ponoć najlepszy wiek (śmiech).

Michał Dzieniszewski biegi górskie

Za sportowymi wynikami zawsze kryją się setki godzin treningów (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Są zawody – na przykład te w najbardziej technicznym terenie – gdzie startuje się w parach. Jak wygląda dobór takich par?

Dobieramy się samodzielnie i zgłaszamy na zawody. W parze poziom sportowy musi być mniej więcej na równym poziomie. Wtedy można zaliczyć nalepszy start w takiej formule.

 

Oprócz zawodów sportowych podejmujesz się wyzwań skialpinistycznych. Do nich potrzeba więcej sprzętu niż tylko same narty. Do takich zadań bierze się czekan, czasem linę, raki skiturowe. W takich wypadkach waga sprzętu jest dalej najważniejszym kryterium doboru?

Sprzęt na zawody jest ekwipunkiem skrajnie lekkim. Czasem ciężko mówić w tym przypadku, że jest to tak naprawdę sprzęt w 100% skuteczny. W górach potrzebujesz czegoś solidniejszego niż sprzęt zawodniczy, więc czasem ma się dwa lub trzy komplety sprzętu w domu. Inny na zawody i inny na działania w górach. Dobrym przykładem są ultralekkie sondy lawinowe i łopaty. To sprzęt tylko na zawody. Trzeba go mieć, by spełniać kryteria na starcie i można na niego sobie pozwolić, jeśli wokół są dziesiątki takich sond i łopat. Jeśli kilka się zepsuje, są jeszcze następne. Jak wychodzisz w dwu-, trzyosobowym zespole w góry, to potrzebujesz czegoś, czemu można bardziej zaufać.

 

W tym roku Twoje główne starty to Sellaronda Skimarathon i Trofeo Mezzalama. Są to zawody, do których start wywalczyłeś sobie w projekcie Mountopia organizowanym przez markę Dynafit. Wiem, że wygranie wyzwania Mountopia kosztowało Cię dużo czasu i dużo wysiłku. Jak wygrać taki challenge i pokonać ludzi, którzy żyją i trenują na przykład w Alpach.

Mountopia trwała trzy tygodnie. Rywalizacja polegała na tym, żeby wybiegać jak najwięcej metrów, a właściwie kilometrów, w pionie. Każdy z uczestników miał konto w serwisie Strava, gdzie zliczane były wszystkie przewyższenia. Było to ogromne wyzwanie fizyczne i organizacyjne. Sporo czasu udało mi się wygospodarować urlopami i dobrym ułożeniem grafiku w pracy. Pierwszy tydzień pokrył się z moim urlopem, który był wcześniej zaplanowany. Miałem dużo wolnego czasu i bardzo mało przewyższeń. Początek wyzwania spędziłem na portugalskim wybrzeżu, gdzie najwyższe przewyższenie liczyło około 20 metrów. Tłukłem te dwudziestki góra-dół nawet do 80 razy dziennie (śmiech). Potem wyskoczyłem w Tatry na trzy lub cztery dni. Tam biegałem na Kasprowy, zjeżdżałem kolejką i takie 3 razy na dzień dawały mi około 3000 metrów przewyższeń. Tak wyglądały pierwsze dwa tygodnie, w których zdarzyło się też kilka wyjazdów na Ślężę, Wieżycę i w stronę Kotliny Kłodzkiej. Trzeci tydzień to była już zaplanowana mordęga w Ośrodku Narciarskim Czarna Góra. Podbiegałem stokiem do góry, zjeżdzałem wyciągiem w dół. I tak w kółko. W momencie, kiedy wyciąg już nie działał wyciągałem jeszcze narty skiturowe i na dokładkę robiłem kilka serii dół-góra.

Portugalia trening Mountopia

Jeden z treningów na portugalskim wybrzeżu (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Ponoć przez trzy tygodnie miałeś jeden dzień przerwy… Jak wyglądał dzień treningowy, a jak wykorzystywałeś czas na odpoczynek?

Dzień treningowy – pobudka często o 5 rano, szybkie śniadanie i wyjście w góry. Były to raczej długie niż intensywne treningi. Krótki dzień oznaczał aktywność do godziny 16, długi – już pod koniec projektu Mountopia – nawet do godziny 20. Cały czas było to bieganie dół-góra-dół, z jakąś małą przerwą na obiad i regenerację. Po powrocie do domu zostawało tylko zjeść i wyspać się.

Restowych dni było bardzo mało, ale może więcej niż jeden (śmiech). To były raczej dni organizacyjne. Poświęcałem je albo na przejazdy w kolejne miejsca, gdzie miałem trenować i nabijać kilometry, albo na pracę. Nawet jak nie udawało się wyrwać z Wrocławia, to szedłem na lokalną górkę i klepałem przewyższenia.

 

Do takiego wysiłku potrzebowałeś dużo energii. Sam przyrządzałeś posiłki?

Tak, posiłki robiliśmy w domu. Gotowałem sam, albo gotowała je moja żona. Nie były to może idealne posiłki dla sportowca, ale kluczowe było to, żeby były szybkie w przyrządzeniu. Najczęściej były to makarony z sosami, trochę kurczaka. Taki obiad to pół godziny roboty. Potem można go szybko zjeść i równie szybko pójść spać, bo sen jest najważniejszym czynnikiem pozwalającym na regenerację.

 

Porozmawiajmy o Sellaronda Skimarathon. Co było na tych zawodach dla Ciebie największym zaskoczeniem?

Ciężko wybrać będzie jedną rzecz. Przede wszystkim liczba osób startujących w zawodach. Sznur czołówek na starcie i na drugim podejściu był niesamowity. Podobała mi się trasa. Na przykład trzeci zjazd w pełnych ciemnościach, oświetlony dwiema czy trzema czołówkami. Zjazd robiliśmy na pełnej prędkości, z takimi długimi agrafkami po 180°. Pokonywaliśmy je na pełnym “speedzie” i na zupełnie nieznanej trasie. To zapada w pamięci. Masa adrenaliny podczas tego zjazdu była.

 

W tym roku na Sellaronda Skimarathon startowało ponad 1200 osób. Ty i Michał Klamut jako zespół wywalczyliście 159 miejsce. Wiele osób mówi, że to świetny wynik, tym bardziej, że ponad 60 zespołów nie ukończyło wcale zawodów. Jesteście zadowoleni ze swojej pozycji?

Tak. Na pewno. Nie spodziewałem się tak dobrego miejsca. Były to nie tylko moje najdłuższe zawody skiturowe, ale też najdłuższe przejście na nartach jednego dnia. Prawie 42 kilometry i około 3000 m w pionie. Jak dla mnie to sporo. Tym bardziej, że nie wiedziałem do końca jak zachowa się mój organizm. Pamiętam, że pierwsze z czterech podejść podchodziliśmy delikatnie. Michał jest bardzo mocnym zawodnikiem, dlatego na podejściach to on bardzo mi pomagał. Na zjazdach się nie ociągałem. Michał też dobrze jeździ, więc na zjazdach wyprzedzaliśmy innych zawodników.

sellaronda skimarathon meta

Michał Dzieniszewski i Michał Klamut na mecie Sellaronda Skimarathon (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Na drodze do mety mieliście jakieś niespodzianki?

My na szczęście nie, ale po drodze widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów.

 

Pokonaliście trudną trasę w dobrym czasie, ale nie mieliście dosyć. Zaraz po zawodach wybraliście się na turę w masyw Sass Pordoi.

Wyjechaliśmy tak daleko od domu, a wokół były tak piękne góry, że trzeba było to wykorzystać i coś podziałać. Jeden z zawodników projektu Mountopia opowiedział nam o lokalnym, dość sławny żlebie nazywanym Canale Holzer. Poszliśmy jeszcze tam zawalczyć.

Sass Podoi Canale Holzer

Z nartami w masywie Sass Pordoi (fot. Michał Klamut)

 

Jeszcze nie można powiedzieć, że sezon za Tobą? Przygotowujesz się przecież do najważniejszego startu w tym sezonie.

Pod koniec kwietnia czeka mnie start w Trofeo Mezzalama. To jedne z najtrudniejszych zawodów skialpinistycznych na świecie.

 

Powiedz nam dokładniej, co czeka Cię na trasie.

Przede wszystkim wysokie wyjścia ponad 4000 m .n.p.m. w eksponowanym terenie. Na trasie będziemy związani linami, będziemy zjeżdżać w terenie lodowcowym, w którym są szczeliny. Wyzwaniem będzie też to, że w zespole nie znamy się do końca. Startujemy jako zespół wyłoniony w projekcie Mountopia, a z jedną osobą z naszego teamu nie miałem jeszcze możliwości się nawet spotkać. Trudności trasy będą wielkie. Znów do pokonania będzie około 40 km i 3500 m przewyższeń.

 

Jest rzecz, której się najbardziej obawiasz?

Chyba pogody i doboru sprzętu do warunków. Jadę na miejsce około tydzień wcześniej. Właśnie po to, żeby poznać przynajmniej część trasy i zrobić rozpoznanie. Chodzi też o to, żeby jakoś wczuć się w pogodę i sprawdzić, jakie warunki panuja na dole, a jakie na górze. Boję się, że zabiorę za mało ciepłych ubrań i przy zmęczeniu może stanowić to największe ryzyko.

W strefie startowej Sellaronda Skimarathon (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)

 

Będziemy trzymać mocno kciuki. Zanim jednak dam Ci spokój z pytaniami, to dokończ mi jeszcze tylko jedno zdanie: “Jak wrócę z Trofeo Mezzalama to…”

… pewnie na tydzień legnę gdzieś na łące w hamaku. A później znajdę sobie nowy projekt (śmiech).

 

Jak zwykle (śmiech). Dziękuję Ci bardzo serdecznie za rozmowę i życzę kolejnego sukcesu.

 

Rozmawiał: Sławek Nosal

Zdjęcia: Michał Klamut, Ida Krzyżyk-Dzieniszewska: Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com

Zobacz jak wyglądają zawody Trofeo Mezzalama i oglądaj live z zawodów. Transmisja już 28 kwietnia.

 

 

 

Relacja ze spotkania z Denisem Urubko

Relacja ze spotkania z Denisem Urubko

Spotkania z Górami, na których gościł Denis Urubko przechodzą do historii. Długo czekaliśmy na kolejne spotkanie z Denisem, a teraz długo będziemy je z pewnością wspominać. Tym razem alpinista opowiedział nam o świecie swoich himalajskich emocji.

Denis Urubko był gościem drugich Spotkań z Górami w tym sezonie. Renoma himalaisty przyciągnęła do auli Politechniki Wrocławskiej ogromną liczbę pasjonatów gór. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem, gdy sala wypełniła się w kilka minut do ostatniego miejsca. Ale można się było tego spodziewać, bo Denis Urubko to nie tylko słynny himalaista, ale też świetny mówca i człowiek, który potrafi inspirować do działania.

spotkania z górami

Aula Politechniki Wrocławskiej wypełniona do ostatniego miejsca

Emocje himalaizmu

Piotr Pustelnik zapytany dlaczego chodzi po górach odpowiedział, że ludzie dzielą się na tych, którym nie trzeba tego tłumaczyć i na tych, którzy nigdy tego nie zrozumieją. Na Spotkaniach z Górami Denis Urubko poruszył równie trudny do wyrażenia problem. Próbował powiedzieć, jakie emocje towarzyszą mu podczas himalajskich wypraw i dlaczego wciąż wraca do tych pięknych i niebezpiecznych szczytów. I choć w pierwszej części spotkania można było odnieś wrażenie, że Denis nie mówi zbyt wiele, to były to słowa ważne i płynące z bogatego doświadczenia rosyjskiego alpinisty. Pierwszy zimowy zdobywca Makalu i Gaszerbruma II pokazując wspinaczkowe filmy, komentował je opowieściami o szczęściu, odpowiedzialności, braterstwie i zaufaniu łączącym wspinających się razem ludzi, a także o euforii pozwalającej odczuwać siłę człowieka i jego zdolność do osiągania trudnych celów. Są to tematy trudne do wyrażenia, ale atmosfera spotkania nie dawała wątpliwości, że himalaista i licznie zgromadzona widownia znajdują doskonale w tej płaszczyźnie nić porozumienia. Wydaje się, że szczególnie doniosłym problemem jest dla Denisa Urubko problem odpowiedzialności. Himalaista prosił, by zgromadzeni na sali górscy pasjonaci pamiętali, że góry to zawsze miejsce niezwykle niebezpieczne. Powiedział, że wspinanie to bardzo egoistyczne zajęcie, którego nie robi się dla pieniędzy, sławy, uznania innych osób. To działalność, która daje dużo, ale tylko w indywidualnym wymiarze. Góry pozwalają poczuć pełnię życia. Trzeba mieć jednak w sobie zawsze dużo pragnienia, by wrócić w doliny, gdzie na chwilę pozostawia się rodzinę i znajomych.

denis urubko

Denis Urubko opowiadał o emocjach towarzyszących himalajskim wyprawom

Odpowiednie przygotowanie i wsparcie

logo campDenis Urubko część prelekcji poświęcił kwestiom przygotowania i regularnego treningu. Prezentacją zabawnego filmu pokazał, jak wielką pracę należy wykonać przed wejściem na każdą wielką górę. Himalaizm według Urubki, to oprócz emocji i spektakularnych wejść na szczyty, także ciężka praca, przemyślana logistyka, dobrze dobrani ludzie. Denis Urubko wyznał, że nie mógłby tak wiele osiągnąć, gdyby na swej drodze nie spotkał wspinaczy, z którymi rozumiał się bez słów oraz firm, które zechciały sponsorować jego działania. Dziś himalaista współpracuje przede wszystkim z marką Camp oraz Acerbis. To właśnie one wspierają jego ambitne projekty i pozwalają nam podziwiać wyczyny tego himalaisty.

Czas na rozmowy

Najwięcej czasu poświęcono jednak na rozmowę i pytania. Urubko chętnie opowiadał o planach, własnej wizji działania w górach wysokich oraz działaniach społecznych – choćby takich jak Urubko-Camp – w które cały czas się angażuje. Elektryzujący był oczywiście temat zimowego wejścia na K2. Zgromadzona publiczność dowiedziała się, jakie są dalsze i bliższe plany himalaisty. Okazało się, że Urubko lubi wspinać się nie tylko w Himalajach i Karakorum. W najbliższym czasie planuje wspinaczkę w Górach Stołowych. Nie zabrakło też pytań bardziej osobistych. Dzięki nim można było dowiedzieć się, że ogromną sympatią darzy nie tylko alpinizm, lecz także kuchnię, którą podczas wizyt we Wrocławiu gości go zawsze żona Pana Bogdana Jankowskiego.

spotkania z górami

Gość chętnie fotografował się z publicznością

Nagrody i zdjęcia

Po długiej serii pytań i rozmów nastąpiło losowanie nagród. Szczęściarze wyszli ze Spotkań z Górami bogatsi o kilka upominków od sponsorów. Prelekcja zakończyła się podpisywaniem książek i błyskami fleszy, w których świetle gość fotografował się z publicznością.

 

Denisowi Urubko, przybyłej na spotkanie publiczności, sponsorom i współorganizatorom raz jeszcze dziękujemy. Z niecierpliwością czekamy też na kolejną, tak klimatyczną imprezę.

Kiedy używać kijów trekkingowych

Kiedy używać kijów trekkingowych

Minęły czasy, gdy turysta z kijami trekkingowymi budził zdziwienie. Kije trekkingowe w góry zabiera coraz więcej osób i coraz to szersze ich grono staje się szczerze przekonanych do używania kijków. Niektórzy wręcz nie wyobrażają sobie już wędrówek bez nich. Z tego powodu na tapet biorę dziś temat, w którym zastanowię się dlaczego warto używać kijów trekkingowych, ale też pomyślę o tym, kiedy z nich lepiej zrezygnować.

W sieci znaleźć można dużo artykułów o tym, jak dopasować kije trekkingowe, albo jakie kije trekkingowe kupić. Mniej jest jednak stron odnoszących się do zalet, ale też i do wad ich stosowania. Medycy, fizjoterapeuci i organizacje zajmujące się profesjonalnie działalnością ludzi w górach zbadali ten temat. Jak głosi przysłowie: “każdy kij ma dwa końce”. Jeśli poświęcisz chwilę na lekturę dowiesz się kiedy chwycić kijki w dłonie, a kiedy lepiej przymocować je do plecaka.

kije trekkingowe w góry

Co daje używanie kijów trekkingowych

Używanie kijów trekkingowych ma wiele plusów. Oczywiście skorzystać z tych zalet można tylko wtedy, gdy kije są właściwie dobrane i wyregulowane. Kije używane do wędrówek w górach muszą przede wszystkim mieć płynną regulację. Ważna jest także odpowiednio wyprofilowana rączka, która dłoniom daje pewne i właściwe podparcie. Z właściwym modelem i wiedzą o tym, jak wyregulować kije trekkingowe, można odczuć różnicę i dalej zawędrować z ciężkim plecakiem.

Zobacz tutaj jak różnorodne moga być kije trekkingowe.

Kije trekkingowe odciążają stawy i kręgosłup. Podczas chodzenia w górach na ciało działają duże obciążenia, których skutki można zminimalizować. Największe obciążenia generowane są za sprawą dwóch czynników:

noszenia ciężkiego plecaka

+ schodzenia zboczem

a tych dwóch elementów podczas trekkingów górskich nie da się wyeliminować.

Według badań prowadzonych przez Komisję Medyczną Federacji Związków Alpinistycznych (UIAA) podczas jednej godziny marszu (szczególnie schodzenia), używając kijów trekkingowych, można zamortyzować kilka ton obciążeń, którym w innym przypadku poddawane byłyby stawy. Niemieckie pogotowie górskie policzyło kiedyś, że podczas jednej godziny marszu po płaskim podłożu stawy i mięśnie poddawane są obciążeniom rzędu 28 ton. Przy schodzeniu wartość ta była jeszcze większa, bo osiągnęła 34 tony. Z tego punktu widzenia wędrowanie z kijami trekkingowymi nie ma w sobie nic z górskiej mody czy lansu, ale jest kwestią zdrowia.

Z kijami trekkingowymi można zyskać większą kontrolę podczas schodzenia i złagodzić impet zejścia. Można też przenieść częściowo obciążenia na górną część ciała. Rozłożenie ciężaru na górne i dolne kończyny to jeden ze sposobów pomagania ciału w trudnym terenie i z bagażem na plecach.

Używanie dwóch kijów trekkingowych pozwala skorygować postawę. W terenie o charakterze górskim można przybierać nienaturalną postawę. Inne ułożenie ciała może powodować też ciężki plecak wrzucony na barki. Dobrze wyregulowane kije pozwalają utrzymywać ciało wyprostowane.

Uzyskana w ten sposób poprawa postawy jest dobra dla oddechu. W naturalnym dla ciała ułożeniu łatwiej się oddycha. To ważne szczególnie na podejściach. Na pewno znasz ten moment, gdy na podejściu brakuje tchu, choć tyle świeżego powietrza jest wokoło. Może to wynikać z konieczności forsowania się pod górkę, ale też wiązać się z nadmiernym pochyleniem ciała w kierunku stoku.

Z kijami trekkingowymi często czuje się mniejsze zmęczenie. Może to wiązać się z długotrwałym wysiłkiem fizycznym. Oczywiście nie oznacza to, że wędrówka przestanie być męcząca, ale z kijami zawędrujesz dalej.  Gdy będzie dopadać cię zmęczenie, zharmonizowany rytm ruchu dolnych i górnych kończyn może nieść cię nawet wtedy, gdy w głowie już zaświeci się lampka energetycznej rezerwy. Wielu turystów potwierdza, że to naprawdę działa. Wystarczy się temu poddać.

Co ciekawe, używanie kijków trekkingowych sprzyja utrzymaniu niskiej częstotliwości pracy serca w początkowej fazie wysiłku. Mniejsze jest więc ryzyko, że przeforsujesz się już w pierwszych minutach trekkingu. Ratownicy GOPR zauważyli nawet, że właśnie na starcie wycieczki w góry, u wielu turystów dochodzi do problemów z niewydolnością krążeniowo-oddechową, a nawet zawałów serca.

Przypomnij sobie, ile trudności terenu musisz pokonywać podczas wypraw górskich. W niełatwych do przebycia miejscach kije trekkingowe pomagają utrzymać równowagę. Dzięki nim można zwiększyć balans statyczny i zmniejszyć ryzyko upadku na niepewnym podłożu, na przykład na piargach. Kije trekkingowe mogą być też nieocenione przy przekraczaniu rzek i potoków lub służyć do sondowania terenu. W podmokłym i grząskim terenie pozwolą choćby znaleźć twardsze podłoże, przejść po kępach traw i uniknąć skąpania się w jakimś bagienku.

W stromym terenie – zarówno na podejściach jak i schodzeniu w dół – z kijami chodzi się szybciej. Ma to związek oczywiście z rozkładaniem obciążeń i ustabilizowaniem ciała przez dodatkowe punkty podparcia.

jak dobrać kije trekkingowe

Drugi koniec kija – minusy stosowania kijów

Używanie kijów trekkingowych w niektórych wypadkach może wiązać się z pewnymi uciążliwościami lub wadami. Kije – jak wszystko – trzeba używać z umiarem, w zgodzie z potrzebami i ich przeznaczeniem.

Nieprawidłowe trzymanie kijów, które najczęściej związane jest z niewłaściwą ich regulacją, może powodować złą postawę. Jakiś czas temu nakręciliśmy film, w którym możesz dowiedzieć się, jak właściwie reguluje się kije trekkingowe.

Zauważa się również, że u osób długotrwale używających kijów trekkingowych lub chodzących nie do końca właściwą techniką z kijami nordic walking, mogą wystąpić zaburzenia w prawidłowym poczuciu równowagi. Kolejne dwa punkty podparcia trochę rozleniwiają ludzkie ciało, które adaptuje się szybko do nowych warunków. Może to być przestroga szczególnie dla tych osób, które bez kijów trekkingowych nie wyobrażają sobie wędrowania w górach, a które zapuszczają się także w bardziej eksponowany teren.

W takim właśnie terenie należy bezwzględnie zrezygnować z kijków i uwolnić dłonie. Gdy spotykasz na drodze przepaść, koniecznie przypnij kije do plecaka. Nawet nie musi być to klasyczna lufa pod stopami. Wystarczy wąska ścieżka, fragment grani, czy przewinięcie się przez skały w wąskim miejscu. W takich miejscach “patyki” są niepotrzebne. Potrzebne są wolne ręce i porządny plecak z uchwytem na kije trekkingowe.

W tym miejscu mała podpowiedź. Niektórzy mają wątpliwości jak nosić kije trekkingowe. Odpowiedź jest jedna – bezpiecznie. Zazwyczaj najbezpieczniejsze jest mocowanie kijów szpicami w dół, w pozycji złożonej do maksimum ich możliwości.

Kije mogą jeszcze przynajmniej na dwa sposoby wpływać na organizm. Wspominałem, że czasem pomagają utrzymać niską częstotliwość pracy serca, ale teraz muszę dodać, że mogą także zwiększyć liczbę uderzeń serducha na minutę. Jeśli wpadniesz w szybki rytm marszu z kijami to musisz pamiętać, że ruch górnych kończyn każe sercu pracować trochę intensywniej. Bazuje na tym w pewien sposób nordic walking, ale przy klasycznym trekkingu w górach jest to raczej niepożądane.

Na koniec coś, co trudno zaobserwować. Ludzkie ciało to skomplikowana i mądra “maszyna”. Poddawane obciążeniom mięśnie i stawy adaptują się do warunków i starają się im przeciwdziałać. Gdy chodzisz po górach, nacisk na stawy daje organizmowi sygnał do odżywiania chrząstki stawowej. Stałe używanie kijów może osłabić działanie tego typu mechanizmów obronnych ciała. Właśnie dlatego zamiast ciągle używać kijów trekkingowych, trzeba używać ich wtedy, gdy jest to potrzebne lub wskazane. Wsłuchaj się w ciało i jego potrzeby. Kiedy czujesz, że używanie kijów przyniesie ci korzyść, poprawi poczucie bezpieczeństwa lub pozwoli zawalczyć ze zmęczeniem – wtedy sięgaj po nie bez obaw.

dobieranie kiji w góry

Komu potrzebne są kije trekkingowe

Niezwykle ciekawe stanowisko UIAA w sprawie używania kijów trekkingowych w górach precyzuje, kto w szczególności powinien używać kijów trekkingowych. Specjaliści ustalili, że kije polecane są dla osób:

w podeszłym wieku

z nadmierną masą ciała

+ ze schorzeniami stawów lub kręgosłupa

+ osób, które noszą ciężki bagaż.

Co bardzo interesujące, zwraca się również uwagę, że używanie jednego lub dwóch kijów przy marszu bez obciążeń nie daje wyraźnych korzyści. Na płaskich fragmentach szlaków, gdzie marsz nie wiąże się z trudnościami pokonywania nierównego terenu, warto więc dołożyć kije do uchwytów w plecaku lub nieść je złożone w dłoni.

 

Na pytanie “z kijami trekkingowymi czy bez” odpowiedź brzmi “z głową”. Kije trekkingowe nie byłyby tak popularne, gdyby turyści nie doceniali ich przydatności. Jak widać, czasem jednak warto zostawić je w domu lub po prostu na pewien czas przytroczyć do plecaka. Można dodać, że kije trekkingowe mają sporo niestandardowych zastosowań. Jest wiele patentów i sposobów na ich wykorzystanie w górach. Wędrowcy lubią uniwersalne rozwiązania, dlatego też używają kijów trekkingowych w przeróżnych funkcjach. Można je stosować do rozstawienia tarpu czy płachty biwakowej. Kij może służyć jako monopod do ustabilizowania aparatu lub kamerki. Są zresztą specjalne modele, które mają tego typu systemy, a także istnieją specjalne uchwyty na kije, stworzone, by korzystać z nich w tej właśnie funkcji. Niektórzy używają kijków jako selfie stick’ów, inni czują się z nimi bezpieczniej, gdy w pobliżu krążą dzikie psy lub psy pasterskie. Kije przydają się też wtedy, gdy w górach wydarzy się wypadek. Wykorzystuje się je na przykład do usztywnienia złamanej lub zwichniętej kończyny. Ciekawe czy macie jeszcze jakieś swoje sposoby na ich niestandardowe zastosowanie?

 

Jak dobrać spodnie trekkingowe

Jak dobrać spodnie trekkingowe

Trekking określany jest jako forma turystyki, którą realizuje się w trudniejszych warunkach terenowych lub w wymagającym klimacie. Jego odmian jest wiele. Może wiązać się z wielodniową wędrówką, którą trzeba starannie zaplanować lub pokonaniem krótszej trasy, na której spotyka się terenowe przeszkody. Bez względu na to jaki rodzaj trekkingu uprawiasz, dobrze wiesz, że do tego typu działań potrzebna jest właściwa odzież. W tym artykule podpowiem, na co zwrócić uwagę przy wyborze spodni trekkingowych.

