Góral z Sudetów. Wyznawca zasady „im więcej wiesz, tym mniej potrzebujesz”. Na podwórku w rodzinnym mieście nie miał boiska tylko niebieski szlak turystyczny, więc już mu tak zostało. Entuzjasta biegów górskich, speed hikingu oraz wielodniowych trekkingów z plecakiem. Blisko branży outdoor od wielu lat, zarówno zawodowo, jak i z zamiłowania. Przemierzył tysiące kilometrów w kraju i zagranicą, ale i tak najchętniej wraca w Karkonosze. Po godzinach przelewa kawę, scrolluje instagramy, wrzuca foty na swój profil.
Synoptycy zapowiadają zimę stulecia. Przyjdzie czy nie, to się jeszcze okaże. Jedno jest jednak pewne. Nawet rekordowo niskie temperatury nie zmuszą wszystkich, żeby zrezygnowali z wędrówek na ośnieżone szczyty, lodowego wspinu i skitourowych przygód. Istnieje zatem tylko jedna opcja – być gotowym na niskie temperatury z ocieplaną kurtką. Jeśli jednak puchówka lub syntetyk nie czekają na ciebie w szafie, masz pewnie głowę pełną pytań, których wspólny mianownik to kwestia: kurtka puchowa czy syntetyczna? O plusach i minusach jednych i drugich właśnie podyskutujemy.
Im bliżej zimy, tym częściej pojawia się pytanie co wybrać: PrimaLoft czy puch. Ta kwestia bije rekordy popularności na stronach outdoorowych forów i wśród pytań klientów sklepów górskich. Nie warto specjalnie się temu dziwić, bo osób wybierających kurtki puchowe jest pewnie porównywalna liczba, co osób decydujących się na kurtki syntetyczne, a jedni i drudzy bronią z przekonaniem własnego wyboru. W tym miejscu “PrimaLoft” należy traktować jako słowo wytrych, które określa całą rodzinę włókien określanych często mianem sztucznego puchu. Kiedy postanowisz, że potrzebujesz czegoś nowego i zaczniesz przeglądać różne kurtki zimowe do zastosowań outdoorowych zrozumiesz, że sprawy tej nie da się rozwikłać jednostronnie. Znów jak mantra powraca zasada, że dobre jest to, co właściwe do danych warunków i uprawianej aktywności. Zanim usiądziesz przed komputerem i przeczytasz o potędze natury, która stworzyła prawie doskonały puch i innowacyjnych włóknach będących dziełem genialnych inżynierów, najlepiej z ciepłym kubkiem herbaty i w wygodnym fotelu, zastanów się kiedy i gdzie chcesz odczuwać przyjemne ciepło a nie przeszywający ciało mróz.
Kurtka puchowa, PrimaLoft czy polarWarto wspomnieć, że kurtka puchowa to nie tylko odzież na srogą zimę. Jest wiele powodów, dla których kurtka ocieplana może być noszona w nawet latem. Zwrócisz na pewno uwagę, że wśród kurtek ocieplanych znajdują się dopasowane modele, w których nie wypełnia przesadna ilość puchu lub syntetyka. Cieńsza kurtka puchowa (określana czasem nawet jako sweter puchowy) lub kurtka syntetyczna to często lżejsza, bardziej pakowna i cieplejsza odzież niż polar. Bywa tak, że jeden polar w góry wypełnia tyle miejsca w plecaku, co zająć mogą dwie, nawet czasem trzy, kurteczki puchowe lub outdoorowy waciak.
Za i przeciw w temacie puchu naturalnego i syntetycznego warto zacząć od kluczowej sprawy. Czy to kurtka puchowa czy kurtka syntetyczna, zakładana jest po to, żeby było ciepło. Izolowanie w warunkach niskich temperatur to podstawowe zadanie tego typu kurtek. Kurtka sama z siebie nie grzeje. To struktura włókien, którymi jest kurtka ocieplona, pozwala zatrzymać kurtce ogrzane powietrze. Właśnie ono jest barierą pomiędzy twoim ciałem a chłodem pochodzącym z otoczenia.
Żadna – choćby najnowocześniejsza – ocieplina syntetyczna, nie jest lepsza w zapewnianiu ciepła niż naturalny puch. Wiadomo to nie od dziś. Historia alpinizmu i himalaizmu nie byłaby tak bogata, gdyby nie właściwości puchu. Puch wykorzystywany był jako izolator już w czasach, w których nikt nie zdążył pomyśleć o syntetycznych ociepleniach. W kurtkach wykorzystuje się najczęściej puch gęsi lub kaczy. Musisz jednak wiedzieć, że puch puchowi nierówny i zdolność do “ogrzewania” zależy od tego, jaki ten puch ma parametry i ile puchu jest w ociepleniu, a ile pierza. Ten ostatni parametr podaje się np. zapisem 90/10 – 90% puch, 10% pierze. Im mniej pierza, tym kurtka lżejsza i cieplejsza.
Nie tyle gatunek ptaka, co same właściwości puchu decydują o tym, który rodzaj ocieplenia jest lepszy. Puch zatrzymuje ciepło dzięki swojej sprężystości. Im jest ona większa, tym puch jest bardziej ekspansywny, a w jego strukturze lepiej utrzymuje się powietrze. Sprężystość puchu mierzy się w jednostkach CUIN/CUI. Wartość ta oznacza, w jaki sposób standardowa próbka puchu o wadze jednej uncji rozpręża się na danej pojemności mierzonej w calach sześciennych. Puch dobrej jakości to taki, w którym parametr ten osiąga ok. 600-650 cuin. Oczywiście im wartość ta jest wyższa, tym lepiej dla ciepła twojego ciała. I tu dotykamy sedna w sprawie kaczek i gęsi. Najlepszy puch kaczy jest zdolny rozprężać się jedynie do 650-700 cuin, co oznacza, że jest to dobry puch, choć na świecie istnieje jeszcze lepszy. Jest on jednak również o wiele, wiele droższy.
W kwestii ciepła puch nie ma sobie równych. Warto dodać, że jest to izolator, który cechuje tzw. znikoma pojemność cieplna. Mówiąc prościej puch naturalny w odróżnieniu od innych wypełnień grzeje od razu, bo sam nie musi być prawie wcale ogrzewany. Jeśli chcesz tego doświadczyć to spróbuj założyć kurtkę puchową w pomieszczeniu. Idę o zakład, że prędko pojawi się w twojej głowie myśl żeby zdjąć kurtkę puchową.
W zasadzie można zaryzykować stwierdzenie, że puch o sprężystości 600 cuin przewyższa poziomem izolacji każdego syntetyka, którym wypełniona jest kurtka podobnej klasy. Warto pamiętać przy tym, że znaczenie ma ilość puchu wyrażona wagą w kurtkach puchowych albo gramatura włókien w kurtkach ze sztucznym ociepleniem. Badania laboratoryjne potwierdzają, że kurtki z ociepleniem syntetycznym zapewniają ciału taki poziom ciepła, jak średniej jakości puch o parametrach 500-600 cuin.
Wróćmy do sytuacji z herbatką i wygodnym fotelem. Jeśli ciepło jest dla ciebie najważniejsze, więcej znajdziesz go w kurtce puchowej niż syntetycznej.
Problem w tym, że ciepło z puchu stawia jeden warunek – musi być sucho. Puch trochę za bardzo lubi wilgoć i to jest powód, dla którego powstały ociepliny syntetyczne. Poliestrowe włókna takie jak Thinsulate, Coreloft czy PrimaLoft zostały wymyślone, żeby kurtki i śpiwory nie przestawały izolować w trudnych warunkach i powietrzu przesyconym wilgocią. Wystarczy wspomnieć choćby o historii najsłynniejszego puchu syntetycznego. PrimaLoft to włókno wymyślone dla amerykańskich komandosów, którzy potrzebowali ochrony termicznej w każdych warunkach. Na polu walki nikt nie odwołuje przecież działań z powodu gorszej prognozy.
Mokry puch nie ogrzeje cię wcale. W stanie mokrym zbija się tak skutecznie, że jego właściwości spadają do wartości zerowych. Co więcej, przemoczony schnie bardzo, bardzo długo aż znów odzyska pełną sprawność do izolowania. Właśnie z tego powodu puch w kurtkach outdoor często poddaje się procesom, które zmniejszają zdolność puchu do absorbowania wilgoci. Wówczas mówi się o tzw. puchu hydrofobowym.
Inaczej jest w kurtkach z syntetycznym ociepleniem. Izolacyjność włókien syntetycznych w stanie mokrym, w najgorszym wypadku, spada o 50%. Najlepsze włókna syntetyczne (te które w budowie najmocniej przypominają puch) tracą jednak tylko kilkanaście procent z poziomu izolacji. I to nawet jeśli są zupełnie przemoczone. Zdecydowanie szybciej również schną, a dzięki właściwościom antyseptycznym nie są środowiskiem dla grzybów i bakterii.
Teraz zastanów się, których dni w górach miewasz więcej: “lampy” czy “dupówy”. Jeśli zdarza ci się działać niezależnie od pogody, raczej lepszym wyborem będzie sztuczny puszek.
Wilgoć to nie tylko problem pogody. Wybór kurtki syntetycznej lub puchowej warto również rozważyć pod kątem najczęściej uprawianych aktywności. To prawda, że możesz ochronić kurtkę puchową przed deszczem lub mokrym śniegiem, zakładając na nią hardshell. Musisz jednak pamiętać, że wilgoć powstaje również od pracującego na wysokich obrotach ciała. Speed hiking, szybki skitouring i alpinizm fast and light to działania wymagające intensywnego wysiłku. Spoglądając na sprawę pod tym kątem, kurtka syntetyczna może mieć nieco więcej atutów niż puchówka. Tym bardziej, że kiedy poruszasz się szybko, najwyższy poziom izolowania staje się zbędny. No chyba, że zakładasz tak szybko przebierać nogami, że ocieplana kurtka to opcja tylko na postój.
W tej kwestii nie ma wątpliwości. Nie ma tak lekkiego izolatora jak puch. Kurtki puchowe męskie jak i damskie, choć są po prostu wagi piórkowej, biją w tym względzie syntetyki przez nokaut techniczny. Jeśli porównać dwie kurtki ocieplane w góry – syntetyczną i puchową – o podobnych właściwościach ochrony przed zimnem, okaże się, że kurtka puchowa jest zazwyczaj dwukrotnie lżejsza. Może na co dzień nie ma to tak wielkiego znaczenia, ale jeśli zechcesz transportować kurtkę w plecaku pełnym także innego ekwipunku, to na pewno różnicę poczujesz, a także zauważysz. Dzięki lepszej zdolności do kompresji, puchowa kurtka wypełni plecak w mniejszym stopniu. Może to być różnica nawet o 1/3 objętości.
W parametrach wagi i możliwościach kompresji puchówki nie mają po prostu sobie równych.
Jeśli do plecaka niemal zawsze pakujesz ocieplaną kurtkę i lubisz jak plecak jest mały i lekki, to werdykt jest jeden i nie kończy się wskazaniem. Puchowa kurtka w tym względzie rzuci syntetyk na deski.

Dzięki lepszej zdolności do kompresji, puchowa kurtka wypełni plecak w mniejszym stopniu.
Kolejna kwestia w sprawie puch vs syntetyk to problem pielęgnacji odzieży puchowej i syntetycznej. Żeby kurtka pozostawała ciepła, jej ocieplina nie może stracić sprężystości. Zarówno włóknom syntetycznym jak i puchowi szkodzą zabrudzenia. Tłuszcz czy sole zanieczyszczające ocieplinę powodują utratę jej “puszystości”. Drugim czynnikiem zagrażającym są mechaniczne uszkodzenia. Puch i włókna syntetyczne poddawane są uciskowi i załamaniom. Im jest ich mniej, tym lepiej dla ich żywotności. Kurtki tego typu można kompresować, ale nie powinno robić się tego zawsze w ten sam sposób i utrzymywać ich w kompresji zbyt długo. Nie chodzi tu o sytuację kilkudniowej wycieczki, ale o taką, w której ocieplaną kurtkę chcemy trzymać skompresowaną do następnej zimy.
Kurtka syntetyczna i puchowa powinny wskakiwać do worków kompresyjnych niedbale, za każdym razem trochę inaczej. Nie wolno ich rolować, ponieważ wówczas miejsca zginania i naprężeń wypadną w tych samych partiach odzieży.
Kolejną kwestią jest pranie kurtek puchowych i kurtek z wypełnieniem syntetycznym. Kurtka puchowa wymaga więcej uwagi i po prostu należy wiedzieć jak prać kurtkę puchową. Przy jej praniu i suszeniu trzeba dbać, żeby puch nie zbijał się w komorach. Specjalny schemat wirowania, dorzucanie do bębna piłeczek tenisowych, czy oklepywanie kurtki podczas suszenia, to sposoby znane posiadaczom puchówek. Kurtki syntetyczne wymagają mniej skomplikowanych zabiegów, a ich pranie zasadniczo polega na przestrzeganiu zaleceń z metki.
Tym razem wybór jednej lub drugiej kurtki ocieplonej można sprowadzić do tego, jak wiele uwagi jesteś w stanie poświęcać jej przy praniu i przechowywaniu. Syntetyk jest bardziej bezobsługowy, choć z puchem, oczywiście przy pewnej dozie dobrych chęci, można sobie również poradzić.

Kurtki puchowe Rab to przykład modeli o doskonałej jakości, świetnej izolacji i rozsądnej ceny. (fot. Rab)
Oczywiście wszystko zależy od tego, jak używasz i jak dbasz kurtkę. Warto nadmienić, że kurtka używana w górach i w mieście narażona jest na wiele czynników. Jeśli kurtkę nosisz także na co dzień to wiedz, że materiał zewnętrzny i ocieplina na pewno szybciej zaczną się starzeć. Kluczowa dla kurtek ocieplanych jest tzw. utrata loftu, czyli zanikanie sprężystości włókien. Przyjmuje się, że puch jest ociepliną, która dłużej zachowuje swoje naturalne właściwości. Uważa się, że puch zdolny jest pozostawać sprężysty przez okres 5 lat, ocieplina syntetyczna zaś przez około 3 lata. Okresy te można znacznie wydłużyć, mogą one trwać dwu-, a nawet dwuipółkrotnie dłużej, jeśli o swoją kurtkę należycie dba się przez cały ten okres jej użytkowania.
Przy tej okazji warto wspomnieć o cenach kurtek puchowych i syntetycznych. Kurtki puchowe damskie oraz męskie zazwyczaj są droższe, ale jak widzisz są one bardziej trwałe. Kurtki z ociepleniem syntetycznym są najczęściej nieco tańsze, a czas ich zużywania raczej na tyle długi, by w tym czasie zapragnąć kupna nowego modelu.
Przy wyborze kurtki ocieplanej warto zastanowić się nad kwestią odpowiedzialności za środowisko naturalne. Branża outdoor i natura to pola, których zwyczajnie nie da się oddzielić. Produkcja kurtek puchowych powiązana jest z hodowlą gęsi i kaczek. Żeby zminimalizować negatywny wpływ i wprowadzić wysokie standardy hodowli drobiu, stworzony został certyfikat RDS (Responsible Down Standard). Warto wybierać kurtki wypełniane puchem z tym znakiem. Wówczas wyrażasz poparcie dla odpowiedzialnych metod pozyskiwania puchu i odpowiedzialnej hodowli, która nie przysparza zwierzętom cierpienia. Wiodące marki outdoorowe używają puchu z certyfikatem RDS (Responsible Down Standard) od 2014 r.
W tym wypadku wybór kurtki ze sztucznym ociepleniem to wybór ekologiczny. Nie wpływa na potrzebę zwiększania hodowli, a także często wiąże się z wykorzystaniem włókien pochodzących z recyklingu. Niektóre marki odzieży outdoor starają się poszerzać kolekcję kurtek z ociepleniami takimi jak PrimaLoft®, Coreloft™, Thinsulate™, Polartec® Alpha®, a także poszukują rozwiązań wykorzystujących hybrydowe ocieplenia, na przykład z wełny i syntetycznych włókien.

Autor w kurtce Fanes TW CLT Hood z hybrydową ociepliną TirolWool® Celiant®.
Ciekawe, czy po lekturze tego wpisu jest ci łatwiej wybrać kurtkę ocieplaną, czy masz jeszcze większy mętlik w głowie. Jak widzisz, w zależności od tego, co weźmie się pod uwagę, puch lub syntetyk sprawdza się lepiej. Może spróbuj sporządzić piramidę swoich priorytetów. Jeśli maksimum ciepła, waga odzieży i pakowność będą najistotniejsze, wybór powinien paść na puch. Jeśli zaś szukasz kurtki, która nie zawodzi przy załamaniu pogody i w trakcie intensywnych działań oraz dostarcza całkiem sporo ciepła, to sztuczny puszek będzie dla ciebie lepszy.
Pod nazwą Łuk Karpat kryją się projekty trekkingowe, w kórych celem jest długodystansowe przejście przez całe Karpaty. Takie przedsięwzięcie jest trudne do zrealizowania ze względu na dystans i czas, jaki trzeba mu poświęcic. Nie ma zbyt wielu takich przejść, a do 2018 roku nie było tego typu przejścia zimą. O tym trudnym projekcie rozmawiamy z Weroniką Łukaszewską (W) i Sławomirem Sanockim (S) – ludźmi, którzy Łuk pokonali dwukrotnie. Najpierw latem, a następnie – jako pierwsi – zimą.
Wiele osób chce rzucić wszystko i wyjechać w góry. Wy tak zrobiliście. Jak to się robi, że zostawia się wszystkie obowiązki i na trzy miesiące znika w Karpatach? Trudno oderwać się od zwykłego życia i wyjść na długodystansowy szlak?
S: Może zacznę od tego, że poznaliśmy się na szlaku w Beskidzie Sądeckim. Okazało się, że mamy wspólny cel – przejście Głównego Szlaku Beskidzkiego. Postanowiliśmy wtedy przejść go razem. W czasie przejścia GSB powstał pomysł przejścia letniego Łuku Karpat. Wtedy akurat mieliśmy oboje taką sytuację, że mieliśmy okienko zawodowe. Mnie skończyła się umowa, Weronice też, więc to był idealny moment, żeby podjąć taką decyzję i ruszyć na te trzy, cztery miesiące w Karpaty. Po tej wyprawie wróciliśmy do normalnego życia zawodowego i pracy na etat. W głowie mieliśmy jednak myśl, by wyruszyć w Karpaty zimą. Nawet gdy odpychałem od siebie myśli, wszystko zaraz wracało. Co chwilę zaczynałem więc szukać rozwiązań na przejście Karpat zimą w tak krótkim czasie. Na początku pomysł wydawał się nierealny, ale z czasem wpadaliśmy na pomysły rozłożenia depozytów, zabrania sanek. Powstał też plan trasy, bo trzeba było zastanowić się, które pasma należy wybrać. Przez całe Karpaty nie wiedzie jeden wytyczony szlak, sami konstruujemy sobie trasę. Wszystko to był pewien proces, czas, w którym ta myśl dojrzewała.
W: Ważne jest poukładać sobie wszystko tak, by zrobić to, co chce się zrobić. Niezależnie od tego czy mamy rodzinę, pracujemy… Są ludzie, którzy spełniają swoje marzenia, nawet te wydawałoby się nierealne i niemożliwe. Postanowiliśmy, że chcemy funkcjonować tak, a nie inaczej. Nie jest to oczywiście łatwe do zrobienia, żeby wyjść ze schematu praca-dom-praca-dom.

No właśnie. Przeszliście Łuk Karpat dwa razy. Te przejścia miały inne trasy?
W: Przejście zimowe bazowało na letnim, ale musieliśmy zmienić trasę z różnych względów – raz z uwagi na krótki czas trwania zimy, dwa, żeby uniknąć zagrożeń lawinowych. Nie wszędzie da się przejść trekkingowo zimą, bez odpowiedniego sprzętu. Przy takim zimowym przejściu nie ma też czasu, żeby czekać na odpowiednie warunki.
Trudniej więc jest przejść Łuk Karpat za pierwszym razem, czy powtórzyć tę sztukę w zimowych warunkach?
S: Te wyprawy były zdecydowanie inne. Zimą było bardziej „surowo”… Latem mamy w większości przyjemność z wędrówki. Zimą walka jest każdego dnia.
Ale zimą wiedzieliście – mniej więcej – czego się spodziewać.
W: Dzięki doświadczeniu z wyprawy latem wiedzieliśmy jakie jest ukształtowanie terenu, baza turystyczna – a raczej jej brak – i że nie zapewnimy sobie odpowiedniej ilości kalorii, zaopatrując się w żywność w sklepach. Nie wiedzieliśmy jak nasze organizmy poradzą sobie z takim wysiłkiem w czasie zimy, dzień w dzień. I jak psychika będzie reagować na kombinację wysiłku i ekstremalnych warunków.
Inaczej trzeba przygotować się do letniej i zimowej wyprawy, ale co jest tą największą różnicą?
W: Śnieg (śmiech).
S: Trasa. Największa różnica to opracowanie trasy, która omija te najwyższe pasma, ze względu na zagrożenia lawinowe. Nasza wyprawa była trekkingiem, a nie żadną wyprawą alpinistyczną, wspinaczkową. Nie braliśmy sprzętu do asekuracji.
W: Nie zabraliśmy nawet lawinowego ABC, to oznaczało, że czasem jechaliśmy po bandzie ze sprzętem.

Jak rozwiązaliście problem jedzenia na trasie? Zimą potrzebowaliście o wiele więcej energii.
S: Idąc latem przez Karpaty schodziliśmy do wiosek i tam kupowaliśmy prowiant na kolejne kilometry. Zimą rozmieściliśmy dziesięć depozytów z żywnością liofilizowaną.
Jak często więc zaglądaliście do cywilizacji zimą?
S: Stosunkowo często. Po każdym paśmie schodzi się do wioski. Najdłużej poza cywilizacją byliśmy około tygodnia.
W Karpatach spotyka się zimą ludzi, którzy pracują lub żyją wyżej, już w samych górach? Może ktoś był tak szalony jak Wy i też wędrował szlakiem?
W: Takich ludzi wędrujących jest bardzo mało. Spotkaliśmy dwa razy turystów – raz to była Wielka Jaworzyna na granicy słowacko-czeskiej i to były okolice świąt i weekendu. To jednak taki spacerowy teren, gdzie można nawet wjechać samochodem. Drugi raz na Połoninie Borżawie. Tam z kolei jest wyciąg narciarski, więc spotkaliśmy grupkę narciarzy i trzech turystów, którzy tym wyciągiem wjechali i chcieli zejść w innym miejscu, więc szli przez Połoninę. Raz spotkaliśmy też przetorowany odcinek szlaku w Rumunii, jakieś 4 km, w okresie ferii zimowych dla dzieci.
S: Poza tym w górach, zwłaszcza w Rumunii spotyka się ludzi, bo ci ludzie są częścią szlaku. Żyją w górach, trudnią się wypasem owiec…
Jednak zimą ich nie wypasają.
S: Tak. Ale ich domy są położone wysoko, dlatego zdarzało nam się odwiedzić takie gospodarstwa, na przykład ze stadem 300 owiec.
Wasze pojawienie się w takim miejscu wzbudzało entuzjazm?
W: Zawsze wzbudzało zaskoczenie i ciekawość. Ludzie pytali co my tu robimy, bo turystycznie zimą po górach mało kto chodzi. Musieliśmy nauczyć się paru zdań po rumuńsku, żeby powiedzieć skąd się wzięliśmy. Spotkaliśmy w górach też jakiś drwali, pilarzy. Rumuni chętnie częstują tym co mają, tłumaczą drogę. Raz wydawało nam się, że zrozumieliśmy wskazówki co do dalszej wędrówki, ale potem okazało się, że jednak było inaczej i pobłądziliśmy (śmiech).