Dobre spodnie trekkingowe to przede wszystkim spodnie, które spełnią swoje zadania. Priorytetów w outdoorze jest wiele. Waga, wytrzymałość, elastyczność lub krój, który nie będzie podczas wyprawy krępował ruchów – to wszystko może mieć ogromne znaczenie dla wygody i satysfakcji ze spodni trekkingowych.

spodnie trekkingowe milo

Co to są spodnie trekkingowe

Na początek warto wyjaśnić, jakiego rodzaju odzież możemy określić mianem spodni trekkingowych. Przyjmuję, że jest to każdy z rodzajów spodni, który stworzony został do trekkingu i ma zapewnić użytkownikowi ochronę lub komfort. Według mnie są to zarówno spodnie trekkingowe na lato, które szyje się z oddychających, lekkich i szybkoschnących włókien, ale też mogą to być spodnie trekkingowe z membraną, czy spodnie softshell, które będą idealne jako spodnie trekkingowe o dość uniwersalnym przeznaczeniu. Najważniejszą cechą każdych spodni trekkingowych jest ich funkcjonalność, którą zapewniają takie elementy jak rodzaj materiału, krój i detale dopasowane do aktywności.

Jak wybrać spodnie trekkingowe

W spodniach najważniejsze będzie dobre dopasowanie. Nie chodzi tu o rozmiar, ale właściwe dobieranie odzieży do panujących w górach warunków i twoich działań. Jeśli poświęcisz chwilę uwagi ofertom sklepów outdoorowych, to szybko zauważysz, że podział na spodnie trekkingowe damskie i spodnie trekkingowe męskie to tyle, co wierzchołek góry lodowej. Za tą podstawową różnicą jest jeszcze wiele więcej zależności.

Pomocne mogą być na początek dwa podziały. Ze względu na dedykowaną porę roku spodnie można podzielić na spodnie trekingowe letnie, zimowe i spodnie na okresy przejściowe. Warto również podzielić sobie modele ze względu na stopień ochrony przed czynnikami atmosferycznymi. Tu da się wymienić przynajmniej trzy grupy, czyli:

+ lekkie i szybkoschnące spodnie trekkingowe letnie (często z filtrem UV)

+ spodnie trekkingowe softshellowe (najczęściej z powłoką DWR)

+ spodnie trekkingowe z membraną (wiatro- lub wodoodporną)

To kluczowe rozróżnienia ważne w wyborze odzieży. Za nimi jest jeszcze sporo detali i zależności. W dalszej części wpisu dowiesz się, na co przed zakupem trzeba zwrócić uwagę. Na koniec spróbuję krótko podsumować, co najważniejsze będzie latem, zimą i w czasie, kiedy pory roku przeplatają się ze sobą.

Rodzaj materiału

Najważniejszy w spodniach jest rodzaj materiału. To on decyduje czy model to dobre spodnie trekkingowe na zimę, lato lub okresy przejściowe. To także on odpowiedzialny jest za wytrzymałość mechaniczną spodni.

Spodnie trekkingowe w góry wytwarzane są najczęściej z wytrzymałych włókien syntetycznych. Można powiedzieć, że sztuczne włókna mają wszystko, czego turyści potrzebują. Stosowane w spodniach trekkingowych dobrych marek outdoorowych włókna są wytrzymałe, mają niską wagę i najczęściej schną dużo szybciej niż włókna naturalne. Cechą włókien syntetycznych, takich choćby jak poliester, jest często także ich oddychalność. Przez to określenie rozumie się zdolność do przechwytywania cząsteczek wilgoci, które wytwarza ciało podczas ruchu i odprowadzania ich do zewnętrznych warstw odzieży.

Nylon/poliamid

Spodnie zaprojektowane z myślą o lecie powstają zazwyczaj z poliamidu zwanego też nylonem. Może on szybko wysychać, jest tkaniną lekką i bardzo wytrzymałą, nawet wtedy, gdy spodnie nie są zbyt grube. Spodnie nylonowe wzmacnia się często splotem typu ripstop, który jeszcze lepiej chroni przed roztarganiem. Czasem materiał taki ma nazwę własną. W spodniach Salewa jest to materiał Durastretch, zaś w spodniach Milo tkanina o nazwie Supplex.

Poliester

Spodnie z poliestru to w znakomitej większości spodnie softshell. Materiał ten sprawnie oddycha. Przy zastosowaniu gęstego spolotu jest on nie tylko wytrzymały, ale też silnie wiatroszczelny. Co więcej, przy wykorzystaniu hydrofobowej powłoki DWR może chronić też przed umiarkowanymi opadami deszczu lub śniegu. Tego typu spodnie najczęściej projektowane są jako modele całoroczne. Zimą przydają się wraz z termoaktywnymi leginsami do aktywnych działań. Idealnie są dopasowane do przejściowych okresów, w których pogoda jest zmienna. Mogą być także użyteczne latem, w wysokich partiach gór, gdzie temperatura zawsze jest dużo niższa niż na nizinach. Warto wiedzieć, że odmiany softshellu mogą być grubsze i cieńsze, a co za tym idzie bardziej lub mniej komfortowe przy różnej pogodzie.

G-1000®

Nie warto zapominać o słynnym materiale marki Fjallraven. G-1000® to niezwykle odporny mechanicznie, oddychający i przyjemny dla skóry materiał. Materiał ten łączy w strukturze włókna syntetyczne i naturalną bawełnę. Spodnie wykonane z tego materiału polecić można do intensywnego użytkowania na trekkingach, w których czasem schodzi się z utartych szlaków. Spodnie trekkingowe Fjallraven to produkt dla osób, które każdą wolną chwilę spędzają na trekkingu lub poszukują jednego modelu na wiele lat. Spodnie z tej tkaniny mają jeszcze dwie cechy, których próżno szukać w innych modelach. G-1000® (z wyjątkiem odmiany G-1000® Lite) jest tak gęsty, że chroni przed ukąszeniami komarów. Dodatkowo, po zaimpregnowaniu woskiem Greenland Wax, stają się one wysoce wodoodporne. Takie spodnie możesz impregnować na zimę i okresy przejściowe. Jeśli zrezygnujesz z impregnacji latem, uzyskasz skuteczniejszy parametr oddychalności materiału.

spodnie trekkingowe fjallraven

Grubość i gęstość materiału

Grubość materiału odpowiada, między innymi,  za zdolność do izolowania od chłodu. Latem na trekking ubiera się często spodnie z cieńszego materiału, zimą z grubszego. Jeśli nie masz okazji przyjrzeć się spodniom, bo robisz zakupy w sklepie internetowym, poszukaj w opisie produktu informacji o gramaturze. Wyrażona w jednostce g/m2 liczba może ci podpowiedzieć, jak przedstawia się waga materiału o wymiarach metr na metr. Najczęściej parametr ten informuje też czy materiał jest gruby. Nie wszyscy producenci podają tę informację, ale jeśli jest ona tylko dostępna, to znajdziesz ją w opisach na stronie Skalnika.

Drugim parametrem wartym uwagi jest tak zwana gęstość liniowa, którą wyraża się w denierach (DEN/D). Jednostkę stosuje się tylko do włókien syntetycznych, ale najczęściej właśnie z takich szyte są spodnie do trekkingu. Im wyższa liczba, tym większa odporność mechaniczna materiału i jego sztywność.

Krój

Wygoda przede wszystkim. Trekking ma przynieść ci przyjemność, naładować energią, z którą później łatwiej wraca się do codziennych obowiązków. Nie warto, by spodnie zabrały ci choć trochę z radości wędrowania po górach.

Krój spodni to bardzo ważny element przy doborze właściwego modelu. Przede wszystkim powinien być on dopasowany do twojej sylwetki i zapewniać naturalny sposób chodzenia. Spodnie o nieco luźniejszym kroju mogą przydać się latem. Nawet w długich spodniach można wówczas uzyskać wentylowanie nogawek.

Idę o zakład, że nie jest ci obce takie określenie, jak “techniczny krój”. Każdy słyszał, ale czy każdy wie, co się pod nim kryje? To kolejna cecha dobrych spodni trekkingowych, która sprawia, że odzież nie rozczaruje cię na trudniejszych szlakach. Ów techniczny krój to najczęściej takie “drobiazgi” jak choćby profilowane kolana, czy materiałowy klin wszyty w kroku. Po górach wędruje się inaczej niż po płaskim, dlatego projektanci profilują materiał w partii kolan i stosują inserty w kroku, dzięki którym nogę można podnieść wysoko i nie czuć, że odzież ogranicza nasze ruchy. Zwróć koniecznie na to uwagę, czy projektanci aby na pewno wiedzieli dla kogo i w jaki teren zaprojektowali spodnie.

Swobodny ruch w górskim terenie może zapewnić też inne rozwiązanie. Nie odnosi się ono wprawdzie do kroju, ale właściwym będzie wspomnieć o nim w tym miejscu. Przed zakupem spodni trekkingowych warto rzucić okiem na skład materiału. Do materiału spodni outdoorowych często dodaje się elastyczne włókna, takie jak: elastan, Spandex, Lycra®. Takie stretchowe włókna pozwalają materiałowi delikatnie rozciągać się, by nie stanowił bariery podczas ruchu.

spodnie trekkingowe milo

Detale

To właśnie one sprawiają, że nawet wykonane z tych samych materiałów spodnie trekkingowe różnią się od siebie. W detalach ukryta jest funkcjonalność spodni, co jednak nie znaczy, że każdy potrzebuje spodni z mnóstwem rozwiązań. Tu trzeba pomyśleć przede wszystkim o swoich potrzebach, które wiążą się z naszymi upodobaniami i warunkami, w jakich najczęściej podejmujesz się trekkingów. Pamiętaj, że każdy zamek więcej, każdy ściągacz i inny bajerancki drobiazg waży. Nie ma sensu żeby spodnie go miały, jeśli nie będziesz z niego korzystać.

Odpinane nogawki mogą być strzałem w przysłowiową dziesiątkę lub utrapieniem. Jest to sprytny patent, by ograniczyć wagę ekwipunku i w jednym modelu mieć długie spodnie i spodenki trekkingowe. Na długi trekking w ciepłych rejonach to może być dobre rozwiązanie. A jednak zamki w nogawkach zwiększają wagę odzieży, a przy złym dopasowaniu spodni do użytkownika mogą przeszkadzać lub uwierać. To także kolejny element, który może kiedyś tam zawieść. Wprawdzie dobre spodnie trekkingowe mają “rasowe” zamki, ale zawsze coś może się przydarzyć. Zanim kupisz spodnie trekkingowe z odpinanymi nogawkami upewnij się, że będziesz często wykorzystywać ten patent. Upewnij się też, że długość nogawek odpowiada ci po skróceniu.

Liczba kieszeni to sprawa indywidualnych upodobań. Jedni wolą mieć ich więcej, inni mniej, dlatego muszę zwierzyć się z własnych upodobań. Kieszenie na dłonie są OK. Najlepiej jak mają zamki, bo wtedy można w nich schować smartfon, drobne na szybką kawę w schronisku, jakiś drobiazg którego nie chcesz pozbyć się przy byle okazji. Lubię pionową kieszeń na udzie, szczególnie jak jest na tyle szeroka, że można odłożyć do niej na chwilę mapę. Nie potrzebuję jednak dwóch takich kieszeni, a tym bardziej dwóch kieszeni z tyłu. Kieszonka tylna to zazwyczaj jedynie miejsce na chusteczkę higieniczną. Każdy ma jednak inaczej i musi to sobie przetestować.

Materiał wewnętrzny w kieszeniach może jednak odwrócić sytuację. Jeśli kieszenie podszyte są siateczką, to może stać się tak, że więcej kieszeni znaczy lepiej. Kieszenie podszyte delikatną tkaniną (najlepiej siatką z setką oczek) można wykorzystać do wentylowania. Rozsunięcie kilku takich kieszeni może zastąpić wentylację na nogawkach, którą można spotkać także w niektórych spodniach trekkingowych. Warto pamiętać jednak, że takie kieszenie są delikatniejsze. Nie ma co wypychać ich ciężarami.

Rozpinane nogawki przydają się do wysokich butów trekkingowych, butów wyprawowych albo jeśli spodnie trekkingowe chcesz założyć na skiturową wycieczkę. Zamki najczęściej mają długość do połowy łydki. Z rozwiązania skorzystają pewnie bardziej ambitni trekkerzy, którzy wybierają się na wysokogórski trekking i na stopach noszą buty alpinistyczne. Na łatwiejsze trekkingi wystarczą najprostsze nogawki pozbawione zamków. Możesz też spotkać zamki rozpinane na całej długości, ale to już raczej detal, który wykorzystują spodnie trekkingowe z membraną. Takich spodni najczęściej nie nosi się cały czas, ale zakłada się je w roli dodatkowej, awaryjnej warstwy na ulewny deszcz lub śnieżną zamieć.

Regulowany obwód nogawek to kolejny detal, który często występuje nogawkach spodni trekkingowych. Może się przydać bardziej niż rozpinane nogawki. Obwód można zmniejszyć jeśli używa się spodni trekkingowych do butów wspinaczkowych, sandałów, węższych butów podejściowych. Zaciągnięty ściągacz zapobiega przydeptywaniu materiału, pozwala też łatwiej podciągnąć nogawki, by przejść w bród płytką górską rzekę. Regulacja, jak wszystko, ma swoje plusy i minusy. Podczas przechodzenia przez mniej uczęszczane szlaki lub na kompletnych bezdrożach może zahaczać o gałęzie, kłopotliwie rozpinać się. Najczęściej obwód regulowany jest elastycznym ściągaczem i stoperem, rzepem lub guzikami.

Czasem w nogawkach można znaleźć haczyki. To rozwiązanie stosowane w spodniach przeznaczonych do trekkingu w miejscach, gdzie można spotkać pokrywę śnieżną. Haczyk zapobiega podchodzeniu nogawek ku górze, spełniając tę samą funkcję, co tego typu elementy w stuptutach.

Wzmocnienia nogawek po wewnętrznej stronie to detal godny uwagi. Po pierwsze, zabezpiecza on materiał przed uszkodzeniem. Taka sytuacja może się wydarzyć, gdy zaczepisz nogawką o gałęzie, skały, zęby raków lub przejedziesz po niej krawędzią skiturowej narty. Po drugie, wzmocniona nogawka to także większa odporność odzieży przy często podejmowanych wędrówkach. Czasem zdarza się przecież, że nogawki trą przy chodzeniu o siebie.

Membrany najczęściej wykorzystywane są w spodniach na najtrudniejsze warunki. Najbardziej uniwersalne spodnie do trekkingu górskiego ich nie posiadają lub posiadają tylko membrany wiatroszczelne, ale nie wodoodporne. Nie dotyczy to oczywiście spodni na awaryjne sytuacje w postaci nagłego załamania się pogody.

Pewien stopień odporności na opady może za to wprowadzać hydrofobowe wykończenie DWR. Jest to rodzaj technologii, która sprawia, że cząsteczki wody są odpychane na powierzchni materiału. Zauważysz ją w spodniach trekkingowych po tym, że woda nie wsiąka od razu w tkaninę, ale utrzymuje się na niej w postaci kropli. To bardzo pożądana cecha, którą powinny mieć spodnie w góry.

Od warunków atmosferycznych chroni także filtr UV. W opisach spodni trekkingowych możesz znaleźć informacje, że materiał posiada filtr UPF, blokujący szkodliwe dla skóry promieniowanie ultrafioletowe. Nie tylko w ciepłych rejonach górskich jest to przydatna cecha. Turysta jest przecież narażony na wędrowanie przez wiele godzin w pełnym słońcu nawet w wyższych partiach polskich gór.

spodnie trekkingowe

 

 

Nie będzie to łatwe, ale spróbuję pokusić się o krótkie podsumowanie. Najważniejsze jest, by spodnie były dopasowane do tego kiedy i w jaki sposób realizujesz swoją trekkingową pasję. Latem najważniejsza  jest w odzieży lekkość, sprawność oddychania materiału, a w razie letniej ulewy szybkie jego wysychanie. Ta ostatnia cecha jest też ważna, gdy potrzebujesz przeprać spodnie w trakcie trekkingu. Wiosną, jesienią, a już najbardziej zimą liczyć się będzie bardziej stopień ochrony przed opadami i wiatrem. W wielu sytuacjach sprawdzą się spodnie softshell, które w wyważony sposób łączą komfort i poziom ochrony. Wybór spośród takich spodni jest duży. Popularne są spodnie trekkingowe Milo, w których wyborze może pomóc ci inny mój wpis na blogu Skalnika. Tego typu spodnie są bardzo wszechstronne, ale sam przekonałem się, że jedna para w góry to za mało. Przez dużą część sezonu spodnie softshell są idealne. W najcieplejsze dni jednak warto zmienić je na lekkie i cienkie spodnie z nylonu. Zimą softshell trzeba uzbroić termoaktywnymi getrami, a podczas ulewy spodniami z membraną. To moje sposoby, choć ty możesz wypracować własne.

Lawiny w Karkonoszach

Lawiny w Karkonoszach

Wciąż mówi się o niej jako największej tragedii lawinowej w Polsce. Właśnie mija 50 lat od lawiny w Białym Jarze, która ogromną masą śniegu spadła na turystów, zabierając ze sobą aż 19 istnień. W okrągłą rocznicę wydarzeń warto wspomnieć ten fatalny dzień i napisać, gdzie schodzą lawiny w Karkonoszach. 

 

LAWINA W BIAŁYM JARZE

Już kilka dni wcześniej w Białym Jarze mogło skończyć się ofiarami. 17 marca 1968 r. był dniem, w którym góry dały pierwsze ostrzeżenie. Właśnie wtedy grupa narciarzy i turystów, pomimo złych warunków pogodowych, wybiera się w rejon Strzechy Akademickiej. Idą trawersem przez Biały Jar, gdy nagle osuwa się śnieżna deska i porwa siedem osób. Na szczęście lawina zasypuje ludzi tylko częściowo lub znajdują się oni płytko pod śniegiem. Jedni o własnych siłach, drudzy odkopani przez kolegów, wydostają się ze śniegu.

Trzy dni później pogoda zmienia się. Wychodzi słońce, choć wiatr nie przestaje wiać z dużą siłą. Grupa turystów z ZSRR, Niemiec i Polski postanawia wyruszyć w góry. Wyciąg krzesełkowy na Kopę nie kręci z powodu podmuchów, więc wyruszają drogą przez Biały Jar. Takie dni jak ten – pierwsze słoneczne dni po czasie niepogody – są najgorsze. Chęć wyjścia w góry jest wtedy największa, podobnie jak największe jest ryzyko zejścia lawin…

Około godz. 11 wycieczka idzie Białym Jarem, gdy nagle masy śniegu zaczynają pędzić zboczem. Lawina porywa 24 osoby, z których 19 zostaje całkiem zasypanych przez śnieg. Sytuacja staje się dramatyczna, obszar lawiniska ogromny, a do tego zagrożony zejściem kolejnej lawiny. Pierwsi pomoc niosą świadkowie zdarzenia. Z Karpacza ruszają ratownicy. Na lawinisku z czasem pracuje coraz to więcej osób. Goprowcy, ratownicy Horskiej Służby, strażacy, ochotnicy i wojsko przez wiele dni przekopują śnieg, najpierw z nadzieją ratunku, później już w celu poszukiwania ofiar.

Lawina, która zeszła 20 marca 1968 r. w Białym Jarze miała ogromne rozmiary. Jej długość osiągała ok. 600-800 m, szerokość sięgnęła 80 m, zaś czoło lawiny o wysokości 20-25 m pędziło najprawdopodobniej z prędkością bliską 100 km/h. Szacuje się, że nawet 50 tysięcy ton śniegu pogrzebało turystów, wśród których było 13 obywateli ZSRR, 4 Niemców i 2 Polaków. Ostatnie ciała wydobyto spod kilkumetrowych pokryw śniegu dopiero 1 i 5 kwietnia.

Marzec 1968. Akcja ratunkowa w Białym Jarze (źródło: Wikipedia).

WYPADKI LAWINOWE W KARKONOSZACH

Nie był to niestety jedyny wypadek lawinowy w Karkonoszach. Najwyższe pasmo Sudetów, jak na swoje rozmiary, to teren lawinowo bardzo aktywny. Odnotowano około 100 miejsc, w których schodziły lawiny lub widoczne były mniejsze osunięcia warstw śniegu. Warto pamiętać, że w tych górach, w czasie śnieżnych zim, obserwuje się nawet 40-50 tego typu zdarzeń.

Na szczęście większość z nich nie pochłania ofiar, choć śmiertelne wypadki lawinowe w Karkonoszach miały miejsce wiele razy. Pierwszym zapisanym na kartach historii takim zdarzeniem jest śmierć Samuela Steinera. Był on gospodarzem Strzechy Akademickiej, który w 1700 r., niosąc pomoc innemu turyście, zginął pod masą śniegu. Zdarzenie miało to również miejsce na zboczach Białego Jaru.

O sile karkonoskich lawin świadczy również inna historia. W 1902 r. duża lawina pędząca Kotłem Łomniczki zmiotła schronisko, które nie zostało jeszcze oddane dla turystów. Kolejne schronisko w tym rejonie musiało stanąć dużo, dużo niżej.

Pierwszy wypadek lawinowy po wojnie miał miejsce w tym samym kotle. W lutym 1947 r. śnieg porwał dwóch oficerów WOP. Pomoc, w czasie gdy w Karkonoszach nie było jeszcze GOPR-u, nieśli polscy i niemieccy mieszkańcy Karpacza, którymi byli tatrzańscy górale, przedwojenni działacze turystyczni i niemieccy sportowcy zamieszkujący Karpacz Górny. Do zasypania grupy harcerzy przez tzw. pyłówkę dochodzi tu dziesięć lat później. Szczęśliwie w 1957 r. obchodzi się bez ofiar.

Także w czasach nie tak odległych dochodziło do groźnych i tragicznych zdarzeń. Rok 1998 r. to śmiertelny wypadek dwóch czeskich wspinaczy, którzy giną trawersując Labský Důl. Ponad wspinaczami obrywa się śnieżny nawis i ciągnie 200 m w dół.

Jest takie mądre zdanie: „Ekspercie pamiętaj o tym, że lawina może nie wiedzieć, że jesteś ekspertem”, które wypowiedział Werner Munter, a które można usłyszeć na wielu kursach lawinowych. Warto je zapamiętać, by nie lekceważyć zagrożenia lawinowego nawet wtedy, gdy jest się doświadczonym alpinistą, ratownikiem lub przewodnikiem. W strefie zagrożonej lawinami trzeba zawsze zachować czujność. Lawinie w Kotle Łomniczki nie uszedł choćby wybitny i doświadczony narciarz wysokogórski Jacek Mierzejewski, który na ostatnią wycieczkę skiturową wyruszył 30 grudnia 2001 r.

O słuszności tego powiedzenia przekonali się niestety także ratownicy z Polski i Niemiec, którzy 26 stycznia 2003 r. doskonalili ratownicze umiejętności w Kotle Małego Stawu. Schodząca wówczas żlebem lawina poturbowała czterech Niemców i zabiła polskiego goprowca. Niestety jeden z najbardziej tragicznych dni w historii karkonoskiego pogotowia górskiego miał dopiero się wydarzyć. 8 lutego 2005 r. śnieg, który zsuwa się Żlebem Slalomowym Kotła Małego Stawu sprawia, że na “wieczny dyżur” wprost z trwającego patrolu odchodzi dwóch młodych ratowników Karkonoskiej Grupy GOPR – patroni kultowego Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – Daniel Ważyński i Mateusz Hryncewicz. Skiturowy patrol przy lawinowej jedynce niestety nie ma szczęśliwego zakończenia. Trzy lata później kolejna lawina w Białym Jarze zbiera doświadczonego instruktora snowboardu z Jeleniej Góry.

Do kilku wypadków dochodzi w ostatnich latach po czeskiej stronie. W 2008 r. przysypana zostaje skialpinistka w obszarze między Luční Bouda a Svatý Petr, dokładniej w miejscu zwanym Červinkově muldě. Ratownicy odkopują spod śniegu żywą jeszcze kobietę, choć cała akcja trwała od kilku godzin. Niestety w szpitalu nie udaje się uratować jej życia.

7 marca 2014 r. czeski turysta ociera się o śmierć w Kotle Małego Stawu. Kolejnej zimy, 5 lutego 2015 r., trzech narciarzy skiturowych wpada w tor schodzącej lawiny w miejscu zwanym Malá Studniční jáma. Jeden chroni się za skałą, drugi zostaje przysypany tylko częściowo, trzeci zostaje pogrzebany pod śniegiem. Mimo szybkiej akcji, dzień zapisuje się kolejną czarną kartą w dziejach karkonoskich lawin. Jeszcze w lutym tego samego roku w rejonie Modrý důl schodzi najpotężniejsza od około 30 lat lawina o ponadkilometrowej długości i szerokości aż 300 metrów. Kilkudziesięciu polskich i czeskich ratowników górskich przez dwa dni przeszukuje lawinisko. Informacje na temat trzech skiturowców, którzy znajdowali się w zasięgu lawiny zostają szczęśliwie niepotwierdzone.

Marzec 2018. Biały Jar 50 lat po tragedii.

MIEJSCA ZAGROŻONE LAWINAMI

W Karkonoszach jest wiele miejsc, w których obserwowano zejścia lawin. Jest również wiele potencjalnych stref, gdzie ukształtowanie terenu oraz zbieg warunków atmosferycznych i śniegowych może zagrożenie takie powodować. Większość takich rejonów jest niedostępna z uwagi na zamknięte zimą szlaki, wytyczone zimowe obejścia i przepisy obowiązujące w parkach narodowych po obu stronach granicy. Niezwykle ważna jest jednak świadomość ryzyka i poznanie najważniejszych miejsc o lawinowym alercie. Strefy takie zaznaczyłem na poglądowej mapie.

Oznaczenia: 1. Kocioł Szrenicki / 2. Kocioł Łabskiego Szczytu / 3. Śnieżne Kotły / 4. Czarny Kocioł Jagniątkowski / 5. Kocioł pod Małym Szyszakiem / 6. Kocioł Smogorni / 7. Kocioł Dużego Stawu / 8. Kocioł Małego Stawu / 9. Biały Jar / 10. Kocioł Łomniczki / 11. Obří Důl / 12. Stidniční Jámy / 13. Modrý Důl / 14. Dlouhý Důl / 15. Údolí Bilého Labe / 16. Kotelní Jámy / 17. Labský Důl

ZARZĄDZANIE RYZYKIEM LAWINOWYM W KARKONOSZACH

Ujmując rzecz teoretycznie, lawin w Karkonoszach można uniknąć wówczas, gdy poruszamy się po szlakach turystycznych dopuszczonych do turystyki zimowej. Szlaki prowadzące dnem polodowcowych kotłów i nisz niwalnych – a te formacje terenu stanowią w Karkonoszach największe zagrożenie – są na okres zalegania pokrywy śnieżnej zamykane. Nikt nie może dać gwarancji, że lawina nie zejdzie w miejscu, w którym dotychczas nie była obserwowana. Warto pamiętać też, że lawiny nie schodzą tylko z bardzo stromych czy skalistych zboczy. Badania nad wypadkami lawinowymi dowodzą, że najwięcej wypadków dochodzi na stokach o nachyleniu 36-40 stopni, a nie przepaścistych ścianach opadających pionem w dół. W Karkonoszach zagrożeniem są również krawędzie kotłów polodowcowych. Nie należy zimą zbliżać się do nich, ponieważ nawisy potrafią mieć szerokość nawet kilku metrów.

W 50. rocznicę wydarzeń w Białym Jarze pragnę upamiętnić ofiary tamtych dni. Przedstawiając historię innych lawin, także tych tragicznych w skutkach, chcę przypomnieć, że góry takie jak Karkonosze – nie najwyższe przecież i tak bardzo zdaje się oswojone – potrafią stworzyć śmiertelne zagrożenie, którego każdy turysta, freerider i narciarz skiturowy musi być świadomy. Wybierając się w góry pamiętaj o lawinowym ABC.
Jak wybrać stuptuty. Wszystko co musisz o nich wiedzieć

Jak wybrać stuptuty. Wszystko co musisz o nich wiedzieć

Wyglądają niepozornie. Ich nazwa brzmi cokolwiek śmiesznie. Trzeba jednak przyznać, że zarówno dla turystów, jak i wytrawnych alpinistów, są jednym z podstawowych elementów wyposażenia. W trudnych warunkach stają się nieocenione na turystycznej wycieczce i podczas ambitniejszych celów w górach. W tym tekście na warsztat bierzemy stuptuty, by przyjrzeć im się z bliska.

 

Co to są stuptuty

Każdy turysta w końcu usłyszy to słowo. Przychodzi to zazwyczaj w momencie, gdy góry przestają kręcić tylko latem, a bajeczne krajobrazy ośnieżonych szczytów przyciągają coraz bardziej. Najprościej mówiąc stuptuty to ochraniacze zakładane na nogi. Samo słowo zaczerpnięte jest z języka francuskiego, jako zbitka słów stop tout oznaczająca “zatrzymaj wszystko”. Istotnie taka jest funkcja stuptutów. Założone na nogi mają chronić buty przed dostawaniem się śniegu, wody, zabrudzeń oraz sprawiać, że wszystko to nie będzie przenikać również pod nogawki spodni.

 

Kiedy założyć stuptuty

Stuptuty kojarzą się z zimą. Na myśl o nich przed oczyma stają albo głębokie śniegi, arktyczne przestrzenie lub góry, w których opady śniegu nie należą do najmniejszych. Jak się jednak okazuje zastosowania stuptutów są szersze, a okazji do ich założenia całkiem sporo.

Oczywiście najczęściej stosuje się stuptuty do chodzenia w śniegu, który jest głęboki i kopny. Jest to zastosowanie znane ambitnym turystom przecierającym szlaki w najzimniejszej porze roku. Stuptuty można założyć zimą również podczas chodzenia w rakach, a nawet w trakcie lodowej wspinaczki i to niekoniecznie z myślą o przedzieraniu się pod lodowe ściany przez zaspy. Stuptuty chronią nogawki i buty przed wodą i uszkodzeniami mechanicznymi. Jeśli założysz stuptuty do raków, a przypadkowo zaczepisz ich zębem o materiał, masz dużą szansę, że wytrzymała tkanina ochroni nogawki spodni przed uszkodzeniami. Łatwiej i taniej wymienić będzie nawet uszkodzone stuptuty, niż inwestować w nowe spodnie z membraną.

Stuptuty mogą przydać się też w miesiącach pozbawionych śniegu. Nawet na pustyni mogą być bardzo pomocne. Szczelny materiał i pomysłowe mocowanie sprawi, że to, co kojarzymy jako ochraniacze przeciwśnieżne może uchronić nas przed wodą, kamieniami, igłami, gałęziami, błotem albo piachem, który mógłby obcierać stopy i ranić je. Właśnie dlatego oprócz turystów korzystają z nich podróżnicy i biegacze.

stuptuty

 

Stuptuty – wszystkie takie same czy inne?

Jeśli zaczniesz zastanawiać się jakie stuptuty warto kupić, pewnie dostrzeżesz, że większość z nich wygląda bardzo podobnie. Niemal wszystkie stuptuty mają podobną konstrukcję. Podstawowe elementy to ściągacz u góry, ściągacz u dołu, haczyki do mocowania za sznurowadła, mocowanie zakładane pod podeszwę butów oraz system pozwalający rozpiąć stuptuty na całej długości. Mimo tych podobieństw okazuje się, że nie wszystkie stuptuty są takie same. Różnią je szczegóły, na które warto zwracać uwagę.

stuptuty budowa

Stuptuty z membraną czy bez

stuptuty black diamondW takich ochraniaczach ogromnie istotną sprawą jest materiał. Stuptuty najlepiej spełniać będą swoje zadanie, jeśli uszyte będą wytrzymałej i wodoodpornej tkaniny. Wodoodporność będzie strzec suchości stóp i nogawek. Gęsty splot tkaniny sprawi zaś, że model będzie bardzo wytrzymały, choć minusem może być w tym przypadku waga i objętość spakowanych do plecaka stuptutów.

Cenionymi modelami są tzw. stuptuty z goretexu. Są to modele wykonane przy wykorzystaniu materiałów ze słynną membraną GORE-TEX®, która blokuje dostęp wody, a dzięki oddychalności dba o zwiększony komfort podczas wędrowania. Pośród całej masy plusów, stuptuty takie mają jedną wadę. Ich cena nie należy do najmniejszych. Oprócz takich modeli istnieją również stuptuty z membranami innych producentów. Dla przykładu, stuptuty Black Diamond wykorzystują membrany BD.dry, stuptuty marki Rab korzystają z wodoodpornego i oddychającego materiału Watergate™ lub membran eVent.

Decydując o wyborze stuptutów spotkasz też modele bez membrany, których materiał będzie również w dużym stopniu wodoodporny. Popularne stuptuty Deuter Altus uszyte są z materiału powlekanego poliuretanem, z którym uzyskuje się również wysoki stopień ochrony.

W kwestii tkanin istotna jest także ich odporność mechaniczna. Lżejsze stuptuty nosi się wygodniej, ale stuptuty z “pancernego” materiału nosi się dłużej. Wciąż popularne pozostają stuptuty z Cordury. Z tego gęstego i odpornego materiału uszyte są stuptuty Wisport, które na polskich szlakach wciąż pozostają jednym z najczęściej spotykanych modeli. Zdarza się, że stuptuty uszyte są z dwóch rodzajów materiału: góra z lżejszej tkaniny, a dół z czegoś odporniejszego na roztarganie i przecieranie.

stuptuty niskieStuptuty wysokie czy stuptuty niskie

Model stuptutów można rozróżnić również ze względu na ich wysokość. W zasadzie można mówić o trzech podstawowych profilach, jakie mogą posiadać ochraniacze na buty górskie czy biegowe. Mogą to być:

stuptuty do kolan
stuptuty do połowy łydki
stuptuty powyżej kostki.

Wyższe modele stuptutów chronią dobrze zarówno buty jak i nogawki. Dają po prostu użytkownikowi “wyższy” poziom ochrony, ale nie znaczy to, że niskie stuptuty są jakimkolwiek półśrodkiem. Tego typu ochraniacze wybierają osoby, które mają ograniczone miejsce w plecaku lub liczą każdy gram wagi ekwipunku. Niskie modele (znane także jako stuptuty biegowe) wybierane są choćby przez osoby trenujące biegi górskie i turystów używających stuptuty latem.

Przy okazji rozważań o wysokości warto dodać, że ochraniacze śniegowe i niskie modele mogą mieć rozmiary. Czasem producenci wiążą rozmiar stuptutów z wielkością butów, czasem podają orientacyjny wzrost użytkownika. Warto zwrócić na to uwagę i dopasować stuptuty do siebie. Szukając idealnego modelu trafisz najczęściej na modele unisex, choć czasem zdarza się rozróżnienie na męskie modele i stuptuty damskie. Te dla kobiet różnią się wielkością czy obwodem.

System zapinania. Z rzepem czy na zamek

stuptuty na zamekStuptuty muszą mieć system, który pozwala rozpiąć je na całej długości. Dzięki temu zakłada się je szybko i bez konieczności zdejmowania obuwia. Tym razem stuptuty dzielą się na te zapinane rzepem lub zamkiem. Zapięcia montowane są z przodu lub z tyłu. Za wygodniejsze uchodzą te pierwsze, za trwalsze drugie.

Każdy z rodzajów zapięcia ma zalety i wady. Stuptuty z zamkiem błyskawicznym mają opinię szybkich w zakładaniu i szczelnych. Wszystko to prawda, ale pod jednym warunkiem. Zamek musi być dobrej jakości, by zagwarantować niemal bezawaryjne działanie. Ten detal to częsta bolączka stuptutów kupowanych za parę groszy. Zamki mogą mieć jeszcze jedną wadę. Przy bardzo niskich temperaturach mogą one zamarzać i zacinać się. Na szczęście dobre stuptuty posiadają ochronną patkę na suwakach, która w wielu przypadkach ogranicza ryzyko wystąpienia takiej niespodzianki.

Stuptuty zapinane na rzep są odporne na mróz, szczelne i wytrzymałe, ale tylko pod warunkiem porządnej jakości rzepów. Rzepy mogą być tak mocne, że ich rozpinanie będzie wiązać się z użyciem całkiem sporej siły. Gdy jakość rzepów będzie jednak wątpliwa, ochraniacze będą rozpinać się same i zupełnie zniszczą przyjemność wędrowania po górach.

stuptutyZ paskiem, stalową linką, kevlarowym sznurkiem

Element zakładany w stuptutach pod podeszwę butów trekkingowych to kolejny ważny element. Często nazywany jest opinaczem, niezależnie od tego jaką przyjmuje formę. Może mieć postać paska z metalową sprzączką, być stalową linką, lub kawałkiem wytrzymałej linki. Wybór należy oczywiście do ciebie, ale warto wiedzieć kilka szczegółów o każdym.

Pasek z dziurkami i metalową sprzączką wygląda stylowo i umożliwia doskonałe dopasowanie do butów. Dzięki temu gwarantuje szczelność dolnej krawędzi stuptutów. Między szerszym paseczkiem a podeszwą łatwiej może się jednak gromadzić śnieg. Ważne więc by element ten był wykonany z porządnego tworzywa. Takim jest Hypalon marki DuPont, do którego nic łatwo się nie lepi i który ma dużą wytrzymałość.

Zamiast paska można spotkać stuptuty z metalową linką pod butem. Na pierwszy rzut oka rozwiązanie może wydawać się super wytrzymałe i godne polecania. Niestety stalowa linka często szybko strzępi się od chodzenia po kamieniach, a wtedy nie ma wcale zamiaru oszczędzać podeszwy buta. Z czasem strzępy stalowej linki wbijają się w podeszwę i powolutku ją niszczą.

Niepozornie wyglądają stuptuty ze sznureczkiem. Nie warto jednak ulegać pierwszemu wrażeniu. Sznureczek – nawet ten kevlarowy – z czasem pewnie się przetrze, ale to nie problem, bo można go wtedy po prostu wymienić. Metr kevlarowego repika to koszt tylko kilku złotówek. Z takim odcinkiem wymienisz ten element nawet dwa razy i pewnie nie stanie się to w ciągu jednego sezonu. Cieniutki repik ma jeszcze jedną przewagę. Nie przywierają do niego większe grudki lodu, a śnieg nie może magazynować się między nim a podeszwą.

 

Jak zakłada się stuptuty

Zakładanie stuptutów jest proste. Wystarczy pięć prostych operacji, by uzbroić nogawki spodni i zabezpieczyć buty. Warto wiedzieć jak dopasować stuptuty na nogach, bo dobrze wyregulowane ochraniacze pozwalają uzyskać największą szczelność.

  1. W rozpiętych stuptutach włóż opinacz pod podeszwę
  2. Zaciągnij zamek lub zapnij rzepy na całej długości
  3. Zapnij haczyk do sznurowadeł
  4. Jeśli zachodzi taka potrzeba wyreguluj opinacz
  5. Zaciągnij ściągacz na górze stuptutów

stuptuty zakładanie

 

Z dobrze założonymi stuptutami możesz bez obaw wędrować choćby w głębokim śniegu. Stuptuty to prosty, ale bardzo przydatny element wyposażenia turystycznego. Warto przemyśleć zakup i zainwestować w dobry model. Dobre stuptuty służą przez wiele lat, nawet jeśli należy się do osób, które w góry ruszają przy każdej okazji. Ochraniacze turystyczne ze względu na swoje przeznaczenie często bywają zabrudzone, dlatego na koniec słowo o tym jak wyczyścić stuptuty. Żeby nie zniszczyć wodoodporności materiału i mieć pełną kontrolę nad ich konserwacją najlepiej czyścić je ręcznie. Zazwyczaj wystarczy płukanie w letniej wodzie. Gorsze zabrudzenia wyczyścić można przy pomocy miękkiej szczoteczki. Jeśli musisz stosować detergenty, korzystaj z płynów do prania odzieży membranowej lub środków do prania wyposażenia turystycznego. Dla większej odporności na wilgoć stuptuty można po takiej pielęgnacji zaimpregnować.

Marta Sokołowska

Marta Sokołowska

Wspinacz, skoczek B.A.S.E., wingsuit pilot, nauczycielka jogi. Od dziesięciu lat związana z Klubem Wysokogórskim Gliwice. Od przeszło dekady zakochana we włoskich Dolomitach, w których ma na koncie dziesiątki dróg wspinaczkowych. Pierwsza Polka wspinająca się technicznie w górach i skacząca skoki B.A.S.E. Propagatorka jogi jako treningu uzupełniającego dla wspinaczy (i nie tylko). Autorka bloga o wspinaniu, skokach, jodze i outdoorowym życiu. Organizatorka warsztatów jogi i wakacji wspinaczkowych we Włoszech.

www.marta-sokolowska.com

 

Eiger Team

Eiger Team

Dorota i Piotr – team we wspinaniu i nie tylko. Ich ukochane miejscówki wspinaczkowe znajdują się Hiszpanii. Ich motto brzmi: a muerte! Zobacz co słychać u nich na Instagramie  i Facebooku.

Piotr Pigiel

Doświadczony instruktor, współwłaściciel ściany wspinaczkowej Eiger we Wrocławiu. Wspina się od 14 lat. Uwielbia mordercze treningi. Prowadzi sportowe sekcje dla dorosłych oraz trenuje indywidualnie osoby na każdym poziomie.

Wymagający na treningach, pomaga podopiecznym spełniać marzenia i pokonywać własne słabości.

 

Dorota Sękowska

Wspina się od 4 lat. Od tego czasu prowadzona bez taryfy ulgowej przez Piotra. Na ścianie wspinaczkowej przebywa dłużej niż w domu. Jej ulubione narzędzie treningowe to moonboard.

Bardzo dobrą techniką rekompensuje małego bicepsa. Zdiagnozowana choroba autoimmunologiczna zmusiła ją do zmiany podejścia do treningów i swoich wyników. Nie poddaje się. Z pomocą Piotra walczy, żeby zrealizować marzenie i osiągnąć poziom 8a.

 

 

Angela Semczuk

Angela Semczuk

Górołaz z powołania. Z gór najbardziej kocha te, na których jeszcze nie była. Najbardziej urzekają ją w zimowej szacie. Mają w sobie wtedy trochę niedostępności i surowości. Wymagają więcej wysiłku i są kapryśne. Aspiruje do miana znawcy Tatr, ale dużo jej w tej materii jeszcze brakuje. Dlatego musi w nie jeździć jak najczęściej. Chętnie podejmuje wyzwania i wymyśla sobie nowe, bo nie lubi monotonii. Zdarza jej się też czasem wznieść na wyżyny absurdu i pojechać na górski wschód słońca, a potem go przespać. A innym razem zapomnieć o śnie i włóczyć się prawie dwie doby po niższych i wyższych pagórach bez przerwy…. i większego celu. Regularnie zaczęła zdradzać góry ze wspinaniem, ale to one same popchnęły ją w tym kierunku. Teraz porównuje cyfry w różnych zakątkach świata, by znaleźć te najwygodniejsze. Jej ulubiony kierunek to Włochy – dla niej kraj idealny – jedzenie, klimat, góry i klify do wspinania. Wszystko na swoim miejscu. W wolnej chwili… a nie, tych nie ma, bo spędza je w górach.

Jak wezwać pomoc w górach

Jak wezwać pomoc w górach

Bezpieczeństwo to w górach temat zawsze aktualny. Sposoby na wezwanie pomocy w górach są proste. Trzeba je sobie jednak dobrze utrwalić, by w stresowej sytuacji zachować się odpowiednio. Dziś na blogu Skalnika krótka ściąga, w której podpowiadamy jak wzywać pomoc w górach we właściwy sposób.

Wezwanie pomocy przez telefon

numery alarmowe w górachWzywanie pomocy przez telefon to dla współczesnego górołaza najszybsze rozwiązanie. Niemal każdy turysta ma telefon w kieszeni. Pewnie większość używa go raczej do robienia zdjęć niż alarmowania i lepiej będzie jeśli ta statystyka się nie zmieni. Warto jednak pamiętać, że rozmowa z ratownikiem GOPR lub TOPR to często najskuteczniejsza metoda. Jeśli widzisz wypadek, ulegasz mu, bądź ktoś z twoich partnerów potrzebuje profesjonalnej pomocy, zadzwoń pod jeden z numerów alarmowych GOPR: 985 lub 601 100 300. Możesz również użyć międzynarodowego telefonu alarmowego 112. W rozmowie z ratownikiem:

+ określ miejsce zdarzenia
+ powiedź co się stało
+ powiedz kto jest poszkodowany, ile osób z tobą jest
+ poinformuj czy ty lub inni znajdują się w bezpośrednim ryzyku utraty życia
+ przedstaw się
+ odpowiadaj na pytania ratownika i pamiętaj, że to on powinien skończyć rozmowę

Pamiętaj też, że baterię w telefonie należy oszczędzać. Jeśli poziom baterii jest niski możesz wysłać SMS na numer 601 100 300 i przekazać dodatkowe, ważne informacje.

aplikacja ratunekWzywanie pomocy aplikacją ratunek

Z telefonu możesz poinformować ratowników o wypadku za pomocą aplikacji Ratunek. Wystarczą trzy kliknięcia w dotykowy ekran smartfona, żeby GOPR uzyskał informacje o twoim położeniu i stanie naładowania baterii w telefonie. To jeden z najprostszych sposobów wzywania pomocy, a także jedna z najłatwiejszych metod namierzenia poszkodowanych w terenie. Aplikacja wykorzystuje moduł GPS i jest w stanie określić twoje położenie z bardzo dużą dokładnością. Co trzeba zrobić żeby wezwać ratunek? To proste:

uruchom aplikację
+ włącz moduł GPS
+ 3 razy kliknij w ikonę na ekranie

Wówczas telefon sam wyśle twoją pozycję i zaalarmuje, że pomoc jest ci niezbędna. Następnie zadzwoni do ciebie ratownik dyżurny i zapyta o szczegóły zdarzenia. Ten nowoczesny sposób wzywania pomocy uratował już niejedną osobę. Dodatkowym atutem aplikacji jest Książeczka Medyczna, którą wypełnić możesz dobrowolnie. Dzięki niej goprowcy mogą szybko mieć informacje takie jak: 1) imię i nazwisko, 2) wiek, 3) imię i nazwisko oraz numer osoby, którą należy powiadomić o wypadku, 4) grupa krwi, 5) alergie, 6) choroby przewlekłe. Dane zawarte w tej metryczce uzyska ratownik tylko wtedy, gdy uzna to za niezbędne ratowania twojego życia lub zdrowia.

W innym naszym wpisie przeczytasz test aplikacji turystycznych. Znajdziesz go tutaj

Wzywanie pomocy gwizdkiem

gwizdek alarmowyWiele plecaków wyposażonych jest w gwizdki alarmowe. Nie zawsze wiemy jednak, jak wezwać pomoc gwizdkiem. Żeby uczynić z gwizdka właściwy użytek nie należy wcale robić tego tak, jak wzywali pomocy telegrafiści na Titanicu. Film o katastrofie tego ogromnego liniowca nauczył wszystkich jak wezwać SOS alfabetem Morse’a, ale nie jest to właściwy sposób do alarmowania w górach. W międzynarodowym systemie wzywania pomocy dźwiękiem, w górach panuje schemat podawania:

+ 6 sygnałów dźwiękowych na minutę
+ i odczekania 1 minuty

Po tej serii schemat należy powtórzyć. Mówiąc jeszcze jaśniej, należy zagwizdać 6 razy w odstępie co 10 sekund i zrobić minutę przerwy. Osoba, która usłyszy tego typu wołanie o pomoc, powinna odpowiedzieć przez nadawanie 3 sygnałów dźwiękowych na minutę z minutowym odstępem.

czołówkaWzywanie pomocy światłem

Czasem czołówki posiadają tryb, w którym migają SOS alfabetem Morse’a. Sygnał ten może być zrozumiany, ale w przypadku sygnałów światłem schemat powinien być taki sam, jak przy alarmowaniu dźwiękiem. Pamiętaj zatem, że światłem trzeba migać 6 razy na minutę, a po każdym cyklu robić jednominutową przerwę. Wzywanie pomocy światłem i dźwiękiem to sposób najbardziej skuteczny w partiach gór pozbawionych zalesienia. W Tatrach, w wysokich partiach Karkonoszy, Bieszczadów i Beskidów, taki sygnał można usłyszeć lub zobaczyć naprawdę z daleka.

Wzywanie na pomoc śmigłowca

wezwanie śmigłowcaPrzelatujące z ratownikami śmigło to zawsze w górach sensacja. Nie wolno jednak machać niepotrzebnie w stronę ratowników, pozdrawiać ich i bez powodu zwracać ich uwagę, jeśli akurat nie potrzebujemy pomocy. Gdy będziesz jednak w tarapatach, to załogę śmigłowca poinformujesz o tym przybierając odpowiednią postawę. Aby wezwać pomoc przelatującego śmigłowca, stań prosto w pozycji Y unosząc obie ręce pod kątem, ku górze.

Czasem zdarza się, że ratownicy przeszukują teren, by znaleźć miejsce wypadku. Śmigłowiec może krążyć wokół ciebie i upewniać się, czy to nie ty wzywasz ratunku. Jeśli nie potrzebujesz pomocy stań prosto, podnieś prawą rękę pod kątem do góry, a lewą trzymaj ukośnie pochyloną w dół. W ten sposób twoje ciało będzie przypominać literę N.

 

To najprostsze, najbardziej powszechne i zrozumiałe w każdych górach sygnały do wzywania pomocy. Istnieją także inne sposoby, ale wymagają zabrania dodatkowego sprzętu (lampy alarmowe, światła chemiczne lub flary ostrzegawcze). Od zawsze sygnałem ratunku było także wołanie w górach. Oczywiście można alarmować krzycząc “ratunku!”, ale warto pamiętać, że głos jest słyszalny w różnych warunkach w różny sposób, a struny głosowe mają swoją określoną “wytrzymałość”.

Jak wybrać ubezpieczenie w góry

Jak wybrać ubezpieczenie w góry

To oczywiste, że na etapie planowania wypadu w góry nie myślisz o wypadku. Jeśli jednak chcesz działać odpowiedzialnie, musisz zawsze pamiętać, że coś może pójść wbrew założeniom. Z ubezpieczeniem jest jak z apteczką – w górach muszą być pod ręką “na wszelki wypadek”.

ubezpieczenie w górySzansa na realizowanie pasji

Mam ubezpieczenie w góry, choć wcale nie pragnę z niego korzystać. Ubezpieczenie to nie tylko wyprawa bez dodatkowego stresu. Odpowiednia polisa to czasem także grubszy portfel i szansa na dalsze realizowanie pasji. Jeśli przyszłoby mi zapłacić za akcję ratunkową lub leczenie po wypadku w górach, mógłbym zapomnieć o atrakcyjnych górskich wypadach pewnie na dłuższy okres czasu.

Dlaczego potrzebujesz ubezpieczenia w góry

Zastanawiasz się czy potrzebujesz ubezpieczenia? Posłuchaj dwóch krótkich historii.

Oto pierwsza. Kiedy jechałem pierwszy raz na via ferraty wiedziałem, że jest kilka rzeczy, których wolałbym uniknąć. Na ich liście był wypadek, akcja ratunkowa, leczenie, nawet lot śmigłowcem. Brałem również pod uwagę, że sam mogę stać się zagrożeniem. Góry same w sobie nie są groźne, a wypadki nie zdarzają się bez udziału ludzi. Jadąc w Dolomity wiedziałem, że to ja mogę strącić kamień, który może wplątać w tarapaty nie tylko osobę idącą poniżej. Właśnie z tego powodu ubezpieczenia w góry muszą obejmować nie tylko koszty akcji ratowniczej i koszty leczenia, lecz także ubezpieczać od odpowiedzialności cywilnej.

Okoliczności wypadków są nie do przewidzenia. To już druga historia. Kilka lat temu pewien 19-latek otrzymał od słowackich ratowników rachunek na 15 tyś. euro. Wycieczka na Rysy nie zakładała pobytu w sąsiednim kraju. Tym bardziej nie zakładała innych przykrych zdarzeń. Wykupienie polisy, choćby na kilka dni, mogło zaoszczędzić mu przynajmniej sporych wydatków.

Polisa na rok czy konkretny wyjazd

Wszystko zależy od twojego modelu działania. Osoby, które spędzają więcej czasu w zagranicznych górach niż w polskich, należą pewnie do mniejszości. Na rynku ubezpieczeniowym znaleźć można ubezpieczenia roczne i polisy na konkretne wyjazdy turystyczne. Sam skłaniam się do zakupu tych pierwszych. Nawet jeśli w “obce” góry wyprawię się raz do roku, to przecież często chodzę, a zimą szuram na skiturach w przygranicznych pasmach. Polisa ważna przez cały rok sprawia, że nie muszę przed każdą wycieczką, czy choćby przed rodzinnym wyjazdem na narty do Czech, myśleć na nowo o ubezpieczeniu. Jeśli jednak w góry nie wyruszasz zbyt często, to możesz ograniczyć się do ubezpieczenia wykupionego tylko na czas urlopu.

ubezpieczenia w góryNa co zwrócić uwagę przy ubezpieczeniach

Wszystko co najważniejsze w ubezpieczeniu zawiera się w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia (OWU). Jeśli szukasz ubezpieczenia w góry, ale takiego z prawdziwego zdarzenia, to musisz wybrać takie, które w ofercie obejmuje tzw. sporty (czy aktywności) podwyższonego ryzyka. W górach powiedzmy powyżej 2000 m n.p.m. musisz liczyć się z przepaściami. Nawet jeśli masz stalowe nerwy i na eksponowanych graniach nie drżą ci kolana, to dla twojego ubezpieczyciela tego typu przygoda może być traktowana jako ekstremalna. Zauważ, że ubezpieczenia w góry obowiązują często do konkretnej wysokości nad poziomem morza oraz mogą być ograniczone terytorialnie. Przed planowanym wyjazdem upewnij się, że zakupiona polisa, w razie zaistnienia wypadku, zadziała w kraju, do którego się wybierasz. W ubezpieczeniu może pojawić się także limit czasu przeznaczonego na jedną wyprawę. Wiele rocznych ubezpieczeń jest skonstruowanych tak, że obejmują okres 8 pierwszych tygodni każdej wyprawy. Po tym czasie powinien nastąpić powrót. Istnieje możliwość przedłużenia tego okresu, ale zawsze wiąże się to z wykupieniem dodatkowego pakietu.