Brzmi to bardzo przygodowo. Mam jednak serię trochę bardziej wścibskich pytań… Słuchajcie, poszliście na Łuk Karpat zimą, bo chcieliście być pierwsi, czy była jakaś inna motywacja?
W: Na letnim Łuku Karpat pojawił się pomysł z zimą. Wtedy też uzmysłowiliśmy sobie, że przecież nikt jeszcze tego nie dokonał.
S: Zima to była konsekwencja poprzednich wypraw. Główny Szlak Beskidzki jako część Karpat. Później całe Karpaty latem… Otwarcie mówimy, że zdawaliśmy sobie sprawę, że jeśli się uda, będzie to coś pionierskiego. Było to dodatkowym bodźcem, dawką adrenaliny, żeby to zrobić.
Łukasz Supergan – który jest chyba jedynym Polakiem z dwukrotnym przejściem Łuku Karpat na koncie – napisał na swoim blogu, że wykorzystaliście dogodne warunki do zrealizowania zimowego przejścia. Czy takiej zimy jak ta, zimy bardziej śnieżnej, byłoby to trudniejsze do zrealizowania?
W: Na Słowacji było mało śniegu, w Polsce był, ale przeleżany, więc dobrze się po nim szło. To był duży plus i dał nam kilka dni zapasu, które dobrze wykorzystaliśmy. Jeśli chodzi o tak śnieżną zimę jak teraz tym roku, to na Ukrainie i w Rumunii mieliśmy takie warunki praktycznie cały czas. Faktycznie, gdybyśmy na Słowacji i w Polsce musieli brnąć przez głębokie śniegi, to może mielibyśmy problem z przejściem i zmieszczeniem się w czasie trwania zimy.
S: Faktycznie, wykorzystaliśmy “okienko sezonowe”. Przy takim przedsięwzięciu trzeba mieć trochę farta. Trekking na trasie ponad 2000 kilometrów stanowi dystans, którego pokonanie w tak krótkim czasie zimą jest niewątpliwie trudnym zadaniem. Trzeba liczyć na dobre warunki.

Kilka razy spaliście w schroniskach i mówicie o tym otwarcie. Zastanawiam się czy w takich długodystansowych wędrówkach jest coś takiego jak czystość stylu. Myślicie, że ktoś wymyśli teraz przejście typu “Łuk Karpat bez zawijania do schronu” albo “Łuk Karpat bez depozytów z żywnością po drodze”.
S: Wszystko jest możliwe. Każda wyprawa przez Łuk Karpat się różniła. Nie było dwóch takich samych przejść, dlatego ciężko mówić tu o stylu przejścia. Nie wiadomo jak to zdefiniować. Równie dobrze można się zastanawiać nad wyborem trasy, ale do tej pory nikt nawet nie podjął się próby przejścia Łuku Karpat zimą. Jeśli chodzi o nas to staramy się zachęcać ludzi do tego, żeby spróbowali. Powtórzenie będzie sprawdzianem także dla naszej wyprawy. Na pewno będziemy taką wyprawę obserwować. Wspominamy otwarcie o schroniskach, ale oczywiście jest możliwe, żeby przejść Karpaty bez noclegu pod dachem. W naszym przypadku były to tylko schroniska w Polsce i na Słowacji. Ludzie wiedząc, że idziemy Łukiem Karpat zapraszali nas i my korzystaliśmy z tej sposobności.
W: Na Ukrainie czy w Rumunii schronisk jest niewiele. Można korzystać z agroturystyk, ale poza sezonem to średnio funkcjonuje. Brak jednego, wytyczonego szlaku, powoduje, że każdy musi żonglować przez które pasma pójdzie. Z kolei w czasie letniego Łuku raz musieliśmy spać pod dachem i był to najgorszy nocleg. Szliśmy wtedy przez Tatry i przechodziliśmy na Rysach na stronę słowacką, więc spaliśmy w Morskim Oku i bardzo się nie wyspaliśmy tej nocy. Upał, mały pokój wypełniony dwudziestoma osobami…było ciężko. Człowiek przyzwyczajony do świeżego powietrza odzwyczaja się od spania pod dachem i walczenia o tlen.
Można pomyśleć, że Łuk Karpat to nie Himalaje i że koszty są małe. Zdradzicie jaki jest budżet takiej wyprawy?
S: Budżet jest zdecydowanie mniejszy, ale też zaskakująco wysoki, jak na wyprawę trekkingową. W naszym przypadku był to koszt około 60 000 złotych.
W: Tak naprawdę cały sprzęt na Łuk Karpat zimą musieliśmy kupić od zera. Wyposażenie na takiej wyprawie niszczy się szybko. Po wyprawie sprzęt wyglądał tak, jak używany przez okres dziesięciu lat na normalnych wycieczkach w góry. Nie mogliśmy pozwolić sobie, żeby był to sprzęt już zużyty. Nie bierzemy też nic na zapas. Mamy jeden i tak za ciężki plecak. Drugą sprawą jest jedzenie liofilizowane – nie zdecydowaliśmy się na inną żywność. Byłoby to może i możliwe, ale na pewno bardziej wycieńczające. Trzeba sobie zapewnić odpowiednią ilość kalorii każdego dnia, a żywność liofilizowana jest tu najlepszym sposobem.
S: Samych dań liofilizowanych mieliśmy za około 10 000 złotych. Tylko to pokazuje, skąd taki koszt wyprawy.

No dobrze. Na koniec jeszcze tylko jedno z trudnych pytań. Macie już kolejny plan w głowie? Układać w myślach już kolejną długodystansową wędrówkę?
W: Mamy już kilka (śmiech), ale nie możemy zdradzić! Na każdej wyprawie rodzą się kolejne plany. Możemy powiedzieć, że kierunek bardziej na wschód, w dzikie, odludne rejony.
S: Jesteśmy na etapie załatwiania wizy na tak długą wędrówkę. Dlatego też niechętnie o tym rozmawiamy, bo otrzymanie wizy determinuje czy będzie to ten, czy inny kierunek.
Ale będzie to już w Azji, czy jeszcze w Europie?
S: Powiedzmy, że na pograniczu (śmiech).
Rozumiem, że to nam musi wystarczyć. Dziękuję za miłą rozmowę. Powodzenia.
Uczestnikom wyprawy Łuk Karpat Zima zadaliśmy jeszcze klika pytań w filmowym wywiadzie.
Już za chwilę do sklepów outdoor trafi nowa kolekcja The North Face, a z nią na rynku zadebiutuje nowy rodzaj materiału membranowego, który – jak można sądzić z zapowiedzi producenta – będzie prawdziwym materiałem przyszłości.
FUTURELIGHT™ to najbardziej zaawansowana i najbardziej oddychająca z wodoodpornych i paroprzepuszczalnych technologii. Tak przynajmniej twierdzą jej twórcy. Co więcej, ma te właściwości wynieść na zupełnie nowy poziom, do którego powinni dążyć inni producenci membran. Czy FUTURELIGHT™ będzie miał szansę stać się technologią, która zagrozi choćby materiałom GORE-TEX®? Wkrótce się o tym dowiemy, gdy produkty z nią trafią do szerokiego grona odbiorców. Do tej pory membranę mieli szansę testować ambasadorzy TNF.
[Aktualizacja] Od 01.10.2019 produkty z membraną FUTURELIGHT™ są dostępne w naszym sklepie. Znajdziesz je tutaj.
Najnowszy materiał The North Face zadebiutował na początku roku na targach Consumer Electronics Show. Na targi elektroniki w Las Vegas wjechał (dosłownie) jako poszycie ultralekkiego, koncepcyjnego kampera. O ile kamper nie wejdzie do seryjnej produkcji, o tyle materiał, który ma więcej związków z branżą auto-moto, znajdzie się już w zimowej kolekcji The North Face na rok 2019.
Śmiała wizja nowego “supermateriału” powstawała w biurach projektowych latami. W projektowaniu nowej technologii wodoodpornej outdoorowym projektantom pomagali ludzie z Designworks, czyli biura projektowego BMW. Wszystko wskazuje, że otwarcie na nowe pomysły i radykalne zmiany może wywołać spore zamieszanie, bo przez dwa lata testów w najtrudniejszych warunkach technologia FUTURELITE™ zbierała praktycznie same dobre oceny.

Nowa membrana testowana była w najtrudniejszych warunkach (fot. The North Face)
Na temat nowej membrany i materiału FUTURELIGHT™ informacje są dość skąpe. Marka The North Face roztacza wokół projektu trochę aurę tajemnicy, ale kilka faktów jest znanych.
FUTURELIGHT™ to rodzaj materiału, który powstaje dzięki zastosowaniu nanoprzędzy i nowej technologii jej przędzenia. Zaawansowany proces wytwarzania przędzy tworzy strukturę o wyjątkowo porowatej powierzchni. Oczywiście porowatość ta nie jest odczuwana na dotyk, ale można ją poczuć w działaniu materiału.
Materiał pełen jest mikroskopijnych otworów, które cechują się niespotykaną dotąd przepuszczalnością powietrza. Wysoki stopień oddychalności nowego materiału ma być jedną z największych jego zalet, przy czym nie ma zupełnie mowy o ograniczonej wodoodporności produktów z materiału FUTURELIGHT™.
Nowy rodzaj przędzy i technologia jej wytwarzania daje projektantom dużą swobodę. Mogą oni regulować wagę, oddychalność, rozciągliwość i trwałość materiału, a także nadawać mu struktury tkaniny lub dzianiny. Dzięki temu odzież The North Face z materiału FUTURELIGHT™ może być dopasowana dokładnie do aktywności, do jakiej zostaje stworzona. Tam gdzie oddychalność jest najważniejsza, może być jej więcej, a tam, gdzie trwałość materiału to główny czynnik, po prostu można ją zwiększyć.
Innowacyjność to nie tylko wytwarzanie coraz to lepszych produktów. Dziś prawdziwy postęp musi być związany z odpowiedzialnością. Marka The North Face produkując nowy materiał zadbała o świadomy proces jego produkcji. Nowy laminat trójwarstwowy powstaje przy maksymalnym ograniczeniu wykorzystywania chemikaliów, a urządzenia, które go wytwarzają korzystają z zielonej energii wytwarzanej przez ogniwa fotowoltaiczne.
FUTURELIGHT™ jest w 100% materiałem pochodzącym z recyklingu. Materiał wolny jest również od PFC. Dzięki temu wodoodporna technologia nie wiąże się z zatruwaniem wody i gleby tym szkodliwym dla środowiska związkiem.
Ekstremalnie oddychający i wodoodporny materiał powstał z myślą o ekstremalnych warunkach. Tak naprawdę nie byłoby technologii FUTURELIGHT™, gdyby nie sportowcy marki, ich potrzeby i ich ambitne projekty. To właśnie powody, dla których powstała nowa membrana The North Face.

Hilaree Nelson w kurtce z FUTURELIGHT™ podczas testów w Himalajach (fot. The North Face)
Materiał ma za sobą ponad 400 dni testów w terenie, a nie tylko setki godzin w laboratoriach. W odzieży wykonanej z FUTURELIGHT™ Jim Morrison wspiął się, a potem zjechał na nartach z Everestu, Cho Oyu i Lhotse. Membranę testował również David Lama – znakomity alpinista, który w kwietniu zginął z partnerami w górach Kanady. Tak znane nazwiska i tak trudne projekty dają nadzieję, że wszystko co mówi się o tej membranie, nie jest tylko marketingowym newsem.
FUTURELIGHT™ równie dobrze radził sobie w laboratoriach. Materiał testowali nie tylko jego twórcy, ale również niezależne organizacje, na przykład Underwriter Labs (UL). Przeprowadzone w UL testy prowadzone były w o wiele bardziej wymagających warunkach, niż testy stosowane do sprawdzania odzieży outdoorowej.

Prace nad produktem trwały kilka lat (fot. The North Face)
Teraz czas na właściwy test. Nowa membrana znajdzie się w najbardziej technicznych produktach marki. Amerykanie wyposażą w nią topowe kurtki przeciwdeszczowe The North Face i spodnie. Produkty z membraną już od kolekcji jesień-zima 2019 dostępne będą w seriach takich jak Summit Series, Steep Series i Flight Series.
Opowieści z Himalajów często są do siebie bardzo podobne. Ich rytm wyznacza zdobywanie aklimatyzacji i wysokości. Ta będzie jednak inna. Magda Lassota pojechała pod Everest nie po to, by kursować w nieskończoność między obozami i nie po to, by wejść na szczyt. Chciała poznać ludzi, których przyciągnął Everest i zajrzeć w każdy zakamarek Everest Base Camp. Pod najwyższą z gór spędziła dwa długie miesiące, podczas których realizowała projekt reporterski „W cieniu Everestu”.
Zacznijmy od szczerości. Co Ciebie przyciągnęło pod Everest? Przecież nie chciałaś wejść na szczyt.
To jest trudne pytanie. Nie wiem, dlaczego ten Everest tak przyciąga. Bardzo chciałam poznać odpowiedź na to pytanie, dlatego pojechałam do bazy. Jednak nie do końca mi się to udało… Zawsze powtarzałam, że nie chcę wchodzić na Everest. W pewnym momencie jednak zmieniłam zdanie i mnie również ta góra zaczęła przyciągać.
Magnes tego szczytu był silniejszy niż plany?
Był bardzo silny! Na szczęście szybko zeszłam na ziemię i wróciłam do mojego pierwotnego myślenia, że nie chcę wchodzić na Everest. Przyznam, że na początku chciałam zrobić tylko projekt fotograficzny. Przede wszystkim jestem fotografem i chciałam robić zdjęcia wspinaczy przed wejściem na górę i po zejściu z niej. Jednak później zaczęło interesować mnie wiele więcej i tak powstał pomysł na obszerny reportaż. W Polsce nie było takiego projektu. Nie sądzę też, żeby ktoś coś podobnego na świecie już zrobił.

Everest Base Camp na dwa miesiące stał się domem Magdy. (fot. Magda Lassota)
Słuchaj, skoro chciałaś fotografować wspinaczy przed i po Evereście, to zakładałaś, że szczyt zmienia. Na zdjęciach widać byłoby pewnie tę stronę fizyczną.
Nie jest tak, że ten projekt się nie udał. Zrobiłam serię takich zdjęć. Nie wszystkim. Zwłaszcza po zejściu z góry było to trudne, bo wspinacze wtedy bardzo szybko uciekają z bazy. Helikopter praktycznie już na nich czeka. Everest bardzo zmienia fizycznie. Wspinacze potrafią schudnąć kilkanaście kilogramów w czasie tygodniowego ataku szczytowego. Na ich twarzach widać tak zwany Everest Kiss – pocałunek Everestu – czyli odmrożenia na policzkach. To jest bardzo wyraźne.
Ile ludzi jest pod Everestem w sezonie?
W tym roku w bazie było około 1200 osób. Ogromnie dużo.
Ci ludzie się zmieniają, czy są to przeważnie te same osoby przez długi czas?
Jest grupa ludzi, którzy przychodzą i odchodzą, jak na przykład tragarze. W większości jest to jednak stała grupa, która tam po prostu mieszka przez cały czas trwania wyprawy. Wszyscy, którzy są w bazie są natomiast związani z wyprawami. W bazie nie ma trekkersów, bo oni mają zakaz wchodzenia na jej teren. Trekking do bazy pod Everestem to jest tak naprawdę trekking do punktu na samym początku bazy. Teoretycznie za to miejsce trekkersi nie mogą wchodzić. To jest strefa tylko dla wspinaczy.

Baza to przede wszystkim ludzie, a nie namioty lód i kamienie. (fot. Magda Lassota)
Czyli będąc w bazie miałaś wykupione pozwolenie na szczyt?
Miałam pozwolenie, ale nie na Everest, bo jest ono bardzo drogie. Miałam pozwolenie na Nuptse. Bez żadnego pozwolenia nie można przebywać w bazie, a na pewno nie tak długo. Oczywiście nie da się sprawdzić, czy każda osoba w bazie ma pozwolenie i czy nie zaplątał się tu żaden turysta. Trzeba jednak wierzyć, że ludzie trzymają się tych przepisów i nie wchodzą za wielki głaz na początku bazy, na którym jest tabliczka z zakazem.
Nie ma czegoś takiego jak baza dla trekkersów. Jednak co roku pod ten wielki głaz przychodzą dziesiątki tysięcy turystów, żeby z pewnej odległości przyjrzeć się bazie, w której w tym roku było 380 osób z pozwoleniami wspinaczkowymi na Everest.
W mediach, które informowały o Twoim projekcie można było wyczytać, że spędziłaś dwa miesiące w „hotelu” z widokiem na Everest. Z bazy jednak samego Everestu chyba nie widać?
Z kilku tylko miejsc widać kopułę szczytową, jednak głównie widać Lolę i Nuptse, które zasłaniają Everest.
A nie inne namioty, które zasłaniają te góry?
Masz trochę racji. Widok z bazy jest zarazem piękny i brzydki. Jak przemierzałam tę bazę, to czasem czułam, że idę przez pole namiotowe… jak w Łebie albo w Mielnie… Pole, na którym nie chce się być, bo jest na nim tłum. Natomiast za każdym razem, gdy podnosiłam głowę, nie mogłam uwierzyć w to, jak pięknie położona jest baza, otoczona ośnieżonymi szczytami. Z jednej strony Lola i Nuptse, z drugiej Pumori. Każda po siedem tysięcy. A do tego wiesz, że zaraz za nimi jest już Tybet.

Everest Base Camp – całkiem spore „pole namiotowe”. (fot. Magda Lassota)
Więc jest to miejsce niejednoznaczne. Jaki jest największy mit o Everest Base Camp?
Nie wiem, jaki jest największy mit o samej bazie, ale wiem, jaki jest największy mit o samym Evereście. To mnie strasznie denerwuje i nie znoszę, gdy mówi się, że na Everest można kogoś wnieść. Będę z tym walczyć! Nie znoszę, gdy ludzie mówią, że tak jest. I że wystarczy mieć pieniądze, żeby wejść na Everest. One wcale niczego nie gwarantują. A już na pewno nie tego, że ktoś nas tam wniesie.
No tak, ale pieniądze dużo w tej drodze na dach świata ułatwiają.
Ułatwiają, ale nie gwarantują sukcesu.
Pewna rosyjska agencja zapowiadała w 2018 roku, że tak podniesie standard, że będą normalne łóżka, że będą dywany w namiotach.
Już to jest. Ja w namiocie miałam dywan, półeczkę i materac. Ale w droższych agencjach łóżka też się zdarzają.
Czyli luksus?
Dla mnie mój namiot był luksusowy, choć zdarzają się jeszcze bardziej luksusowe. Namiot wygląda jak prostokątny domek z dwuspadowym dachem. Można się w nim normalnie wyprostować, stanąć. Ma mniej więcej wymiary dwa metry na metr. W środku jest łóżko lub sam materac, dywan, szafeczka turystyczna. Dla mnie to był szok. Mój mały pałac. Są oczywiście agencje, które oferują nawet prywatne ogrzewanie w namiotach. To się dzieje nie od dziś, a będzie jeszcze bardziej luksusowo.

Pod Everest każdy przyjeżdza ze swoją historią. (fot. Magda Lassota)
Rozmawiałaś w bazie z wieloma osobami i pojechałaś, żeby ich zrozumieć. Po co się idzie na ten Everest? Było tam już tylu ludzi.
Nie wiem. Robiłam wszystko, żeby się tego dowiedzieć i mam wrażenie, że dwa miesiące w bazie aż tak bardzo nie przybliżyły mnie do rozwiązania tej zagadki. Każdy podaje jakieś powody: miłość do gór, kolejny krok we wspinaczkowej karierze, kompletowanie Korony Ziemi. Czasem ktoś przekonuje, że jest to misja społeczna. Nie kupuję takiego tłumaczenia. Pamiętam, że rozmawiałam z kimś, kto mówił, że tak naprawdę na początku jest decyzja. Decydujesz, że chcesz wejść na Everest, a potem możesz – ale nie musisz – budować wokół tego otoczkę, mówić, że to jakaś misja społeczna. Na przykład mówisz, że walczysz o czyjeś prawa. Niezależnie od tego, jak bardzo ktoś chciałby zrobić z siebie bohatera, to najpierw jest jego decyzja, jego ego. A potem może opowiadać, co mu się żywnie podoba.
Czyli jest to projekt egoistyczny?
Oczywiście. Wchodzenie na tę górę jest absolutnie egoistyczne. Czasem ludzie sami nie do końca wiedzą, co nimi kieruje, a czasem nie chcą się po prostu przyznać.
Może też jest tak, że ta motywacja zmienia się w czasie wyprawy?
Może. Na pewno jest dużo takich osób, które kochają się wspinać, a Everest pojawił się w ich głowie już dawno. Poznałam takich wspinaczy, którzy mówili, że myśleli o tej górze od lat, od dzieciństwa, i w końcu tu są. Dla wielu to po prostu marzenie.

„Dach świata” to magnes, który przyciąga wielu wspinaczy. (fot. Magda Lassota)
Skoro rozmawiałaś też z tymi, którzy to marzenie osiągnęli, to powiedz, co oni mówią już po zejściu z góry, po tym jak stanęli na najwyższym szczycie Ziemi. Czy oni mówią na przykład, że warto wziąć kredyt na 30 tyś. dolarów i tego dokonać?
Hmmm… 30 tyś. dolarów to tak średnio. Raczej więcej. W każdym razie nikt mi nie powiedział, że żałuje tych pieniędzy. Raczej mówili, że powtórzyliby to, bo jest to tak niesamowite przeżycie. Nie spotkałam nikogo, kto powiedział: „kurczę, nie, to nie było warte tego kredytu”. Spotkałam natomiast osobę, która wzięła już dwa kredyty. Raz jej się nie udało, ale za drugim razem weszła. Chyba jednak większość wspinaczy uważa to za swoje największe osiągnięcie i płaci tę cenę.
Takie wejście na Everest to jeszcze sport, himalaizm? Sporo jest głosów, że to tylko wysokogórska turystyka.
To prawda. Nawet muszę się z tym zgodzić. Niektórzy są bardzo doświadczeni, ale jednak jest wiele osób, które w bardzo dużym stopniu korzystają z pomocy Szerpów.
Spotkałaś kogoś, kto nie korzystał na przykład z tlenu? Bywają w bazie w czasie sezonu wspinacze ze sportowymi ambicjami?
W tym roku chyba nikt nie wszedł nie używając tlenu. W najlepszy dzień do ataku szczytowego była słynna kolejka i na przykład Elizabeth Revol też nie mogła pozwolić sobie na to, by czekać w kolejce i nie używać tlenu, chociażby z powodu ryzyka odmrożeń. Nie daję głowy, że nikomu się nie udało, ale ja nie słyszałam o takim wejściu w tym sezonie.