Kwoty gwarantowane w ubezpieczeniach

Ważnym kryterium wyboru ubezpieczenia są kwoty, na jakie ubezpieczenie to opiewa. Zwróć uwagę na najważniejsze wartości:

1. KOSZTY RATOWNICTWA I POSZUKIWAŃ

Ubezpieczenie górskie powinno mieć wysoką kwotę na pokrycie kosztów ratownictwa i poszukiwań. Musi uwzględniać również akcje ratownicze z użyciem śmigłowca. Teren górski jest terenem trudno dostępnym i dziś standardem są szybkie akcje z wykorzystaniem śmigłowca. Pamiętaj, że koszty śmigła, czy też koszty poszukiwań przy zaangażowaniu dużej liczby ratowników i sprzętu, mogą być ogromne. Możesz mieć pewność, że 5000 € to stanowczo za mało… Godzina lotu Słowackiego śmigłowca z ratownikami to rachunek na ok. 3-3,5 tyś. €, a godzina pracy ratownika 35-80 €. Rozbieżności w wyliczeniach zależą od trudności terenu, w jaki zadysponowani będą ratownicy. Koszt akcji w zachodniej Europie – na przykład w Alpach – będzie jeszcze wyższy.

2. KOSZTY LECZENIA

Wysoka kwota kosztów leczenia jest równie istotna. Każdy dzień pobytu w szpitalu może być wydatkiem na kilka tysięcy złotych. Koszty rosną znacznie jeśli wymagane jest przeprowadzanie zabiegów. Tylko niezbędne koszty leczenia pokrywane są z ubezpieczenia, a ubezpieczyciel pokrywa je tylko do sumy gwarantowanej. W tym zakresie nie warto oszczędzać. To co warto, to na pewno przeczytać uważnie warunki, jakie w tym zakresie oferuje towarzystwo ubezpieczeniowe.

3. ODPOWIEDZIALNOŚĆ CYWILNA

Kwota, do jakiej ubezpieczasz się z tytułu OC, zabezpiecza przed tarapatami w przypadku, gdy twoje działania wyrządza szkodę na innych osobach lub na mieniu. Kwoty mogą być w tym przypadku podzielone na różne limity dotyczące roszczeń osobowych i majątkowych.

4. KOSZTY TRANSPORTU

Ważnym kryterium kwotowym powinien być także dobór ubezpieczenia ze względu na pokrycie kosztów transportu poszkodowanego do kraju, a także transport zwłok. Najlepsze są te ubezpieczenia, które w tym aspekcie nie mają limitów.

Gdzie kupić ubezpieczenie w góry

Jest wiele opcji kupna ubezpieczenia. Dziś najpopularniejszym wydaje się kupno ubezpieczenia przez internet. Porównywarki i formularze wyliczające koszty ubezpieczenia, a następnie umożliwiające zakup polisy, do rzadkości nie należą. Jedną z najpopularniejszych porównywarek znajdziesz na stronach: www.polisaturystyczna.pl, www.rexio.pl, www.rankomat.pl. Kupna polisy można dokonać także u multiagenta (pośrednika) lub w towarzystwie ubezpieczeniowym.

Ubezpieczenia można kupić czasem na miejscu. Zastanów się jednak, czy warto odkładać kupno polisy na ostatnią chwilę. Bywa nieraz tak, że lokalne służby ratownicze zalecają konkretnych ubezpieczycieli. Dla przykładu słowacka Horská záchranná služba poleca zakupić w Tatry ubezpieczenia www.union.sk. Kupno ubezpieczenia polecanego przez ratowników górskich lub wybieranego przez profesjonalistów (przewodników, instruktorów) to często oferta najbardziej godna zaufania.

koszty polisy

Przykładowe wyliczenie kosztu polisy na dwutygodniowy wyjazd do Włoch. Korzystając z wyszukiwarek upewnij się, że polisa pokryje koszty poszukiwań i ratownictwa oraz ubezpiecza sporty wysokiego wyzyka. Mimo zaznaczenia odpowiedniej opcji wyszukiwania, na liście wyszukiwarka umieściła ubezpieczenia, które nadal trzeba o taką opcję rozszerzyć. (wyliczenie na podstawie www.polisaturystyczna.pl)

PZU bezpieczny powrót czy Alpenverein

W środowisku górskim dwie najpopularniejsze opcje to kupno polisy Bezpieczny Powrót polskiego PZU oraz wstąpienie do austriackiego klubu górskiego Alpenverein, w którym po opłaceniu składki członkowskiej na rok, zyskuje się również ubezpieczenie. Wiele osób zastanawia się co jest bardziej opłacalne. Pytanie Alpenverein czy Bezpieczny Powrót co roku wraca na górskich forach, w rozmowach w klubach wysokogórskich i na wspinaczkowych ściankach. Wybór jednej i drugiej opcji ma swoje plusy i minusy. Na początek porównam te dwa popularne ubezpieczenia dla alpinistów i wspinaczy, a później postaram się wyliczyć, co w każdym jest atutem, a co przysłowiowym “kruczkiem”.

porównanie ubezpieczeń

Porównanie kwot w ubezpieczeniu członków Alpenverien oraz ubezpieczenia Bezpieczny Powrót

Plusy ubezpieczenia członków Alpenverein:

  •  zniżki w wielu schroniskach, sklepach górskich oraz kolejkach górskich (łączna wartość rabatów może być większa od rocznej składki; jest to sposób na mniejsze wydatki podczas wyprawy np. w Alpach)
  • możliwość tańszego ubezpieczenia współmałżonka/partnera lub rodziny
  • wysoka kwota OC i pomocy prawnej (obowiązuje tylko w Europie)
  • polisa sprawdzona przez wielu alpinistów
  • tańsze ubezpieczenie dla ratowników górskich GOPR/TOPR, seniorów, juniorów i studentów
  • ubezpieczenie działa do wysokości 6000 m n.p.m; powyżej tej wysokości działa jednak przy jednodniowych trekkingach, które nie wiążą się z pobytem w bazie wysokogórskiej
  • możliwość skorzystania z tzw. promocji wrześniowej (dla nowych członków)

Minusy ubezpieczenia członków Alpenverein:

  • relatywnie niska kwota Kosztów Leczenia
  • brak NNW
  • likwidacja szkody w języku obcym
  • jeden wyjazd może trwać do 8 tygodni
  • ubezpieczenie nie pokrywa kosztów leczenia i urazów powstałych wskutek odpłatnego uczestnictwa w zawodach sportowych
  • nie obejmuje sportów lotniczych; na przykład popularnego w górach paralotniarstwa
  • nie obejmuje Arktyki, Antarktydy i Grenlandii

 

Plusy ubezpieczenia Bezpieczny Powrót:

  • wyższa kwota gwarantowana na koszty leczenia
  • możliwość ratalnego opłacania składek
  • możliwość rozszerzenia ubezpieczenia do wysokości 7600 m n.p.m.
  • zniżki na ubezpieczenia partnerskie (współmałżonek lub partner życiowy) oraz ubezpieczenia dla członków klubów wysokogórskich zrzeszonych w PZA, pakiety rodzinne i juniorskie
  • pokrywa koszty leczenia urazów, które powstały na zawodach sportowych
  • polisa rekomendowana przez PZA i zawodników sportów górskich
  • obejmuje ponad 40 sportów, także ekstremalnych i niosących wysokie ryzyko urazów
  • obejmuje ubezpieczenie bagażu; w pakiecie podstawowym 2000 zł, w rozszerzonym 3000 zł
  • zniżki w pakietach rodzinnych, partnerskich i młodzieżowych
  • pokrycie kosztów pomocy psychologicznej do kwoty 2000 zł dla osoby ubezpieczonej lub rodziny osoby ubezpieczonej, która poniosła śmierć
  • obsługa w języku polskim

 

Minusy ubezpieczenia Bezpieczny Powrót:

  • dodatkowo płatne ubezpieczenie NNW
  • polisa nie obejmuje zasięgiem Arktyki, Antarktydy i Grenlandii
  • jednorazowy wyjazd musi trwać do 8 tygodni (można rozszerzyć do 16 tygodni)
  • ubezpieczenie nie obejmuje sportów lotniczych, choćby paralotniarstwa

Bez względu na to na jakie ubezpieczenie się zdecydujesz, zawsze dokładnie przeczytaj OWU, a przed wyjazdem przypomnij sobie, jakie obowiązują procedury zgłaszania wypadku i szkody oraz jakie są telefony alarmowe. Najpopularniejsze ubezpieczenia dla ludzi gór zakupić możesz przez internet. Wszystkie niezbędne informacje znajdziesz na stronach http://www.alpenverein.pl oraz http://bezpiecznypowrot.pl/.

Nie zapomnij o EKUZ

flaga unii europejskiejPlanując wyjazd we wszystkie europejskie pasma nie zapomnij wyrobić karty EKUZ. Darmową Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego wystawiają oddziały NFZ. Karta jest dokumentem potwierdzającym, że na terenie Polski jesteś osobą ubezpieczoną, a to oznacza, że w państwach Unii Europejskiej w Norwegii, Islandii, Liechtensteinie i Szwajcarii obejmuje cię opieka zdrowotna na tych samych warunkach, co obywateli tego kraju. Nie oznacza to zawsze w pełni nieodpłatnego leczenia, ponieważ sprawę kosztów regulują lokalne procedury. Kartę EKUZ należy wyrobić przed wyjazdem i zabrać ze sobą. Znacznie ułatwia ona procedury w razie wystąpienia wypadku czy konieczności podjęcia leczenia. Za granicą EKUZ nie sfinansuje jednak akcji ratowniczych czy poszukiwań, dlatego tak ważnym jest, żeby nie polegać jedynie na prawach przysługujących z tytułu powszechnego ubezpieczenia.

Via ferrata – co zabrać na via ferraty

Via ferrata – co zabrać na via ferraty

Popularność chodzenia po via ferratach rośnie z roku na rok. Nic w tym dziwnego. Piękne widoki, eksponowany teren powodujący emocje większe niż na zwykłym trekkingu, specjalistyczny sprzęt, który elektryzuje niektórych miłośników outdooru. Rosnąca popularność przechodzenia żelaznych perci sprawia też, że coraz więcej osób szuka na via ferratach coraz to poważniejszych wyzwań.

 

Podstawowe trio: kask, uprząż i lonża

kask uprząż lonżaNiezbędne wyposażenie na via ferraty to kask wspinaczkowy, uprząż i lonża. Bez takiego zestawu w zasadzie nie powinniśmy nawet myśleć o wyruszeniu w skalną ścianę.

KASK. Atestowany kask wspinaczkowy jest konieczny ponieważ chroni głowę przed spadającymi odłamkami skalnymi i osłania ją przy odpadnięciu. Spadające małe fragmenty skał i kamienie nie należą do rzadkości. Lecący z góry kamień może przydarzyć się szczególnie na popularnych ferratach, które przechodzi większa liczba osób.

UPRZĄŻ. Uprząż chroni przed upadkiem z wysokości. Niezbędnym jest, żeby uprząż była atestowana, przeznaczona do wspinaczki lub była to specjalna uprząż na via ferraty. Warto wiedzieć, że na rynku dostępne są uprzęże dedykowane do via ferrat, ale każda wspinaczkowa uprząż może być równie skutecznie wykorzystywana na żelaznych perciach.

LONŻA. W przypadku lonży kompromisów już żadnych być nie może. Kiedy idziesz na via ferratę, w twoim wyposażeniu musi znaleźć się lonża z absorberem. Każda lonża na via ferraty wyposażona jest w dwa ramiona z karabinkami (najczęściej posiadającymi automatyczną blokadę) oraz absorber pochłaniający energię ewentualnego upadku.

Takie trio to na ferratach absolutne must have. Choć na wielu drogach ze sztucznymi ułatwieniami przydać się może dodatkowe wyposażenie.

Lonża Ocun Taja w swoim żywiole. Dolomity.

 

Via ferrata – kiedy potrzeba więcej sprzętu?

Nie warto zakładać zawsze, że podstawowy zestaw na via ferraty pozwoli przejść każdą drogę. Drogi wspinaczkowe z ułatwieniami w postaci stalowych lin asekuracyjnych, klamr, kotew, stopni i mostków mają zróżnicowaną trudność. Planując przejście via ferraty należy wziąć to pod uwagę i zastanowić się, czy na danej drodze nie będzie potrzebna dodatkowa asekuracja. Potrzeba stosowania dodatkowej asekuracji może wystąpić również niezależnie od trudności ferraty podanej w przewodniku. Zawsze warto wkalkulować zmienną pogodę. Deszcz przecież może błyskawicznie zwiększyć trudność przejścia danej ferraty. Ale czynniki atmosferyczne to tylko jeden z aspektów. Ferraty najczęściej pokonuje się w zespołach, a nie w pojedynkę.

Przed zespołowym wyruszeniem na ferratę warto ocenić doświadczenie i predyspozycje swoich partnerów. Czasem może okazać się, że ktoś z twoich towarzyszy będzie potrzebować pomocy na najtrudniejszych odcinkach drogi. Znaczenie może mieć nie tylko górskie doświadczenie. Czasem nawet chwilowa niedyspozycja – na którą wpływa choćby zmęczenie – może zablokować kogoś skalną trudnością. Bywa, że takie miejsce jest dla danej osoby nie do przejścia przy asekuracji z samej lonży via ferrata z absorberem.

via ferraty

Należy zastanowić się, czy na danej drodze nie będzie potrzebna dodatkowa asekuracja

rękawiczki na via ferraty

 

Czego używam zawsze na ferratach

Skłamałbym mówiąc, że na ferratach nie używam tylko podstawowego wyposażenia. Na każdą ferratę zabieram rękawiczki. Rękawiczki na via ferraty mogą być pełne lub bez palców. Pozwalają one chronić skórę dłoni. Ma to znaczenie szczególnie na długich ferratach, a także latem. Częste przepinki, manewry sprzętowe i wilgoć lubią uszkadzać skórę dłoni. Rękawiczki chronią dłonie i znacznie ułatwiają chwytanie stalowych klamer, czy stalowej liny asekuracyjnej. Czasem przeszkadzają w chwytaniu skały, którą najpewniej łapie się gołą dłonią. Zazwyczaj skalne trudności nie są jednak tak duże. Rękawiczki w razie potrzeby można zawsze zawiesić przy uprzęży. Oczywiście pod warunkiem, że jest na czym.

Zawsze przydają się do tego celu dodatkowe karabinki. Karabinki sprzętowe lub ekspresowe mogą służyć do noszenia ekwipunku. Na odpoczynku można na nich przymocować plecak. Do tego celu czasem noszę jeden ekspres wspinaczkowy lub pętlę i karabinek.

pętla i karabinekPętla i karabinek

Nie rozstaję się również z przynajmniej jednym karabinkiem zakręcanym typu HMS i przynajmniej jedną zszywana pętlą wspinaczkową.

Nie wszystkie lonże via ferrata pozwalają zawisnąć w uprzęży do odpoczynku. W takich wypadkach pętla wspinaczkowa i karabinek są niezastąpione. Do odpoczynku, stabilizacji na stanowisku świetnie sprawdza się pętla o długości 60 cm i zakręcany karabinek. Pętla powinna być wykonana z poliamidu (nylonu), a nie dyneemy. Do uprzęży wystarczy zamocować ją za pomocą węzła zwanego “główka skowronka”. Jeśli chodzi zaś o karabinek, wybieram zawsze większy zakręcany HMS, który oferuje duży prześwit otwartego zamka. Spotkać można na rynku karabinki na via ferraty z automatyczną blokadą. To również dobre rozwiązanie. Karabinek taki jak Vertigo z Petzla czy Via Ferrata marki Fixe, mają poręczny kształt, samoczynną blokadę i większe rozmiary (w tym prześwit). Zdarzało mi się używać nawet 30-centymetrowej pętli z modelem Via Ferrata marki Fixe i było to całkiem sprawny zestaw do autoasekuracji w czasie postoju.

Warto wspomnieć o maleńkim detalu, który usprawnia działanie tego typu lonży. Do zestawu przydaje się gumowy string stabilizujący pozycję karabinka na taśmie. Taki element dodany do sztywnej lonży pozwoli ci szybciej wpinać i wypinać lonżę i utrzyma karabinek zawsze w tym samym miejscu na taśmie.

lina wspinaczkowa

 

Lina wspinaczkowa na ferratę

Czasem przyda się więcej zakręcanych karabinków. Szczególnie wtedy, gdy do twojego zestawu na żelazną perć dojdzie lina. Linę stosować można w kilku sytuacjach, na przykład:

  • w miejscach pozbawionych stalowej liny asekuracyjnej,
  • w miejscach trudnych do przejścia, gdzie istnieje większe ryzyko odpadnięcia,
  • w miejscach, w których kotwy są bardzo oddalone,
  • do asekurowania mniej doświadczonych osób,
  • do podejść na via ferraty przez lodowiec lub zbocza z polami śnieżno-lodowymi.

Linę powinna nosić osoba najbardziej doświadczona i znająca techniki asekurowania w górach. Podczas przechodzenia ferrat, liną można asekurować z górnego stanowiska. Wystarczy wykonać na kotwie lub drabince stanowisko i skorzystać z przyrządu asekuracyjnego do wspinaczki (oczywiście takiego, który pozwala asekurować z góry). Doświadczone osoby, które nie zabrały przyrządu, mogą ewentualnie użyć w takim przypadku HMS-a i półwyblinki.

Odpowiednia długość liny na ferraty

Ważna jest kwestia tego, jak długa powinna być lina na via ferraty. Do przejścia trudnych ferrat wystarczy lina 30-40 metrowa. Może to być jedna z lin przeznaczona do wysokogórskiej turystyki lub graniówek. Sam używam 30-metrowej liny Roca Trek o średnicy 7,8 mm, atestowanej jako pojedyncza żyła liny bliźniaczej. Wspinaczkowe liny bliźniacze lub połówkowe – choćby lina Black Diamond 7,8 – pozwalają bezpiecznie asekurować się na ferratach i przy przejściach lodowców.

 

Długa pętla zamiast liny

Do bezpiecznego i szybkiego przemieszczania się w miejscach z gorszą asekuracją można użyć również innego patentu. Na długiej pętli wspinaczkowej z poliamidu (200-300 cm) można zawiązać kilka węzłów, co kilkadziesiąt centymetrów. Tworzy się w ten sposób sieć oczek, która przypomina trochę taśmę daisy chain. Taśmę instaluje się na kotwie. Mniej wprawiona w przechodzeniu ferrat osoba, może stosować oczka na pętli do wpinania jednego z ramion lonży. Należy pamiętać przy tym, żeby drugie ramię było z a w s z e wpięte w stalową linę! Dzięki temu wyeliminować można ryzyko długiego lotu na fragmentach, gdzie kotwy są bardzo oddalone od siebie, a także skutecznie dodać odwagi komuś, kto przy pokonywaniu technicznego terenu ma większe trudności.

 

Ferrata – czekan i raki…

To nie żart. Raki i czekan na via ferraty to czasem niezbędny ekwipunek. Warto pamiętać, że wiele dzisiejszych ferrat to klasyczne drogi prowadzące na alpejskie szczyty. Ferraty prowadzące na najwyższe góry mogą wymagać podejść przez lodowce lub pola śnieżne. Sytuacja dotyczy nawet słynnych Dolomitów w gorącej Italii. W Dolomitach Brenta, a także na Marmoladzie, która jako najwyższy masyw Dolomitów nieustannie elektryzuje turystów, raki i czekan potrzebne są nawet w pełni lata. Gwarantuję, że w sierpniu na ferracie Hanns-Seiffert-Weg prowadzącej na najwyższy wierzchołek Marmolady, raki były potrzebne. Nie tylko dlatego, że w dół schodziliśmy lodowcem, ale dlatego, że dwie noce wcześniej spadł śnieg, a skała w wielu fragmentach była oblodzona.

 

Via ferraty – czy zabrać buty wspinaczkowe?

Na ferraty zakłada się najczęściej buty trekkingowe. Mogą to być buty wysokie lub niskie. Ferraty wygodnie pokonuje się w niskich butach trekkingowych, nazywanych też butami podejściowymi. W obuwiu tym można precyzyjnie stawiać stopy. Via ferraty z powodzeniem można pokonywać również w wysokich butach trekkingowych lub butach o średnim profilu. Wyższe buty są zresztą wygodniejsze na podejściach prowadzących piargami. Tych nie brakuje choćby w Dolomitach. Na najtrudniejszych ferratach mogą przydać się także buty wspinaczkowe. To jednak wybór dla osób wyruszających na najtrudniejsze żelazne percie, które poprowadzone są na przykład po drogach pierwszych zdobywców danej turni. Buty wspinaczkowe przydadzą się tam, gdzie nogi pracować będą metodą “na tarcie”. Najpopularniejsze ferraty nie wymagają jednak stosowania obuwia wspinaczkowego.

 

Przygoda z via ferratami jest bardzo ekscytująca i na pewno dostarcza więcej wrażeń niż turystyka po zwykłym szlaku. Trzeba jednak pamiętać, że nie każda ferrata jest dostępna z marszu zwykłemu turyście. Na niektóre percie trzeba się dobrze przygotować, nawet nauczyć technik asekuracji, bądź wspinaczkowych sposobów pokonywania skalnego terenu.

Jak dbać o linę wspinaczkową

Jak dbać o linę wspinaczkową

Twoja lina wspinaczkowa to element szpeju, któremu musisz bezgranicznie ufać. Kupno dobrej liny posiadającej atesty i logo choćby najlepszego producenta to jednak za mało. Od chwili, w której wychodzisz ze sklepu z nową liną, musisz troszczyć się o jej kondycję. Warto wiedzieć jak zadbać o linę wspinaczkową, dlatego dziś kilka słów w tym temacie. Zobacz co możesz zrobić, żeby lina służyła dłużej i zasługiwała na pełnię zaufania.

Zawsze dbaj o linę wspinaczkową

Zapamiętaj, że o linę wspinaczkową możesz dbać cały czas. Prawidłowe obchodzenie się z liną podczas wspinaczki jest tak samo ważne jak prawidłowe jej przechowywanie i transportowanie.

lina wspinaczkowa

Od chwili, w której wychodzisz ze sklepu z nową liną, musisz troszczyć się o jej kondycję

Jak dbać o linę podczas wspinaczki

Lina jest do wspinania, nie do spacerowania. Podczas wspinaczki zwracaj uwagę, by nie deptać po linie. Patrz także czy twoi partnerzy i znajomi nie spacerują po niej. W nadepniętą linę wdzierają się zabrudzenia, a te wnikają w struktury włókien i powoli, w sposób niemal niezauważalny, niszczą je. Specjalną uwagę na problem deptania liny zwracaj zimą. Kiedy masz na nogach raki, linę możesz uszkodzić za jednym przydepnięciem.

Stosuj płachtę i torbę na linę. Najłatwiej o linę zadbasz podczas wspinu z płachtą i torbą na linę. Z torbą przeniesiesz linę wygodniej, a dzięki płachcie położysz ją na czystym podłożu. Torby na linę z płachtą warto używać zarówno w skałach jak i na ściance. W tym drugim przypadku łatwiej przenosi się linę pod kolejną drogę i prościej dba, żeby lina była sklarowana. Stosowanie płachty ma również ten plus, że końce liny są zawsze dostępne, a ten wolny przeważnie cały czas jest do niej dowiązany. Tym sposobem na końcu zawsze masz zawiązany węzeł.

Zapoznaj się z liną, nie puszczaj jej samej na wspinanie. O swojej linie powinno wiedzieć się wszystko. Staraj się poznać prawie każdy milimetr liny. Po wspinaczce samodzielnie ją zwijaj. To dobry czas, by wytropić zgrubienia, zmechacenia lub przetarcia. Raczej unikaj pożyczania liny. Na wspin wybierajcie się zawsze razem.

Lina ma dwa końce, używaj obu. Liny wykonane są z włókien poliamidu. Włókna te są bardzo wytrzymałe, ale warto im czasem dać odpocząć. Podczas wspinaczki stosuj zamiennie oba końce. Dzięki temu lina będzie się starzeć jednakowo na obu. Warto również po każdej wspinaczce z większym lotem użyć końca, który nie był jeszcze w użyciu. Po solidnym odpadnięciu włókna liny potrzebują odpocząć, żeby znów mogły utrzymywać parametry wytrzymałości. Pamiętaj też o tym, że lina niszczy się bardziej na końcu. Jeśli zauważysz, że jest ona już zniszczona od brania bloków, przytnij (na gorąco) kilka zużytych metrów liny. Skrócenie jest znacznie rozsądniejszym zabiegiem niż użytkowanie wysłużonych odcinków.

Nie ma bonusów za odpadnięcia. Sport, w którym liczą się loty z wykorzystaniem liny nazywa się bungee jumping a nie wspinaczka. Unikaj więc porządnych lotów, szczególnie tych z większym współczynnikiem odpadnięcia. Jeden taki lot może zaszkodzić linie, a także tobie.

Dobrze się z nią prowadź. Podczas wspinania warto prowadzić linę tak, żeby nie była prowadzona przez ostre krawędzie, błoto, a także żeby nie była narażona o zbyt duże tarcie o skałę. Wszystkie te czynniki niszczą oplot liny i doprowadzają do zmniejszenia bezpieczeństwa. Starannie zakładaj przeloty. Tam, gdzie istnieje potrzeba przedłużenia przelotu, wpinaj dłuższy ekspres wspinaczkowy.

To nie ryby – unikaj wędkowania. Wspinaczka na wędkę bardzo uszkadza liny. Z badań przeprowadzonych przez firmę Edelrid wynika, że wspin na wędkę uszkadza liny dziesięciokrotnie szybciej niż prowadzenie. Lepiej dobierać trudności tak, żeby je prowadzić a nie przechodzić TR. Będzie to lepsze nie tylko dla twojej liny, ale też dla twojego wspinaczkowego stylu i formy.

pit schubert cytat

Jak czyścić linę wspinaczkową

skywash skylotecNawet jeśli troszczysz się o linę najlepiej na świecie, w końcu przyjdzie czas żeby ją wyczyścić. Po treningach linę wspinaczkową można czyścić przez przeciąganie jej przez wilgotną szmatkę. Od czasu do czasu lina zasługuje jednak na kąpiel. Linę można prać ręcznie w wannie albo prysznicu. Zanim to zrobisz wypłucz wannę, żeby zmyć wszelkie mocniejsze detergenty. Liny wspinaczkowe można prać w letniej wodzie bez używania detergentów. Maksymalna temperatura wody może wynieść 40°C. Do czyszczenia liny można ewentualnie użyć delikatnego mydła, ale jeśli sama woda to zbyt mało, najlepszym sposobem będzie użycie specjalnego płynu do prania lin. Skywash marki Skylotec lub płyn Rope Cleaner czeskiego Tendona to przykłady tego typu preparatów.

Linę można wyprać również w pralce. Jeśli decydujesz się na ten krok, najpierw wypłucz pralkę kilkukrotnie, żeby nie było w niej żadnych detergentów. Pamiętaj, że płyny do płukania stosowane przy praniu odzieży są silnymi detergentami, które wpływają na włókna. Na pewno nie warto liny wirować – ze względu na włókna i ze względu na to, że pralka mogłaby tego po prostu nie wytrzymać.

Nie musisz używać pralki, nawet jeśli lina jest mocno zabrudzona. Zamiast automatu można użyć szczoteczki z włókien syntetycznych. Wygodnym rozwiązaniem jest używanie specjalnej, spiralnej szczotki do mycia lin. To patent na szybsze i skuteczniejsze pozbycie się z liny całego brudu. Po wypraniu linę należy wypłukać kilkukrotnie, aż woda będzie klarowna.

Jak suszyć linę wspinaczkową

Nie wystarczy wiedzieć jak prać linę wspinaczkową. Warto również wiedzieć jak linę wspinaczkową wysuszyć. Żeby linę dobrze wysuszyć potrzebujesz trochę czasu. Jeśli w piątek wybierasz się w skały, zapomnij o myciu liny w czwartek wieczorem. Lina nasiąka mocno wodą, a nie wysuszona lina to większa waga, a tym samym gorsze parametry. Podniesienie masy liny tylko o 5% prowadzić może do obniżenia parametru liczby odpadnięć nawet o 30%.

Linę trzeba suszyć w suchym, najlepiej przewiewnym i zacienionym miejscu. Tuż po praniu można przeciągnąć linę przez suchą szmatkę lub ręcznik. W ten sposób usuniesz nieco wody. Następnie rozłóż linę w odpowiednim miejscu. Pod żadnym pozorem nie susz jej suszarką, nie rozkładaj na słońcu i nie przytulaj do grzejnika. Duża temperatura i promieniowanie UV niszczą włókna.

Jak przechowywać linę

Linę należy przechowywać w suchym i ciemnym miejscu. Najlepiej żeby była ona przechowywana zwinięta, ale nie były na niej związane żadne węzły. Warto pamiętać, żeby było to miejsce wolne od kontaktu z substancjami, które szkodzą linie. Włókna liny wrażliwe są na działanie promieniowania ultrafioletowego, opary, kwas siarkowy i amoniak. Warto pamiętać o tym również w trakcie transportowania liny. Często wspinacze wożą liny w bagażnikach aut. W środowisku wspinaczkowym znany jest wypadek z uszkodzeniem liny przez płyn z akumulatora. Warto jednak powiedzieć, że badania prowadzone przez Pita Schuberta nie wykazały wpływu benzyny i oleju napędowego na wytrzymałość liny. Najprawdopodobniej włókna liny nie niszczą się, ale raczej nie próbuj tego sprawdzać.

pit schubert cytat

Jak długo można używać liny wspinaczkowej

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób lina jest eksploatowana. Warto wspomnieć, że liny nowe i magazynowane w odpowiednich warunkach, przez okres do 5 lat nie tracą wcale wytrzymałości. Linę należy obserwować i nie przedłużać w nieskończoność decyzji o jej wycofaniu. Zaleca się by sprawdzać często stan liny, nawet poddawać linę inspekcji specjalistów co 12 miesięcy. Liny tracą właściwości najbardziej w skutek:

zjazdów i opuszczania (obniżenie parametrów dynamiczności)

przecierania się oplotu chroniącego rdzeń

brudu niszczącego włókna

dynamicznych obciążeń (odpadnięć); szczególnie tych o współczynniku odpadnięcia >1

wykorzystania w ekstremalnych warunkach klimatycznych

intensywnego działania promieniowania UV.

Kondycja liny zależna jest również od tego jak często jest użytkowana i jak wiele metrów pokonuje ona za wspinaczem i podczas opuszczania. Dokładnie obserwuj swoją linę wspinaczkową i kiedy znajdziesz niepokojące sygnały pomyśl o wycofaniu jej z użycia.

Dociekliwych mogę odesłać do ciekawych analiz, które można znaleźć w katalogu Tendona. Strona 48 i 49 pokazuje ciekawy przykład badania przeprowadzonego przez Komisję Bezpieczeństwa DAV.

 

Kończąc tych kilka słów zachęcam także do sięgnięcia po tom pierwszy “Bezpieczeństwa i ryzyka w skale i lodzie” i przeczytania rozdziału: Czy liny mogą się jeszcze zrywać?. To prawdziwa kopalnia wiedzy i zbiór śmiertelnie ważnych przykładów, które pozwalają zwracać uwagę na najważniejsze kwestie bezpiecznego obchodzenia się ze wspinaczkową liną.

Koszule flanelowe wracają na szlak

Koszule flanelowe wracają na szlak

Nie zdziw się, jeśli na szlaku coraz częściej zaczniesz spotykać flanelowe koszule. Jeśli zobaczysz kogoś w oldschoolowo wyglądającej, zapinanej na guziki koszuli to – w zależności od wieku turysty – nie musi być to ani hipster, który wyrwał się z miasta, ani turysta, którego ubiór w góry mocno trąci myszką. Flanela właśnie wraca na szlak i jest to jeden z trendów tegorocznej, outdoorowej jesieni.

Każdy zna jakąś flanelową koszulę

Trudno znaleźć osobę, która nie nosiła flanelowej koszuli. Wiele osób z pewnością przypomina sobie, że tego typu koszule były kiedyś podstawowym elementem wyposażenia turysty. Polarowe bluzy pojawiły się znacznie później. Czasy, w których na bawełniany t-shirt zakładało się flanelową koszulę wprawdzie minęły, ale myli się ten, kto uważa, że mokry i wyziębiający kompres był przede wszystkim winą flaneli, a nie bawełnianej koszulki, która magazynowana wilgoć przy ciele.

Prawda jest taka, że flanela od zawsze stanowiła dobrą warstwę izolującą od chłodu. Wiedzieli o tym nasi dziadkowie, a wcześniej – dawno, dawno temu – wiedzieli o tym także Walijczycy. To właśnie oni rozpoczęli fascynującą historię kultowego materiału, który nie traci popularności aż do dzisiaj.

Co to jest flanela

Już w XVI w. w Walii opracowano metodę wytwarzania materiału, który dał początek flaneli. Wyobraź sobie walijska zimę, a zobaczysz pewnie chłód i przesycone wilgocią powietrze. Jeśli udało ci się to dobrze zwizualizować, to już pewnie nie dziwisz się, dlaczego ludność walijska poszukiwała materiału cieplejszego, przyjemniejszego dla skóry, a przy tym bardzo wytrzymałego, który mógłby zastąpić wełnę.

Taka jest bowiem flanela, czyli lekka i miękka odmiana tkaniny bawełnianej lub wełnianej, którą drapie się lub szczotkuje dla uzyskania pożądanych właściwości. Właśnie w taki sposób uzyskuje się tzw. tkaninę czesankową, w której podnosi się na powierzchnię materiału wierzchołki włókien.

Jak flanela zrobiła karierę

Długie i ciekawe są dzieje flaneli od najstarszych czasów, przez czasy dzikiego zachodu, industrializacji i kontrkultury. Flanelowa koszula od zawsze kojarzy się z wolnością i siłą. Być może może także z tego powodu, tak dobrze jest jest jej dziś w katalogach outdoorowych marek. Nie chcę jednak uprzedzać faktów. Wróćmy do właściwej opowieści.

Najlepsze kariery robi się w Stanach. Świadczy o tym również historia flanelowej koszuli. Twierdzi się, że flanela dotarła za ocean w czasach uprzemysłowienia. Znasz to pewnie z westernów. Układanie kilometrów nowych torów wymaga długotrwałej pracy, siły ludzkich rąk i odzieży, która mogłaby to wytrzymać. Kto jak nie flanela mógł temu sprostać. Jeśli zastanawiasz się czemu flanelowa stylówka kojarzy ci się z robotnikami, to skojarzeń nie szukaj w czasach strajków w stoczni, ale w czasach rewolwerowców, bladych twarzy i indiańskich wodzów.

Od czasów amerykańskich pionierów, aż po lata ‘50 XX w., kraciasta flanela zakorzeniła się w kulturze jako odzież ciężko pracującego mężczyzny. Stąd właśnie wziął się wizerunek faceta we flanelowej koszuli, który uosabia męskość i siłę. Nieprawdą jest jednak, jak można by przypuszczać, że krata to jedynie symbol gościa, który przynajmniej z wyglądu przypomina silnego drwala.

Wczesne lata ‘90 XX w. to przecież mocny związek flanelowej koszuli z kulturą grunge. W modzie zaowocował on swobodą łączenia stylów, materiałów i kolorów. Pełen buntu i nonszalancji styl wziął się z podglądania ikon, takich choćby jak członkowie zespołów Nirvana czy Pearl Jam. To właśnie tacy ludzie wpłynęli na trend, w którym zbyt duża koszula flanelowa w kratę, staje się rozpoznawczym znakiem nieprzystosowania do mainstreamu, a tym samym manifestacją wolności i oryginalności.

koszule flanelowe

Flanela wraca do outdooru

Dawniej flanela była niemal koniecznością. Kiedy robiło się naprawdę chłodno, trudno było o cieplejszy i przyjemniejszy materiał. Wełniane swetry gryzły i były sztywne. Koniec ery flaneli w górach przypadł na lata, gdy polarowe bluzy stały się łatwiej dostępne.

Obraz powracającej w modzie outdoor flaneli będzie jednak zakłamany, gdy weźmie się tylko pod uwagę historię o samotnej chatce na skraju lasu i lumberseksualnym drwalu, który lepiej wygląda niż rąbie siekierą.

drwal

Kiedy nosić flanelową koszulę

O flanelowych koszulach i outdoorze lepiej pomyśleć w bardziej funkcjonalny, a mniej lifestylowy sposób. Flanelowe koszule outdoorowych marek to dziś odzież doskonała do podróżowania i wypoczynku w terenie. Z pewnością na szybki trekking znajdzie się lepsza odzież niż koszula flanelowa, ale jest dużo outdoorowych okazji, by założyć koszulę z flaneli, cieszyć się jej ciepłem, delikatnością materiału i jego odpornością mechaniczną. Z obserwacji zachodniego rynku outdoor można wyciągnąć wnioski, że flanela świetnie nadaje się na spacer, mniej forsowną wycieczkę, podróżowanie i wypoczynek w stylu vanlife, czy do aktywności, jaką jest wędkarstwo muchowe (fly fishing). Nie tak dawno dowiedziałem się, że ten ostatni model outdooru jest bardzo popularny na Sanie, a Polacy w Europie to niekwestionowani mistrzowie posługiwania się muchówką.

Po czym poznać outdoorową flanelę

O użyteczności flaneli przekonani są projektanci największych outdoorowych brandów. Od 2016 roku Marmot, ale nie tylko ta firma, włącza do swej kolekcji flanelowe koszule do zastosowań outdoorowych. Stylowa i multifunkcjonalna odzież dla kobiet i mężczyzn powstaje przy zastosowaniu nowych technologii. Dla lepszego zarządzania wilgocią powstającą przy ciele, Marmot do bawełny dodaje syntetyczne włókna Coolmax®. Dzięki nim można nie tylko cieszyć się izolacyjnymi właściwościami flanelowej koszuli i komfortem, jakiego może dostarczać ona każdego dnia, lecz także korzystać z szybszego odprowadzania pary do zewnętrznych materiałów. Doskonałymi przykładami tego typu koszul są modele Anderson Flannel LS i Jasper Flannel LS dla mężczyzn oraz model Bridget Flannel LS dla kobiet.

 

Koszule flanelowe Marmot to tylko jeden z przykładów, który zresztą zainspirował mnie do szperania w ciekawej historii flaneli. W katalogach innych marek można bez trudu znaleźć koszule, które materiałem i wzorem nawiązują do flanelowej mody. Nie ma wątpliwości, że tej jesieni flanelowa koszula to jeden z najmodniejszych, a do tego całkiem funkcjonalnych trendów.

Sławek Nosal, redaktor skalnik.pl

Fire-Maple z bliska. Test kuchenki FMS-116T

Fire-Maple z bliska. Test kuchenki FMS-116T

Wiele osób zastanawia się czy warto kupić produkty marki Fire-Maple, czy lepiej sięgnąć głębiej do kieszeni i zaopatrzyć się w kuchenkę z bardziej renomowanym logo. Warto tej azjatyckiej marce przyjrzeć się nieco bliżej, a także zobaczyć, jak w terenowym teście wypadła kuchenka FMS-116T. 

Chińska jakość…

Może nawet uśmiechniesz się czytając te słowa, ale na początek wypada napisać kilka słów o “chińskiej jakości”. Nie będzie pewnie przesadą stwierdzić, że marka Fire-Maple nie jest jeszcze znakiem rozpoznawalnym bardzo szeroko wśród klientów sklepów outdoorowych. Logo producenta ani nazwa nie elektryzują outdoorowych pasjonatów. Kto jednak z bliska przygląda się produktom najsłynniejszych marek, ten wie, że największe marki outdoorowe produkują często na azjatyckich rynkach. Wybierając produkt bardziej znanej marki wybierasz często przysłowiową chińszczyznę.

Fire-Maple – co to za marka?

Fire-Maple to chińska firma, która od wielu lat specjalizuje się w produkowaniu kuchenek turystycznych, lamp gazowych i naczyń turystycznych. Można powiedzieć, że motto firmy – “Your mobile kitchen” – to formuła, która w najprostszych słowach obrazuje asortyment tego producenta. Fire-Maple posiada dwie marki własne (Fire-Maple oraz Black Deer). Będąc jednak jednym z najprężniej działających azjatyckich producentów sprzętu kempingowego, marka od lat wytwarza wyroby dla innych firm, które z własnym brandingiem sprzedają kuchenki turystyczne i wyposażenie do obozowania w terenie. Jeśli zobaczysz łudzące podobieństwo między kuchenką Fire-Maple a inną kuchenką renomowanej marki, to zachodzi duże prawdopodobieństwo, że oba modele przyszły na świat na jednej produkcyjnej taśmie. Bliźniacze modele to często wynik produkcyjnej ekonomii, a nie kradzieży pomysłów, technologii i patentów.

Czy warto kupić Fire-Maple?

logo fire-mapleNie mam zamiaru dać jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy kupić kuchenkę Fire-Maple. Zakup i tak będzie uzależniony od twoich potrzeb, doświadczeń z innymi produktami, przekonań i wreszcie zasobnością portfela. Chętnie podzielę się jednak własnymi spostrzeżeniami i przybliżę swój punkt widzenia. Dziś wystarczy zrobić krótki research, żeby znaleźć odpowiedź, jakie w internecie krążą o Fire-Maple opinie. W ostatniej części tego tekstu znajdziesz test kuchenki FMS-116T, który może pomoże ci wyrobić sobie zdanie. Terenowe testowanie to w outdoorze przecież najlepsze dowodzenie. Warto jednak mieć świadomość, że Fire-Maple wciąż dopracowuje swoje produkty. Od pewnego czasu widać mocniej, że Fire-Maple to marka coraz częściej dostrzegana w branży. Nagrody i wyróżnienia na branżowych targach dla kuchenki FMS-300T i tytanowego czajnika Panna to pierwszy dowód na wzrost jakości produktów tej marki. Drugim przykładem może być chęć pozyskania feedback-u, o który proszą dystrybutorów producenci z kraju za Wielkim Murem. W Skalniku zdarzało nam się odpowiadać na pytania chińskich partnerów, co jeszcze mogliby dopracować w swoim sprzęcie. Zdaje się, że produkcja pod własnym logo sprawiła, że Fire-Maple chce dostarczać produkty nie tylko w dobrej cenie, ale również w coraz to lepszej jakości.

Rodzina kuchenek Fire-Maple

Kolekcja kuchenek Fire-Maple jest całkiem pokaźna. Chiński brand produkuje zarówno kuchenki nakręcane, wolnostojące palniki z wężykiem doprowadzającym gaz z kartusza, a nawet kuchenki na biomasę. Producent stworzył również serię systemów do gotowania, które wzorowane są na popularnym systemie, jaki wymyśliła marka Jetboil. To jaką kuchenkę Fire-Maple warto wybrać zależy od tego, w jakich warunkach chce się gotować i jakie są najbardziej pożądane cechy kuchenki.

kuchenka fms-300tKuchenki nakręcane

Nakręcane palniki na kartusz gazowy to chyba najlepszy wybór dla weekendowych turystów, a nawet trekkersów wybierających się na dłuższe wędrówki. Mała waga, małe rozmiary i szybkość składania całego zestawu mają tu decydujące znaczenie. W tym segmencie podstawowym modelem są kuchenki FMS-102 i FMS-103. Na szczególną uwagę zasługują również FMS-116T i FMS-300T. O modelu FMS-116T dowiesz się więcej z testu. Teraz warto wspomnieć, że FMS-300T to “kuchnia turystyczna” prawdziwie kieszonkowych rozmiarów. Jest to jeden z najmniejszych i najlżejszych palników dostępnych na rynku.

Kuchenki nakręcane na kartusze sprawdzą się na kilkudniowych wypadach, które nie wiążą się z gotowaniem w ekstremalnie niskich temperaturach. Wszystkie kuchenki działają podobnie, ale różnią się w gabarytach i detalach. Pamiętaj, że warto dobrać odpowiedni model do wielkości swoich naczyń turystycznych.

Kuchenki wolnostojące

kuchenka fms-118 Ten typ powinny wybrać osoby, które wyruszają na przygody w ekstremalnych warunkach i decydują się na kuchenkę zasilaną gazem. Wolnostojący palnik, na przykład FMS-118, oferuje stabilność. Stawia się go nisko na ziemi, więc łatwiej osłonić z nim płomień przed wiejącym wiatrem. Co ważne, kartusz przyłączany jest do palnika za pomocą wężyka. Dzięki temu kartusz gazowy można odwrócić, a to jedyny skuteczny sposób na dobry przepływ paliwa w niskiej temperaturze. Ten patent pomyślnie przetestowany został z kuchenką FMS-118 choćby na wyprawie, której celem było zdobycie Mount Everest.

kuchenka fms-x3Kuchenki serii X, czyli tańsza wersja jetboila

FMS-X1, FMS-X2 i FMS-X3 to seria podobnych do siebie produktów, niejako wzorowanych na słynnych jetboilach. Zestaw tego typu składa się z palnika wyposażonego w osłonę przeciwwietrzną oraz garnka z radiatorem. Konstrukcja pozwala skrócić czas gotowania i efektywniej wykorzystywać paliwo. Z systemem łatwiej gotuje się w trudniejszych warunkach, ale warto pamiętać, że kuchenki tego typu najlepiej wykorzystuje się z dedykowanymi do nich naczyniami. Można w nich szybko zagotować wrzątek na herbatę lub do zalania liofa. Specjalna przejściówka dołączona do zestawu pozwala używać kuchenkę z innymi naczyniami, jednak wówczas płomień nie jest tak dobrze chroniony i efektywność kuchenki może być niższa. Seria X wybierana jest często przez wspinaczy, turystów i podróżników, którym zależy na szybkim gotowaniu i oszczędnym wykorzystaniu gazu. Systemy Fire-Maple mogą konkurować z innymi atrakcyjną ceną. Kilka wrażeń z użytkowania kuchenki z tej serii znaleźć można na blogu Szukając Przygody. http://szukajacprzygody.pl/fire-maple-fms-x1-tania-wersja-jetboil/

Kuchenka ekologiczna

kuchenka green mountainJeszcze innym rozwiązaniem jest kuchenka Green Mountain. Ten model Fire-Maple wpisuje się w popularny ostatnio trend ekologicznego gotowania, w którym nie wykorzystuje się paliw kopalnych. Kuchenka hula dzięki spalaniu biomasy w postaci patyków, szyszek, igliwia. Można z nią gotować na tym, co aktualnie jest pod ręką. Jeśli nie liczysz wagi, nie przywiązujesz największej uwagi do gabarytów i nie wybierasz się w wysokie góry, gdzie znajdziesz tylko śnieg i kamienie, to może Green Mountain jest dobrym rozwiązaniem, z którym zyskasz przenośne palenisko.

Mój wybór – FMS-116T

Na trekkingowy wypad po gruzińskim Kaukazie zdecydowałem się zabrać coś mniejszego. Interesowała mnie kuchenka o mniejszych gabarytach, ale duża na tyle, żeby stabilnie utrzymać menażkę do 1 litra pojemności. Zależało mi na kuchence do gotowania wody potrzebnej do zalania liofilizatów, zrobienia kawy lub herbaty, upichcenia prostego dania (np. ugotowania kaszy jaglanej, do której dodaje się kilka smakołyków). Wybór padł na kuchenkę FMS-116T, która nie była zbyt kieszonkowa (jak model FMS-300T). Liczyły się również takie parametry jak waga, trwałość i przyzwoita moc.

Kuchenka Fire-Maple FMS-116T to znany już model, który produkowany jest od 2008 roku. W tamtym czasie był to jeden z najlżejszych (tylko 48 g) i najbardziej kompaktowych palników nakręcanych na kartusz. Kuchenka wykonana jest z wytrzymałego i lekkiego tytanu. Producent dostarcza ją w plastikowym pokrowcu, który doskonale chroni ją w trakcie transportowania.

Test kuchenki FMS-116T

Zestaw testowy

Kuchenkę testowałem podczas dłuższych i krótszych okazji. Dwutygodniowy wyjazd trekkingowy w rejon Kazbeku i Uszby był dla niej najdłuższym testem. Oprócz tego stosowałem ją na weekendowych wypadach wspinaczkowych oraz na jednodniowych wycieczkach w polskie góry. Kuchenkę stosowałem z dwoma rodzajami kartuszów gazowych: Coleman Performance C300 (240 g) oraz Powersource marki GoSystem (100 g). Do gotowania wrzątku wybrałem najprostszą aluminiową menażkę One Person czeskiej marki ALB.

Ogólne wrażenia

Do kuchenki nie mam żadnych poważniejszych zastrzeżeń. Dwutygodniowy wyjazd do Gruzji, gdzie hulała po kilka razy dziennie, zaliczyła wręcz wzorowo. Zgasła na wietrze tylko raz i raz sprawiła psikusa przy odpaleniu. Pierwsza sytuacja miała miejsce na biwaku pod klasztorem Cminda Sameba. Kuchenkę zostawiłem prawie nieosłoniętą, postawioną w pewnej odległości za namiotem) i narażoną na całkiem niezłe, wieczorne podmuchy wiatru. Wiatr był na tyle silny, że w ten sierpniowy wieczór (po raz pierwszy i ostatni) musiałem wyjąć z plecaka lekką kurtkę puchową. Problem z odpaleniem wywołałem sam przez niedokręcenie kartusza do końca. Lekka poprawka i wszystko działało jak trzeba.

Około 6 czy 7 minut trzeba było czekać na zalanie liofa, czy też wrzątek na herbatę dla dwóch osób. Myślę, że to wynik całkiem przyzwoity i dla turysty zwyczajnie do przyjęcia. Na wspinaczkowych wypadach w skały lubię wypić dobrą kawę. Tu palnik zaskoczył mnie najbardziej. Mała włoska kawiarka w zestawie z FMS-116T to już tylko 4 minuty czekania na aromatyczną i mocną kawkę.

Jakość wykonania i odporność na terenowe warunki oceniam również bez zarzutu. Zdarzało się, że palnik pracował raz za razem. Nie oszczędzałem go z przyjaciółmi w skałach. Kawę robił co kilka minut, aż wszyscy zainteresowali się bardziej wspinaczką niż piciem kawy. Palnik przeżył również lot z rąk na skały pod lodowcem Gergeti. Nie zaobserwowałem w związku z tym żadnych uszkodzeń. Po kilkudziesięciu odpaleniach kuchenki zauważalne są tylko delikatnie odbarwienia metalu w okolicy zawiasów składanych wsporników pod naczynia oraz na podstawie okrągłego palnika. To wynik działania wysokiej temperatury, którą może wyzwolić kuchenka o deklarowanej przez producenta mocy na poziomie 2820 W. Ważnym atutem kuchenki jest szybki czas jej stygnięcia. Po zgaszeniu płomienia palnik stygnie w kilka minut. Dzięki temu, na trekkingu, po kilku chwilach od zakręcenia zaworu, można znów wyruszać w dalszą drogę.

Atutem kuchenki FMS-116T są kompaktowe rozmiary.

Trochę szczegółów

Warto rzucić okiem na bardziej szczegółowe testy. W tabelce zamieściłem kilka parametrów, które obrazują, jak kuchenka radziła sobie w terenie. Uprzedzam, że wyniki zależą od kilku czynników. Wśród nich znaczenie miały na pewno te, których nie mierzyłem, a był to czynniki takie choćby jak siła wiatru i temperatura wody używanej do gotowania. Z rożnym skutkiem udawało się również osłaniać kuchenkę od wiatru, czasem z tego zabezpieczenia rezygnowałem zupełnie (dla testu lub z powodu ledwie wyczuwalnych podmuchów).

Tuż przy Lodowcu Gergeti. Około 3000 m n.p.m., słońce i silny wiatr. 7:30 min. do zalania liofa dla 2 osób.

Potrzebny jest komentarz do tabeli. Prób i pomiarów zrobiłem oczywiście znacznie więcej. Zamieszczenie wszystkich zmieniłoby ten wpis w śmiertelnie nudną i nie do przebrnięcia wyliczankę. Tabela zbiera kilka wyników, które dają reprezentatywny ogląd tego, jak palnik radził sobie w akcji. Wynik na poziomie bliskim 6:13-6:30 to standardowy czas dla zagotowania wody o pojemności 500-600 ml. Zagotowanie wrzątku na dwa liofilizowane dania lub danie podwójne zajmuje tylko minutę dłużej. Wynik na pewno można poprawić przy zastosowaniu garnka z radiatorem, bądź wykorzystaniu naczyń o lepszej przewodności cieplnej niż aluminiowa menażka. Na potrzeby testów celowo zrezygnowałem z tego typu “gadżetów”.

CZAS POJEMNOŚĆ WYSOKOŚĆ Powietrze °C GAZ UWAGI
15:40 750 ml 2175 17°C Coleman zimna woda ze śródełka, mocny wiatr, nieosłonieta kuchenka
7:30 750 ml 3000 19°C Coleman osłonięta kuchenka, woda z butelki
7:28 650 ml 1800 26°C Coleman wiatr, kuchenka osłonięta częściowo, woda z butelki
6:19 500 ml 450 28°C Coleman lekki wiatr, woda z kranu
6:13 500 ml 700 21°C Go System lekki wiatr, nieosłonieta kuchenka, woda z butelki
6:21 600 ml 538 20°C Go System lekki wiatr, nieosłonięta kuchenka, woda z butelki

Rekordy

Niechlubny rekord 15:40 osiągnięty został testowo przy dużym wietrze, sporej pojemności i bardzo zimnej wodzie ze źródełka. Dla równowagi mam coś, co powinno pomóc uwierzyć w moc tej tytanowej kuchenki Fire-Maple. Kuchenka postawiona na kuchennym stole – przy wykorzystaniu tej samej menażki i 0,5 l wody w temperaturze pokojowej (powietrze 24°C) – zagotowała wodę na kartuszu GoSystem w 4:35 min. To jednak wynik przy zaworze ustawionym na dość ekonomicznym przepływie paliwa. Test powtórzony na pełnej mocy (w tych samych warunkach) pozwolił osiągnąć wynik na poziomie 3:54. Dodam tylko, że domowy Mastercook na palniku o podobnej średnicy i mocy rozkręconej na full, potrzebował na zagotowanie aż 8:51. Oczywiście są to palniki o innej mocy i z inną mieszanką gazu. Porównanie to jest jednak bardzo obrazowe i jasno kreśli, jak sporą moc może mieć tak mała kuchenka turystyczna Fire-Maple.