Baza to nie tylko ci, którzy marzą o szczycie. To również tragarze, kucharze i przewodnicy. (fot. Magda Lassota)
Baza pod Everestem to też „lokalsi”, którzy pracują przy wyprawach. Czyje opowieści są ciekawsze – wspinaczy czy tragarzy, przewodników i kucharzy?
Ciężko to porównać. Słyszałam masę ciekawych historii wspinaczy i mnóstwo ciekawych historii Szerpów. Problem jest taki, że człowiek z zachodu wejdzie raz na Everest i jest gwiazdą w swoim kraju. Szerpa wchodzi 10, 15, 20 razy i nikt o nim nie słyszy. Szerpowie, którzy weszli na przykład 5 razy na szczyt mówią, że to mało. Oni nie robią tego dla sławy, to ich praca, robią to, żeby przeżyć. Ich historie są takie ciekawe, bo o ich życiu wiemy niewiele.
Napisałaś reportaż, w którym zastanawiałaś się, czy Szerpowie są szczęśliwi czy nieszczęśliwi.
Nepalczycy mówią, że są szczęśliwi. Mówią, że trzeba być szczęśliwym i nie ma co narzekać i zbytnio się nad tym zastanawiać. Wpływ ma na to też buddyzm. Myślę, że nie do końca chcą się przyznawać, że tak naprawdę jest ciężko. Żeby się tego dowiedzieć, trzeba ich lepiej poznać.
Mówi się, że pod Everestem jest dużo problemów. Media nagłaśniają na przykład problem śmieci, kolejek pod szczytem, śmierci na górze. To są po prostu nośne tematy czy palące problemy?
Liczba ludzi pod tą górą nie musi wpływać na większe zaśmiecenie. Z roku na rok coraz bardziej dba się o to, żeby tych śmieci ubywało. Ja chcę wierzyć w to, co mówią ludzie z pozarządowej agencji SPCC – Sagarmatha Pollution Control Committe, która zajmuje się właśnie problemem śmieci na Evereście, pod Everestem i w całym Parku Narodowym Sagarmatha. Oni mają misję, chcą, żeby ta góra za kilka lat była czysta. A to, że na Everest wspina się dużo za dużo ludzi, to niepodważalny fakt. Rząd w żaden sposób nie kontroluje ani liczby pozwoleń, ani umiejętności wspinaczy.
Nie widzisz szans, żeby to się zmieniło? Nie ma szansy, że będzie tam po prostu mniej ludzi?
Nikt nie widzi. Dla rządu liczą się pieniądze. Politykom były przedstawiane różne rozwiązania. Szerpa, który 17 razy wszedł na szczyt i prowadził wiele ekspedycji – Lakpa Rita Sherpa – sam przedstawiał rządowi propozycję, dzięki której na Evereście byłoby mniej niedoświadczonych ludzi, a pieniędzy dla Nepalu tyle samo, ale to nic nie dało. Na przykład są takie pomysły, żeby wspinacz, który ma wejść na Everest, wcześniej zdobył inny ośmiotysięcznik. Ponieważ większość ośmiotysięczników leży w Nepalu, to zasada ta zatrzymałaby pieniądze w kraju, a nawet byłoby ich więcej. Wspinacze musieliby zrobić przynajmniej o jedną ekspedycję więcej. I mieliby też większe doświadczenie.
Teraz – po nagłośnieniu sprawy z kolejką – mówi się o takiej zasadzie, że wspinacz powinien wcześniej zdobyć dowolny szczyt liczący 6500 metrów, ale to jest mydlenie oczu i wiele osób się z tego śmieje. Są przecież proste szczyty i to nic nie zmieni.
Skoro tak dużo ludzi jest w górach – nawet tych najwyższych – to porozmawiajmy chwilę o fenomenie, który można określić jako „modę na góry”. Czemu Himalaje interesują tak wielu Polaków? Jadąc tam musiałeś zakładać, że to będzie interesujące dla ludzi.
Najpierw wpadłam na ten pomysł, a potem rzeczywiście pomyślałam, że może będzie łatwiej, bo to słowo Everest tak przyciąga uwagę, działa na wyobraźnię. Teraz w ogóle coraz więcej ludzi jest „specjalistami” od gór wysokich. Wydaje mi się, że to za sprawą mediów i tragedii. Czy ktoś wcześniej słyszał o Tomku Mackiewiczu, który siedem razy próbował wejść zimą na Nangę? Czy ktoś słyszał o Revol? A teraz tak łatwo jest ją oceniać. To tak, jak z Małyszem, gdy było o nim głośno, cała Polska interesowała się skokami.

Everest Base Camp to dom wspinaczy i sztab, gdzie opracowuje się plan ataku szczytowego. (fot. Magda Lassota)
Ale w górach widać więcej ludzi.
Myślisz, że jest ich więcej niż kiedyś?
Widzę to choćby w najpopularniejszych miejscach Karkonoszy, gdzie bywam często. Może jest to wina mediów społecznościowych, dzielenia się przeżyciami na Instagramie, Facebooku.
Być może. Coraz częściej mówi się o społecznej odpowiedzialności tych mediów, że doprowadzają do tego, że w niektórych miejscach jest za dużo ludzi. W Himalajach zdecydowanie przybyło turystów. Wcześniej panowało przekonanie, że są takie niedostępne, odległe, tylko dla zawodowców. A teraz wiadomo, że zrobienie trekkingu w Himalajach nie jest ani skomplikowane, ani nie musi być trudne. Tylko wszystko trzeba robić z głową.
Po Himalajach masz ponoć apetyt na Karakorum. Co z kolejną wyprawą? Pojedziesz tam w góry, czy znów poznawać ludzi?
Na pewno jadę na trekking, od dawna marzę o Karakorum. Wiesz, Himalaje są piękne, ale te trasy trekkingowe są już bardzo skomercjalizowane. Mają rozwiniętą infrastrukturę, a ja chcę poczuć surowość gór i poznać Pakistan. Mam kilku przyjaciół Pakistańczyków, więc nie boję się tam jechać, bo ktoś na pewno się mną zaopiekuje. Chcę zobaczyć, jak mieszkają, żyją, dowiedzieć się jak, pracują pakistańscy tragarze i przewodnicy. Nie wiem jednak jeszcze, czy wyjdzie z tego jakiś reportaż. Po prostu nie wiem, czy uda mi się aż tyle czasu spędzić w górach, bo na to są potrzebne duże fundusze.

„Himalaje są piękne, ale te trasy trekkingowe są już bardzo skomercjalizowane.” (fot. Magda Lassota)
Karakorum jest droższe?
Tak. Mówi się, że Pakistan potrafi być droższy od Nepalu. A Nepal już nie jest tani, a przede wszystkim trekking pod Everest, Wszystkie te teehouse’y, jedzenie, pozwolenia są nieprawdopodobnie drogie. Właściciele teahouse’ów mogą podnosić ceny, bo wiedzą, że turyści i tak będą musieli zapłacić. W jeden dzień trekkingu można wydać 50 dolarów i więcej, do tego pozwolenia, loty do Lukli. Najgorsze jednak jest to, że jak zwykle bogacą się bogaci, a biedni nadal są biedni. Zobaczymy, jak będzie w Pakistanie.
Trzymam więc kciuki za kolejne projekty i dziękuję Ci bardzo za ciekawą rozmowę.
Rozmawiał: Sławek Nosal
Więcej o Magdzie Lassocie i jej projektach: www.magdalassota.com
Zobacz wywiad, w którym zadaliśmy jeszcze kilka innych pytań.
Life is better in hiking boots (Życie jest lepsze w butach turystycznych). Zdanie to przeczytałem kiedyś na blogu marki Scarpa, ale w pełni oddaje moje przekonanie, któremu od kilku lat jestem wierny. Należę do tych osób, które niechętnie zdejmują z nóg obuwie turystyczne. Tak się składa, że modele, które najczęściej wydeptują ze mną miejskie i górskie ścieżki to po prostu buty Scarpa.
Może od razu się przyznam. Nie lubię kupować butów, a jednak w domu mam kilka par tych włoskich butów. Logo tej marki mam na butach skitourowych, tyranych latem po szlakach i skałach podejściówkach i na dwóch parach bestselleru marki, czyli butach Scarpa Mojito. Praktycznie nie ma dnia, żebym nie chodził w butach Scarpa. Jeśli więc szukasz rzetelnego testu chłodnym okiem, to nie tutaj. Tutaj wpis fanatyka, na temat jednego z najpopularniejszych modeli producenta. Mogę szepnąć dlaczego warto kupić buty Scarpa Mojito i opowiedzieć, dlaczego w tym obuwiu można się po prostu zakochać. Trudniej mi zdobyć się na opinię pozbawioną emocji.
Na początek kilka ciekawostek i faktów. Wyraz scarpa oznacza po włosku po prostu but. Trudno o mniej bezpretensjonalna nazwę marki. Początki firmy wiążą się ze stowarzyszeniem S.C.A.R.P.A (Società Calzaturiera Asolana Riunita Pedemontana Anonima), które zrzeszało najlpeszych rzemieślników szewskiego fachu w regione Montebelluna. Stowarzyszenie powstało w 1938 r. Ich członkiem szybko stał się Luigi Parisotto i jego bracia, którzy wyrośli wśród tradycji ręcznej produkcji obuwia.
W latach 50. Luigi Parisotto wraz z braćmi prowadził własne przedsiębiorstwo, które produkowało ręcznie od 5-15 par obuwia dziennie. Ich klientami byli miejscowi rolnicy. Poszukiwali oni wygodnego, a także trwałego obuwia do pracy i znajdowali je w manufakturze rodziny Perisotto. W 1956 r. bracia wykupili stowarzyszenie i przekształcili je w prężnie rozwijającą się firmę. Bardzo szybko dzienna produkcja obuwia sięgnęła liczby 50-60 par butów, nad którymi pracowało 17 szewskich mistrzów.
Do dziś firma pozostaje w rękach tej rodziny i do dziś tworzy obuwie w Asolo u stóp Dolomitów. To region, który po prostu słynie z produkcji wysokiej jakości butów górskich. Marka jako jedna z pierwszych firm zaczęła produkować buty górskie, buty trekkingowe i alpinistyczne. Szybko rozpoznała potrzeby ludzi gór i równie szybko potrafiła na nie odpowiedzieć. Dziś produkuje modele skiturowe, obuwie wysokogórskie, buty turystyczne, wspinaczkowe i buty lifestylowe.

Początki historii marki Scarpa to ręczna produkcja trwałego i wygodnego obuwia (fot. Scarpa).
Buty Mojito Marki Scarpa to model, który w katalogu występuje w ogromnej palecie kolorów i wersji. Można powiedzieć, że te buty turystyczne, to rezultat doświadczeń w projektowaniu butów sportowych, szczypta wspinaczkowego sznytu i wytrzymałość, która zniesie codzienne użytkowanie. Model ten od wielu lat obecny jest na rynku i bez cienia przesady można rzec, że od wielu lat sprawia użytkownikom satysfakcję. Dlaczego buty Mojito są tak popularne? Odpowiedzi można szukać choćby w ich uniwersalnym przeznaczeniu.
Nie powiem, że buty te to rasowe niskie buty trekkingowe i nie sklasyfikuję ich jako zwykłe buty do miasta. Producent wrzuca go wprawdzie do kategorii “mountain lifestyle”, ale uwierz mi, że szkoda rasowego Vibramu na podeszwie tylko na miejskie asfalty i bruk ulic. Kultowe buty Scarpa Mojito sprawdzą się do wielu zastosowań. Klasyczny wygląd górskiej podejściówki dobrze ci podpowiada, że buty można z powodzeniem wykorzystać na przygodach outdoor.

Buty Mojito z bliska. Charakterystyczne sznurowanie, wspinaczkowy design i gatunkowa skóra (fot. Scarpa).
Od razu odpowiem – prawie dla każdego. Buty Mojito można założyć przy różnych okazjach. Można traktować jako wygodne obuwie miejskie. Kiedy robi się ciepło właśnie w takiej roli najczęściej wykorzystuje swoją parę butów Mojito Fresh. Świetnie oddychająca cholewka daje wysoki komfort stopom, a podeszwa Vibram Spyder i amortyzująca pianka w śródpodeszwie sprawiją, że nawet po całym dniu spędzonym “na nogach” nie czuję się specjalnego zmęczenia.
Buty Mojito (szczególnie te w podstawowej wersji z cholewką zamszową) są również kapitalne jako lekki but turystyczny i jako podejściówka na wspinaczkę w skałach. W górach możesz cieszyć się wygodą modelu Mojito na niejednym szlaku. Są i tacy, którzy w tych butach marki Scarpa atakują Tatry. Sam jestem zdania, że dopóki szlaki nie mają technicznych trudności, a podłoże nie staje się bardzo nierówne i kamieniste, możesz czerpać bardzo dużo przyjemności z wędrówki w tych butach. Leśne ścieżki, podróże, typowe wycieczki górskie w Beskidach i Sudetach, czy wypady w skały – bomba! Sam chętnie zabieram Mojito na wspinanie i śmigam w nich choćby po Górach Stołowych, gdzie guma marki Vibram “trzyma jak zła”, gdy trzeba przejść choćby po mokrym piaskowcu.
Weź buty Mojito w rękę, a na pewno zachwyci cię ich lekkość. Konstrukcja tych butów jest dość miękka. Wpływa to korzystnie na wygodę, która jednak kończy się tam, gdzie teren wymaga czegoś bardziej technicznego. Model wzmocniony jest na przodzie gumowym panelem. Mocniejsza jest też konstrukcja pięty, gdzie zastosowano dodatkową warstwę, najczęściej wykonaną ze skóry zamszowej.
Charakterystyczny dla cholewki jest system sznurowania, który zaczyna się tuż przy palcach. To rozwiązanie rodem z butów wspinaczkowych. Zadaniem sznurowania typu climbing lacing jest dopasować cholewkę na całej długości wierzchu cholewki. Sznurowadła nadają butom również wyglądu, dzięki któremu wygląd butów jednoznacznie przypomina buty górskie, a użytkownika wiąże z kulturą outdoor.
Podeszwa butów – choć jest całkiem elastyczna – wcale nie jest pozbawiona amortyzacji i naprawdę przyczepnej gumy. Podczas chodzenia da się odczuć amortyzującą piankę oraz przyczepność oferowaną podeszwą Vibram Spyder. Zróżnicowany bieżnik tych podeszw ma zarówno strefę climbing zone gotową na spotkanie ze skalnym podłożem, głębszy bieżnik na miękkie trawy i szutry po bokach, a także bardziej płaskie, perforowane panele, które są w środkowej części sprawdzą się na asfaltach.
Czas na krótki przewodnik. Casualowe i turystyczne buty Scarpa Mojito występują bowiem nie tylko w bogatej kolorystyce, z której każdy może wybrać model odpowiedni dla siebie, lecz także istnieją w różnych wersjach. Mogą one od siebie różnić się wykonaniem cholewki, a nawet jej wysokością.

Trzy wersje butów Mojito: Fresh z niebiskimi sznurowadłami, Hike GTX z wysoką cholewką i Mojito z zamszem w kolorze tomato.
Wielu użytkownikom trudno rozstawać się z tymi butami. Zaspokojeniem miejskich potrzeb oraz odpowiedzią na potrzebę istnienia butów Mojito na deszcz i chłodniejsze warunki są kolejne modele z rodziny tych kultowych włoskich butów.

W tych włoskich butach liczy się też design. Model Mojito Denim – wybór dla miłośników jeansu (fot. Scarpa).
Najlepsza rekomendacja to dla butów Mojito opinie użytkowników. Ten model marki Scarpa to bardzo popularny but outdoor, więc wystarczy rozejrzeć się i popytać swoich górskich przyjaciół. Możesz mi wierzyć lub nie, ale o tych butach mogę opowiadać tylko przez ich zalety. Odpowiedni dobór tego buta do zastosowania, pozwala cieszyć się wygodą nawet przy całym dniu spędzonym na nogach.
Pamiętam tylko jeden dzień, w którym chciałem zmienić już Mojito na swoje buty Scarpa Zen Pro. To było długie dreptanie przez Karkonosze, z wyborem najbardziej kamienistych szlaków. Tej próby nie liczę jednak na minus. Zrobiłem to testowo, celowo i z pełną premedytacją! Tak miękki i lekki but nie miał prawa się wtedy obronić. Rezultat: buty wyszły z wycieczki bez szwanku, ale ja czułem tylko trochę większe zmęczenie niż zwykle po takiej wędrówce.
Na następny dzień po tamtej wycieczce znów założyłem buty Mojito. W tych butach często zdarza mi się zapominać, że cokolwiek mam na stopach, a taki komfort zapomnienia to dla obuwia chyba najlepsza rekomendacja. Zresztą przyzwyczaiłem się, że ten model stanowi dla mnie część outdoorowego stylu. Zaleta jest jeszcze taka, że z tym obuwiem zawsze gotowy jestem na wycieczkę. W każdej chwili mogę ruszyć z miasta w stronę gór i lasu.
W październiku 2018 r. świętowaliśmy w Skalniku 25. rocznicę powstania firmy. Obecność w branży przez taki czas to dla naszej firmy powód do wielkiego zadowolenia, pretekst do odkurzenia kilku ciekawych historii z przeszłości oraz impuls, by pomyśleć dokąd zmierza firma. O początkach, marzeniach i sposobie na outdoorowy biznes opowiada Anna Szczęsna, która w 1993 r. razem z mężem założyła wrocławski Skalnik.
Pierwszy sklep stacjonarny został otwarty na ul. Bogusławskiego i istnieje do dziś. Jak to się stało, że w takim miejscu powstał sklep górski?
Wybór miejsca był przypadkowy. Lokal był przede wszystkim tani. Znajdował się pod estakadą kolejową. Wcześniej były tutaj garaże dla autobusów i PKP postanowiło wynająć te lokale w takim stanie, w jakim one się znajdowały. Samodzielnie mogliśmy zrobić adaptację lokalu i otworzyć w nim sklep. Tak naprawdę więc był to jeden z lokali, na który było nas wtedy po prostu stać.

Czynny do dziś sklep na ul. Bogusławskiego. Lata ’90.
Nowa firma potrzebowała nazwy. Dziś Skalnik to jeden z największych sklepów outdoor, ale trzeba przyznać, że patronuje mu w zasadzie całkiem niewielka góra. Jak to możliwe?
Tak. Ostatnio pytał nawet o to jeden z naszych klientów na Facebooku. Odpowiedź jest taka, że myśmy urośli, a góra niestety nie (śmiech). Pomysł na nazwę wziął się parę lat przed otwarciem sklepu, kiedy wszystko było jeszcze w sferach planów. Założenie było takie, że nazwa ma być polska. To był czas, kiedy wskutek wybuchu przedsiębiorczości wszyscy nazywali swoje sklepy „shopami” albo jakoś podobnie, dlatego przyjęliśmy warunek, że ma być to słowo polskie, związane z górami, stosunkowo krótkie i wpadające w ucho. Miała być to też nazwa, którą będą mogli wymówić cudzoziemcy. Propozycję nazwy – która nam się bardzo spodobała – rzucił jeden z naszych kolegów ze Studenckiego Koła Przewodników Sudeckich i tak zostało. Nazwa ma jeden minus. Czasem spotykamy się z pytaniami czy Skalnik to sklep, w którym można kupić kwiatki do ogródka. Oczywiście mylą słowo ze skalniakiem (śmiech).