Nie chcę przekonywać, że FMS-116T to najlepsza kuchenka na świecie. Na pewno jest to jeden z lepszych małych palników turystycznych o takiej mocy, gabarytach, wadze i cenie. To model w sam raz do turystyczno-trekkingowych wypadów w pojedynkę lub we dwoje. Kilkadziesiąt sytuacji, w których z dużą satysfakcją korzystałem z kuchenki sprawiło, że dla palnika i stugramowego kartusza znajduję chętnie miejsce w najmniejszym plecaku. Nawet na jednodniowych wycieczkach.

Paweł Gibek

Paweł Gibek

Wiele osób przez lata szuka prawdziwej pasji. Paweł ma to szczęście, że już ją znalazł. Kocha góry i wszystko co z nimi związane. Dlatego stara się je odkrywać na każdy możliwy sposób. Chodzi, biega, wspina się, jeździ na rowerze, a zimą na nartach. Nie każda z tych aktywności wychodzi mu tak samo dobrze, ale z każdej czerpie przyjemność. W góry wyjeżdża zawsze kiedy może. A jeśli akurat nie może to o górach czyta albo pisze. Po pracy prowadzi stronę Górsko z propozycjami górskich wyjazdów, poradami i testami sprzętu.

 

Które spodnie Milo wybrać

Które spodnie Milo wybrać

Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, spodnie trekkingowe Milo to jeden z największych hitów mody na szlaku. Spodnie tej polskiej marki odzieży turystycznej i wspinaczkowej, zobaczyć można na szlakach we wszystkich polskich pasmach górskich. Noszą je zarówno turyści jak i wspinacze. Popularność spodni Milo sprawia, że coraz więcej osób zastanawia się nad ich zakupem. Jeśli jednak sklep górski nie jest tuż za progiem domu, nie da się łatwo przymierzyć i obejrzeć spodni, pozostaje zakup w sklepie internetowym. Jeśli musisz zdecydować na odległość, które spodnie Milo wybrać, to możesz mieć pod górkę, jeszcze zanim wyruszysz na wycieczkę. Szeroki wybór tylko utrudnia zadanie.

Obłożyłem się spodniami Milo, oglądam jakbym pierwszy raz widział je na oczy i piszę ten raport, który mam nadzieję ułatwi ci wybór. Często klienci pytają: czy dany model to spodnie Milo letnie czy zimowe; czy krój nadaje się do trekkingu, czy również posłuży jako spodnie do wspinaczki; czy zimą mogą to być spodnie na skitoury. Spróbuję udzielić kilku odpowiedzi.

Czym różnią się spodnie Milo w góry

Przede wszystkim warto zauważyć, że w swojej kolekcji ma Milo spodnie w góry i bawełniane spodnie wspinaczkowe. Te drugie są idealne na wypady w skały, do boulderingu i trenowania na ściankach wspinaczkowych. Tym razem skupię uwagę na pierwszym typie spodni, które w większości uszyte są z pewnej elastycznej i wytrzymałej tkaniny. Warto zaznaczyć, że spodnie górskie z tego materiału nadają się nie tylko na piesze wędrówki, lecz także mogą służyć na ferratach, czy podczas wspinania w górach.

Spodnie turystyczne Milo to całkiem sporo modeli, które można sklasyfikować zasadniczo na cztery grupy. Najważniejsze co je różni, to materiał stanowiący bazę dla odzieży. Największa część kolekcji spodni turystycznych tej marki, to spodnie uszyte z materiału Extendo. Żeby nie było zbyt łatwo, jest kilka odmian tej tkaniny i właśnie trudność wyboru rozbija się o niuanse dotyczące materiału.

Kolejne cechy różniące poszczególne modele dotyczą już kroju i zastosowanych rozwiązań. To właśnie drobiazgi sprawiają, że jakiś model można zastosować nie tylko do jednej aktywności. Warto dodać, że większość z modeli, które zaraz opiszę, produkowane są w wersji jako spodnie męskie i spodnie damskie.

Extendo – co to za materiał

Extendo to tkanina syntetyczna, która dzięki kilku właściwościom świetnie nadaje się do zastosowania w odzieży outdoorowej. Powstaje ona z połączenia włókien nylonu i elastanu, które to zapewniają wytrzymałość i elastyczność. Extendo odporne jest na uszkodzenia mechaniczne i trwale zachowuje właściwości. Byle zaczepienie o skałę czy gałęzie nie zaszkodzi łatwo spodniom. Materiał ten dobrze chroni przed wiatrem i sprawdza się jako bariera dla przelotnych opadów.

Nie pomyśl, że są to informacje przepisane z katalogu marki. Łatwo je zweryfikować pytając znajomych o wrażenia. Bardzo możliwe, że znasz kogoś, kto właśnie w takich spodniach chodzi po górach. Popytaj. Wśród moich znajomych jest mnóstwo osób, które mają w szafie sztany Milo. Większość zakłada je w góry, ale są i tacy, którzy na co dzień nie mogą się z nimi rozstać. Znajomy używa ich prawie codziennie do prac na wysokościach. Miał dość roboczych portek, które krępowały mu ruchy.

Uniwersalne spodnie Milo

Najwięcej modeli to spodnie trekkingowe Milo z materiału Extendo 4-way Stretch. Można przyjąć, że jest to bazowa tkanina z rodziny Extendo. W konstrukcji spodni do tego materiału dodaje się często mocniejsze inserty wykonane w technologii ripstop. Extendo 4-way Stretch to tkanina typu softshell, która z zewnątrz jest gładka i gęsto tkana. Dzięki temu materiał dobrze wygląda i nie przepuszcza łatwo wiatru. Wewnętrzna strona tkaniny jest przyjemna dla skóry i mniej szorstka. Dobrze odprowadza wilgoć ze skóry i chroni ciało przed podrażnieniami. Najpopularniejsze modele – takie jak spodnie Brenta, Maloja, Vino, Tacul – uszyte są właśnie z tego, bazowego materiału. Można powiedzieć, że właśnie te spodnie to tzw. modele czterosezonowe, czyli takie, które będzie można użyć we wszystkie pory roku. Nie oznacza to jednak, że będą to spodnie, w których uzyskasz zawsze taki sam poziom komfortu. Upalnym latem, w trakcie aktywności, może być w nich odrobinę za ciepło. Nie dotyczy to oczywiście wysokich partii gór, gdzie jest zawsze znacznie chłodniej. Zimą, pod spodnie tego typu przyda się bielizna termiczna. Czas na kilka zbliżeń do konkretnych modeli.

spodnie milo brenta Spodnie Milo Brenta to wybór wielu turystów, którzy potrzebują spodni do aktywności w górach przez cały rok. Tak się składa, że to także mój wybór, do którego zachęciło mnie kilka detali. Design spodni jest typowo techniczny za sprawą wzmocnień z tkaniną rip-stop. Spodnie są wzmocnione gdzie trzeba: z tyłu, na kolanach i po wewnętrznych stronach nogawek. Tym, co przekonało mnie całkiem do ich zakupu, były rozpinane i regulowane w obwodzie nogawki. Dzięki nim mogę zwęzić nogawkę, czego potrzebuję zakładając na stopy buty wspinaczkowe, a także rozpiąć zimą nogawki i założyć je na narciarskie buty, kiedy wybieram się na skitourową wycieczkę. Brenty nie pozbawione są wad i warto na nie uważać. Techniczny krój spodni naraża twój wizerunek na łatkę profesjonalisty, przewodnika, goprowca. Jeśli jeszcze wybierasz spodnie w kolorze czerwonym, spodziewaj się poważnych pytań na deptaku w Karpaczu i na Krupówkach. Ktoś może cię zapytać o drogę na okoliczny szczyt lub o warunki w górach, ale można się do tego przyzwyczaić. A tak na poważnie, Brenty to jeden z cięższych wagowo modeli, ale za to jeden z najbardziej praktycznych. Spodnie wyparły z katalogu kultowe spodnie Milo Nito – model, który po raz ostatni szyty był w 2011 r., a który nadal można spotkać na szlaku.

spodnie milo vinoNieco lżejsze i mniej zwracające uwagę górskim stylem są spodnie Milo Vino (męskie, damskie). To świetnie wyprofilowany model z przegubowymi kolanami i elastycznym materiałem, który nie krępuje ruchów. Model ma mniejszą wagę, dzięki konstrukcji pozbawionej kilku detali. Nogawki w tych spodniach nie są regulowane i nie da się ich rozpiąć. Nie musi być to wcale wada spodni Vino. Dla turystów, którzy ani nie potrzebują zwężać nogawek, żeby nie przydeptać ich podczas wspinania, ani nie chodzą w góry na narty skitourowe, to zupełnie zbędne rozwiązania. Vino marki Milo mają wszystko co potrzebne jest turystom, a nie mają tego co waży, a i tak nie jest używane.

spodnie milo taculJeśli wolisz jednak regulowane nogawki, ale cenisz sobie lekkość modelu to właściwe spodnie dla ciebie zwą się Milo Tacul (męskie, damskie). Ten model ma krój klasycznych spodni trekkingowych ze wzmocnieniami strategicznych partii. Wzmocnienia wykonane są w technologii rip-stop. Spodnie Tacul mają regulowane nogawki. Nie zastosowano tu ściągacza jak w modelu Brenta, ale trwały rzep, który szybko umożliwia dopasowanie obwodu. Spodnie Tacul to model, z którym wygląda się jak prawdziwy człowiek gór, a nosi się o 100 gramów mniej niż w pierwszych opisywanych spodniach.

spodnie milo malojaNa koniec serii z Extendo 4-way Stretch spodnie Milo Maloja. W tym przypadku można mówić o spodniach dla osób, które nie lubią się przegrzewać bądź potrzebują ograniczyć zabierany w trekking ubiór. Maloja to spodnie trekkingowe z odpinanymi nogawkami. Wydaje się, że to dobra propozycja dla osób, które wybierają się latem w wysokie góry. Na podejściu w pełnym słońcu można odpiąć nogawki i uzyskać wentylowanie, zaś wysoko w górach zapiąć nogawki i chronić w ten sposób całe nogi przed wiatrem czy chłodem. Szorty i spodnie trekkingowe z regulowaną nogawką w jednym – dla wielu turystów to strzał w dziesiątkę!

Extremalnie mocne spodnie

Drugą grupę spodni Milo stanowią spodnie ze wzmocnionej tkaniny. Materiał Extendo XT to wersja dla użytkowników, którzy wiedzą, że nie mają zamiaru oszczędzać swoich spodni podczas outdoorowych wyzwań, a potrzebują ubrania z lekkiej i technicznej tkaniny. Maksymalna wytrzymałość spodni na mechaniczne uszkodzenia, uzyskana została w tym materiale przez dodanie wzmocnień z niemal pancernego kevlaru. Ten typ spodni reprezentują dwa sztandarowe modele, które sprawdzą się latem i w przejściowych sezonach.

spodnie milo ateroMilo Atero (męskie, damskie) to prawie opancerzony model. We wszystkich tych miejscach, gdzie materiał może trzeć o siebie, lub gdzie może być narażony bardziej na rozcięcia i przetarcia, znajdują się w tych spodniach mocne inserty. Kolana, spora partia tyłu spodni, okolice kroku i nogawki zyskały w tych spodniach na wytrzymałości, dlatego jest to model gotowy na naprawdę intensywne użytkowanie. Te spodnie softshell posiadają regulowany ściągaczem obwód nogawki, który można również rozpinać na wysokość łydki. Atero to zatem również wszechstronny model, który można polecić dla osób oczekujących największej odporności od górskiej odzieży i lubią takie detale jak rozpinane i regulowane nogawki. Na pewno w tej grupie znajdą się wspinacze próbujący swych sił w górach albo miłośnicy via ferrat.

spodnie milo gabroInny model z tego materiału opancerzony jest w stylu light. Spodnie Milo Gabro (męskie, damskie) również posiadają kevlarowe wstawki. Super mocne inserty nie są jednak tak rozległe w tym modelu spodni górskich. Atutem modelu Gabro jest lekka konstrukcja spodni, w której oprócz wspomnianych wzmocnień, technicznego kroju i kilku kieszeni, nie ma detali zwiększjących wagę i zbytecznych na turystycznym szlaku. Gabro to po prostu imię lekkich spodni turystycznych o niebywałej wytrzymałości. Model można wykorzystać także do turystyki w cieplejszej części sezonu, bądź użyć na wspinaczce. Spodnie posiadają regulację obwodu nogawek, dzięki której każdą z nich można dopasować do różnych butów.

Wytrzymałość i większa izolacja

spodnie milo uttarW katalogu polskiej marki outdoorowej nie zabrakło cieplejszych spodni typu softshell. Od późnej jesieni aż do ustąpienia chłodów, sprawdzą się spodnie z materiału Extendo WT. Ta odmiana technicznej tkaniny, oprócz pożądanej w spodniach górskich elastyczności i wytrzymałości, może poszczycić się dodatkowymi właściwościami izolującymi i większą grubością. Z takiego właśnie materiału skroili projektanci spodnie Milo Uttar (męskie, damskie). Ta techniczna odzież posiada profilowany krój i wzmocnienia strategicznych miejsc tkaniną o splocie ripstop. Doskonale widać, że Uttar to model przystosowany do chłodnej części sezonu. Rozpinane mniej więcej na wysokość połowy łydki nogawki, pozwalają na dostęp do kołnierza wysokich butów trekkingowych lub alpinistycznych. Grubsze spodnie softshellowe tego typu to odzież, która przy wsparciu termoaktywnej bielizny sprawdzi się podczas mroźnych i śnieżnych przygód.

Ultralekkie spodnie Milo

Na zupełnie drugim biegunie lokują się ultralekkie modele. Spodnie Juuly i Nagev to odzież zaprojektowana na letnie wycieczki w góry. Modele, którym teraz poświęcę trochę miejsca, sprawdzą się nie tylko jako spodnie trekkingowe letnie, ale mogą być również odzieżą do podróżowania.

spodnie milo juulyZ lekkiej odmiany tkaniny Extendo LT uszyte są spodnie Milo Juuly (męskie, damskie). To kolejny z bestsellerowych modeli marki. Model ten nie narzuca się tak technicznym krojem i designem. Posiada dobrze wyprofilowaną partię kolan i luźniejszy krój, który wpływa dobrze na wentylowanie i motorykę. Kilka poręcznych kieszeni i regulowany obwód nogawek u dołu to jedyne elementy, wzbogacające ten model spodni przeznaczonych do trekkingu latem. Spodnie Juuly to również świetne spodnie na inne outdoorowe okazje, które niekoniecznie muszą być związane ze zdobywaniem szczytów. Ściągacze w nogawkach pozwalają na dopasowanie tych spodni na przykład do sandałów. Tego typu spodnie mogą uzupełnić outdoorową garderobę i być podstawowym modelem na cieplejszą część turystycznego sezonu. Latem chętnie używam podobnego modelu, który w trakcie upałów zapewnia dużo więcej komfortu niż spodnie Brenta. Szczególnie, gdy wędruje się po niższych górach.

spodnie milo nagevNa koniec jeszcze jeden sprzedażowy hit na letnią porę. Tym razem uszyty z innej tkaniny. Milo Nagev (męskie, damskie) to spodnie trekkingowe na lato, które wykonane są z materiału Suplex®. Jest to materiał syntetyczny znanej firmy Invista, który łączy w sobie wytrzymałość nylonu i miękkość, jaka jest cechą naturalnych włókien bawełnianych. Dzięki niemu spodnie Nagev nie są nadmiernie sztywne, a w kontakcie ze skórą po prostu bardzo komfortowe. Niska waga samego materiału sprawia, że wybór tego modelu to wybór wytrzymałych i szybkoschnący spodni, które ważą około 300 gramów. To prawie tyle, ile ważyłyby spodnie z Extendo 4-way Stretch w tym samym rozmiarze, ale z obciętą jedną nogawką. Waga takich spodni to spory atut dla kogoś, kto potrzebuje odzieży na wycieczki w słoneczną pogodę.

 

Ofertę turystycznych spodni Milo uzupełnia jeszcze kilka modeli. W sklepach górskich można znaleźć szorty Milo, spodnie wodoodporne oraz spodnie polarowe. Zrezygnowałem tu z ich opisania, ponieważ niemal jednoznacznie można określić ich przeznaczenie. Mam nadzieję, że z tą ściągą łatwiej będzie kupić na odległość odpowiedni model spodni Milo.

Przeglądy SOI. Dlaczego są konieczne

Przeglądy SOI. Dlaczego są konieczne

Okresowe kontrole sprzętu używanego w pracach na wysokościach to coraz bardziej popularny temat w wysokościówce. Wokół niego narasta wiele przesądów, a dyskusje na branżowych forach dzielą techników linowych na tych, którzy sądzą, że istnieje obowiązek okresowych kontroli SOI i tych, którzy twierdzą, że kontrole takie mogą wykonać samodzielnie. W tym tekście wyjaśniamy, czy trzeba kontrolować SOI i kto może wykonać kontrolę środków ochrony indywidualnej.

Powinniśmy wyjść od elementarnego, ale ważnego stwierdzenia. Sprzęt ochrony indywidualnej (SOI) to podstawowy system odpowiadający za bezpieczeństwo pracujących na wysokościach osób, więc w kwestii jego użytkowania nie można pozwalać sobie na żadne – nawet najmniejsze – kompromisy. Jako pracownik, czy też jako pracodawca, musisz być absolutnie pewny, że użytkowany sprzęt wart jest zaufania i nie zawiedzie, gdy ty lub ktoś z twoich pracowników go używa. Od SOI zależy życie i zdrowie, i to nie tylko tych osób, które pracują z jego wykorzystaniem, ale często również ludzi, którzy znajdują się w pobliżu prac wysokościowych.

Każdorazowe kontrole przed używaniem SOI to kwestia zdrowego rozsądku. Każdy kto używa lin, lonży, uprzęży i przyrządów powinien dokładnie przyglądać się swojemu sprzętowi i znać całą historię jego wykorzystania. Oprócz zdrowego rozsądku są jeszcze przepisy, rozporządzenia, normy i BHP-owcy, którzy coraz bardziej zwracają uwagę na sprzęt i jego dokumentację. Bez wątpienia wysokościówka profesjonalizuje się coraz bardziej. Widać to choćby po szkoleniach (IRATA, OTDL), realiach rynku (wystarczy przyjrzeć się ogłoszeniom firm poszukujących ludzi z konkretnymi uprawnieniami) i kolejnych praktykach, które stają się standardami (karty sprzętu, logbooki). Wszystko to sprawia, że praca na wysokościach staje się bezpieczniejsza, a prace bardziej profesjonalne. To chyba najważniejsza przesłanka, by zmiany takie zaakceptować i pogodzić się, że czasy alpinistów przemysłowych na ławeczkach samoróbkach przechodzą do historii tej profesji.

Czym jest SOI

Definicję sprzętu ochrony indywidualnej (SOI/ŚOI) określają stosowne rozporządzenia. Najpopularniejszą jest stwierdzenie, że jest to: „każde urządzenie lub przyrząd przewidziany do noszenia bądź trzymania przez osobę w celu ochrony przed jednym lub wieloma zagrożeniami zdrowia lub bezpieczeństwa”. W praktyce wysokościowej jest to wszystko to, co chroni przed upadkiem lub doznaniem uszczerbku na zdrowiu.

Tego typu sprzęt musi spełniać odpowiednie warunki. Żeby był dopuszczony do użytkowania i dystrybucji na terenie UE musi być zgodny z normami, a normy te muszą być nadzorowane, aby zapewniać ochronę użytkownikowi i osobom postronnym. Taki sprzęt oznaczony jest znakiem CE, który potwierdza jego przeznaczenie. Oznaczenie sprzętu tym symbolem wiąże się z pewnymi obowiązkami zarówno dla producentów, jak i dla dystrybutorów. W konsekwencji także wiąże użytkowników tego typu wyposażenia, którzy muszą korzystać z niego zgodnie z przeznaczeniem i instrukcją.

Kto odpowiada za stan SOI

Przepisy polskiego prawa nakładają na pracodawcę obowiązek zapewniania właściwych środków ochrony osobistej, minimalizowania ryzyka i eliminowania czynników, które narażają pracowników na utratę zdrowia lub życia. Nawet jeśli prowadzisz jednoosobową działalność – w której przecież dla siebie stajesz się pracodawcą – musisz dbać o bezpieczny sprzęt i warunki pracy.

Ponadto za stan SOI odpowiada każdy użytkownik tego sprzętu. Należyte dbanie o elementy wyposażenia i informowanie o zdarzeniach, które mogą mieć wpływ na SOI, należą do obowiązków osób podejmujących się prac wysokościowych.

przeglądy SOI

Kontrole okresowe SOI a prawo

Wśród osób pracujących na linach to gorący temat. W sprawach dotyczących SOI kwestię regulują przede wszystkim trzy akty:

– Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/425 z dnia 9.03.2016 r. w sprawie środków ochrony indywidualnej i uchylenia Dyrektywy Rady 89/686/EWG
-Rozporządzenie Ministra Gospodarki z dnia 21.12.2005 r. w sprawie zasadniczych wymagań dla środków ochrony indywidualnej
-Norma PN-EN 365

Sprzęt do ochrony indywidualnej sprzedawany i dopuszczony do użytku w pracach wysokościowych podlegają zawartym w nich przepisom. To właśnie na ich podstawie (szczególnie w zakresie normy i PN-EN 365 i instrukcji użytkowania, o których mowa w rozporządzeniach) SOI musi być okresowo kontrolowany przez odpowiednie osoby.

Co więcej, SOI, który ulega starzeniu się – na przykład taki, który wykorzystuje materiały tekstylne (lonże, absorbery, uprzęże) – musi zawierać datę produkcji, informacje o okresie użytkowania bądź wskazówki pozwalające użytkownikowi określić czas przydatności. W praktyce zazwyczaj oznacza to konieczność okresowej kontroli przynajmniej raz na 12 miesięcy.

Konieczność kontrolowania SOI jest również regulowana przez instrukcję dołączoną zawsze do produktu. Sprzęt musi być użytkowany zawsze w zgodzie z przeznaczeniem i zaleceniami producenta. Standardem zapisanym niemal w każdej instrukcji jest konieczność przeprowadzenia certyfikowanej kontroli przynajmniej raz w roku. Coraz częściej powszechną praktyką staje się także prowadzenie karty dla sprzętu SOI.

Kontrole okresowe a praktyka

Nie zawsze pracownicy wysokościowi i firmy zatrudniające techników linowych podchodzą z należytą powagą do okresowych kontroli SOI. Do lekceważenia tego obowiązku dochodzi również w branży budowlanej, gdzie świadomość zagrożeń pracy na wysokościach jest jeszcze mniejsza, niż u osób pracujących dostępem linowym. To błąd, bo cykliczny i profesjonalny przegląd przyrządów, uprzęży i lonży znacząco poprawia bezpieczeństwo pracujących na wysokościach osób. Coraz częściej dokumentacji z regularnych przeglądów pilnują inspektorzy BHP oraz inwestorzy, którym zależy na powierzaniu robót zespołom profesjonalistów. Wymagania okresowych przeglądów są również składową dobrych praktyk, o które troszczyć muszą się technicy linowi pracujący w systemach typu IRATA czy OTDL.

Bezpieczeństwo pracy powinno być podstawową motywacją do przeprowadzania kontroli sprzętu dla każdego, kto pracuje w warunkach zagrożonych upadkiem z wysokości. Kolejnym powodem powinny być istniejące regulacje prawne i zasady poprawnego używania SOI. Warto dodać, że brak okresowych badań przydatności sprzętu, w przypadku zaistnienia wypadku może skutkować odpowiedzialnością finansową i prawną.

przeglądy SOI

Kto może kontrolować SOI

Samodzielnie można kontrolować sprzęt jedynie przed każdym użyciem. Jako błędne należy przyjąć twierdzenie, że skoro nie istnieje „zawód” inspektora takiego sprzętu, to każdy, kto ma doświadczenie i wiedzę, wynikającą choćby z wieloletniej pracy, może okresowo sprawdzić sprzęt i dopuścić go do pracy. Osobą okresowo kontrolującą SOI może być jedynie ten, kto został przeszkolony przez producenta (lub jego przedstawiciela) w zakresie dokonywania tego typu kontroli. Właśnie z tego powodu kontrolerzy SOI uzyskują certyfikaty od konkretnych marek produkujących sprzęt do prac na wysokościach. Tylko w zakresie produktów danego producenta mogą oni sporządzać kontrole, dokumentować je i dopuszczać środki ochrony indywidualnej do dalszego wykorzystania. Zwracają na to uwagę sami producenci, a także reguluje tę sprawę obowiązująca pracowników wysokościowych norma PN-EN 365. Określa ona, że osobą kompetentną do oceny środków SOI chroniących przed upadkiem z wysokości jest jedynie: „osoba wykształcona w zakresie aktualnych wymagań dotyczących badań okresowych, zaleceń i instrukcji wydanych przez producenta”.

Jak powinna wyglądać kontrola SOI

Kontrola Sprzętu Ochrony Indywidualnej to proces niezwykle istotny dla bezpieczeństwa pracy. Z tego powodu musi być wykonana skrupulatnie, według pewnego schematu. Każda kontrola składa się z kilku etapów. Pierwszym jest sprawdzenie sprzętu pod kątem wad i stopnia zużycia. Drugim przygotowanie karty produktu lub jej prawidłowe wypełnienie. Trzeci etap to procedura wykonania testu sprawności danego przyrządu, łącznika, czy innych elementów poddawanych kontroli. Ostatnim etapem jest sporządzenie raportu z kontroli, który wiąże się z dopuszczeniem sprzętu do użycia lub jego wycofaniem. Sprzęt, który nie nadaje się do dalszego wykorzystania powinien być zniszczony tak, by nie mógł być już wykorzystany do pracy i stanowić zagrożenia.

Znalezienie certyfikowanego kontrolera sprzętu SOI jest dziś coraz łatwiejsze. Tego typu kontrole przeprowadzają liczne firmy. Sprzęt SOI można poddać kontroli także w Skalniku. W naszym zespole pracują kompetentne osoby, które posiadają odpowiednie certyfikaty do przeprowadzania kontroli sprzętu takich producentów jak: Petzl, Beal, Kong, Tendon, Singing Rock, Climbing Technology, Lanex. Ponadto oferujemy inne usługi: zakładanie kart produktu, oznaczanie lin, serwis wybranych elementów oraz ich konserwację. Doradzamy również w wyborze zgodnego z normami i kompatybilnego ze sobą wyposażenia SOI. Szczegóły znajdziesz tutaj.

Każdy może biegać po górach – wywiad z Natalią Tomasiak

Każdy może biegać po górach – wywiad z Natalią Tomasiak

Natalia Tomasiak jest jedną z najszybciej biegających po górach Polek. Pierwszy raz przebiegła półmaraton górski w 2014 r., zajmując od razu miejsce na pudle. Startuje i odnosi sukcesy w biegach ultra, skyrace i biegach alpejskich, jest reprezentantką Polski w biegach górskich. Na ostatnich Mistrzostwach Świata Skyrunning Ultra wybiegała IV miejsce. Już w swoim drugim sezonie biegowym zachwyciła pozycją w klasyfikacji generalnej kobiet Pucharu Świata Skyrunning Extreme (2016) zajmując V miejsce. Wygrała wiele krajowych i zagranicznych biegów o świetnej renomie. Jest zawodniczką Salomon Suunto Team i Team Petzl Polska.

 

Sezon biegowy w Polsce powoli będzie się kończyć. Chciałem Cię prosić o krótkie podsumowanie. Startowałaś w tym roku w wielu zawodach, które były dla Ciebie najtrudniejsze?

Ojejku. Takie najtrudniejsze… Czekaj, czekaj, myślę. Orobie (Gran Trail Orobie) chyba – ten najdłuższy dla mnie dystans. Tam biegłam siedemdziesiątkę, było ponad 5000 metrów przewyższenia. Jadąc na zawody mocno zastanawiałam się dlaczego w poprzednich latach dziewczyny, które były w czołówce, tak długo to biegły. Dystans 70 kilometrów po 11 godzin… byłam zdziwiona. Natomiast gdy zobaczyłam te szlaki i trasę, to zrozumiałam, że to było dość trudne. Ale dla mnie najtrudniejszym elementem tego biegu była pogoda. Nie jestem przyzwyczajona do biegania w upale, nie lubię biegać w upale, więc najtrudniej zniosłam temperaturę.

Ze względu na temperaturę, dystans, czas to był trudny bieg. A najtrudniejszy technicznie był tak naprawdę bieg w Norwegii – Stranda Fjord Trail Race.

Natalia Tomasiak

Natalia Tomasiak podczas rozmowy na Festiwalu w Lądku.

Angażujesz się też w tworzenie zawodów biegowych w rodzinnej Krynicy. Polecisz biegaczom jakieś inne zawody w Polsce, gdzie trasa jest rewelacyjna lub panuje wyjątkowa atmosfera?

Dla osób, które dopiero zaczynają albo chcą poszukać czegoś fajnego i dłuższego dla siebie, można polecić zawody z mega klimatem, zawody, na których po prostu świetnie jest być, czyli Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich. Tu jest naprawdę fajnie. Teraz przyjeżdżają tu już tysiące biegaczy, a impreza ta trwa przez cztery dni i ma swój klimat. Oprócz biegania można się tu spotkać z innymi biegaczami, pogadać, są koncerty, więc na pewno można polecić tę imprezę.

Coś fajnego, biegowego jeszcze… Mamy ciekawe zawody w Tatrach. Tatry zawsze “robią robotę”! Trasa sama z siebie to już zachęta. Oczywiście Krynicę darzę także sentymentem, bo z niej pochodzę. Zawsze będę ją promować (śmiech). Lubię też biegać po Gorcach.


Już za chwilę sezon skiturowy. Wiem, że jeździsz na skiturach i nawet startowałaś w zawodach skiturowych. Masz jakieś plany skiturowe, zawody, wypad na narty? Pamiętam, że swego czasu podobała Ci się skiturowo Gruzja.

Jeszcze bardziej spodobały mi się Góry Skaliste w Kanadzie, gdzie byłam już dwa razy wytrzepując ostatnie pieniądze ze skarbonki na każdy taki wyjazd. Jeśli chodzi o skitury to traktuję to totalnie dla zabawy. Nie przymierzam się do strasznie dużych startów, jeśli już to gdzieś w Polsce. To nie jest dla mnie docelowy sport i po prostu nie jestem w stanie czasowo godzić trenowania. Albo biegamy, albo trenujemy skitury. Przede wszystkim ze względu na pracę. Dla mnie w skiturach najfajniejsze są wycieczki, a zawody to jest dopiero ten drugi element. Jak wspomniałeś byłam w Gruzji, gdzie mi się mega podobało, byłam w Kanadzie, ale to właśnie są długie, fajne i techniczne wycieczki.

Wróćmy więc do tej najważniejszej dla Ciebie aktywności. Jak sądzisz, czy bieganie w górach jest dla każdego?

Tak! Oczywiście! Myślę, że dla każdego, ale trzeba mądrze zaczynać. Mam kilku zawodników, którym pomagam w treningu, mam osoby, które dopiero zaczynają, które w bieganie po górach dopiero wdrażam i mam osoby, które biegają już dość mocno. Zawsze jednak powtarzam, że zdrowe bieganie to nie jest to, że w pierwszym sezonie przebiegamy setkę czy jakiś ultramaraton. W zdrowe bieganie wprowadzamy nasz organizm, nasze ciało małymi krokami. Dlatego myślę, że można zaczynać w każdym wieku i każdy może biegać po górach. Tym bardziej, że z bieganiem po górach to nie jest – umówmy się – tak, że od razu trzeba zacząć biegać. Najpierw to są jakieś przebieżki, marszobiegi. Na początku to są wycieczki biegowe. Można zacząć od tego, że idziemy w góry, ale nie z wielkim plecakiem tylko lżejszym i staramy się pokonać trasę szybciej. I już mamy wycieczkę biegową, już zaczynamy biegać po górach!


Na koniec zapytam Cię o jakiś sprzętowy drobiazg, który w tym roku sprawdziłaś i w tym sezonie pomógł Ci na biegowych ścieżkach.

Jeśli chodzi o taki TOP-TOP produkt, to myślę, że będą to nowe buty Salomon S-Lab Ultra. Naprawdę są fantastyczne. Biega się w nich super. Buty mają miękką podeszwę. To jest mój ulubiony produkt, taki the best tego sezonu.

Oczywiście tych produktów byłoby kilka, jakby poszukać. Jeszcze może drugi produkt, który doceniłam, to jest mała czołówka Petzl Bindi. W Petzlu po prostu “zrobili robotę”, waży 35 gamów, ma 200 lumenów. Dla mnie po prostu mega bomba! Tak, więc te buty, które bardzo polubiłam – są fajne, są stabilne, są mega lekkie – i ta czołóweczka. To jest taki TOP-TOP na ten sezon.


Bardzo Ci dziękuję Natalia za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.

Więcej o Natalii Tomasiak: http://nataliatomasiak.pl
Rozmawiał: Sławek Nosal

festiwal górski lądekRozmowa została przeprowadzona podczas XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku-Zdroju, który trwał w dniach 20-23 września 2018 r. Festiwal lądecki jest jedną z największych polskich imprez integrujących środowisko ludzi gór. Festiwal to m.in. spotkania z najlepszymi alpinistami na świecie, konkurs filmów górskich i plebiscyt na najlepszą książkę górską ubiegłego roku. Podczas XXIII edycji na festiwalu odbyła się gala wręczenia Złotych Czekanów (Piolets d’Or) – najbardziej prestiżowego na świecie wyróżnienia alpinistycznego, które do tej pory przyznawane było w Chamonix.


Na drodze do realizacji celów, marzeń i sportowych wyzwań Natalię wspierają marki

The North Face – historia marki

The North Face – historia marki

Tak się składa, że kariera największych amerykańskich marek outdoor i historia ich twórców, to materiał na hollywoodzki scenariusz. Zazwyczaj to opowieść o garażu lub małym sklepiku, który z niechęcią – ale cóż począć – prowadzi jakiś dirtbag czyli gość, który najchętniej by się wspinał, a nie prowadził biznes.

Podobnie było ze znaną dziś na całym świecie marką The North Face. Dziś jest to brand, który kojarzy się ściśle z branżą outdoor, choć trzeba przyznać, że dawno też wyszedł poza granicę aktywnego stylu życia i stał się rozpoznawalną marką, funkcjonującą też w pewnym sensie na zasadach marek modowych. Nie od razu tak jednak było.

 

North Face, czyli od sklepiku po wielki brand

North Face – właśnie tak nazywał się sklepik narciarski i turystyczny, który w 1966 r. za pożyczone 5 tyś. dolarów zakładają Douglas Tompkins i Susie Russell. Już od samego początku twórcy jednej z największych marek outdoor przyjmują za swą filozofię hasło “Never stop exploring”. Warto dodać, że sama nazwa sklepiku, a potem marki, znaczy po prostu “północna ściana”. W świecie alpinistów z półkuli północnej globu to synonim ścian najtrudniejszych, najzimniejszych i najbardziej niedostępnych. Samo logo marki również mocno wiąże brand ze wspinaczkowymi początkami. Jest ono odwzorowaniem ściany El Capitan.

logo el cap tnf

Logotyp The North Face inspirowany jest monolitycznym granitowym masywem El Capitan. Dla wspinaczy to więcej niż góra, to historia wspiaczki skalnej (fot. kadr z filmu Valley Uprising)

 

Douglas Tompkins – twórca marki The North Face

To właśnie on, potomek osadników ze statku Myflower, uważany jest za ojca marki The North Face. Tompkins, choć należał do zamożnej rodziny, można rzec jednej z tych, która założyła Stany Zjednoczone, zawsze szedł pod prąd i wybierał własną drogę. Nigdy nie skończył college’u, bo za łamanie zasad wyleciał z elitarnej szkoły. Prowadzenie interesu obchodziło go też mniej niż wejście na Fitz Roy.

Już dwa lata po otwarciu małego biznesu w North Beach pod San Francisco pakuje wspinaczkowy szpej i wsiada do wana z czwórką przyjaciółmi, między innymi Yvonem Chouinardem – twórcą marki Patagonia. Wspinacze ci spędzają następne pół roku w Patagonii pod górą-ikoną, gdzie zapisują się w historii jako trzeci zespół, który stanął na szczycie Fitz Roy. O wyprawie opowiada film „Mountain of Storm”.

Tompkins, jak na twórcę marki, szybko porzuca interes. Po powrocie z Patagonii sprzedaje udziały w firmie. Z lokalnego biznesu do globalnej marki marki firmę rozkręci jego przyjaciel Kenneth „Hap” Klopp. Tompkins natomiast angażuje się w rozwój marki Esprit, której udziały też później sprzeda z zyskiem po to, by kupować ziemię w Ameryce Północnej, stać się jednym z największych posiadaczy ziemskich na globie i tworzyć na kupionych obszarach parki narodowe. Do śmierci w 2015 r. dla jednych będzie wizjonerem oddającym ziemię naturze, dla innych szaleńcem, który niszczy kulturę lokalnych farmerów.

 

The North Face – historia marki to historia innowacji

Spokojnie można stwierdzić, że w DNA The North Face – nie tylko z racji sloganu – jest wpisana eksploracja. Marka ma za sobą szereg innowacyjnych produktów, które na trwałe wpisały się w historię outdooru.

Jeszcze z inicjatywy Tompkinsa powstaje pierwszy namiot o zakrzywionym daszku. To właśnie on wpada na pomysł, żeby namiot był zaokrąglony u góry i nie miał tradycyjnego szpicu. Tompkins wygina rurki stelaża, co czyni namiot The North Face znacznie odporniejszym na podmuchy wiatru, a to w górach bardzo pożądana cecha.

Szybko, bo już w końcu lat ‘60, firma ugruntowuje swoją pozycję na amerykańskim rynku outdoor. Oczywiście ma to związek z kolejnym pomysłem produktowym, którego pomysłodawcą jest Klopp. Dokładnie w 1969 roku powstaje legendarny plecak The North Face o nazwie Ruthsack, który stoi u progu mody na backpacking. Plecak jest lekki i ma wiele kieszonek, które ułatwiają spakować się na wyprawę. Niby proste, ale znowu rewolucyjne.

namioty tnf

Namioty ekspedycyjne to również mocna strona marki (fot. The North Face)

 

Lata 70 przynoszą kolejną innowację. W 1975 r. marka do współpracy zaprasza Richarda Fullera – konstruktywistę i twórcę “kopuły geodezyjnej”. Pomysły amerykańskiego konstruktora i architekta rewolucjonizują nie tylko architekturę, ale też namioty ekspedycyjne. Tak powstaje pierwszy namiot sferyczny The Oval InTENTion.

To kilka przykładów, bo marka wciąż nie przestaje eksplorować, czego dowodem może być nowa membrana, która w zapowiedziach swych twórców ma przynieść w outdoorze kolejną rewolucję. O membranie przyszłości FutureLight przeczytasz tutaj.

Dziś marka pozostaje częścią amerykańskiej korporacji odzieżowej VF Corporation, w której katalogu są tak znane marki jak choćby Wrangler, Lee, Timberland czy Vans. Dzięki temu kapitałowy portfel marki jest naprawdę bogaty. Może ona stawiać na dalsze innowacje, wspierać alpinistów najwyższego formatu i brać udział w ekspedycjach i wyprawach eksploracyjnych, o których mówi się na całym świecie.

Emily Harrington

Emily Harrington jedna z najlepiej wspinających się kobiet i ambasadorka marki The North Face (fot. The North Face)

 

Kultowa kurtka TNF, kultowa torba, kultowy polar

Niektóre produkty znanych marek przechodzą do historii nie tylko outdooru, ale też popkultury. Rozwój marki The North Face, ale też jej romans z modowym światem, sprawił, że dziś odzież z logo TNF to produkty rozpoznawalne i pożądane na całym świecie.

W latach osiemdziesiątych kultowym produktem TNF stał się polar Denali Jacket. Model debiutował wprawdzie w roli polarowej podszewki, ale zaraz po wprowadzeniu go do katalogów w 1988 r. stał się ikoną outdoorowego stylu. Polarowy klasyk nie wypadł z katalogu do dzisiaj i wciąż w sprzedaży plasuje się jako bestsellerowa bluza North Face. To właśnie w takiej bluzie Todd Skinner z partnerem, którym był Paul Piana, dokonał pierwszego przejścia Salathé Wall w Yosemitach. Wspinaczka ta była wydarzeniem przełomowym dla amerykańskiej i światowej historii wspinania.

Teraz zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie prawdziwego rapera z Nowego Yorku. Na lata 90 XX w. przypada boom, w którym kurtki The North Face zawładnęły nowojorską sceną. Nieodłącznym atrybutem raperów z East Coast staje się nie tylko cięty język, ale też kurtka North Face Nuptse. Najpierw kurtka, a potem bluza i czapka The North Face stały się rozpoznawalnym elementem outfitu raperów i trwa to do dzisiaj. Zresztą 25 lat historii tego modelu przekonuje, że model doskonale sprawdził się w roli odzieży zakładanej zimą na co dzień. Dziś jest to po prostu bestsellerowa kurtka zimowa The North Face.

Do trzech razy sztuka? Klasyczny duffel bag… to przecież również model torby The North Face. Niezniszczalna, ponadczasowa, produkowana nieprzerwanie od 1986 roku – po prostu Base Camp Duffel Bag. Mogę się założyć, że to model, który był na wszystkich kontynentach. Ponadczasowy design torby i jej wysoka funkcjonalność sprawia, że ta torba ekspedycyjna przez lata praktycznie niewiele się zmienia i stanowi wzór dla toreb ekspedycyjnych innych producentów.

 

Pośród wielu istniejących marek outdoor ma The North Face kurtki i inne produkty, które obrosły historią nie tylko w świecie gór i dzikich ostępów, ale także stały się bardzo pożądanymi produktami, po które sięga szersze grono użytkowników. Na szczęście marka nie zatraciła w tym wszystkim swego górskiego rodowodu i wciąż jest mu wierna w technicznych produktach, a nawet całych seriach, takich choćby jak osławiony The North Face Summit Series.

 

Wśród wielu znakomitych marek nasz sklep The North Face stawiał zawsze wysoko w katalogu oferowanych produktów. Jeden z naszych stacjonarnych punktów we Wrocławiu jest nawet firmowym stoiskiem tej marki. Zaufanie najlepszych alpinistów, ale też i satysfakcja klientów uprawiających choćby tylko weekendową turystykę sprawia, że odzież i ekwipunek z logo TNF to jedna z najczęściej wybieranych opcji zakupowych. To również zasługa filozofii amerykańskiej marki, która chce wyposażać ludzi kochających outdoor w odzież i ekwipunek kompleksowo, bez względu na to, jak ambitne lub zupełnie zwyczajne są ich aktywności. W tym sensie można powiedzieć, że w przypadku tej marki realizacja hasła Never Stop Exploring zaczyna się zawsze tuż za progiem domu, a nie tylko w górach i miejscach, które mogą być jeszcze areną prawdziwej eksploracji.

Śpiwory ekspedycyjne

Śpiwory ekspedycyjne

Alpinizm, ekspedycje górskie, trekking w górach wysokich, nawet zimowe działania w niższych górach wymagają lepszego przygotowania. Jeśli są to działania, które wiążą się z biwakowaniem w terenie, priorytetem staje się zapewnienie odpowiedniej jakości snu, dzięki któremu po nocy wrócą ci siły do dalszego działania. Na komfortowy i bezpieczny sen w niskich temperaturach jest jeden sposób. Ten sposób to dobry śpiwór ekspedycyjny.

Gdy zaczniesz przygotowywać się na ambitniejszą wyprawę lub prawdziwy zimowy biwak, staniesz przed dylematem, jaki śpiwór zimowy warto wybrać. W tym artykule nie znajdziesz odpowiedzi, który model jest najlepszy. Na tak postawione pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Wszystko zależy od warunków, w jakich chcesz biwakować, własnych upodobań, wreszcie budżetu. Śpiwory ekspedycyjne nie należą do najtańszych. Ich cena to wypadkowa wielu czynników: doskonałej jakości puchu, nowoczesnych materiałów, zaawansowanych technologii, wreszcie kosztu opłacenia doświadczonych krawców, którzy muszą być mistrzami w swoim fachu. Każdy śpiwór ekspedycyjny to w istocie majstersztyk, który dzięki precyzji wykonania chroni termikę w ekstremalnych warunkach.

W tym tekście zwrócę uwagę na pewne aspekty, które trzeba rozważyć przed zakupem śpiwora na ekspedycję. Jeśli zastanawiasz się jaki śpiwór ekspedycyjny kupić, musisz wziąć pod lupę wiele elementów. Musisz też sięgnąć głębiej do kieszeni, rozbić świnkę-skarbonkę. Niestety w produktach takich jak śpiwory na ekspedycje nie ma kompromisów.

zimowa wyprawa na K2

Zimowa ekspedycja na K2. Ciepło zapewnia Małachowski (fot. Denis Urubko)

 

Polskie śpiwory puchowe

Na początek trochę historii. Tak zwana “złota era polskiego himalaizmu” i związane z nią sukcesy Polaków w górach najwyższych, nie wydarzyły by się, gdyby nie pewne zwierzę i pewna nasza narodowa przywara. To polska gęś i zdolność Polaków do kombinowania sprawiła, że w produktach puchowych staliśmy się czołówką i pozostajemy nią do dziś. To realia PRL-u, w którym albo nie było sprzętu, albo śpiwór kosztował tyle co miesięczna pensja sprawiły, że w kraju nad Wisłą wymyślano coraz lepsze konstrukcje i wypełniano je znakomitym puchem. Puchowe wyroby marki Yeti (funkcjonującej dziś jako marka Aura) powstawały najpierw dla Wandy Rutkiewicz. Pracownia Sprzętu Alpinistycznego Małachowski produkowała już w latach siedemdziesiątych śpiwory i odzież do eksploracji Spitsbergenu, lodowcowych jaskiń i najwyższych szczytów. Historię zdobywania himalajskich szczytów i bicia w nich rekordów ma we krwi również marka Pajak.

Dziś marki te tworzą najcieplejsze śpiwory puchowe na świecie, konkurując jakością i innowacyjnością produktów z większymi firmami. Dlatego właśnie oferta na ekspedycyjne śpiwory puchowe w Skalniku, to przede wszystkim oferta na polskie śpiwory.

 

Jak wybrać śpiwór ekspedycyjny

W wyborze najważniejsze są trzy aspekty. To one dyktują decydują niemal o wszystkim, co istotne przy kupowaniu śpiwora na ekspedycję. Przy zakupie musisz przemyśleć trzy rzeczy:

  • zakres temperatur (w tym celu zrób porządny research, w którym ustalisz jakich temperatur możesz spodziewać się na swoim przedsięwzięciu; określ najwyższe, średnie i spróbuj oszacować najbardziej ekstremalne temperatury, jakie możesz spotkać)
  • ocieplenie (rodzaj ocieplenia zależy od celu i priorytetów, jednak w przypadku modeli ekspedycyjnych będzie to w większości ocieplenie puchowe)
  • konstrukcja (w ekstremalnych warunkach wszystko musi być na “tip-top”, tu nie ma miejsca na niedoróbki, niedopracowania i prowizorkę)
Lofoty Pajak

Polskie śpiwory ekspedycyjne – od Himalajów po Lofoty! (fot. Pajak)

 

Zakres temperatur w śpiworach

Śpiwór powinien mieć takie parametry izolacyjne, które będą odpowiadać warunkom, jakie spotkasz podczas swoich ekspedycjach. Najczęściej na śpiworach podawane są trzy temperatury, które zależą od wyniku testu zgodnego z Normą Europejską EN 13537. Test polega na włożeniu do śpiwora manekina z czujnikami temperatury, stopniowym schładzaniu otoczenia i badaniu zmian temperatury na powierzchni manekina. Test nie jest doskonały, ale jego wady to temat na osobny artykuł. Mimo to w pewien sposób pozwala wyznaczyć parametry, które pomagają dobrać właściwy śpiwór. Krótko wyjaśnię, do czego odnoszą się wartości czterech temperatur w nim wyznaczonych.

  • Temperatura – maksymalna określa wartość, w której mężczyzna (standardowy, czyli założony w teście) z kapturem na głowie, ramionami poza śpiworem i rozpiętymi zamkami w śpiworze nie poci się zbyt mocno (często nie podaje się tego zakresu, ale określa się go w normie)
  • Temperatura – komfort dotyczy dolnego zakresu, w którym (standardowa) kobieta, w pozycji leżąc na plecach, może przespać całą noc nie odczuwając zimna
  • Temperatura – limit to dolna temperatura, w jakiej mężczyzna w pozycji skulonej pozostaje w równowadze termicznej, czyli nie budzi się z zimna
  • Temperatura – ekstremalna to dolna wartość temperatury, w której kobieta pozostająca w pozycji skulonej przez dłużej niż 6 godzin może być zagrożona hipotermią i odmrożeniami

Przy doborze śpiworów należy pamiętać, że mężczyźni i kobiety odczuwają zimno w różny sposób. Dla kobiet jest ono bardziej dotkliwie i szybciej odczuwalne. Warto też pamiętać, że tolerancja na chłód i zagrożenie hipotermią zmienia się ze względu na poziom zmęczenia, głód czy stopień odwodnienia organizmu. Zdarza się czasem, że na śpiworze nie są podawane wartości temperatur. Dotyczy to na przykład śpiworów amerykańskich marek, które nie zawsze są testowane według europejskich norm. Na śpiworach mogą też pojawiać się dodatkowe wartości, które określane są przez producenta, choćby po testach z ambasadorami marki i testerami. Tego typu parametr – nazywany Rab Sleep Limit – używa brytyjski lider puchowej odzieży i śpiworów, marka Rab (śpiwory marki znajdziesz tutaj).

 

Ocieplenie – dlaczego to musi być puch

Nie da się poprawić natury. W przypadku śpiworów ekspedycyjnych należy stawiać na najwyższą sprawność izolowania, a taką posiadają śpiwory wypełnione naturalnym puchem. Myśląc o ekspedycjach myślę o wyprawach w wysokie góry, gdzie nocą temperatury spadają grubo poniżej zera. Dlatego też myślę o warunkach, w których wilgoć nie jest straszna dla puchowego wypełnienia.

Do śpiworów ekspedycyjnych doskonale nadaje się puch gęsi. Dla przykładu, puch z gęsi Białej Kołudzkiej to dziś symbol najwyższej jakości. Po puch ten sięgają nie tylko polscy producenci, lecz także giganci outdooru, tacy jak choćby Patagonia.

W ekstremalnych warunkach nie musisz obawiać się tak bardzo, że puch zostanie zawilgocony. Zagrożeniem może być ewentualnie nagromadzenie pary i jej kondensacja w przypadku, gdy gotuje się w namiocie, rzadziej będą to opady deszczu. Porzucając myśl, by na wyprawę zabrać śpiwór syntetyczny, zyskujesz coś jeszcze. Jest to mianowicie mniejsza waga i większa kompresyjność śpiwora, a te parametry przy poważnych akcjach górskich zawsze stają się istotne.

spiwóry puchowe pajak

Ekspedycyjne i zimowe działania najczęściej wymagają stosowania puchu (fot. Pajak)

 

Jaki puch powinien mieć śpiwór ekspedycyjny

Dwa najistotniejsze parametry puchu w śpiworach to jego waga i sprężystość. Po pierwsze, śpiwór musi mieć odpowiednią ilość puchu, która wypełni komory. Nawet najbardziej sprężysty puch, którego będzie po prostu za mało, nie zapewni odpowiedniej ochrony termicznej.

Zasada dotycząca sprężystości jest prosta – im wyższy parametr, tym lepiej. Śpiwory ekspedycyjne i śpiwory zimowe powinny mieć puch najlepszej jakości. Zasadniczo będzie to puch o lofcie 700 cuin lub większym. Jeśli zastanawiasz się, czy ma to być puch kaczy czy puch gęsi, to spieszę wyjaśnić, że ten pierwszy zasadniczo nie rozpręża się aż tak dobrze. Siłą rzeczy kto wybiera się na ekspedycje górskie, ten skazany jest na gąskę. Zwróć uwagę, że ekspedycyjne śpiwory puchowe mają najczęściej puch o sprężystości 750-900 cuin.

 

Konstrukcja śpiworów puchowych

W przypadku tak zaawansowanych modeli, jak śpiwory puchowe na ekspedycje, każdy detal ma znaczenie. Precyzja konstrukcji wpływa na funkcjonalność produktu, a brak zbędnych elementów odbija się korzystnie na wadze śpiwora. Możesz mieć pewność, że śpiwory ekspedycyjne najlepszych marek są dopracowane, testowane w warunkach ekspedycyjnych i stale ulepszane.

Wystarczy wspomnieć o tym, jak ambitne akcje realizowane są z tym sprzętem. Śpiwory ekspedycyjne Pajak to wybór Andrzeja Bargiela. Wyobraź sobie, że śpiwór Pajak Radical 16H okazał się dla tego skialpinisty w Himalajach zbyt ciepły. Podczas rekordowego wejścia i wjazdu na Manaslu Andrzej Bargiel stosował nieco chłodniejszy model – Radical 8H. Z kolei śpiwory ekspedycyjne Małachowski wykorzystuje program Polski Himalaizm Zimowy. Zwróć uwagę na model 1300 Guide Pro. To właśnie w tym śpiworze puchowym marki Małachowski spali polscy himalaiści atakujący zimą K2.

polska baza pod K2

Baza zimowej wyprawy na K2 pełna śpiworów Małachowski (fot. Artur Małek)

Śpiwór do alpinizmu i zimowych biwaków powinien oczywiście być mumią. To ważne, by podczas snu chronił całe ciało – od koniuszków palców, po cebulki włosów. Można przyjąć to za ogólną zasadę. Kolejnym krokiem na drodze do określenia tego, który śpiwór ekspedycyjny warto kupić, powinno być przyjrzenie się konstrukcji komór puchowych.