W 1993 r. w Skalniku za 300 tyś. zł. można było kupić „czapkę z wkładem teflonowym”
Początki pewnie były zarówno bardzo ciekawe, jak i pełne trudności. Kilka lat po otwarciu sklepu Wrocław nawiedziła ogromna powódź i z tego co wiem, z powodzią wiąże się bardzo ciekawa historia.
W 1997 r. mieliśmy już dwa lokale – na ul. Bogusławskiego i ul. Polaka. Tuż przed przyjściem wielkiej wody ewakuowaliśmy sklep na ul. Polaka. Byliśmy przekonani, że tam właśnie woda się wedrze, bo jest to miejsce położone stosunkowo blisko Odry. Sklep na ul. Polaka jednak ocalał, a zalany był rejon sklepu na ul. Bogusławskiego, który nie został ewakuowany. Jedyne co zdążyliśmy zrobić w tym miejscu, to ułożyć worki z piaskiem pod drzwiami i zaślepić otwór kanalizacyjny, by woda nie dostała się przez odpływy. Mimo to sklepu nie zalała woda, bo chwilę przed przyjściem fali kulminacyjnej do Wrocławia, przed świeżo wyremontowanym Teatrem Polskim powstała dosyć duża barykada z worków z piaskiem. Trzy tygodnie później przyszła natomiast druga fala powodziowa i wtedy Wrocław walczył z umocnieniem Jazu Szczytnickiego przy moście Zwierzynieckim. Można powiedzieć, że braliśmy wówczas bezpośredni udział w walce z powodzią. Umacnianie jazu polegało na zrzucaniu ze śmigłowców tonowych worków z kamieniami i te worki były podwieszone do śmigłowców na linach dynamicznych, które dostarczał Skalnik.
Czy kiedy sklep powstawał mieliście plany lub marzenia, które udało się zrealizować?
Marzeniem było to, żeby połączyć pracę zawodową z pasją. Przed otwarciem Skalnika mój mąż pracował w firmie budowlanej, ponieważ skończył studnia na Politechnice Wrocławskiej. Nasza przygoda z handlem zaczęła się od wspólnych wypraw w Himalaje. W tamtym okresie właściwie nie było możliwości, by wyjechać w Himalaje za własne, zarobione pieniądze. Sposobem na to było zajmowanie się handlem w jedną i drugą stronę. W ten sposób Włodek, zupełnie przez przypadek, odkrył w sobie żyłkę handlowca. Okazało się, że świetnie sobie z tym radzi, szczególnie na Wschodzie, gdzie kultura handlu jest – powiedzmy – specyficzna. Czasem udawało się pewne rzeczy przenieść z tej kultury tutaj (śmiech).
Najważniejsze jednak, że planów do zrealizowania, tych które związane są z prowadzeniem firmy, nie zostało wcale tak wiele. Mój mąż był mistrzem w realizowaniu swoich marzeń. On po prostu coś wymyślał, a potem to robił. Tak było nie tylko w przypadku sklepu.
Naprawdę nie ma choćby drobiazgu, którego nie udało się zrealizować?
Do niedawana był taki drobiazg (śmiech). Kiedyś chciałam, żeby Skalnik posiadał swoje wrocławskie krasnoludki, ale jeden z ich „urodził się” już w tym roku, a niedługo przybędzie kolejny.
W 2008 r. Włodzimierz Szczęsny zginął w górach Cordillera Darwin. Tamten dzień był przełomowy w życiu i w firmie. Jak udało się w tak trudnej chwili przezwyciężyć wszystko i poprowadzić sklepy dalej?
To rzeczywiście był bardzo trudny czas, ale udało się go przetrwać z dwóch powodów. Bardzo dużą motywacją dla mnie były dzieci. Otrzymałam również olbrzymią pomoc od przyjaciół i od pracowników Skalnika. Przez cały ten trudny czas, który trwał bardzo długo (ponieważ wiązał się ze sprowadzeniem ciała męża do Polski, co trwało powyżej miesiąca), byłam często wyłączona z jakiejkolwiek pracy, a firma mimo to funkcjonowała. Wszyscy byli wtedy bardzo mocno zmotywowani i dzięki tym wszystkim ludziom udało się wszystko przezwyciężyć.
Po 25 latach Skalnik to firma jeszcze bardziej rodzinna, bo w firmie dziś pracują Państwa dzieci. Łatwo się z nimi pracuje, czy to jest też wyzwanie?
Jest to duże wyzwanie, ale jest to coś, co udało nam się dobrze zorganizować. Każde z nich ma swoją działkę w firmie i wyznaczone zadania. W 2008 r. dwójka naszych dzieci była jeszcze niepełnoletnia, więc ten proces musiał być stopniowy. Pierwszy do firmy dołączył Bartek, później Ola i Kasia. To właśnie dzięki dzieciom firma poszła do przodu w ostatnich latach. Sądzę, że to przede wszystkim ich zasługa. Dzieci parły zdecydowanie w stronę rozwoju sprzedaży internetowej. Gdyby nie ich zapał i pomysły, sama – jako osoba z określonym peselem – nie zdobyłabym się na taki krok.
A gdyby tak wybiec w przyszłość i pogdybać… Za kolejne 25 lat – jak wtedy może wyglądać Skalnik?
Zawsze trzeba sobie wyznaczać jakieś cele (śmiech). Chyba mogę powiedzieć, że byłabym bardzo zadowolona, gdyby za kolejne ćwierć wieku Skalnik był rozpoznawalną marką europejską.
Można spotkać się z różnymi opiniami co do wielkości tej firmy. Część osób kojarzy ją jako małą firmę rodzinną z Wrocławia, ale są klienci, którzy na słowo Skalnik myślą ogólnopolska „sieciówka”. Gdzie leży prawda?
Prawda jest, jak zwykle, pośrodku! Prawdą jest, że jesteśmy firmą niedużą, rodzinną, ale też prawdą jest to, że w tej chwili mamy zasięg ogólnopolski, a nawet większy. Dzięki sprzedaży internetowej nie ograniczamy się do Wrocławia czy regionu, ale mamy bardzo wielu klientów w całym kraju i za granicą. Wystarczy powiedzieć, że przy otwarciu zatrudnialiśmy jednego pracownika, w 2008 r. pracowników było ok. 10-12, a teraz pracujemy w zespole prawie 50 osób.

Pracownicy Skalnika. Od zawsze zgrany team
A czy nie było takich planów, żeby otwierać sklepy stacjonarne w innych miastach?
Były takie plany. W 2005, może 2006 roku Włodek doprowadził do stowarzyszenia się sześciu najważniejszych wtedy sklepów górskich w Polsce. Mieliśmy robić wspólne zakupy hurtowe, ale trwało to tylko przez chwilę. Jak to bywa w polskich warunkach, z czasem coraz trudniej było się dogadać i ten cały projekt się rozpadł.
Wróćmy jeszcze na chwilę do organizacji. Oprócz tego, że z firmą pracuje najliższa rodzina, to są tu ludzie, którzy pracują w Skalniku od kilkunastu, a nawet kilkudziesięciu lat. Jaka jest recepta, żeby ludzi zatrzymać w firmie przez taki czas?
W tej branży trzeba stworzyć takie warunki, żeby ludzie mogli wiązać pracę z pasją. Opieramy się na osobach, które w życiu robią coś więcej niż tylko chodzą do pracy. To główna rzecz, która wiąże nas z pracownikami na tak długo. Bardzo o nią dbamy. Oczywiście najważniejszy jest szacunek dla ludzi. Nie tylko dla pracowników, ale też dla klientów, kontrahentów, partnerów, z którymi współpracujemy.
No właśnie, sklep to przede wszystkim klienci. Pamięta Pani, co kupił pierwszy klient?
Oczywiście, że pamiętam! 25 lat temu, przed otwarciem sklepu, zgromadziliśmy sporo towaru, który się nie mieścił w lokalu i był trzymany w domu. Musiało tak być, ponieważ w latach dziewięćdziesiątych problemem było zaopatrzenie, zdobycie pewnych rzeczy. O każdy towar trzeba było w tamtym czasie walczyć. Pierwszym klientem był nasz kolega Andrzej, który wiedział, że chcemy otworzyć sklep i wiedział, że jakiś towar do tego sklepu już mamy. W dniu otwarcia pierwszego sklepu Andrzej kupił kurtkę GORE-TEX® marki Mello’s. Dostał przy zakupie pierwszą kartę stałego klienta, która była wystukana na maszynie do pisania i zalaminowana.

Klient-VIP. Andrzej Zawada robi zakupy w Skalniku
Ciekawi mnie jak zmieniali się klienci. Można się pokusić o taką krótką charakterystykę: klient w 1993 r., klient w 2008 r. i klient dziś?
Gdy otwieraliśmy sklep klient był zdecydowanie mniej wymagający. Był szczęśliwy, jak udało się cokolwiek kupić. Podstawowym kryterium przed dziesięciu, może nawet piętnastu laty, były natomiast finanse. W Polsce na wiele rzeczy nie było nas po prostu wtedy stać. Pamiętam takie historie, że warunkiem koniecznym zakupu kurtki zewnętrznej było to, żeby kurtka goretex, czy inna, miała taką długość, że spod spodu nie wystawał garnitur. Jak się kupiło jedną kurtę, to nosiło się ją wszędzie: do teatru, do pracy i w góry. W tej chwili stać nas, żeby kupić sobie więcej. Klienci są bardziej zamożni i bardziej świadomi. Informacja o produktach i technologiach dostępna jest choćby w internecie, więc klient do sklepu przychodzi świetnie przygotowany i zdarza się, że doskonale wie czego potrzebuje.
No właśnie, czy klienci korzystają chętnie ze sklepów stacjonarnych? Czy w dobie internetu, darmowej wysyłki i darmowego zwrotu rynek outdoor nie przenosi się do sieci? Może się wydawać, że prowadzenie tradycyjnych sklepów nie jest w tej chwili ani łatwe, ani zyskowne.
Łatwe nie jest, ale jest opłacalne wtedy, gdy sklep posiada pewną atmosferę. Przede wszystkim kiedy jest to miejsce, gdzie znajdują się ludzie, z którymi można porozmawiać o sprzęcie. W sklepie stacjonarnym można uzyskać fachowe doradztwo. Prowadzenie sprzedaży stacjonarnej ma jak najbardziej sens, ponieważ wciąż jest wiele osób, które chcą dotknąć, przymierzyć produkt zanim się zdecydują. Oczywiście można to samo zrobić otrzymując przesyłkę do domu, nie mniej jednak kontakt z profesjonalistami, na miejscu, spotkanie z ludźmi, którzy mogą doradzić, dobrać – moim zdaniem – jest wciąż bezcenny.
Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych lat pełnych sukcesów.
Dobre modele outdoorowej odzież potrafią pisać swoją historię. Zazwyczaj jest to opowieść pełna ciekawych przygód oraz satysfakcji z uzytkowania. Kurtka Microlight Alpine marki Rab to outdoorowa puchówka, która właśnie świętuje swój dziesiąty sezon w outdoorze. Ten dopracowany model przez wszystkie te lata zasłużył sobie na zaufanie, które sprawia, że jest to jedna z ulubionych kurtek również wśród pracowników Skalnika.
Dekadę temu pierwsza kurtka Rab Microlight Alpine opuściła biura projektowe i szwalnie. Model błyskawicznie zdobył popularność. Jak wiele kultowych kurtek outdoor, model ten potrafił połączyć bowiem funkcjonalny w mieście i w górach design z lekkością i niewielkim rozmiarem po skompresowaniu. Wszechstronne wzornictwo sprawiło, że ten, kto kupił już kurtkę Rab, nie chciał rozstawać się z nią nawet w mieście. Piórkowa waga i zachwycająca kompresja winna była z kolei temu, że kurtka puchowa Rab wskakiwała do plecaka na każdą przygodę, w której potrzebna była solidna dawka ciepła.

Microlight marki Rab to 10 lat historii i ewolucji w formę coraz bardziej doskonałą (for. Rab)
Puch! Natura wie najlepiej jak zadbać o ciepło. Atutem kurtki Rab Microlight jest naturalne ocieplenie, które sprawia, że zaraz po założeniu kurtki odczuwa się przyjemne ciepło. Wpływają na to dwie rzeczy: znikoma pojemność cieplna puchu (puch nie musi sam się nagrzać) oraz znakomity parametr jego rozprężalności (który sprawi, że wokół niego utrzymuje się dużo nagrzanego powietrza). Kurtka Microlight ma w sobie tę moc, bo ma hydrofobowy puch gęsi o sprężystości 750 cuin, który to wysoce rozpręża się w komorach puchowych izolując od zimna. Puch ten posiada certyfikat RDS, więc pozyskiwany jest w sposób odpowiedzialny.
“To coś”, co jeszcze ma ta kurtka puchowa, to także lekki i wytrzymały materiał. Przy pierwszym kontakcie z tkaniną Pertex® Quantum możesz mieć wątpliwości, czy nie jest to zbyt cienka i lekka pajęczynka, jak na outdoorowa kurtkę… Bez obaw. Materiał jest gęsto tkany. Dzięki temu ma mechaniczną odporność, dobrze zatrzymuje podmuchy wiatru i nie pozwala, żeby drobinki puchu przebijały go i wydostawały się na zewnątrz. Oczywiście nie jest to materiał tak odporny jak tkaniniy w kurtkach hardshell, ale przecież nie tego oczekuje się od puchówki.
Od dobrej kurtki puchowej – oprócz ciepła – wymaga się lekkości i zdolności do dużej kompresji. To właśnie dzięki nim, tak lekka i kompresyjna kurtka puchowa, jest często najcieplejszą, najlżejszą i zajmującą najmniej miejsca w plecaku odzieżą. O wadze i ściśliwości tego modelu nie będę się rozpisywał. Uwierz na słowo, że jest to mocna strona modelu lub rzuć okiem na zdjęcia poniżej.
Produkty Rab to odzież stworzona przez wspinaczy i ludzi outdooru. Projektanci wiedzą jak skroić odzież dla aktywnych osób. Poznaje się to po kroju i po detalach. Tego typu podejście znajduje też odzwierciedlenie w dostosowaniu odzieży do konkretnych potrzeb użytkowników.
Microlight Alpine to kurtka, która stanowi bazę i wzorzec. To kurtka najbardziej uniwersalna i przeznaczona do użytku zarówno jako kurtka zewnętrzna, jak i ciepły “midlayer” (warstwa pośrednia). Ta wersja powinna być odpowiednia dla większości użytkowników, którzy poszukują ciepłej kurtki w teren, ale też i na miasto. Microlight Alpine to model dopracowany, “wszędobylski”, który zasłużył sobie przez 10 lat na miano kultowego. To model idealny prweie na każdą przygodę.
Microlight Alpine Long (zobacz) to wersja po lekkim “liftingu”. Model dopasowany będzie bardziej do wysokich osób oraz tych użytkowników i użytkowniczek, które potrzebują dodatkowej ochrony w postaci nieco dłuższego kroju. Poza tym w wersji Long otrzymuje się tę samą paletę świetnych właściwości, znanych z podstawowej wersji, takich jak: lekkość, kompresyjność i ciepło.
Microlight Summit jest najbardziej techniczną wersją. Kurtka w odmianie Summit pomyślana jest jako odzież pośrednia lub zewnętrzna, odzież – na przykład – na szybki rajd z doliny Chamonix po okoliczny szczyt. Tę wersję wyróżnia materiał Pertex® Quantum Infinity Weave™. Tkanina ta wyeliminowała przeszyte na przestrzał komory puchowe i pozwoliła uzyskać jeszcze mniejsza wagę konstrukcyjną kurtki puchowej. Wyżej umieszczone kieszenie zapinane na zamki nie kolidują z uprzężą wspinaczkową. W modelu zrezygnowano z kieszonki piersiowej. Dwukierunkowy zamek sprawia, że puchówkę można z powodzeniem stosować na stanowisku, a szczelniejsze mankiety lepiej chronią przed chłodem i wiatrem, którego trzeba spodziewać się w warunkach alpejskich.
Pewnie zastanawiasz się, czy to wszystko co napisałem jest prawdą… Dość powiedzieć, że i ja nie potrafiłem się oprzeć zaletom kurtki Rab Microlight Alpine i sam śmigam w takiej po górach i mieście. Produkty najlepiej znają ci, którzy ich używają. Właśnie dlatego przeszedłem się po firmie i zapytałem, czy warto kupić kurtkę Rab Microlight. Oto co usłyszałem od osób, dla których to już nie pierwsza zima z tą kultową puchówką.

„Wiosną, jesienią i zimą prawie nie chowam jej do szafy” – Kasia w mieście ze swoją puchówką
Pierwszy raz zobaczyłam tę kurtkę podczas sesji zdjęciowych i zakochałam się. Wcześniej zimą nosiłam gruby płaszcz lub ciężkie kurtki narciarskie, ale jestem przeszczęśliwa, że zamieniłam je na puchówkę. Ta kurtka nic nie waży, mogę wrzucić ją nawet do torebki, w niej w końcu zimą nie marznę, a czuje się dwadzieścia kilo lżej i nie wyglądam w niej jak owinięta sznurkiem szynka. Zakładam ją zimą, a nawet wcześniej, jak jest chłodniejszy wieczór. Mam wrażenie, że puch w niej tak działa, że ani się w niej nie grzeję, ani nie marznę. Wiosną, jesienią i zimą prawie nie chowam jej do szafy. Latem i w deszczowe dni obowiązkowo się rozstajemy z wiadomych powodów. W tym roku postanowiłam nawet, że zabiorę ją na przełomie listopada i grudnia do Maroko. Choć za dnia jest 25°C i można surfować, to wieczorem jest w tym okresie już chłodno. Microlight jest cieplejszy, lżejszy i bardziej pakowny niż gruba bluza.
Kasia

„Lubię mieć ją też na różnych wyjazdach, nie tylko zimą, ale też na przykład na wyjazdach z biwakiem” – Marta w Karkonoszach
To będzie nasza kolejna zima razem. Lubię mieć tę kurtkę w plecaku. W razie ochłodzenia zakładam ją, bo daje dużo ciepła. Lubię mieć ją też na różnych wyjazdach, nie tylko zimą, ale też na przykład na wyjazdach z biwakiem. Kurtkę Rab noszę także w mieście, ale jak już robi się całkiem zimno to zakładam w mieście kurtkę o jeszcze dłuższym kroju. Z Microlightem byłyśmy razem choćby zimą w rodzinnych Karkonoszach, a latem na Kaukazie. Główny atut? Kolor! Wszyscy zwracają na tę kurtkę uwagę, jak w niej idę. Taka prawda!
Marta

„Dla mnie to już czwarty lub piąty sezon z tą kurtką” – Grzesiek w Zakopanem
Sukcesem tej kurtki jest bardzo dobra relacja jakości do ceny. Mamy w niej impregnowany puch dobrej sprężystości, materiał Pertex, a cena kurtki jest niewysoka, jak na tego typu kurtkę. Dla mnie to już czwarty lub piąty sezon z tą kurtką i według mnie jest to idealna kurtka na miasto, gdy jest poniżej 4°C zakładam ją na na krótki rękaw i do -10°C spokojnie mogę tak chodzić. Oczywiście zależy to też od tego, jak ktoś jest odporny na temperaturę. Outdoorowo jest też idealna do mniejszych aktywności czy postoju, kiedy nie jest narażona na wilgoć od wewnątrz, od ciała. Jest jeden bardzo ciekawy detal – kaptur z formowanym daszkiem. Po pierwsze materiał nie opada na oczy, po drugie można zrobić taki patent, że podwija się daszek i w ten sposób można zmniejszyć dodatkowo objętość kaptura. Nie każda kurtka to ma. Wcześniej miałem grubsze kurtki puchowe, raczej ekspedycyjne, ale Microlight teraz w zupełności mi wystarcza.
Grzesiek

„Wybrałam kurtkę Microlight Alpine Long. Wersja z przedłużonym tyłem ma to, czego brakowało mi w kurtkach puchowych, które nosiłam do tej pory” – Gosia, Microlight Alpine Long i Tatry
To jest kurtka, którą zabieram na każdy wyjazd – zarówno w lecie, jak i zimą. W chłodny wieczór wystarczy zarzucić ją na koszulkę, a zimą dogrzewa przy dodatkowej warstwie. Specjalnie wybrałam kurtkę puchową, a nie syntetyczną. W puchówce ciepło robi się od razu, poza tym rozmiar i waga miały znaczenie. Kurtka Rab pakuje się do małego woreczka, więc nigdy mi nie jest żal dla niej miejsca w plecaku. Nawet jak jest to jednodniowy wyjazd. Wybrałam kurtkę Microlight Alpine Long. Wersja z przedłużonym tyłem ma to, czego brakowało mi w kurtkach puchowych, które nosiłam do tej pory. Odsłonięte nerki? Nie z tym modelem! To jest ogromny plus. Podobnie jak to, że kurtka jest bardzo uniwersalna. Operując dodatkowymi warstwami może służyć przez cały rok i przez cały sezon sprawdza się w terenie i w mieście. Przekonałam się nieraz, że nawet jak w mieście jest dwadzieścia kilka stopni, to jadąc w skały można zmarznąć. Wtedy puchówka jest niezbędnym elementem.
Gosia

Pierwsza przymiarka i od razu miłe zaskoczenie, jaka ta kurtka jest lekka. Później utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że z lekkością w parze idzie też niewielka objętość i ciepło – Beata podczas skiturowej wycieczki
Jeszcze kilka miesięcy temu uważałam, że kurtka z włóknami Primaloft to wszystko, czego mi potrzeba. Potem Sławek napisał ten tekst, a ja zaczęłam się zastanawiać czy aby na pewno sztuczne włókna zawsze są wystarczające. Ponieważ byłam grzeczna św. Mikołaj przyniósł mi w prezencie sakiewkę, której zawartość wydałam na kurtkę Microlight Alpine. Pierwsza przymiarka i od razu miłe zaskoczenie, jaka ta kurtka jest lekka. Później utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że z lekkością w parze idzie też niewielka objętość i ciepło. Minęło parę zimowych miesięcy, a ja uważam, że to najlepszy prezent, jaki sobie sprawiłam. Miałam ją ze sobą na skiturach w Górach Sowich, szkoleniu lawinowym w Czechach, wypadzie do tatrzańskich jaskiń, na izraelskiej pustyni (ale zimą!). Na tego typu wypadach używam jej przede wszystkim jako docieplenia podczas postojów. Kiedy wyciągnęłam swój zimowy płaszcz, by używać go na co dzień nie mogłam uwierzyć w to, jak jest ciężki. Szybko „przesiadłam się” także w mieście na Microlighta. I to jest zaleta, o której warto powiedzieć – ta kurtka sprawdza się naprawdę wszędzie. Na wiosenne nurki też ją ze sobą zabiorę, będzie jak znalazł po wyjściu z zimnej wody.
Beata
[aktualizacja 2020]
Kurtka Rab Microlight Alpine przez lata towarzyszy fanom i fankom outdooru. Wszyscy wciąż nosimy swoje kurtki puchowe. Choć model na przestrzeni lat zmienił się w drobnych detalach, to ta kurtka puchowa wciąż zachowuje status bestselleru wśród naszych klientów i pracowników. Praktycznie każdej kolejnej zimy, ktoś w Skalniku zaprzyjaźnia się z tą kurtką na kolejne lata. To po prostu model o świetnej jakości i niewygórowanej – za tę jakość – cenie!
Bez dwóch zdań – ojczyzną via ferrat są Włochy, a dokładnie Dolomity. W tych górach znajdziesz szlaki via ferrata na każdym poziomie trudności. Długie, krótkie, z trudnościami i bez. Znajdzie się milion powodów, dla których miłośnik żelaznych perci powinien jechać w Dolomity, ale ten artykuł nie będzie o tym. Wpis ten dla jednych może być inspiracją i odpowiedzią na pytanie, gdzie pojechać na pierwsze ferraty w Dolomitach, innym może odkryć jeszcze jedno miejsce, w które warto pojechać na ferraty.
Tym razem wybieramy się w rejon przełęczy Passo Gardena w północno-zachodniej części Dolomitów. Jest to wysoka przełęcz w Południowym Tyrolu, która rozdziela masyw słynnej, majestatycznej Selli od skalnego grzbietu Puez i jest łącznikiem dla dwóch pięknych dolin: Alta Badia i Val Gardena. Zimą miejsce to jest oblegane przez narciarzy, latem tłoczno tu od turystów, miłośników pokonywania dróg z żelazną asekuracją i kolarzy.
Zanim wyruszysz w Dolomity, opracuj dobry plan. Spróbuj dowiedzieć się jak najwięcej o celu swojej wyprawy. Przeszukaj blogi i fora internetowe, a także sięgnij po rady osób, które poznały już dany region od podszewki. Zaraz poznasz cztery ferraty w okolicy przełęczy Passo Gardena, ale po więcej możesz zajrzeć do przewodników Dolomity na ferratach oraz na tę stronę autorów tych przewodników, gdzie znajduje się sekcja baza ferrat.
Miejsce to mogą wybrać osoby, które są po pierwszych próbach ferratowych. Niektóre z dróg, które zaraz opiszę, można wybrać nawet jako pierwszą ferratę. Jeśli jednak jedziesz na pierwsze ferraty, to wybierz się z kimś bardziej doświadczonym. Choć ferraty z tego artykułu nie mają dużej trudności, przyda się doświadczenie kogoś, kto dobrze orientuje się w terenie i dobierze odpowiednio trudności. Pamiętaj, że w Dolomitach przed wejściem w ferratę przyda się dobre rozpoznanie, bo nieraz przejście wiąże się dłuższą wędrówką, a innym razem bezpieczeństwo może zależeć od oceny warunków i tak zwanych obiektywnych zagrożeń. Już na pierwszej z opisanych ferrat wyjdziemy wyżej niż na Rysy…

Lokalizacja opisanych w artykule ferrat. Oznaczenia: PG – Passo Gardena; F1 – Sassongher; F2 – Gran Cir (Grosse Cirspitze); F3 – Piccola Cir (Kleine Cirspitze); F4 – Brigata Tridentina (Pisciadu)
Nie daj się zwieść Dolomitom. Kolejki, schroniska, duża liczba turystów na szlakach i ferratach – wszystko to sprawia, że to góry bardzo cywilizowane. Mimo to wciąż groźne. Na via ferracie spotkać mogą cię różne zagrożenia. Inni turyści mogą zrzucać ponad tobą niechcący kamienie, gdzieś może zaskoczyć cię lufa, czyli duża przepaść pod stopami, ale największym zagrożeniem w tych górach jest szybko zmieniająca się pogoda.
Nie spotkałem bardziej spektakularnych burz niż te w Dolomitach. Tworzą się błyskawicznie, hukiem i intensywnością deszczu potrafią zaskoczyć nawet twardzieli. Pamiętaj, że woda spływająca po skalnych ścianach Dolomitów sama w sobie jest zagrożeniem. Ponadto często prowadzi do osunięć, obrywów. Potoki i wodospady potrafią nieść nie kamienie, ale głazy, które mogą zniszczyć choćby drogę dojazdową. Osobnym zagrożeniem są pioruny, bo lina asekuracyjna via ferraty działa niczym wielki odgrom.
Aplikacje burzowe (na przykład Blitzordung) mile widziane. Pamiętaj, że nie przejdzie bokiem. Jeśli lokalna prognoza wieści burzę, to jest ona pewna, jak pewne w życiu człowieka są podatki i śmierć. W Południowym Tyrolu informacje turystyczne i tablice urzędów gmin wywieszają genialne prognozy. Nie ma co liczyć, że taka prognoza się nie sprawdzi.
Sassongher to piękny, bardzo wybitny szczyt, który góruje nad miejscowością Colfosco (Calfosch) i doliną Alta Badia. Szczyt mierzy 2665 m n.m.p.m. Wejście na szczyt to miks trekkingu i niezbyt trudnej ferraty. Zarówno szczyt, jak i droga do niego są bardzo widokowe. Warto więc obrać górę za cel z tego powodu. Jest to też idealna via ferrata dla początkujących lub na dzień, w którym na trudniejszych ferratach jest wciąż mokro po deszczu.