 

Komory puchowe w śpiworach ekspedycyjnych

W tak zaawansowanych modelach nie stosuje się zasadniczo komór typu X. Są to komory, które możesz znać z tańszych śpiworów czy kurtek pikowanych. Tego typu komora powstaje przez przeszycie materiału na przestrzał. W miejscach przeszyć – które oddzielają jedną komorę o d drugiej – brak jest ociepliny. W takich strefach dochodzi do ucieczek ciepła i powstawania zimnych miejsc, które w bardziej ekstremalnych warunkach mogą być groźne dla organizmu. Używanie takiej konstrukcji ma uzasadnienie tylko wówczas, gdy śpiwory są tworzone do noclegu w dodatnich temperaturach, a priorytetem jest waga ekwipunku.

Konstruktorzy śpiworów znaleźli jednak na to sposób. Każda z marek wytwarzających “śpiwory dla profesjonalistów” stosuje taki układ komór, które ograniczają straty ciepła. Typowym przykładem tego typu komór jest system H, w którym dwie warstwy materiału dzielone są wewnątrz taśmami dystansowymi tworzącymi komory. Niektóre śpiwory Pajak wykorzystują modyfikację systemu H, czyli system Z. W systemie tym przegrody między komorami ustawione są pod skosem, a same komory przyjmują trapezoidalne kształty.

konstrukcje komór śpiworów puchowych

Konstrukcje komór w śpiworach Pajak (żródło: Pajak)

Jeszcze cieplejszym rozwiązaniem jest wykorzystanie dwóch warstw komór z puchowym wypełnieniem. Na ekstremalne mrozy ma Pajak śpiwory ekspedycyjne z komorami HH. Małachowski w takich modelach stosuje natomiast komory DSV, o przekroju V.

typy komór w śpiworach małachowski

Szczegóły konstrukcyjne komór puchowych stosowanych w śpiworach marki Małachowski (źródło: Małachowski)

 

Detale w śpiworach ekspedycyjnych

Zanim kupisz śpiwór ekspedycyjny, przyjrzyj się dokładnie wszystkim detalom.

  • KAPTUR
    Już wiesz, śpiwór zimowy i ekspedycyjny musi mieć kaptur. Ważne jest jeszcze to, że kaptur powinien być regulowany w taki sposób, żeby umożliwiać właściwe dopasowanie do głowy użytkownika.
  • KOŁNIERZ TERMICZNY
    Kolejnym niezbędnym elementem jest kołnierz termiczny. Jest to część śpiwora, która znajduje się na wysokości ramion i szyi. Kołnierz termiczny uszczelnia w tym miejscu śpiwór po zapięciu, tak by nagrzane powietrze nie uciekało z wnętrza śpiwora.
  • ODPOWIEDNIA SZEROKOŚĆ I DŁUGOŚĆ
    Śpiwór ekspedycyjny musi być dobrany właściwie do gabarytów użytkownika. Nie może być ani za mały, ani za duży. Pamiętaj, że niepotrzebne pustki w śpiworze wypełnione będą w śpiworze powietrzem, które trzeba będzie ogrzać. Z drugiej strony nie zapominaj, że do śpiwora czasem trzeba coś wrzucić żeby nie zamarzło. Czołówka z bateriami, buty, butelka z wodą, kartusz – to są przedmioty, które trzeba często chronić przed zamarznięciem.
  • IZOLOWANE PATKI
    Słaby punkt każdego śpiwora to zamek. To właśnie w tym miejscu z wnętrza może uciekać cenne ciepełko. Przed zakupem sprawdź, czy wzdłuż zamka jest jedna, a najlepiej dwie patki, które też powinny być wypełnione izolacją. Konstruktorzy wciąż ulepszają patki tak, by maszynka zamka nie zaciągała ich materiału.

  • DŁUGOŚĆ ZAMKA
    Czasem straty ciepłą ograniczane są dzięki zastosowaniu krótszych zamków. Śpiwór z krótkim zamkiem jest cieplejszy, natomiast może być odrobinę mniej wygodny w użytkowaniu. Krótki zamek delikatnie utrudnia sposób, w jakim musisz wgramolić się do środka śpiwora w ciasnym namiocie czy jamie śnieżnej. Ciekawy patent ma śpiwór Małachowski 1300 Guide Pro, czyli śpiwór zaprojektowany na zimową wyprawę #K2dlaPolaków (poznaj). Tu zamek jest krótszy i zlokalizowany na środku śpiwora.
  • FOOT BOX
    Jest to najniższa część śpiwora, czyli przedział na stopy. Ważne jest, by ten element w śpiworach ekspedycyjnych był właściwie wyprofilowany i dobrze ocieplony. Stopy muszą wypoczywać w naturalnej pozycji i być dobrze ogrzane. Ułożenie stóp nie może ograniczać krążenia krwi. Krew i tak ma daleką do nich drogę, by właściwie je ogrzać.
  • TKANINY
    Istotnym problemem jest zastosowanie odpowiednich tkanin. Materiał, z którego powstają śpiwory ekspedycyjne, musi być nie tylko lekki i trwały. Trzeba żeby cechowała go także właściwa oddychalność, ponieważ ciało śpiącego człowieka oddaje sporo wilgoci. Ta musi jakoś wydostać się, by śpiwór nie stawał się wilgotny od środka. Z tego powodu producenci sięgają po sprawdzone tkaniny, takie jak materiały Pertex®, Toray, Gelanots.

 

Tak wiele elementów, które trzeba mieć na uwadze sprawia, że wybór śpiworów ekspedycyjnych musi być poprzedzony sprawdzeniem ważnych elementów i solidnym namysłem. Mimo wielu podobieństw, w wyborze mogą pomóc ci swego rodzaju przewagi, które cechują producentów lub konkretne modele. Kryte szwy, warstwy odbijające promieniowanie podczerwone, rodzaj podszewki – wszystko to może sprawić, że konkretny model stanie ci się bliższy. Właśnie dlatego śpiworem na ekspedycje warto przyjrzeć się badawczym okiem i na spokojnie.

Bielizna termoaktywna Icebreaker na zimę

Bielizna termoaktywna Icebreaker na zimę

Spadek temperatury to nie powód do zaniechania aktywności. Prawdziwi entuzjaści outdooru nie chowają się w ciepłym kącie wraz z nastaniem mrozu. Raczej sięgają głębiej do swojej szafy i zakładają odpowiednią bieliznę termiczną oraz inne ciepłe warstwy odzieży, by cieszyć się zimą. Jak wiadomo ta pora roku najpiękniejsza jest w górach!

Doskonałym rozwiązaniem na zimowe dni w outdoorze – wycieczkę turystyczną, skitouring, czy szusowanie na stoku – jest bielizna termiczna z wełny merino. Zaglądam tym tekstem do kolekcji Icebreaker i szukam odpowiedniej bielizny termicznej dla pasjonatów aktywności w niskich temperaturach.

 

Move to natural

Tej zimy możesz postawić na moc natury. Nie od dziś Icebreaker dowodzi, że natura jest dla marki inspiracją i tęsknotą. To właśnie dlatego nowozelandzki producent odzieży merino stara się prowadzić biznes z poszanowaniem dla środowiska naturalnego i szacunkiem dla osób, którzy tworzą praktycznie doskonałą odzież z wełny merino. Poświęciłem temu tematowi inny, całkiem obszerny artykuł, ale teraz można dodać kilka zdań więcej.

Move to natural – to hasło, które patronuje ostatniej kolekcji marki i jej działaniom. Jej twórcy i ambasadorzy wierzą, że ludzie wciąż jeszcze mają potencjał, by ograniczyć szkodliwy impakt ludzkości na środowisko naturalne. Nawet w małych rzeczach możemy walczyć o duże sprawy. Wybierając naturalne surowce, oszczędzając wodę, zanieczyszczając mniej zasoby wodne agresywnymi środkami piorącymi możemy dołożyć znaczącą cegiełkę, do odbudowy równowagi, którą zachwiał przemysł, postęp i nasza wygoda. Wybierając naturalne materiały: wełnę, bawełnę czy odzież z konopii, możemy zmniejszyć zanieczyszczenia mikroplastikiem. Stawiając na ponadczasowe ubrania o wysokiej jakości, możemy wytrącić z rytmu koła zębate mody i nadmiernej konsumpcji, które nie wynikają z naszych istotnych potrzeb.

Nową perspektywą marki Icebreaker i zadaniem staje się powrót do natury.

Dlaczego wełna merino?

To pytanie, które pada często i na które zawsze warto odpowiadać. Wełna merino to aktywny i naturalny surowiec, który może dać ci to, o co wcześniej troszczył się na owcy. Latem może chronić przed przegrzaniem, zimą dbać o termiczną ochronę. Magiczne niemal cechy runa merynosów możemy wykorzystać przez cały rok, dostosowując odpowiednio gramaturę ubrań wełnianych. Właśnie dlatego kluczowym parametrem zimą będzie gramatura wełny i na niej zaraz się skupimy.

Oczywiście nie warto zapominać o innych właściwościach wełny merynos. Trzeba pamiętać, że jej wybór wiąże się z otrzymaniem jeszcze wielu innych benefitów. Materiał jest niegryzący i delikatny dla skóry, ma cechy antybakteryjne i nawet po ostrym wycisku, jaki w górach funduje się ciału, wełna merynosów nie przesiąka nieprzyjemnym zapachem, który znamienny jest dla wielu syntetyków.

merino bielizna termo

Merino dobrze odprowadza wilgoć, jest antybakteryjne i po mistrzowsku zadba o termoregulację. (fot. Icebreaker)

 

Bielizna merino – jaka gramatura jest dobra na zimę

Najistotniejszym parametrem w wyborze bielizny termo na zimę jest gramatura materiału. Mimo różnic w odczuwaniu zimna przez osoby różnej płci, bielizna termoaktywna męska z merino i damska marki Icebreaker operuje w zasadzie trzema, tymi samymi, parametrami. Dzieje się tak z prostego powodu. Bielizna nie jest w jedynym ubraniem, jakie zakładamy. Ponadto jako pierwsza warstwa (warstwa next-to-skin) oprócz zapewniania ciepła w chłodniejszej części sezonu ma do spełnienia drugie zadanie, czyli sprawne odprowadzanie wilgoci powstającej na skórze. Nie może więc być aż nadto gruba.

icebreaker bielizna damska merino

Bielizna termoaktywna musi być dopasowana i wykonana z materiału, który dobrze odprowadza wilgoć. (fot. Icebreaker)

 

Bielizna termo przeznaczona do chłodnych warunków wykorzystuje zazwyczaj materiał o gramaturze 150 g/m2. Zauważyć można regułę, że tego typu bielizna jest dedykowana do szybkich i intensywnych działań. Za gramaturą często idzie w parze konstrukcja. Legginsy z takiej wełny mają często długość 3/4 i wyposażone są w strefy wentylacji mesh. Produkty tego typu sprawdzają się doskonale na przykład w czasie treningów biegowych.

Termoaktywna bielizna merino z poziomu średniej ochrony ma gramaturę 200 g/m2. Produkty wykonane z takiego materiału można zaklasyfikować jako modele do umiarkowanie zimnych warunków. Doskonałym przykładem potwierdzającym średnią zakresu temperatur jest to, że właśnie w tego typu gramaturze Icebreaker wytwarza bestsellerowe produkty z serii Oasis. Cechuje je duża uniwersalność, bogactwo kolorów i wzorów, które szybko przypadają do gustu użytkującym produkty z tej serii.

 

icebreaker 260 Zone

Do najzimniejszych warunków stworzone są modele o gramaturze 260. (fot. Icebreaker)

 

Na najbardziej srogie warunki przeznaczona jest z kolei bielizna o gramaturze 260 g/m2. Icebreaker wie, że w tej gramaturze produkt powinien być dopasowany do potrzeb prawdziwych koneserów outdooru. Mam tu na myśli osoby, które z jednej strony działają aktywnie, nie oglądając się na niską temperaturę, z drugiej, osoby, które ze względu na swe pasje potrafią spędzać długie godziny w niskich temperaturach.

 

Zimowa bielizna Icebreaker – serie warte uwagi

Na początek małe wyjaśnienie. Pod pojęciem bielizna termoaktywna merino damska i męska kryją się w tym tekście koszulki (przeważnie z długim rękawem) na zimę oraz legginsy. Jest to segment odzieży, która w katalogu producenta znajduje się pod nazwą “Baselayer”, czyli warstwa pierwsza/bazowa. Pod nią oczywiście nosi się bokserki, slipy, staniki i topy. Celowo pomijam ten segment określany w katalogu jako “Underwear”, bowiem jest to produkt całoroczny, tworzony z merino o bazowej gramaturze 150 g/m2.

Zasadniczo kolekcja damska nie różni się od w tym przypadku od męskiej. Pomijając różnice kroju i koloru, wybór modeli jest taki sam i taki sam koncept przyświeca projektantom tworzącym bieliznę termoaktywną na narty i w góry.

 

komplet bielizny Icebreaker

Dobrze dobrana koszulka z długim rękawem i leginsy to klucz do wygody i ciepła. (fot. Icebreaker)

 

260 Zone

Ten segment bielizny Icebreaker powinien zainteresować osoby wybierające się z najchłodniejsze warunki i oczekują od odzieży technicznych rozwiązań, które odpowiadają potrzebom ciała. Jest to najbardziej zaawansowana i najcieplejsza seria, która zwraca uwagę technicznym krojem w koncepcie BodyfitZONE™.

Dopasowane do ciała modele tej serii skutecznie odprowadzają wilgoć i dbają o termoregulację tuż przy skórze. Dzięki przeznaczeniu do intensywnych działań zimowych w niskich temperaturach, model posiada nie tylko grubszy materiał, lecz także uzupełniają go panele mesh w strefie o najwyższej potliwości. Gdyby model nie był zdolny oprowadzać szybciej wilgoci pod pachami, na plecach, czy w zgięciu kolan w legginsach, to bielizna tego typu zasługiwałaby raczej na miano termosu, a nie funkcyjnej bielizny outdoor. W serii BodyfitZONE™ każdy detal ma znaczenie. Płaskie szwy nie powodują otarć i nie uciskają nawet pod szelkami ciężkiego plecaka, bo przesunięte są w specjalnie wybrane miejsca. Koszulki z długim rękawem mają otwory na kciuk, a legginsy wyposażone są w kliny, które dają pełną swobodę działania.

W serii tej znajdziesz zarówno proste koszulki z długim rękawem (260 Zone LS Crewe), wersje koszulki z zamkiem ½ i komfortową stójką (260 Zone LS Half Zip), a nawet koszulki termiczne z kapturem (260 Zone LS Half Zip Hood). Uzupełnieniem koszulek są legginsy Icebreaker ze strefami wentylacji w strategicznych miejscach. Leginsy występują w dwóch wersjach: z pełną nogawką (260 Zone Leggins) i nogawką ¾ (260 Zone Leggins), która może być odpowiednim wyborem, gdy niżej na nodze będzie już znajdować się but narciarski. Szukając bielizny termicznej na narty warto przemyśleć kupno takich, krótszych leginsów. Często nie ma potrzeby, by ich nogawki sięgały daleko w głąb narciarskiego buta.

 

BodyfitZone Icebreaker

BodyfitZONE™ to starannie zaprojektowana konstrukcja ze strefami wentylacji. Każdy cal bielizny dba tu o potrzeby ciała. (fot. Icebreaker)

 

260 Bodyfit

W tej serii znajdziesz także materiał o gramaturze 260 g/m2, czyli odpowiednio grubą wełnę do aktywności w niskiej temperaturze. Modele z tej serii są równie komfortowo wykonane, ale pozbawione stref mesh do szybkiego odprowadzania wilgoci. Koszulki i leginsy tego typu będą kapitalne na przykład do narciarstwa zjazdowego.

Płaskie szwy zlokalizowane w bardzo wygodnych miejscach, materiałowe kliny dla swobody ruchu, czy wydłużony krój z tyłu koszulek, będą cieszyć w aktywne dni spędzone w górach.

Modele dzielą się tu na znów na koszulki z okrągłym kołnierzykiem (260 Tech LS Crewe) i zamkiem ½ jak w typie pulower (260 Tech LS Half Zip). Do pary występują oczywiście legginsy z pełną nogawką (260 Tech Leggins). Panowie mogą tu wybrać w wersjach z rozporkiem lub bez.

 

200 Zone

Kolejną grupą bielizny termicznej merino na zimę są modele 200 Zone, z merino o nieco mniejszej gramaturze. Osoby, które działają szybciej, nie marzną tak intensywnie, bądź wolą regulować stopień ochrony termicznej warstwą pośrednią, mogą sięgać po bieliznę w gramaturze 200 g/m2. Kolekcja jest tu analogiczna do odzieży w gramaturze 260 i wykorzystuje wszystkie najlepsze rozwiązania technologii BodyfitZONE™. Znajdziesz w niej koszulki pełne i zapinane na piersiach, leginsy merino. Zasadnicze różnice są dwie. Zamiast legginsów ¾ kolekcja zawiera dopasowane szorty merino do kolan (200 Zone Shorts) i pełen kombinezon z kapturem (200 Zone One Sheep Suit). Dotyczy to zarówno kolekcji bielizny merino damskiej, jak i męskiej.

200 Bodyfit

W serii 200 Bodyfit znajdziesz bieliznę, którą można stosować jesienią i zimą. To tu właśnie plasuje się w kolekcji marki Icebreaker popularna seria Oasis. Modele są bardzo uniwersalne, zarówno ze względu na gramaturę wełny (200 g/m2) jak i na design. Wiele osób koszulki Icebreaker Oasis traktuje po prostu jako komfortowe koszulki na zimę z długim rękawem. To zasługa świetnego designu, w którym część koszulek 200 Oasis ozdobionych jest paskami lub atrakcyjnymi grafikami.

 

koszulki Oasis Icebreaker

W serii Oasis z merino koszulki ozdobione atrakcyjnymi grafikami. (fot. Icebreaker)

 

W kroju seria wyróżnia się prostszymi rozwiązaniami, które mniej zdradzają sportowe oblicze. Płaskie szwy, wygodny krój z klinami materiału pod pachami koszulek, czy w kroku legginsów, a także materiał premium – jakim jest merino – docenia się w trakcie użytkowania. Jest dobra wiadomość dla aktywnych pań. Koszulki termoaktywne damskie uzupełnione są o modele z głębszym wykrojem kołnierzyka (200 Oasis LS Scoop) lub dekoltem typu V (Oasis LS V).

 

Tak właśnie przedstawiają się najważniejsze serie, które polecić można na najzimniejsze dni w outdoorze. Merino sceptyków zachęcam naprawdę do sięgnięcia po tego typu produkty, a wcześniej zapoznania się z opiniami i testami. Część z nich znajdziecie już na naszym blogu, a część pojawi się na nim już za chwilę. W sezonie jesienno zimowym trafiła do nas bielizna merino męska i damska, więc z niecierpliwością możecie wypatrywać naszych raportów z użytkowania. Bądźcie czujni!

Jak dbać o sprzęt skiturowy po sezonie

Jak dbać o sprzęt skiturowy po sezonie

Kto zarażony jest bakcylem skitouringu, ten z ataku wiosny cieszy się mniej. “Normalsi” zacierają ręce licząc minuty, z którym wydłuża się dzień i cieszą z każdej kreseczki więcej na termometrze. Tego nie można powiedzieć o skiturowcu. Ten przy każdym stopniu na plus patrzy, ile jeszcze śniegu zostało na zboczach i spieszy się coraz bardziej, żeby urwać wiośnie choć jeszcze kilka zjazdów. W końcu jednak nadchodzi pora, w której trzeba odłożyć narty skiturowe do kolejnego sezonu. W takiej chwili warto wiedzieć jak zadbać o narty skiturowe. O takiej chwili właśnie jest ten tekst.

Serwis nart zjazdowych po sezonie to standard dla prawdziwego narciarza. O narty skiturowe również trzeba się zatroszczyć. Są przynajmniej trzy powody, dla których warto to zrobić. Przecież kochasz swój sprzęt – i swoje narty, i swoje foczki, i wszystko, co pozwala Ci zimą poczuć prawdziwą wolność. Przecież lubisz mieć więcej niż mniej w portfelu, a regeneracja kosztuje mniej niż nowe. To się po prostu opłaca. Na koniec trzeci powód. Przecież chcesz, żeby sprzęt był gotowy i sprawny od razu, jak znów pojawi się warun!

Jak dbać o narty skiturowe

Nie ma co ukrywać – pewnie swoje dwie deski darzysz sporym uczuciem, ale jeszcze większe emocje budzi w tobie zjazd, w którym ślizgi mogą spotkać kamienie, gałązki, wiosną nawet poletka trawy. Narty skitourowe nie mają łatwego życia. Po sezonie narty trzeba wyczyścić. Szczególną uwagę należy poświęcić ślizgom. Oczyszczone ślizgi obejrzyj pod względem ewentualnych ubytków. Potem zanieś narty do spa. Niech twój ulubiony serwisant zaklei większe dziurki, jeśli trzeba naostrzy krawędzie i posmaruje zole tak, jakby warun miał się zdarzyć jutro.

Ślizgi nart skiturowych trzeba smarować, by do kolejnego sezonu nie stały się przesuszone. Suchy ślizg jest mniej wytrzymały, łapie klej, co możesz czytać również jako “zrywa klej z foczki”. W terenie psuje też zabawę. Na mało nachylonym stoku narciarze ze ślizgiem “jak ta lala” śmigają w dół, ci z przesuszonym ślizgiem jadą “na kijach”.

Narty przechowuj złożone ślizgami do siebie i zabezpieczone paskami do nart. Nie trzeba owijać ich w prześcieradła, wkładać do specjalnych pokrowców. Ważne, żeby było to miejsce suche. Narty nie mogą być narażone na wilgoć.

sprzęt skiturowy

Jak dbać o wiązania skiturowe

Wiązaniom skiturowym przyda się przynajmniej jeden zabieg. Na ich żywotność i prawidłowe działanie może mieć wpływ to, czy po sezonie regulację siły DIN odkrecisz na zero. Nie zostawiaj ustawionych wiązań do przyszłego sezonu. Najpierw zapisz sobie parametry ustawień, potem DIN-y skręć do zera. Dzięki temu sprężyna nie będzie niepotrzebnie ściśnięta do kolejnej zimy, a mechanizm odpowiadający za bezpieczeństwo zachowa właściwe działanie.

Jak dbać o foki skiturowe

Wiadomo. O foczkę musisz dbać. Trzeba ją głaskać, trzeba ją zawsze suszyć i chronić przed brudem tego świata. Czyste i suche foki najlepiej skleić przez siatkę dołączoną zazwyczaj do fok przy zakupie. Jeśli siatka pofrunęła ci gdzieś na wietrze, albo “dostała nóg”, możesz skleić klejem do kleju lub kupić siatkę na owady w sklepie budowlanym. Ważne jest jedno. Zamienna siatka nie może być powlekana żadna farbą, która może się łuszczyć i zostawać na kleju. Sklejone przez siatkę foki na pewno będzie łatwiej później rozkleić. Producenci fok zachęcają do używania siatek, choć wśród narciarzy skiturowych jest też szkoła tych, co siatki nie używają.

Suche i sklejone foki trzeba włożyć do pokrowca na foki, a potem odłożyć do suchego i zacienionego miejsca. Można przy tym zwrócić uwagę, żeby zagięcia przy składaniu fok nie wypadały zawsze w tych samych miejscach.Tak zwierzaki mogą przeleżeć do przyszłego sezonu. Jeśli w fokach trzeba wymienić lub uzupełnić klej, możesz to zrobić przed sezonem. Pamiętaj tylko, żeby nie robić tego wieczorem, gdy już rano masz zamiar ruszyć na tury.

sprzęt skiturowy

 

Jak dbać o buty skiturowe

Na pewno dbasz by buty, tak jak foki, były suche zaraz po skiturowej wycieczce. Buty narciarskie po sezonie trzeba wyczyścić, a potem schować tak, żeby botki nie stały się magazynem kurzu. Rzucone luzem buty skiturowe pod wyrko to nie jest dobry pomysł. Dobre jest za to lekkie zapięcie butów. Dzięki temu skorupa będzie miała właściwy kształt i bez szwanku doczeka do kolejnego sezonu.

Nie zaszkodzi przyjrzeć się, w jakim stanie są sznurowadła w botkach. Jeśli przy okazji  p o c z u j e s z, że botkom należą się specjalne zabiegi, to możesz poszukać w sklepach narciarskich specjalnych płynów do dezynfekcji. Możesz też użyć Banana Boots lub pochłaniaczy SmellWell, które wyciągają wilgoć i walczą z nieprzyjemnymi zapachami.

 

To tylko kilka prostych zabiegów, które utrzymają twoje narty i skiturowy sprzęt w dobrym stanie. Z nimi możesz zapomnieć o przesuszonych ślizgach, zardzewiałych krawędziach i fokach, które mają brud zamiast kleju. Kilka prostych trików, potem możesz czekać, czekać i czekać, aż powderday wezwie cię w góry!

 

 

Majka Miezianko

Majka Miezianko

Jack of all trades, master of none. Gdyby miała opisać naraz wszystkie rzeczy, które ją interesują, prawdopodobnie nie starczyłoby na to czasu. Zawsze w biegu, mimo że aspiruje do miana najwolniejszego i najbardziej statycznego wspinacza na świecie.  Marzycielka, realistka, ekstra i introwertyk w jednym. Wspina się po wszystkim, może oprócz szczebli kariery. Po godzinach, samozwańcza mistrzyni zdrowego gotowania, przynajmniej dopóki czegoś znowu nie przypali. Jeśli nie ma jej na ścianie, prawdopodobnie znajdziecie ją na siłowni… albo gdzieś w (na) drodze. Można to sprawdzić na jej Instagramie.

Paweł Król

Paweł Król

Świdniczanin mieszkający we Wrocławiu. Kiedyś pasjonat sportów walki, medalista zawodów krajowych i międzynarodowych w taekwondo. Od wielu lat zakochany w bieganiu trailowym. Jego dewiza „im ciężej tym lepiej” motywuje go do startów i treningów w ekstremalnych warunkach. Pola, góry i lasy to miejsca, które lubi najbardziej. Tam testuje swój organizm i charakter. Uwielbia biegać zimą, oczywiście pod górę. Treningową normą są dla niego długie wybiegania w Sudetach po Śnieżce, Wielkiej Sowie czy Chełmcu. W wolnym czasie, gdy za oknem zima, morsuje. Latem w biegu zwiedza europejskie stolice, startując w maratonach.

 

Ola i Mariusz Robak

Ola i Mariusz Robak

Aleksandra i Mariusz Robak, pieszczotliwie nazywani Robaczkami, to partnerzy w życiu i w sporcie. Grotołazi, wspinacze, miłośnicy gór i podziemi, a także podróży bliskich i dalekich. Nie stronią również od sportów zimowych, uwielbiają żeglować, chętnie odwiedzają wodne kaniony oraz pokonują via ferraty. Od niedawna zakochani bezgranicznie w nurkowaniu. Co więcej? Ona – członek zarządu Skalnika, z wykształcenia manager oraz pedagog wczesnoszkolny i przedszkolny. Pasjonatka społecznej strony sportów. On – z wykształcenia budowlaniec, który odnalazł się zawodowo w stolarstwie. Instruktor alpinistycznych technik linowych, certyfikowany kontroler szprzętu wysokościowego i wspinaczkowego. Pasjonat technicznej strony sportów górskich.