Schronisko Edelweiss i Sassongher. Na szczycie piękna panorama, w dolince dobra kawa i pyszne ciasto.
Szczyt można zdobyć ciekawą drogą z Colfosco. W miejscowości nie ma problemu z pozostawieniem auta. Jest tu również dogodny camping – Camping Colfosco – który można polecić do biwakowania.
Z miejscowości należy kierować się szlakiem nr 4 w stronę schroniska Edelweiss (1832 m n.p.m). Podejście można skrócić sobie korzystając z kolejki Col. Pradat. Jest to opcja dla osób, które chcą zdobyć łatwiej wysokość, ale nie pozwala ona zaoszczędzić dużo czasu. Po wyjściu z kolejki i tak zostaje do pokonania długi i płaski trawers do skrzyżowania szlaków, na które można po prostu przejść z doliny mijając schronisko. Wycieczka od schroniska na szczyt i z powrotem tą samą drogą to wyjście na jakieś 4 godziny.
Większość drogi pokonuje się maszerując ciekawym szlakiem. Podążamy najpierw szlakiem nr 4, zmieniając go za kapliczką św. Franciszka na szlak nr 7, odbijając w prawo. Dalej systemem półek podążamy na przełęcz na wysokości 2435 m n.p.m. i dalej podążamy na Sassongher za znakami, które informują, że na szczycie będziemy za niespełna godzinę. Trochę powyżej przełęczy znajduje się fragment drogi na szczyt ubezpieczony via ferratą. To skalisty odcinek drogi, który w wyceniony został na trudności A/B. Ferrata kończy się po pewnym czasie, a do szczytu zostają do pokonania rozleglejsza kopuła szczytowa, która niedaleko za krzyżem na szczycie opada ostro zerwą do doliny. Droga powrotna do Colfosco prowadzi tą samą trasą. W schronisku warto nagrodzić się ciastkiem Apfelstrudel i kawą!
Czas: 4 h (2h+2h) tam/powrót ze schroniska Edelweiss (Uta Edelweiss)
Trudność: A/B; łatwo

Otirntacyjny plan okolic Colfosco i szczytu Sassongher. Oznaczenia: C – Camping Colfosco; żółty znacznik – Schronisko Edelweiss; S- szczyt Sassongher.

Droga na szczyt Sassongher. Oznaczenia: żółty znacznik – Schronisko Edelweiss; K – kapliczka św. Franciszka; S – szczyt
Porzuć auto na jednym z parkingów na Passo Gardena lub zaparkuj w jednej z zatoczek przy drodze i kieruj się na północ. Ta ferrata to wycieczka z historią w tle. Najwyższy szczyt grupy Puez – Gran Cir (Grosse Cirspitze) – został zdobyty po raz pierwszy w 1887 r. przez Johanna Santnera i Gottfrieda Merzbachera. Dzisiejsza ferrata na Gran Cir (2592 m n.p.m.) prowadzi tak zwaną drogą normalną, czyli właśnie drogą pierwszych zdobywców. Ferratę można polecić turystom zaprawionym na tatrzańskich szlakach. Na drodze do szczytu są dwa ubezpieczone odcinki o trudności A. Szczyt jest popularnym celem, więc do niezbyt dużych trudności technicznych należy dodać spory ruch na drodze, który może spowolnić wycieczkę. Kask wspinaczkowy moim zdaniem niezbędny. Więcej ludzi to więcej latających kamieni. Nie zwracaj uwagi, że niektórzy wędrują bez kasku, a także bez lonży. Nie jest to wzór do naśladowania. Cóż popularne szczyty mogą zadziwiać takimi obrazkami, choć w Dolomitach na via ferratach to raczej rzadkość.

Skalny grzebień masywu Puez widziany z okolic ferraty Brigata Tridentina. Bardziej izolowany szczyt w centrum zdjęcia to Gran Cir. Piccola Cir to turnia wyrastająca nad stacją kolejki po lewej stronie.
Południowa ściana Gran Cir opada do sporego żlebu, który jest miejscem startu ferraty. W jej stronę prowadzą szlakowskazy. Podejście na start z przełęczy Passo Gardena trwa trochę poniżej godziny. Podejście możliwe jest jednym z wielu szlaków i dróżek. Od wschodu można przyjść ze schroniska Jummy Hütte, od zachodu z kolejki Dantercëpies.
Droga na ten wybitnie widokowy i popularny szczyt Dolomitów wiedzie najpierw przez piarżysty żleb i skręca w prawo (ok. 0:30 h). Tu zaczyna się pierwszy z ubezpieczonych odcinków, który prowadzi półką i kończy się na ścieżce prowadzącej zakosami. Przed nimi znajduje się duża półka, a z niej zachwycająca panorama na masyw Selli.

Na szczycie Gran Cir. Wieszczki – stali bywalcy szczytów w Dolomitach.
Powyżej zakosów czeka jeszcze jeden fragment ze sztucznymi ułatwieniami, który pozwala przejść bezpiecznie skalne ścianki. Ostatnie trudności (I w skali UIAA) znajdują się na szczycie. Nie ma tu ułatwień i stalowej linki. Trzeba zachować po prostu odrobinę więcej uwagi. Ze szczytu roztaczają się piękne widoki. Miejsce to oprócz turystów odwiedzają wieszczki, które potrafią siadać na skałach dosłownie o wyciągnięcie ręki od człowieka. To ptaki żyjące na wysokościach powyżej 1800 m n.p.m., tylko sporadycznie zaglądające w nasze Tatry.
Czas: 1:30 h (0:45+0:45 h) tam/powrót z początku ferraty w wpiarżystym żlebie
Trudność: A/B; łatwo

Gran Cir i Piccola Cir można zdobyć jednego dnia. Z Passo Gardena należy podejść w kierunku północnym jednym z kilku szlaków. Oznaczenia: PG – Passo Gardena; żółty znacznik – górna stacja kolejki i restauracja Dantercëpies; fioletowy znacznik – Jimmy Hute; F2 – start ferraty na Gran Cir; S1 – szczyt Gran Cir; F3 – start ferraty na Piccola Cir; S2 – szczyt Piccola Cir. Przebieg ferrat jest tylko orientacyjny.
Wejście na Gran Cir warto połączyć ze zdobyciem (jeszcze tego samego dnia) drugiego szczytu masywu Puez nazywanego Piccola Cir, Cir V lub Kleine Cirspize o wysokości 2520 m n.p.m. Dogodnym punktem wyjścia na ferratę jest górna stacja kolejki Dantercëpies, którą można osiągnąć pieszo z Passo Gardena lub idąc na wschód szlakiem poniżej skalnego muru Puez, zaraz po zejściu z Gran Cir. Miejsce osiągalne jest również koleją gondolową z miejscowości Selva di Val Gardena.
„Mały Cir” choć jest mniejszy od dużego o jakieś siedemdziesiąt metrów, to jest szczytem znacznie trudniejszym do osiągnięcia. Wejście na szczyt – choć niezbyt długie – jest typowym wejściem ferratowym, w którym nie będziesz narzekać na brak wspinaczki. Jeśli ktoś z twoich partnerów nie ma ochoty na prawdziwe wspinanie po skałach, może pójść na do restauracji w stacji kolejki. Z tarasu będzie mieć piękny widok na imponujący masyw Sassolungo, w którym znajduje się ferratowy klasyk Dolomitów – via ferrata Oscar Schuster Steig.

Szczyt Piccola Cir (Kleine Cirspitze) i skrytka geocache.
Zaraz na początku ferraty pierwszą atrakcją jest drabinka. Następnie wychodzi się na skalny grzebień, który doprowadza do terenu, gdzie zaczyna się wspinaczka w pionie. Można poczuć trochę lufy, tym bardziej, że u zakończenia niektórych kominów czy żlebów widać w dole stację kolejki, która najczęściej jest startem. Po drodze nie brakuje również powietrznego trawersu. Trudności tej ferraty wycenione są na stopnie B/C, więc w kilku miejscach trzeba już powalczyć.
Na szczycie Piccola Cir nie ma zbyt wiele miejsca. Zmieszczą się tu około trzy, cztery osoby, przynajmniej w miejscu, gdzie nie trzeba wypinać się ze stalowej liny. Dla fanów geocachingu jest dobra wiadomość. Znajduje się tu jedna ze skrytek, ale dojście do niej wymaga przewspinania kawałka terenu bez asekuracji. Sam nie zbieram keszy, ale byłem ciekawy co tak ucieszyło Szwajcara, który chwilę przede mną grzebał w pudełeczku. Wyprawy po te skarby nie polecam osobom, które nie mają obycia z ekspozycją.
Droga zejściowa jest na tej ferracie inna niż trasa w górę. Należy dalej podążać za stalową liną, która jednym ze żlebów sprowadzi nas spowrotem do podstawy ściany. Stąd niedaleko już do stacji kolejki na kawę lub piwo.
Czas: ok. 2 h na trasie kolejka Dantercëpies – szczyt – kolejka Dantercëpies; ok. 3 h trasą Passo Gardena – szczyt – Passo Gardena
Trudność: B/C; umiarkowanie łatwo
Najdłuższa i najpiękniejsza, a co za tym idzie, również najtrudniejsza z opisywanych tu ferrat. Jeden z klasyków Dolomitów, na których po prostu warto być, choć tylko przy ładnej pogodzie. Ferrata biegnie częściowo nieopodal wodospadu, który wraz ze stalową liną ubezpieczającą drogę stanowi podczas burzy śmiertelne zagrożenie. Uwierz mi, że nie chcesz tam być, gdy nad głową zawisną burzowe chmury. Sam miałem okazję widzieć z drogi na Passo Gardena, jak w linii spadku wodospadu przebiega tędy piorun. Robi wrażenie i daje do myślenia.

Widoki z ferraty Brigata Tridentina są świetne! W oddali Sassongher i miejscowość Colfosco w dolinie Alta Badia.
Miejscem startu na ferratę jest spory parking na jednym z zakrętów drogi 243. Znajduje się on mniej więcej na wysokości 1956 m n.p.m. i jest oznaczony znakami. Stąd można przejść ferratę wykonując pętlę na trasie: parking – via ferrata Brigata Tridentina – schronisko Pisciadu (Pisciadù Hütte) – dolina Val Setus – parking. Całość może zająć ok, 5:30 – 6 h. Należy uwzględnić, że czas przejścia może być uzależniony od ruchu na ferracie.
Brigata Tridentina to jedna z najsłynniejszych ferrat w Dolomitach. Z parkingu należy kierować się oznaczonym szlakiem (ok. 0:10 h) na start żelaznej perci. Dociera się tędy do pierwszego fragmentu z ubezpieczeniami, który pozwala pokonać skalny próg w lesie. Po przejściu ubezpieczonego klamrami odcinka droga wiedzie przez dwa duże bloki, a potem do skrzyżowania ze szlakiem 676, który nie zawsze zaznaczony jest na mapach. Ewidentna ścieżka prowadzi pod ścianą Brunecker Turm, aż do żelaznej tablicy na początku właściwej wspinaczki.

Początkowe partie ferraty Brigata Tridentina zwanej też ferratą Pisciadu.
Początkowe partie ferraty Brigata Tridentina zwanej też ferratą Pisciadu.W asyście wodospadu pokonujemy następne metry do góry. Trasa jest dobrze ubezpieczona, wyposażona w ułatwienia, ale skała miejscami bywa dobrze wyślizgana, co jest kolejnym dowodem na popularność tej trasy. Podążamy dalej zdobywajac wysokość lub przemieszczając się po eksponowanych trawersach. Kluczowe trudności ferraty jednak ciągle czekają wyżej.
Zanim wejdzie się w powietrzną ferratową wspinaczkę w kierunku topu turni Torre Exner, ferratę można opuścić szlakiem prowadzącym do schroniska Pisciadu. To dobry pomysł jeśli właśnie załamuje się pogoda, lub gdy ktoś z naszych partnerów czuje się zmęczony bądź narzeka na ekspozycję. Wyżej na ferracie jest jeszcze więcej luftu pod stopami.

Wodospad w dół, ludzie w górę. Ta ferrata to dużo fajnej wspinaczki i dużo pięknych widoków.
System kominków, półek i kilku ułatwień (m.in. drabinki) prowadzi w kierunku szczytu Torre Exner. Ferrata nie prowadzi jednak na wierzchołek turni, a jej trudność kończy się na spektakularnym wiszącym mostku. Za mostkiem czeka już tylko szlak w kierunku schroniska, w którym można odpocząć, wpisać się do książki szczytowej lub przeczekać załamanie pogody.
Zejście z ferraty należy kontynuować kawałeczek szlakiem Alta Via Dolomiti (2) w kierunku wschodnim, a następnie łatwą ferratą opadającą doliną Val Setus. Ze schroniska do parkingu można dojść w 1:30-1:45 h. Drogą zejścia można również podejść do schroniska. To opcja na przykład dla kogoś, kto chce tu dotrzeć, ale boi się, że ferrata Brigata Tridentina będzie dla niego zbyt trudna.
Czas: ok.5:30-6 h na trasie parking – via ferrata Brigata Tridentina – schronisko Pisciadu (Pisciadù Hütte) – dolina Val Setus – parking
Trudność: C; umiarkowanie

Mapa ferraty Brigata Tridentina (Pisciadu). Oznaczenia: P -parking; X – miejsce, w którym można zejść z ferraty i ominąc kluczowe trucności; żółty znacznik – schronisko Pisciadu. Zejście z ferraty prowadzi łatwą ferratą w dolinie Val Setus.
Cztery ferraty w rejonie Val Gardena to wybór, który będzie dobry jako via ferraty dla początkujących. Trzy pierwsze z ferrat można polecić na pierwszy wyjazd w Dolomity choćby z tego powodu, że to ferraty niezbyt długie lub łączące turystyczną wędrówkę z elementami wspinaczki. Jeśli wciąga cię ferratowy świat, to przed tobą wiele do odkrycia. Jeśli jednak jedziesz w Dolomity pierwszy raz, zacznij od czegoś prostszego, czegoś, co pozwala poznać specyfikę tych gór i wędrować po nich z głową. Taki właśnie jest ten wybór. Na śmiałków poszukujących trudniejszych wyzwań, tuż obok, czekają bardziej techniczne drogi lub ferraty o znacznie większej długości. Na przykład takie, które wyprowadzają na okoliczne trzytysięczniki.
***
Jeśli wybierasz się w Dolomity nie zapomnij o sprzęcie na via ferraty. Do pokonania większości ferrat wystarczy podstawowy sprzęt: lonża via ferrata, kask, uprząż wspinaczkowa lub ferratowa. Przykładowy sprzęt obejrzysz w naszym filmowym poradniku. Trudne via ferraty w Dolomitach mogą wymagać wzięcia czegoś więcej. O tym co zabrać na trudne ferraty, przeczytasz w tym artykule.
Przyznam się od razu. Nie jestem fanem kurtek hardshell. Mimo tego, że lubię mieć w plecaku jak najmniej, to zazwyczaj zabieram w góry dwie kurtki – oddychający i chroniący przed wiatrem softshell oraz hardshell, który najczęściej ląduje jednak w bagażu i pojawia się dopiero, gdy zachodzi taka potrzeba.
Do kurtek hardshell mam typowo interwencyjne podejście. Nigdy tego nie kryłem. Kto wie, może właśnie to stało się powodem, że to mnie przypadł do testów pewien lekki hardshell Marmot. Chcąc nie chcąc ja i kurtka przeciwdeszczowa musieliśmy się na kilka długich tygodni zaprzyjaźnić. Może współpracownicy z firmy chcieli mi wyciąć psikusa taką przyjaźnią, a może liczyli, że mój sceptycyzm będzie szansą na bardziej wyważoną ocenę. Dziś raport z tej znajomości, czyli test kurtki Precip Eco Plus Jacket.
Mam takie podejście – outdoor to nasze historie, nasze opowieści o dniach spędzonych w górach. Są to oczywiście też opowiadania o sprzęcie. W przypadku produktu takiego jak kurtka PreCip tych opowieści jest bez liku. Kurtka ta pojawiła się ponad 20 lat temu. Przez ten czas miała okazję się sprawdzić bądź nie. Wszystko wskazuje na to, że mamy do czynienia z tą pierwszą opcją.

Jeden z pierwszych wypadów z testowaną kurtką. Na początek Karkonosze.
Nie produkuje się przecież tak długo produktów, które nie potrafią się bronić. Przez ten czas producenci ulepszali i wprowadzali w kurtce pewne poprawki. Wydaje się, że proces ten szedł w dobrą stronę, bo po dwóch dekadach ta kurtka z membraną NanoPro™ jest bestsellerem amerykańskiej marki i osiąga popularność równą kurtce Minimalist, która wykorzystuje przecież najsłynniejszą membranę świata.
Fenomen kurtki PreCip trwa, a w tym roku produkt dopisuje kolejne karty swojej historii. Dlaczego? Przynajmniej z kilku powodów. PreCip staje się produktem bardziej ekologicznym, bardziej dopracowanym, a do rodziny tych kurtek dołącza wersja PreCip Eco Plus, czyli model o bardziej technicznym wyglądzie.
Marmot PreCip to kurtka uniwersalna. Podstawową wersję z kapturem chowanym w kołnierzu i patką na zamku użytkownicy noszą chętnie zarówno w górach, jak i w mieście. Dla produktu takiego jak kurtka turystyczna to duży atut. Jeśli nie wierzysz – sprawdź, w czym chodzi w deszczową pogodę choćby obecny prezydent USA. Choć ma on czasem z ekologią na bakier, wszystko wskazuje na to, że nosi całkiem ekologiczny produkt.
Nie da się już dziś ignorować negatywnego wpływu przemysłu – w tym przemysłu odzieżowego – na środowisko naturalne. Zarówno użytkownicy odzieży górskiej, jak i jej producenci powinni podejmować wysiłki, by chronić środowisko. To przecież natura jest miejscem, które niezbywalnie łączy się z outdoorową pasją.
Materiał na kurtki PreCip Eco powstaje z recyklingowanego nylonu. Jest to sposób marki na przetwarzanie odpadów i jej strategia, w której dąży ona do ograniczenia przyrostu śmieci na naszej planecie. Nylonowy materiał zewnętrzny w 100% wykonany jest z surowców wtórnych. Kolejną “zieloną” ideą marki Marmot, którą stosuje się w tych kurtkach, jest rezygnacja ze szkodliwych związków w hydrofobowych powłokach DWR. Na kurtkach PreCip Eco nie znajdziesz fluorokarbonów (PFC), które z deszczem spływają po materiale do gruntu i zatruwają go. Tak właśnie kurtka przeciwdeszczowa PreCip pisze swoje Eco Story.

Przełom rzeki Pełcznicy. Rezerwat, w którym niestety widać jak potrzebna jest nam ekologiczna zmiana.
Producent deklaruje, że nowa linia kurtki PreCip to nie tylko odświeżona kolorystyka i nowe warianty, lecz także całkiem nowe technologie. Marmot we współpracy z firmą Toray zrewolucjonizował proces wytwarzania swojej wodoodpornej membrany, w której mikroporowata membrana zyskała jednolitą i wytrzymałą strukturę polimerów. W ten sposób membrana NanoPro™, w połączeniu z wykończeniem Dry Touch, które zastępuje podszewkę, ma stać się bardziej wytrzymała. Tak to wygląda w teorii, a jak spisuje się w praktyce?
Z pewnością to subiektywne odczucie, ale przyznam, że wersja PreCip Eco Plus przypadła mi do gustu bardziej niż podstawowy model. Mam ku temu swoje powody, choć nie każdy musi się z nimi zgodzić.
Kurtka w wersji z plusem wciąż pozostaje lekkim i ekstremalnie pakownym hardshellem idealnym do turystycznych zastosowań. Nie sposób pominąć jednak kilku detali, które zbliżają ją do kurtek bardziej technicznych w kroju. Inna konstrukcja górnej części, wymuszona pojawieniem się gardy, czy zamek pozbawiony patki, to elementy, które rzucają się w oczy od razu. Miałem na szczęście jednak trochę więcej czasu, by sprawdzić i docenić lub nie ten model.
Kurtkę testowałem na przestrzeni kilku ostatnich tygodni, wyruszając z nią na turystyczne wycieczki w Sudety. Podczas wycieczek panowały bardzo różne warunki, od słońca, po kwietniowe opady deszczu ze śniegiem. Czasem poruszałem się w kurtce też po mieście, by poznawać ją przez jak największy przedział czasu.
W nowych znajomościach ważne jest pierwsze wrażenie. Testowany model pozytywnie zaskoczył już na wstępie. Równiuteńko wykonane szwy, gęsty ripstop na materiale zewnętrznym, piórkowa waga dały się poznać z dobrej strony jeszcze zanim przymierzyłem kurtkę. Później przyszedł czas na detale. W tych Marmot też nie punktował ujemnie. Marka nie oszczędziła choćby na zamkach korzystając tylko z “zipperów” renomowanej firmy YKK®. W tym miejscu od razu mogę powiedzieć, że dobór suwaków nie utrudniał działań w terenie. Nic nie zacinało się, z żadnym suwakiem nie musiałem szarpać się ani razu.
Waga, której się nie czuje i pakowność, dzięki której przeciwdeszczowa kurtka hardshell niemal gubi się między innymi rzeczami w plecaku. Tak można krótko scharakteryzować jeden z największych atutów modelu PreCip Eco Plus. Jeśli ktoś – moim wzorem – kurtkę na deszcz nosi mimo wszystko najczęściej w plecaku, nie musi koniecznie poszukiwać cięższego i dużo droższego modelu. Tę kurtkę można spakować w najmniejszy choćby plecak, by mieć pod ręką właściwy poziom ochrony na wypadek kaprysów pogodowej aury. Dzięki tym właściwościom przez okres testów, praktycznie nie rozstawałem się z kurtką. Miałem ją zawsze w pogotowiu i zupełnie nie czułem jej wagi i objętości, gdy lądowała w dwudziestolitrowym plecaku i czekała w nim na odpowiedni moment.
Ostatnie tygodnie nie należały może do ulewnych, ale mimo tego udało mi się sprawdzić, że kurtka nie zawodzi, kiedy jest potrzebna. Szczelna membrana NanoPro™ poradziła sobie z opadem deszczu i śniegu z deszczem, na jaki udało mi się natknąć wśród skał Rudaw Janowickich. Sprostała też podmuchom wyziębiającego wiatru. Drugi weekend kwietnia w Górach Wałbrzyskich nie należał wcale do wiosennych. Aura zafundowała trochę śniegu, a wyjście na nową wieżę widokową na Trójgarbie wiązało się z koniecznością założenia kaptura i szczelnego dopasowania wszystkich brzegów materiału. Tylko tak można było uniknąć przewiania.
Pozostaje pytanie, jak membrana NanoPro™ i kurtka PreCip radzi sobie z oddychalnością? Tu należy się kilka słów dłuższej historii.
Jako “hardshellowy sceptyk” założyłem, że kurtka nie sprosta wymaganiom. Mimo cieplejszych poranków kilka razy pokusiłem się o szybszy marsz do pracy w tej kurtce. Choć wiedziałem, że warunki nie są wcale odpowiednie na zakładanie kurtki przeciwdeszczowej, doszedłem do wniosku, że kurtka nie radzi sobie sprawnie z oddawaniem wewnętrznej wilgoci. Sądziłem, że w górach będzie podobnie.

Deszczowo i zimno w Rudawach Janowickich.
Już w kolejny weekend przyszło mi jednak zweryfikować te spostrzeżenia. Z pełną premedytacją postanowiłem, że cały weekend spędzam na szlaku w hardshellu i o dziwo ani razu nie przyszło mi narzekać na zbyt dużą temperaturę i poczucie przegrzania. Okazało się, że przy temperaturach poniżej 10°C, czyli w warunkach, gdy nawet przy braku opadów hardshell może się przydać i służyć do termicznej ochrony, kurtka przeszła test na piątkę! Założona na koszulkę merino i bluzę stretch pozwalała komfortowo, bez forsownego tempa, przez całe dwa dni maszerować i nie odczuwać dyskomfortu. Z pewnością miały na to wpływ również detale.
Funkcjonalne drobiazgi wpływają bardzo korzystnie na ocenę kurtki i warto naprawdę je wyróżnić. Testując kurtkę wnikliwie przyglądałem się szczegółom, by oceniać ich przydatność. Kurtka PreCip Eco posiada wywietrzniki PitZips pod pachami, co pozwala skutecznie odprowadzać wilgoć powstającą od aktywności. Genialnym ruchem projektantów było jednak zastosowanie przewiewnej siateczki mesh w kieszeniach. W istocie kieszenie mogą służyć za kolejne otwory wentylacyjne. Jestem przekonany, że ten element również sprawił, że w adekwatnych dla stosowania takiej kurtki warunkach, nie udało mi się zgrzać w niej nawet na podejściach.
Doceniłbym model również za konstrukcję kaptura i gardy. Kaptur regulowany jest minimalistycznym systemem z jednym ściągaczem. Zaciąganie ściągacza zlokalizowanego z tyłu kaptura pozwala dopasować zarówno brzegi materiału, jak i jego głębokość. Garda tej kurtki jest też dobrze wyprofilowana. Odpowiednio chroni szyję i posiada patkę z szybkoschnącego materiału przy zamku, dzięki czemu kostkowy i laminowany zamek VISLON YKK® nie podrażnia okolic podbródka.

Kaptur i garda, które chronią świetnie przed wiatrem i opadami. Trójgarb w Górach Wałbrzyskich.
O kapturze i gardzie można powiedzieć jeszcze więcej. Choć kaptur nie jest projektowany pod kaski wspinaczkowe, to można założyć go na skorupę kasku i nawet zapiąć zamek w gardzie aż po samą górę. Profil gardy jest za wąski, by utrzymać pełną swobodę w poruszaniu głową na boki, ale ambitni turyści – na przykład wybierający się na ferraty – mogą to docenić, gdy zaskoczy ich ulewny deszcz. W takiej sytuacji nie trzeba na pewno rezygnować z ochrony głowy przed kamieniami lub decydować się, że napada nam za kołnierz. Duże zaskoczenie i duży plus, że przeciwdeszczowa kurtka turystyczna ma tak skrojone elementy.
Docenić można nawet taki szczegół, jak krótkie rzepy w regulacji mankietów. Projektanci nie dodali na rzepach zbędnych milimetrów, które niepotrzebnie zwiększyłyby wagę kurtki.
Kilkutygodniowy okres testowania pozwala mi zauważyć dwie rzeczy, które mógłbym zrzucić na karb niedoskonałości. Brak wieszaczka może być utrudnieniem. W schronisku, w którym wszyscy skryli się przed deszczem może być ciężko o więcej miejsca na wysuszenie kurtki, niż wieszak lub łepek wystającego gdzieś gwoździa. Delikatnie poprawił bym też krój rękawów, choć w tym przypadku nie wiem, czy to nie tylko kwestia odpowiedniego dopasowania. Tak naprawdę dla mnie producenci powinni zrobić pośredni rozmiar między S a M. Ogólny krój kurtki zasługuje na pochwałę. O dziwo kurtka nie wygląda na obszerną, a od biedy mieści nawet pod sobą puchową kurtkę.

Kolorowe Jeziorka w chłodny dzień, który skończył się opadami śniegu.
Zamiast zakończenia zaproszenie do zabawy. Możesz wziąć udział w konkursie i wygrać jedną z trzech kurtek Marmot! Test przygotowaliśmy z myślą o tym, byście sami mieli szansę sprawdzić kurtki Marmot w terenie. Ekologiczna i przeciwdeszczowa kurtka Marmot może być twoja, gdy odpowiesz na konkursowe pytanie:
“Z czego byś zrezygnował/a podczas podróży lub wyprawy, by być bardziej eko?”
Na odpowiedzi czekamy na fanpage’u Skalnika w poście konkursowym – kliknij. Zabawa trwa do 24 kwietnia.
Spadek temperatury to nie powód do zaniechania aktywności. Prawdziwi entuzjaści outdooru nie chowają się w ciepłym kącie wraz z nastaniem mrozu. Raczej sięgają głębiej do swojej szafy i zakładają odpowiednią bieliznę termiczną oraz inne ciepłe warstwy odzieży, by cieszyć się zimą. Jak wiadomo ta pora roku najpiękniejsza jest w górach!
Doskonałym rozwiązaniem na zimowe dni w outdoorze – wycieczkę turystyczną, skitouring, czy szusowanie na stoku – jest bielizna termiczna z wełny merino. Zaglądam tym tekstem do kolekcji Icebreaker i szukam odpowiedniej bielizny termicznej dla pasjonatów aktywności w niskich temperaturach.
Tej zimy możesz postawić na moc natury. Nie od dziś Icebreaker dowodzi, że natura jest dla marki inspiracją i tęsknotą. To właśnie dlatego nowozelandzki producent odzieży merino stara się prowadzić biznes z poszanowaniem dla środowiska naturalnego i szacunkiem dla osób, którzy tworzą praktycznie doskonałą odzież z wełny merino. Poświęciłem temu tematowi inny, całkiem obszerny artykuł, ale teraz można dodać kilka zdań więcej.
Move to natural – to hasło, które patronuje ostatniej kolekcji marki i jej działaniom. Jej twórcy i ambasadorzy wierzą, że ludzie wciąż jeszcze mają potencjał, by ograniczyć szkodliwy impakt ludzkości na środowisko naturalne. Nawet w małych rzeczach możemy walczyć o duże sprawy. Wybierając naturalne surowce, oszczędzając wodę, zanieczyszczając mniej zasoby wodne agresywnymi środkami piorącymi możemy dołożyć znaczącą cegiełkę, do odbudowy równowagi, którą zachwiał przemysł, postęp i nasza wygoda. Wybierając naturalne materiały: wełnę, bawełnę czy odzież z konopii, możemy zmniejszyć zanieczyszczenia mikroplastikiem. Stawiając na ponadczasowe ubrania o wysokiej jakości, możemy wytrącić z rytmu koła zębate mody i nadmiernej konsumpcji, które nie wynikają z naszych istotnych potrzeb.
Nową perspektywą marki Icebreaker i zadaniem staje się powrót do natury.
To pytanie, które pada często i na które zawsze warto odpowiadać. Wełna merino to aktywny i naturalny surowiec, który może dać ci to, o co wcześniej troszczył się na owcy. Latem może chronić przed przegrzaniem, zimą dbać o termiczną ochronę. Magiczne niemal cechy runa merynosów możemy wykorzystać przez cały rok, dostosowując odpowiednio gramaturę ubrań wełnianych. Właśnie dlatego kluczowym parametrem zimą będzie gramatura wełny i na niej zaraz się skupimy.
Oczywiście nie warto zapominać o innych właściwościach wełny merynos. Trzeba pamiętać, że jej wybór wiąże się z otrzymaniem jeszcze wielu innych benefitów. Materiał jest niegryzący i delikatny dla skóry, ma cechy antybakteryjne i nawet po ostrym wycisku, jaki w górach funduje się ciału, wełna merynosów nie przesiąka nieprzyjemnym zapachem, który znamienny jest dla wielu syntetyków.

Merino dobrze odprowadza wilgoć, jest antybakteryjne i po mistrzowsku zadba o termoregulację. (fot. Icebreaker)
Najistotniejszym parametrem w wyborze bielizny termo na zimę jest gramatura materiału. Mimo różnic w odczuwaniu zimna przez osoby różnej płci, bielizna termoaktywna męska z merino i damska marki Icebreaker operuje w zasadzie trzema, tymi samymi, parametrami. Dzieje się tak z prostego powodu. Bielizna nie jest w jedynym ubraniem, jakie zakładamy. Ponadto jako pierwsza warstwa (warstwa next-to-skin) oprócz zapewniania ciepła w chłodniejszej części sezonu ma do spełnienia drugie zadanie, czyli sprawne odprowadzanie wilgoci powstającej na skórze. Nie może więc być aż nadto gruba.

Bielizna termoaktywna musi być dopasowana i wykonana z materiału, który dobrze odprowadza wilgoć. (fot. Icebreaker)
Bielizna termo przeznaczona do chłodnych warunków wykorzystuje zazwyczaj materiał o gramaturze 150 g/m2. Zauważyć można regułę, że tego typu bielizna jest dedykowana do szybkich i intensywnych działań. Za gramaturą często idzie w parze konstrukcja. Legginsy z takiej wełny mają często długość 3/4 i wyposażone są w strefy wentylacji mesh. Produkty tego typu sprawdzają się doskonale na przykład w czasie treningów biegowych.
Termoaktywna bielizna merino z poziomu średniej ochrony ma gramaturę 200 g/m2. Produkty wykonane z takiego materiału można zaklasyfikować jako modele do umiarkowanie zimnych warunków. Doskonałym przykładem potwierdzającym średnią zakresu temperatur jest to, że właśnie w tego typu gramaturze Icebreaker wytwarza bestsellerowe produkty z serii Oasis. Cechuje je duża uniwersalność, bogactwo kolorów i wzorów, które szybko przypadają do gustu użytkującym produkty z tej serii.

Do najzimniejszych warunków stworzone są modele o gramaturze 260. (fot. Icebreaker)
Na najbardziej srogie warunki przeznaczona jest z kolei bielizna o gramaturze 260 g/m2. Icebreaker wie, że w tej gramaturze produkt powinien być dopasowany do potrzeb prawdziwych koneserów outdooru. Mam tu na myśli osoby, które z jednej strony działają aktywnie, nie oglądając się na niską temperaturę, z drugiej, osoby, które ze względu na swe pasje potrafią spędzać długie godziny w niskich temperaturach.
Na początek małe wyjaśnienie. Pod pojęciem bielizna termoaktywna merino damska i męska kryją się w tym tekście koszulki (przeważnie z długim rękawem) na zimę oraz legginsy. Jest to segment odzieży, która w katalogu producenta znajduje się pod nazwą “Baselayer”, czyli warstwa pierwsza/bazowa. Pod nią oczywiście nosi się bokserki, slipy, staniki i topy. Celowo pomijam ten segment określany w katalogu jako “Underwear”, bowiem jest to produkt całoroczny, tworzony z merino o bazowej gramaturze 150 g/m2.
Zasadniczo kolekcja damska nie różni się od w tym przypadku od męskiej. Pomijając różnice kroju i koloru, wybór modeli jest taki sam i taki sam koncept przyświeca projektantom tworzącym bieliznę termoaktywną na narty i w góry.

Dobrze dobrana koszulka z długim rękawem i leginsy to klucz do wygody i ciepła. (fot. Icebreaker)
Ten segment bielizny Icebreaker powinien zainteresować osoby wybierające się z najchłodniejsze warunki i oczekują od odzieży technicznych rozwiązań, które odpowiadają potrzebom ciała. Jest to najbardziej zaawansowana i najcieplejsza seria, która zwraca uwagę technicznym krojem w koncepcie BodyfitZONE™.
Dopasowane do ciała modele tej serii skutecznie odprowadzają wilgoć i dbają o termoregulację tuż przy skórze. Dzięki przeznaczeniu do intensywnych działań zimowych w niskich temperaturach, model posiada nie tylko grubszy materiał, lecz także uzupełniają go panele mesh w strefie o najwyższej potliwości. Gdyby model nie był zdolny oprowadzać szybciej wilgoci pod pachami, na plecach, czy w zgięciu kolan w legginsach, to bielizna tego typu zasługiwałaby raczej na miano termosu, a nie funkcyjnej bielizny outdoor. W serii BodyfitZONE™ każdy detal ma znaczenie. Płaskie szwy nie powodują otarć i nie uciskają nawet pod szelkami ciężkiego plecaka, bo przesunięte są w specjalnie wybrane miejsca. Koszulki z długim rękawem mają otwory na kciuk, a legginsy wyposażone są w kliny, które dają pełną swobodę działania.
W serii tej znajdziesz zarówno proste koszulki z długim rękawem (260 Zone LS Crewe), wersje koszulki z zamkiem ½ i komfortową stójką (260 Zone LS Half Zip), a nawet koszulki termiczne z kapturem (260 Zone LS Half Zip Hood). Uzupełnieniem koszulek są legginsy Icebreaker ze strefami wentylacji w strategicznych miejscach. Leginsy występują w dwóch wersjach: z pełną nogawką (260 Zone Leggins) i nogawką ¾ (260 Zone Leggins), która może być odpowiednim wyborem, gdy niżej na nodze będzie już znajdować się but narciarski. Szukając bielizny termicznej na narty warto przemyśleć kupno takich, krótszych leginsów. Często nie ma potrzeby, by ich nogawki sięgały daleko w głąb narciarskiego buta.

BodyfitZONE™ to starannie zaprojektowana konstrukcja ze strefami wentylacji. Każdy cal bielizny dba tu o potrzeby ciała. (fot. Icebreaker)
W tej serii znajdziesz także materiał o gramaturze 260 g/m2, czyli odpowiednio grubą wełnę do aktywności w niskiej temperaturze. Modele z tej serii są równie komfortowo wykonane, ale pozbawione stref mesh do szybkiego odprowadzania wilgoci. Koszulki i leginsy tego typu będą kapitalne na przykład do narciarstwa zjazdowego.
Płaskie szwy zlokalizowane w bardzo wygodnych miejscach, materiałowe kliny dla swobody ruchu, czy wydłużony krój z tyłu koszulek, będą cieszyć w aktywne dni spędzone w górach.
Modele dzielą się tu na znów na koszulki z okrągłym kołnierzykiem (260 Tech LS Crewe) i zamkiem ½ jak w typie pulower (260 Tech LS Half Zip). Do pary występują oczywiście legginsy z pełną nogawką (260 Tech Leggins). Panowie mogą tu wybrać w wersjach z rozporkiem lub bez.
Kolejną grupą bielizny termicznej merino na zimę są modele 200 Zone, z merino o nieco mniejszej gramaturze. Osoby, które działają szybciej, nie marzną tak intensywnie, bądź wolą regulować stopień ochrony termicznej warstwą pośrednią, mogą sięgać po bieliznę w gramaturze 200 g/m2. Kolekcja jest tu analogiczna do odzieży w gramaturze 260 i wykorzystuje wszystkie najlepsze rozwiązania technologii BodyfitZONE™. Znajdziesz w niej koszulki pełne i zapinane na piersiach, leginsy merino. Zasadnicze różnice są dwie. Zamiast legginsów ¾ kolekcja zawiera dopasowane szorty merino do kolan (200 Zone Shorts) i pełen kombinezon z kapturem (200 Zone One Sheep Suit). Dotyczy to zarówno kolekcji bielizny merino damskiej, jak i męskiej.
W serii 200 Bodyfit znajdziesz bieliznę, którą można stosować jesienią i zimą. To tu właśnie plasuje się w kolekcji marki Icebreaker popularna seria Oasis. Modele są bardzo uniwersalne, zarówno ze względu na gramaturę wełny (200 g/m2) jak i na design. Wiele osób koszulki Icebreaker Oasis traktuje po prostu jako komfortowe koszulki na zimę z długim rękawem. To zasługa świetnego designu, w którym część koszulek 200 Oasis ozdobionych jest paskami lub atrakcyjnymi grafikami.

W serii Oasis z merino koszulki ozdobione atrakcyjnymi grafikami. (fot. Icebreaker)
W kroju seria wyróżnia się prostszymi rozwiązaniami, które mniej zdradzają sportowe oblicze. Płaskie szwy, wygodny krój z klinami materiału pod pachami koszulek, czy w kroku legginsów, a także materiał premium – jakim jest merino – docenia się w trakcie użytkowania. Jest dobra wiadomość dla aktywnych pań. Koszulki termoaktywne damskie uzupełnione są o modele z głębszym wykrojem kołnierzyka (200 Oasis LS Scoop) lub dekoltem typu V (Oasis LS V).
Tak właśnie przedstawiają się najważniejsze serie, które polecić można na najzimniejsze dni w outdoorze. Merino sceptyków zachęcam naprawdę do sięgnięcia po tego typu produkty, a wcześniej zapoznania się z opiniami i testami. Część z nich znajdziecie już na naszym blogu, a część pojawi się na nim już za chwilę. W sezonie jesienno zimowym trafiła do nas bielizna merino męska i damska, więc z niecierpliwością możecie wypatrywać naszych raportów z użytkowania. Bądźcie czujni!
Na Festiwalu Górskim w Lądku-Zdroju pięciu nowych przewodników IVBV/UIAGM/ IFMGA z Polski odebrało „blachy” przewodnickie. Międzynarodowych Przewodników Wysokogórskich w naszym kraju jest mniej więcej czterdziestu. To przewodnicy wysokogórscy z Polski, którzy mogą zajmować się technicznym przewodnictwem w krajach alpejskich, na Słowacji i wielu innych państwach na świecie. Maciek Ciesielski jest Międzynarodowym Przewodnikiem Wysokogórskim od 2012 r. Jako alpinista wytyczył wiele nowych dróg. Wiele pierwszych polskich powtórzeń trudnych linii wspinaczkowych należy do niego. Wspinał się na Grenlandii, w Yosemitach, Patagonii, Kanadzie, Himalajach i Karakorum, gdzie z przyjaciółmi zdobył jedną z najtrudniejszych turni świata – Nameless Trango Tower.
*
Francuzi chcą wprowadzić limity na Mont Blanc, chcą żeby górę mogły zdobywać tylko te osoby, które mają rezerwację w schroniskach. Jak myślisz, czy to jest dobry pomysł?
Trudno powiedzieć. Zdaniem przewodników, którzy tam pracują, za dużo to nie zmieni. Najprawdopodobniej sprowadzi się to do tego, że nie będzie takich sytuacji, do jakich dochodziło w tym roku, że osoby bez rezerwacji przychodziły do schroniska Gouter. Rozmawiałem z wieloma osobami o tym i pogląd jest raczej taki, że Francuzi nie będą w stanie jakkolwiek regulować całego ruchu. Na przykład osoby, które będą chciały spać w schronisku lub na polu namiotowym w Tete Rousse i będą wychodzić o 2 w nocy – kto ich skontroluje? Nie wierzę, że będzie tam przez całą dobę stał żandarm i sprawdzał rezerwację.
Najprawdopodobniej to się sprowadzi do tego, że ci, którzy idą w dzień w kierunku Gouter, będą proszeni o okazanie rezerwacji, a jeżeli nie będą jej mieli, to będą zawracani. Chyba że będzie po nich widać, że są gotowi na jednodniowe wejście, że są ubrani jak biegacze. Ale biegacze też o tej porze już są u góry, dużo wyżej. Myślę, że to nic nie zmieni. Jest to taka kaczka dziennikarska, którą nagłośniono w okresie, kiedy nic się już nie działo. Prasa w Chamonix dużo pisała o limitach, ale bardziej to się sprowadza do tej kwestii, że osoby z Europy Wschodniej – także z Polski – nie respektowały zasad francuskich, że do schronisk przychodzi się z rezerwacją.
Były takie skandaliczne sytuacje pod koniec tego sezonu, że przychodzili ludzie do schroniska, nie mieli rezerwacji i nie chcieli się podporządkować. To nie było nawet tak, że chatar chciał ich wyrzucić. Mówił im, gdzie mogą się położyć. Oni oczywiście nie chcieli za nocleg zapłacić, uważali, że skoro leżą na podłodze to nic nie muszą robić. Według mnie to było bezpośrednią przyczyną. Tym bardziej, że taki największy problem zdarzył się właśnie z polską grupą, na dwa dni przed tym komunikatem. Wiemy o tym z bezpośredniej rozmowy z chatarem z Gouter, który jest znajomym przewodników. Sytuacja na tyle go zbulwersowała, że zjechał do miasta i spotkał się z merem. Moim zdaniem to jest bezpośrednia przyczyna komunikatu, a wszystko będzie toczyć się jak w tym roku, kiedy kontrolowano rezerwacje do Gouter.
Wejścia od włoskiej strony nie staną się z tego powodu zatem popularniejsze?
Włoska strona jest bardziej skomplikowana. Jest tam dłuższa droga, a okres, w którym są na niej dobre warunki jest krótszy. W pewnym momencie zaczynają się tam robić szczeliny i trudno jest przejść przez tę drogę. Jest ona również trudniejsza technicznie. A przede wszystkim największą zaletą Gouter jest to, że nawet po załamaniu pogody, droga bardzo szybko nadaje się do przejścia. Od strony francuskiej wejść na szczyt próbuje dużo osób, stąd droga jest relatywnie łatwa. Po załamaniu pogody, od włoskiej strony nie ma komu przedreptać tej ścieżki, bo jest tam mniejszy ruch. Z drugiej strony jest to bardzo popularna droga wśród polskich tzw. “czarnych przewodników”, bo wiedzą oni, że jest tam mniejsza szansa na jakąkolwiek kontrolę. “Czarni przewodnicy” bardzo często więc chodzą na szczyt z włoskiej strony.

Prowadząc kolejny wyciąg (fot. FB AllMountains-Maciek Ciesielski)
Od jednego z przewodników IVBV słyszałem, że wśród francuskich żandarmów popularny był dowcip: “Co to są trzy lampki na lodowcu?” Odpowiedź brzmi pięciu Polaków. Czy to się trochę poprawiło, czy Czesi i Polacy mają nadal niezbyt dobrą renomę pod Mont Blanc?
Mam wrażenie, że wszystko się zmienia ku lepszemu. Oczywiście dalej jest taka nasza tendencja, by łamać reguły i zasady. Ciągle jesteśmy jedną z najbardziej “popularnych” nacji, która śpi w na przykład w schronie alarmowym Vallot. W tym miejscu nie powinno planować się noclegu. Jest to miejsce na nocleg awaryjny. Nie jest to przyjemne, jak się wchodzi do tego schronu i jest tam śmieci po kolana, i większość, a przynajmniej połowa tych śmieci, ma polskie napisy tudzież nawet flagi. Rozumowanie niektórych naszych rodaków, jest takie: “tu jest taniej, nie muszę płacić”, “bo Francuzi chcą ze mnie zedrzeć”… ale wydaje mi się, że pod tym względem to się pomału zmienia.
Z drugiej strony jest coraz większa ilość kursów w Polsce. Polacy lubią robić te kursy i to sprawia, że nasz poziom staje się wyższy od przeciętnego turysty alpejskiego. Dużo ludzi bardzo sprawnie się porusza i naprawdę fajnie to wygląda. Coraz więcej jest osób, które w Alpy jeżdżą z głową i próbują zdobyć Mont Blanc samodzielnie. Coraz więcej osób też przestaje traktować jako ujmę to, że korzystają z pomocy przewodników.
Widzisz taki kierunek?
Tak. Na tę zmianę wpływa fakt, że przewodnicy ze swymi gośćmi robią też bardzo trudne drogi. To nie jest tak, że wyjście z przewodnikiem to tylko łatwe rzeczy. Zmienia się w ludziach mentalność. Część ludzi w rozmowach ze mną mówi: “Słuchaj ja prowadzę biznes. Jak potrzebuję do czegoś prawnika staram się znaleźć najlepszego. Jeżeli chcę przeżyć przygodę w górach i nie mam czasu, żeby nauczyć się samemu to zrobić, staram się wziąć najlepszego eksperta”.
Ciągle jest jeszcze taka duża grupa ludzi, która woli wybrać tzw. “wyprawy partnerskie”. Im wydaje się, że to jest bardziej samodzielne. Koniec końców to sprowadza się też do przewodnictwa tylko z kimś, kto jest nieprofesjonalny. Oczywiście dla części ludzi argumentem jest też sprawa finansowa, chociaż coraz częściej różnica stawek profesjonalnych guide’ów i ich ofert i stawek ludzi podszywających się za przewodników jest znikoma.
“Czarne przewodnictwo” to jest problem kilku nacji, czy to problem bardziej powszechny?
Zdecydowanie przodują w tym nacje z byłego bloku wschodniego. Problem leży też w tym, że w krajach alpejskich kluby – odpowiednik naszego Polskiego Związku Alpinizmu – interesują się też turystami. U nas w PZA zrzeszeni są przede wszystkim wspinacze. Pozostaje duża gama turystów, którzy za bardzo nie mają co ze sobą zrobić. Nie chcą być w PTTK, bo to nie jest ten temat, ale nie nadają się, czy nie chcą być w “pezecie” aktualnej, takiej jak wygląda ona teraz. Właśnie tymi ludźmi zajęły się wszystkie możliwe polskie kluby i stowarzyszenia, podszywające się pod działalność klubową. Tak naprawdę tylko pod przykrywką działalności klubowej wykonują one “czarne przewodnictwo” lub wyprawy partnerskie. Wokół tego buduje się otoczkę, że to jest klub i działanie w klubie. Problem w tym, że działanie w klubie nie powinno sprowadzać się do tego, że się płaci. Tam się niby płaci za pokrycie kosztów prowadzących, ale tak naprawdę nie o to chodzi, a wszyscy wiedzą, na jakiej zasadzie to działa. Jest to po prostu obejście systemu.
Powiedz mi, jak wielu klientów wybiera mniej popularne szczyty. Staje się to bardziej powszechne, czy nadal większość chce zdobywać z przewodnikiem najwyższe i najbardziej popularne cele?
Najbardziej popularne są najwyższe szczyty. W Tatrach Gerlach, w Austrii często chodzimy na Grosglockner, w Alpach na Mont Blanc, ale często po tym pierwszym kontakcie i zdobyciu większej góry, ludzie są zainteresowani czymś innym, widzą inne cele. Wtedy przychodzi czas na góry mniej popularne, często też trudniejsze technicznie i bardzo ładne.
Ja w ogóle mam dosyć duże szczęście i teraz specjalizuję się głównie we wspinaniu. Bardzo mało chodzę na cele typu najwyższy szczyt. Właściwie cały sezon w tym roku wspinałem się i udało mi się przewspinać jako przewodnik ponad 500 wyciągów w trzy miesiące. Wspinam się bardzo często na długich drogach, pięćset metrowych i dłuższych, i to w fajnych trudnościach rzędu 7a, 7a+. Są ludzie, którzy chcą coś takiego robić. Często są to doskonali wspinacze, którzy z przyczyn czysto zawodowych mają bardzo mało czasu i chcą bardzo dobrze wykorzystać swój urlop. Tacy ludzie decydują się na wspinanie z przewodnikiem, który zna realia, wie jakie panują warunki, gdzie jest dobre w tym roku podejście na lodowcu, a gdzie złe. Przewodnicy mają „obcyk” w terenie, nie zawiodą jako partner. Tacy ludzie mają powiedzmy cztery dni i chcą wspiąć cztery drogi, a nie przyjechać z kolegą na dziesięć dni i wspiąć jedną drogę, bo będą płacić frycowe. Na szczęście dla mnie, to się bardzo rozwija i z roku na rok jest więcej osób, które chcą się wspinać po trudnym z przewodnikiem. Osobiście bardzo mnie to cieszy.

(fot. FB AllMountains-Maciek Ciesielski)
Dla samych przewodników to brzmi optymistycznie, bo nie musicie deptać w kółko z klientami tych samych szczytów.
Wiesz, tak naprawdę każdemu jego Everest. Są przewodnicy, którzy właśnie lubią chodzić na te łatwiejsze szczyty. Ma się gości, którzy chcą wejść na najwyższy szczyt i są typami kolekcjonerów. Są goście, którzy chcą wejść na najładniejszy szczyt, a są też goście, którzy chcą zdobyć trudną drogę i to im sprawia satysfakcję. Przede wszystkim nie lubię słowa klient, uważam że w Polsce ono źle się kojarzy. Wolę podejście, że to są goście, którzy do mnie przyjeżdżają zdobywać ze mną góry. Ja ich zapraszam do siebie, biorę ich w swoje góry i im te góry pokazuję.
Jest bardzo dużo osób, które uczciwie trenują. Mam kilku gości, którzy przyjeżdżają do mnie regularnie. Na co dzień chodzą po dwa razy, trzy razy w tygodniu na ściankę wspinaczkową, na sekcję. Sami w skałkach wspinają się i są samodzielni, a mnie potrzebują na trudniejsze drogi w górach.
Nawiązując do wczorajszego panelu o przewodnictwie wysokogórskim*, okazuje się, że wysokie wymagania wobec klasy i umiejętności – najpierw wobec kandydatów na przewodników, a potem wobec przewodników wysokogórskich – są zasadne. Wygląda na to, że może wkrótce będzie też więcej narciarskich wyjść z gośćmi w góry.
Na nartach jeździmy bardzo dużo. Praktycznie całą zimę skitouring, skialpinizm i jazda pozatrasowa to jest bardzo duża część naszej pracy. Często nawet dochodzi do sytuacji, w której nasi goście są lepszymi narciarzami niż guide, ale to właśnie guide ma większe pojęcie na temat co jest zagrożone lawinami, co nie jest, jak w danym miejscu poruszać się po lodowcu. Poziom narciarstwa jest naprawdę wysoki i wśród przewodników, i wśród gości. Staramy się utrzymywać wysokie standardy, ale czasami jest sytuacja, że spotykamy się z doskonałymi narciarzami, którzy potrzebują w zasadzie tylko “supportu” jeśli chodzi o teren i zagrożenia.
Bardzo dziękuję za rozmowę. Powodzenia w górach!
Więcej na FB Maćka Ciesielskiego: AllMountains-Maciek Ciesielski guide&alpinist
Rozmawiał: Sławek Nosal
Rozmowa została przeprowadzona podczas XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku-Zdroju, który trwał w dniach 20-23 września 2018 r. Festiwal lądecki jest jedną z największych polskich imprez integrujących środowisko ludzi gór. Festiwal to m.in. spotkania z najlepszymi alpinistami na świecie, konkurs filmów górskich i plebiscyt na najlepszą książkę górską ubiegłego roku. Podczas XXIII edycji na festiwalu odbyła się gala wręczenia Złotych Czekanów (Piolets d’Or) – najbardziej prestiżowego na świecie wyróżnienia alpinistycznego, które do tej pory przyznawane było w Chamonix.
We wspinaczkowych wyzwaniach i przewodnckiej pracy Maćka Ciesielskiego wspierają sponsorzy i partnerzy

*W spotkaniu “Współczesne przewodnictwo górskie – perspektywy i zagrożenia. Panel dyskusyjny przewodników IVBV/IFMGA/UIAGM” wzięli udział przewodnicy z Polski, Francji, Czech, Słowacji, Rumunii, Słowenii. Dyskutowano m.in. na temat zagrożeń, jakie niesie “czarne przewodnictwo”, poruszano problemy, z którymi muszą mierzyć się Międzynarodowi Przewodnicy Wysokogórscy oraz prezentowano standardy szkolenia przyszłych przewodników. W trakcie spotkania Christian Trommsdorff (prezydent IVBV/UIAGM/IFMGA) wręczył przewodnickie “blachy” pięciu nowym przewodnikom z Polski, którymi zostali: Jakub Radziejowski, Robert Rokowski, Przemek Cholewa, Rafał Mikler i Wojciech Malawski.
To prosta zasada. Chronisz to, na czym ci naprawdę zależy. Jeśli natura wprawia cię w zachwyt, chcesz by pozostała dzika. Na tę prostą regułę zwraca uwagę coraz więcej osób. Także firmy autentycznie zaangażowane w branżę outdoor biorą ją sobie do serca. Jedną z takich firm jest Icebreaker. Jest to marka, która w transparentnym i odpowiedzialnym działaniu widzi jedyną drogę dla odpowiedzialnego biznesu w outdoorowej branży.
Nowoczesny biznes powinien stać się w pierwszej kolejności biznesem odpowiedzialnym. Pilnie strzeżone know how i prymat słupków wskazujących pomnażanie zysków to nie są koła zamachowe napędzające nowozelandziego Icebreakera. Tak przynajmniej brzmią deklaracje, których potwierdzeniem jest raport transparentności działań tej firmy. Grubo ponad sto stron poświęciła marka na to, by swoim klientom wyjaśnić, jak działa od 21 lat. Raport ten ma też zainspirować odzieżową konkurencję do praktyk, które przyniosą korzyść dla ochrony środowiska naturalnego i ludzi, którzy tworzą produkty z ich logo.
Icebreaker nie jest ideałem, ale przynajmniej stara się analizować swoje działania i zmienić wszystko, co pozwoli odczuć pozytywną różnicę.
Odzieżowy biznes to fabryka śmieci i fabryka potrzeb. Zmieniająca się moda podpowiada nam, co powinniśmy nosić i nakręca koniunkturę. Uprawy, w których wykorzystywane są pestycydy zatruwają naturę. Produkcja odzieży zużywa hektolitry wody, zamieniając ją w ścieki, których nie da się już wykorzystać, a transport i fabryki tkanin emitują tony spalin i zanieczyszczeń w atmosferę. Miliony woreczków z plastiku to kolejny temat, który znany jest każdemu, zaś jakość życia i pracy w niektórych azjatyckich krajach to temat, który nie powinien schodzić z prime time’u w serwisach informacyjnych.
Każdy z nas może być zmianą, którą chcemy (a przynajmniej powinniśmy) zobaczyć, bo każdy z nas jest klientem, którego decyzje wpływają na rynek nie tylko outdoorowej branży.
O tym jak kupować odpowiedzialnie przeczytasz w artykułach: „Przykazania świadomego konsumenta” i „Eko-certyfikaty w branzy outdoor”.
Ponad 20 lat temu Jeremy Moon tworząc markę Icebreaker postanowił coś zmienić w branży. Odzież outdoorową w tamtym czasie zdominowały kompletnie włókna syntetyczne. Marka wykonała zwrot ku naturze. Sięgnęła po naturalny w 100%, biodegradowalny i funkcjonalny surowiec jakim jest wełna merino. Decyzja o tworzeniu odzieży outdoor, do której idealnie nadawała się wełna merynos, wytyczyła kierunek rozwoju tej początkowo małej firmie i w ogóle sprawiła, że firma ta miała rację istnienia, znalazła swoje miejsce na rynku. Kolejne decyzje sprawiły, że dziś to globalna marka obecna w 47 krajach na świecie.
“Kiedy rozpoczynałem pracę nad marką Icebreaker miałem 24 lata, byłem spłukany i nie miałem bladego pojęcia co robię.” – Jeremy Moon

Jeremy Moon i jeden z farmerów hodujących owce (fot. Icebreaker)
Dziś byłoby łatwiej. Wystarczy wziąć do rąk raport marki Icebreaker, by dowiedzieć się skąd pochodzi wełna merino, gdzie zamienia się ją we włókna. Wystarczy chwila, żeby uzyskać kontakt do fabryk, które tworzą tkaniny i farbują je dla Icebreakera. Choć raport ten w całości to pasjonująca lektura, to nie streszczę go strona po stronie. Wyłowię smaczki i nakreślę przedstawione w nim fakty, liczby i słupki. Gdyby inne firmy poszły za przykładem tej marki, agenci od szpiegostwa przemysłowego spotkaliby się w pośredniaku i na kursach kształcących nowe kwalifikacje. Dość jednak żartów. Konkrety.
Icebreaker istnieje tylko dzięki hodowli owiec merynosowych. Owce, z których pozyskuje się dla tej marki surowiec żyją na 75 farmach. Aż 85% wełny merynos tej marki pochodzi z Nowej Zelandii, 11% z Australii, 5% z Afryki Południowej. Gdziekolwiek żyją “owce Icebreakera”, mają one zagwarantowane te same swobody i prawa. Jest 5 podstawowych zasad, którymi muszą kierować się farmerzy:
W ciagu ostatnich trzech lat nowozelandzka marka przeprowadziła audyty we wszystkich farmach, z którymi współpracuje. Raport wskazuje, że w 66% farmerzy nie uchybili tym zasadom. Pozostała część farm musiała wprowadzić plany naprawcze, ale aż w 86% niedostosowanie się do panujących w tym względzie zasad wymaga tylko drobnych korekt.
Icebreaker nie troszczy się jednak tylko o owce z zaprzyjaźnionych farm. Warto wiedzieć, że w 2008 r. firma sprzeciwiła się praktykom, które określa słowo mulesing. To właśnie Icebreaker, jako pierwszy w branży, potępił technikę wycinania skóry owiec w tylnej części ciała, która miała zapobiegać wzrostowi wełny w tym miejscu na ciele owiec. Praktyka miała zapobiec infekowaniu zwierząt przez muchy, ale w głównej mierze przysparzała zwierzętom cierpienia. To właśnie Icebreaker powiedział pierwszy STOP tym działaniom.
Icebreaker dba o relacje. Dowodem na to jest opublikowany przez markę raport. Nie chodzi tylko o ukazanie, w jaki sposób nowozelandzki producent odzieży merino współpracuje z farmerami, wytwórcami przędzy, tkanin i osobami szyjącymi produkty. Raport prezentuje te wszystkie relacje, ale też czyni działania firmy bardziej przejrzystymi i sprawia, że mogą być one aprobowane lub poddawane krytyce. Taka transparentność pozwala zlustrować markę, a przez to zbudować do niej zaufanie. Właśnie na tym zależy osobom, które stworzyły raport transparentności Icebrakera.
Niemal od samego początku istnienia – bo już od 1995 r. – marka postawiła na budowanie długoterminowych relacji z farmerami hodującymi owce merino. Dziś Icebreakrer kontraktuje z nimi odbiór surowca nawet na okres 10 lat. To sprawia, że farmerzy i ich rodziny mogą czuć ekonomiczne bezpieczeństwo. Takie działania sprzyjają również inwestowaniu w farmy i wpływają bardzo korzystnie na dobrostan hodowanych na farmach zwierząt.

Staranne dobieranie partnerów biznesowych i budowanie głębokich i trwałych relacji to sposób marki na uzyskanie wysokiej jakości produktów. Icebreaker nie posiada żadnej fabryki czy szwalni. Żadną z nich również nie zarządza. Produkty wykonywane są przez partnerów marki, których dobiera się w oparciu o wysokie standardy pracy i jakość produkcji. Koszulki merino, bielizna z wełny merynos, kurtki i akcesoria marka produkuje we współpracy z 40 różnymi partnerami, którzy dysponują 59 zakładami produkcyjnymi. Icebreaker dostarcza jedynie 90% wełnianego surowca oraz dba nad jakością procesu i finalnych produktów. Warto zwrócić uwagę, że aż 30% firm współpracujących z marką Icebreaker, tworzy z nią odzież przynajmniej od 10 lat.
Współpraca z tak wieloma zakładami produkcyjnymi wymaga rozbudowanego systemu łańcucha dostaw i rozwiniętej logistyki. Schemat ukazujący proces “wędrowania” surowców i produktów najłatwiej zobrazować infografiką.

Proces produkcyjny marki Icebreaker
Oczywiście tego typu globalny biznes wiąże się z dużym kosztem transportu, w którym prawdziwą walutą jest nie tyle pieniądz, ile emisja spalin. Żeby środowisko płaciło jak najmniejszą cenę, Icebreaker stara się działać z wyprzedzeniem, tak żeby transport morski mógł być głównym środkiem transportowania surowców, komponentów ubrań i produktów. W sezonie jesień/wiosna 2016 – który służył jako baza dla tych danych – 76% stanowiła spedycja morska. Marka podjęła ponadto zobowiązanie, by ograniczać jak najbardziej transport lotniczy i utrzymać go na poziomie nie wyższym niż 10%.

Transport w produkcji i dystrybucji
Transport oczywiście nie wyczerpuje problematyki wpływu branży odzieżowej i branży outdoor na środowisko naturalne i odpowiedzialności za całą planetę. Sięgnę po inny przykład. Swego czasu słynna akcja Detox Outdoor, w której zwrócono uwagę na szkodliwość związków PFC w hydrofobowych powłokach DWR, to jeden ze znanych problemów. Mimo tego, że produkcja odzieży odpornej na wodę to marginalna część kolekcji marki Icebreaker, producent zwraca uwagę także na to zagrożenie. W sezonie jesień-zima odzież z powłoką DWR stanowiła tylko 6% kolekcji, z czego 29% produktów wolnych było od PFC, a w roku kolejnym stosunek ten wzrósł do 37%. Nowozelandzka marka przyjęła jednak zobowiązanie, by do 2020 roku być całkiem wolna od tego związku.
Kolejny gorący temat branży to ogromne zużycie wody i energii. Przeprowadzony w fabrykach partnerów marki audyt wykazał, że w tej kwestii jest nad czym pracować. Opracowany na podstawie badań azjatyckich fabryk współczynnik Waste Management, wyznaczający poziom zmarnowanych surowców (dotyczy m.in. emisji gazów, zużycia energii i wody, generowania hałasu) osiągnął średni poziom o wartości 7,1. Audyt w zakładach partnerów marki pokazał, że Icebreaker osiągnął współczynnik 8,7. Postanowiono wdrożyć zmiany, by fabryki partnerów mogły lepiej gospodarować surowcami i emitować mniej zanieczyszczeń oraz hałasu. Kolejny raport ma odpowiedzieć, na ile uda się osiągnąć bardziej pozytywny rezultat.
“Jesteśmy odpowiedzialni za to, by każdy, kto pracuje nad produktami Icebreaker – bez względu na to gdzie się znajduje – był traktowany uczciwie, pracował bezpiecznie, nie był dyskryminowany i był traktowany podmiotowo w miejscu pracy.”

Praca w szwalni jednego z partnerów marki (fot. Icebreaker)
Dla zapewnienia właściwych warunków pracy w zakładach współpracujących z marką, marka wypracował strategię Icebreaker’s Human Rights Strategy, której założenia oparte są o kilka dokumentów gwarantujących powszechne prawa człowieka i prawa pracownicze. Dokumentami tymi są:
Każda z firm produkujących odzież merino z logo marki Icebreaker zobowiązana jest do przestrzegania strategii i podlega audytom prowadzonym przez markę i niezależne organizacje.

Tak, tak, to prawda. Produkty marki Icebreaker nie należą do najtańszych. Jeśli jednak zdecydujesz się na najwyższą jakość, dołożysz się do odpowiedzialnego biznesu i spłacisz choć w części dług naturze, który codziennie zaciąga w surowcach u niej ludzkość.
Koszulka, bielizna z merino, czy ocieplana MerinoLoftem kurtka kosztuje tyle przede wszystkim dlatego, że wykonana jest z doskonałej jakości materiałów i wyprodukowana przez ludzi, którzy niemal z kunsztem wykonują swoją pracę oraz zasługują za nią na godziwą zapłatę. Musisz wiedzieć, że odzież Icebreaker rzadko bywa zwracana i tylko ułamek produkcji ma wady, które przecież zawsze mogą się zdarzyć. Koszulki merino, akcesoria, bluzy i kurtki są wykonane z taką precyzją i są sprawdzane tak wnikliwie, że procent zwrotów osiąga wartość 0,36% w skali roku.
Icebreaker stara się tworzyć odzież na lata. Nie jest marką modową. Chce być przede wszystkim marką funkcjonalnej odzieży z naturalnych włókien. Można powiedzieć, że 4 zasady rządzą procesem projektowania i tworzenia ubrań tej marki.,

Icebreaker – odzież dla aktywnych osób (fot. Icebreaker)
Icebreaker swoje zadanie widzi w eksplorowaniu relacji między naturą a człowiekiem. To co w stanie jest dać nam natura, przedkłada nad plastikowe wyroby człowieka. Właśnie dlatego korzysta przede wszystkim z naturalnych włókien. W zeszłorocznym sezonie zimowym udział naturalnych materiałów w kolekcji wynosił 85%. Tylko 15% włókien stworzonych było ręką człowieka.
Pewnie dobrze wiesz, co to jest wełna merino, tak jak pewnie zdajesz sobie sprawę, że dla marki Icebreaker to właśnie ona stanowi bazowy surowiec do produkcji tkanin. Oprócz przędzy pozyskiwanej z owiec rasy merino, marka wykorzystuje jednak inne, zarówno naturalne, jak i syntetyczne włókna. Każde z nich ma swoje właściwości, a ich użycie znajduje wyjaśnienie.
Tencel® to włókno wykorzystywane do tworzenia materiału typu Cool-Lite®. Tencel® jest włóknem chłodzącym, wytwarzanym z pulpy drewnianej z drzew eukaliptusa. W procesie wytwarzania Tencelu stosuje się czynniki chemiczne, które w 100% mogą podlegać recyklingowi. Włókna tego typu budują koszulki merino na lato.
Nylon wzmacnia koszulki Icebreaker. Dodatek tego syntetycznego włókna to kompromis, który służy jednak trwałości odzieży. Wytrzymałe tkaniny w technologii Corespun, którą wykorzystuje marka, zbudowane są z nylonowych rdzeni, oplecionych przez wełnę merynos.
Icebreaker wykorzystuje także Poliester. Na chwilę obecną 72% tego surowca pochodzi z recyklingu. Cały ten recyklingowany poliester pochodzi z przetworzenia plastikowych butelek PET. W ten sposób marka chce dodać swoje “dwa grosze” w redukowanie ilości zalegających na wysypiskach jednorazowych butelek plastikowych.
Dodatek syntetycznych włókien LYCRA® sprawia natomiast, że odzież ta nie ogranicza ruchów i dopasowuje się do sylwetki. Tam, gdzie elastyczność jest wymagana krojem lub przeznaczeniem odzieży stosuje się stretch, w który Nowozelandczycy zaopatrują się w firmie Invista.
Ostatnim z wykorzystywanych włókien jest bawełna organiczna. Rosnąca na ekologicznych uprawach pozbawionych pestycydów i zbierana ręcznie bawełna pozyskiwana jest w Chinach. Jej jakość i dobre praktyki stosowane na plantacjach poświadcza certyfikat Global Organic Textiles Standard. Tylko z takiej bawełny korzysta Icebreaker.

Ponad 20 lat temu Jeremy Moon tworząc markę Icebreaker postanowił zmienić branżę outdoor i uczynić odzież bliższą naturze. Naturze, która inspirował jego i inspiruje niemal wszystkich fanów outdoorowych aktywności. Po dwóch dekadach marka stara się złożyć raport z własnych osiągnięć, ale też z tych działań, nad którymi warto ciągle pracować.
Choć Icebreaker nie jest perfekcyjny, to i tak ludzie, którzy go tworzą mają z czego być dumni. Transparentne działanie i świadomość zagrożeń, z którymi musimy sobie wszyscy sobie radzić jest ważne. Być może właśnie teraz jest ważne w takiej skali, jak jeszcze nigdy przedtem. Twórcy raportu zauważają, że człowiek poprzez przemysł, wykorzystywanie surowców potrafi dziś powodować globalne zmiany. Nie zapominają jednak, że to natura wie lepiej i to natura jest bohaterem, o którego outdoor powinien właśnie w tej chwili zadbać.
Przed niską temperaturą w górach można chronić się na różne sposoby. Puchówki, primalofty i polary to doskonale znane sposoby na chłody. Wśród ocieplin swoisty renesans przeżywa w ostatnim czasie także wełna. Oprócz znanego ocieplenia MerinoLoft na bazie wełny merino, istniej także ocieplenie o intrygująco brzmiącej nazwie. Poświęć chwilkę hybrydowej ocieplinie TirolWool® Celiant® i poznaj wszystkie jej sekrety.
Oklapnięte uszka, wąska głowa, gęste runo białego koloru i wąskie raciczki, które działają jak wspinaczkowa baletka. Tak wygląda tyrolska owca, która cały rok spędza w górach, żyjąc powyżej 2000 m n.p.m. Niejeden górołaz powinien pozazdrościć jej życia na takich wysokościach, tak samo jak tego, że owca z Tyrolu kapitalnie radzi sobie z chłodem, a i latem nie cierpi z powodu wysokich temperatur.
TirolWoll to wełna pozyskiwana z owiec żyjących w Tyrolu. Owce górskie, dzięki znakomitym właściwościom termoizolacyjnym swego runa, spędzają okrągły rok wysoko w górach. Wyższa zawartość lanoliny w runie owiec tyrolskich sprawia, że ich wełnę cechują kapitalne właściwości cieplne. Wełna ta ma zdolności do izolowania od zimna i upału, jest oddychająca i działa w podobny sposób zarówno gdy jest sucha, jak i wtedy, gdy staje się kompletnie przemoczona.
To właśnie pierwszy sekret ocieplenia hybrydowego Salewa TirolWool Celliant, z którego postanowili skorzystać ludzie od pokoleń żyjący w Alpach. Ocieplenie hybrydowe TirolWool® Celliant® jest dziełem ratowników Tyrolskiego Górskiego Pogotowia Ratunkowego (Tirol Bergrettung) i projektantów marki Salewa. Ci pierwsi potrzebowali czegoś, co będzie działać w zróżnicowanych warunkach i przy wysokim poziomie wysiłku. Ci drudzy, chcieli stworzyć produkt, który w pełni zadowoli ludzi, którzy z narażeniem życia niosą w górach pomoc. Jedni i drudzy wiedzieli doskonale, że dawne pokolenia używały wełny do walki z chłodem, więc postanowili z niej skorzystać raz jeszcze.
Natura kryje w sobie pierwszy sekret ociepliny. Drugi to już dzieło zaawansowanych technologii. By zrozumieć wyjątkowość innowacyjnej ociepliny Salewa trzeba wyjaśnić czym jest Celliant®.
Celliant® to formuła rodem z Kalifornii. Dokładnie w Santa Maria, w firmie Hologenix, powstała mieszanka trzynastu termoaktywnych minerałów, które potrafią przekształcić ciepło pochodzące z ciałą w promieniowanie podczerwone. Minerały Celliant® wtapiane są w żywicę, która stanowi rdzeń przetworzonych poliestrowych włókien. Takie włókna miesza się z wełną TirolWool. W ten sposób ocieplenie TirolWool® Celliant® korzysta z izolacyjności wełny i syntetycznych włókien, które odbijając promieniowanie IR pobudzają mikrokrążenie krwi. To sprawia, że ciało staje się odizolowane od chłodu, ogrzane i może być w gotowości do wysiłku.
Zalety TirolWool® Celliant® różnorakie. Hybrydowy materiał o naturalno-syntetycznym pochodzeniu ocieplający kurtki Salewa zatrzymuje ciepło ciała na dłużej. Dzięki właściwościom wełny bogatej w lanolinę i hydrofobowemu charakterowi poliestrowych włókien, to nowoczesne ocieplenie nie traci zdolności do izolowania pod wpływem wilgoci. To nie tylko atut w czasie, gdy górska aura zmienia się w przysłowiową “dupówę”. To także plus, gdy potrzebujesz ciepła i gdy kontynuujesz wysiłek, a twoje ciało wytwarza masę wilgoci. To jednak nie wszystko. Korzystanie z wełny tyrolskich owiec na swoją “drugą stronę medalu”.

TirolWool® Celliant® powstał we współpracy z ratownikami z Tyrolu. Ocieplenie bazuje na wełnie tyrolskich owiec, która jest produktem naturalnym, lokalnym, a proces rafinowania przędzy jest przyjazny dla środowiska. Węłnę miesza się z włóknami poliestrowymi, które wzbogacone są o termoaktywne minerały. W ten sposób powstaje ocieplenie, które pozwala zachować ciepło blisko ciała i działać aktywnie przy zmiennych warunkach (źródło: Salewa)
Branża odzieżowa to biznes odpowiedzialny za przyrost odpadów, pomnażanie zanieczyszczeń, emisję gazów cieplarnianych i ogromne zużycie wody. Salewa tworząc TirolWool® Celiant® starała się ograniczyć negatywny wpływ na środowisko. Gdy tworzy się ubrania nie można wyeliminować wszystkich szkodliwych czynników. Właśnie dlatego ważny jest każdy krok, który zbliża do ograniczania szkodliwości branży tekstylnej.
TirolWool® to produkt regionalny. Dzięki niemu włoska marka minimalizuje negatywny wpływ transportu. Sam proces przygotowania runa owiec również poddany jest surowym regułom. W nieodległej od Dolomitów Cittadelli firma Imbotex przygotowuje runo TirolWool®. Wełnę czyści się w procesie zwanym Oxy Wash. Opatentowany proces technologiczny bazuje na wykorzystaniu tlenu i kompletnej rezygnacji ze szkodliwego chloru. Proces wzmacnia oddychalność wełny i chroni ją przed wchłanianiem nieprzyjemnych zapachów.
Proekologicznie idee znać też w produkcji komponentu syntetycznego. Celliant® w 70% powstaje z poliestru pochodzącego z recyklingu. Dzięki temu poliestrowe odpady jeszcze raz stają się użytecznym i w pełni sprawnym surowcem, który nie trafia na wysypiska.
Krótkie trasy transportu komponentów, korzystanie z procesów recyklingu, wspieranie lokalnych hodowców i dążenie, by biznes był bardziej zakorzeniony w regionie sprawiają, że Salewa idzie właściwą drogą, na której małe kroki mają znaczenie dla całej planety.
Wiem, wiem. Brzmi to trochę jak czary-mary. Kiedy przed rokiem Salewa wprowadzała swoją nową ocieplinę zastanawiałem się, czy ktoś nie chce sprzedać mi bajeczki o sile natury i mądrości technologii. Powiedziałem sprawdzam, kupiłem kurtkę Fanes TW CLT Hood. Okazało się, że pierwszy raz skorzystałem z kurtki Salewa z końcem września, by zdjąć ją dopiero, jak stopniały w górach śniegi. Kurtkę testowałem przez cały zimowy sezon ubierając ją na co dzień, zabierając na wędrówki górskie jesienią i zimą oraz na narciarskie wypady na nartach skiturowych.
TirolWool® Celliant® nie grzeje jak puch, ale nie przegrzewa, gdy chcesz poruszać się w kurtce z ociepliną. Naprawdę sprawna oddychalność ocieplenia jest dużym jej atutem. Zdarzyło mi się w kurtce lekko marznąć w mieście na przystanku. Założony na kurkę awaryjny hardshell i zastosowanie jej jako warstwy pośredniej zupełnie zdawało egzamin. Co ciekawe nie zdarzyło mi się w niej zmarznąć ani razu w górach podczas zeszłorocznej zimy. Zdaje się, że wcale nie zależało to nawet od modelu mojego działania. Nawet gdy po całym dniu skiturowego wysiłku wychodziłem karkonoską nocą przed schronisko i w nieskończoność naświetliłem matrycę w cyfrowym aparacie, było mi całkiem komfortowo.
Wśród różnych ociepleń stosowanych w kurtkach TirolWool® Celliant® jawi się jako produkt naprawdę wart uwagi. Połączenie tradycji i nowoczesnych technologii daje dobre rezultaty, które sprawdzają się podczas profesjonalnych działań ambasadorów marki i ratowników górskich. Jak twierdzi Peter Veider (dyrektor Tirol Bergrettung):
TirolWool® Celliant® to doskonałe rozwiązanie na warunki ekstremalnych wahań temperatury i długie godziny pracy w terenie wysokogórskim.
Najlepsze marki outdoorowe to często marki, które mogą poszczycić się długą tradycją. To również marki, które są czymś więcej niż kolejną firmą produkującą odzież, buty czy sprzęt. Tak się składa, że miarą dobrej marki outdoor jest przede wszystkim pasja, której dany brand jest swego rodzaju nośnikiem. Jej wielkość można poznać po ludziach, którzy tworzą i angażują wokół danej firmy lub w jej zaangażowaniu w budowę górskiej społeczności i uczestniczenia w tak zwanej kulturze górskiej.
Jedną z takich “zaangażowanych” marek jest Salewa. Istnieją różne sposoby identyfikacji marek i różne filozofie. Jedne marki są typowo wspinaczkowe. Inne koncentrują się na aktywnościach, takich choćby jak biegi górskie czy skitouring. Jeszcze inne budują swoją tożsamość walcząc o bardziej ekologiczną produkcję. Salewa obiera inną drogę. Markę tę tworzy miejsce, a miejscem tym są piękne, zarazem dostępne i niedostępne Dolomity.
Na produktach marki Salewa znajdziesz napis: “Designed in the heart of the Dolomites”. Włoska marka rodem z Południowego Tyrolu przesiąknięta jest klimatem miejsca, w którym tworzy. Co to oznacza? Możesz się ze mną nie zgodzić, ale jeśli strony te nie są ci zupełnie obce, to pewnie wyczujesz subtelny rys tego regionu, w którym język niemiecki i włoski przenikają się, w którym niemiecki porządek z wolna przechodzi we włoską fantazję. Wydaje mi się, że ma to duży wpływ na samą markę i podejście do projektowania. Jeśli do produktów marki Salewa miałbym przyłożyć motoryzacyjną metaforę, to była by w niej solidność rodem z Audi czy Volkswagena i estetyka, dla której wzorcem może być Ferrari czy Alfa Romeo.

Dzielić się pasją. Dzielić się emocjami. Dzielić się przyjaźnią (fot. Salewa).
Miejsca nie należą do ludzi – to ludzie przynależą do miejsc. Jest to podstawowe przekonanie twórców marki Salewa, które podyktowane jest przeświadczeniem o wyjątkowości miejsca, jakim są Dolomity. To alpejskie pasmo jest nie tylko domem marki. Jest ono jego dziedzictwem, czyli tym, co wpływa na narodziny pasji do gór i jej pielęgnowanie. Dolomity to strzeliste i trudno dostępne turnie skalne, ale to również góry, które zwykłych turystów zapraszają w urokliwe i łatwo dostępne dolinki.
Dolomity to również dla marki ogromna inspiracja. To góry przesiąknięte tradycją, jak i miejsce, które zachęca do przesuwania granic tego, co pośród skał zdaje się niemożliwe. Tu po prostu tradycja łączy się z innowacją. Dlatego Dolomity to również wizja, która kształtuje przyszłość sportów górskich. Właśnie z tego powodu marka wspiera odważne projekty i sponsoruje ludzi gór, którzy realizują swoją pasję z największą śmiałością. Wystarczy wspomnieć, że wśród ambasadorów marki są wspinacze, paralotniarze, himalaiści. Są wśród nich również nazwiska z Polski – Kinga Baranowska oraz Łukasz Dudek i Jacek Matuszek z teamu Alpine Wall Tour.
Niektórzy mówią, że góry to tylko sterta kamieni. Ci sami mówią też, że w górach najważniejszy jest człowiek. To właśnie ze względu na pasjonatów górskich i ogrom ich pasji Salewa zachęca użytkowników swoich produktów, by dzielili się pasją z innymi ludźmi – ludźmi takimi jak oni. W tym celu włoska marka stworzyłą popularny hashtag #puremountain, który na portalach społecznościowych ma dziś dziesiątki tysięcy użyć.
Pewnie znajdą się tacy, którzy powiedzą, że ten hashtag to sprytne narzędzie marketingu. Zgoda. Ale jeśli z tego hasła korzysta tak wielu ludzi i robi to tak chętnie, to można powiedzieć, że wokół marki powstaje społeczność, która dzieli się z producentem i innymi użytkownikami chwilami, w których obecna jest włoska marka outdoor. To jeden z przykładów, który dowodzi, że Salewa faktycznie stała się nośnikiem pasji, bo jej produkty pozwalają realizować projekty w górach.
Jeszcze lepszym przykładem są obozy Get Vertical. Salewa organizuje tę imprezę od 2015 r. Dziś jest to już tradycja marki, która będzie z pewnością rozwijać się w kolejnych latach i która z kolejnymi sezonami będzie budować więzi i wspólnotę doświadczeń między ludźmi tych samych zainteresowań.
O co chodzi w Get Vertical? Przede wszystkim o zdobywanie doświadczeń pod okiem specjalistów, czyste emocje i górską przyjaźń. Właśnie to są powody, dla których Salewa kilka razy do roku tworzy letnie i zimowe obozy. Każdy z nich jest imprezą w pewien sposób profilowaną. Raz chodzi o alpejskie wspinanie, raz o skialpinizm. Innym razem może to być obóz poświęcony via ferratom, klasycznemu alpinizmowi lub po prostu włóczeniu się po zasypanych śniegiem dolinach i wysokich przełęczach na rakietach śnieżnych.
Do tej pory Salewa zorganizowała 17 obozów w ośmiu różnych miejscach. W Get Vertical miało szansę uczestniczyć ponad 300 osób, którym marka najpierw dała niezbędny sprzęt, a potem pozwoliła zdobyć nowe górskie doświadczenia, które z pewnością cenniejsze są niż wszystkie kurtki, buty trekkingowe i plecaki.
Pamiętaj, że ty też możesz stać się częścią takiej przygody. Kolejne obozy Get Vertical (strona wydarzenia) to kwestia niedalekiej przyszłości. Potrzeba tylko pasji, zaangażowania i odrobiny szczęścia, by stać się częścią takiego wydarzenia. Śledź stronę Get Vertical i nie zwlekaj, gdy Salewa ogłosi kolejny termin wydarzenia. To szansa, by przeżyć naprawdę wyjątkową przygodę, zdobyć nowe doświadczenia i znaleźć się w samym centrum społeczności związanej z marką Salewa.
O Marcie Sokołowskiej usłyszałem pierwszy raz, gdy w ręce trafił mi “Crag Magazin” z jej artykułem zatytułowanym “Za głosem serca”. To była szczera opowieść o pasji. Była to jedna z takich opowieści, których łatwo się nie zapomina. Marta Sokołowska wspina się, praktykuje jogę i uczy jej. Jest również jedną z niewielu osób pochodzących z Polski, które wykonują w górach skoki B.A.S.E. Poszukując w górach przygody, znajduje w nich znacznie, znacznie więcej.
Wspinanie dla Ciebie to sport czy styl życia?
Wspinanie to góry i styl życia dla mnie. Sportowe wspinanie również lubię, bardzo lubię wspinanie w skałkach, ale traktuję je bardziej jako trening i wspinanie piknikowe. Po prostu w skałkach warunki pogodowe nie grają takiej roli, jaką grają w górach. Kiedy załamuje się pogoda można zjechać na dół i iść do baru na piwo. Jak jesteś w górach musisz rozważyć o wiele więcej czynników i tam już wycof zwykle jest trudniejszy.
Zajmujesz się propagowaniem jogi. Nie od dziś mówi się, że to świetny sposób na trening uzupełniający dla wspinaczy. Dużo wspinaczy praktykuje jogę, czy ciągle jest nas zbyt mało?
W tej chwili – porównując sytuację do momentu, gdy zaczynałam prowadzić jogę dla wspinaczy – jest to naprawdę duża grupa osób. Wspinacze przekonali się do jogi, zwłaszcza widząc, jakie to przynosi efekty. Kiedy mieszkałam jeszcze w Polsce, miałam taką grupę eksperymentalną na boulderowni Salewa Block w Zabrzu, która składała się z dwunastu wspinających się osób. Osoby te przychodziły raz w tygodniu na dwie godziny zajęć z jogi. Czasem zrezygnowały one nawet z jednego treningu wspinaczkowego w tygodniu kosztem tych zajęć. Po jesieni, zimie i wiośnie, czyli po jednym okresie przygotowującym do sezonu letniego efekty, które zobaczyłam u tych osób były wręcz zadziwiające. Okazało się, że można zrezygnować z jednego treningu wspinaczkowego i mimo to podnieść swoją formę.

„Na warsztatach, które organizuję, uczę ludzi pracy z ciałem, świadomości ciała i oddechu” (fot. Bart Bazior)
Co konkretnie daje wspinaczowi joga?
Dzięki jodze udaje się zwiększyć ruchomość stawów, a przez to też zakres ruchów, sięganie do chwytów, wysokie wstawianie stóp, zwiększyć ekonomię wspinania. Jeżeli jesteś w stanie wysoko wstawić nogę, to nie musisz korzystać z małego mięśnia ręki, tylko korzystasz z dużego i silnego mięśnia nogi.
Istotna jest również umiejętność oddechu, która przy wspinaniu jest super ważna. Na boulderowni często widziałam osoby, które próbując przejść jakieś trudne miejsce, zapominały o oddechu. Ich szyja stawała się czerwona, uszy stawały się czerwone i za moment spadali z przystawki. To było widać gołym okiem, że ktoś przestaje oddychać z wysiłku. Jeżeli oddychasz cały czas, masz tę świadomość oddechu – a joga tego uczy – to do czegoś takiego nie dojdzie.
Na warsztatach, które organizuję, uczę ludzi pracy z ciałem, świadomości ciała i oddechu oraz tego, że dzięki nim mogą zrobić o wiele więcej (we wspinaniu, w sporcie, w życiu), niż im się wydaje. Dla mnie osobiście niesamowite jest to, że ludzie, którzy zainteresowali się jogą z przeróżnych względów – z ciekawości, ze względów zdrowotnych, czy też po prostu z zainteresowania kulturą Dalekiego Wschodu – zawsze znajdują w jodze to, czego szukali, a z czasem nawet o wiele więcej. Uwielbiam patrzeć, jak dzięki jodze ludzie niepostrzeżenie zmieniają swoje życie na lepsze, bardziej wiedzą czego chcą, co jest dla nich ważne; zaczynają rozumieć, że mają wpływ nie tylko na to, jak się czują fizycznie w swojej skórze, ale również na swoje emocje i ogólne samopoczucie, na całe swoje życie.
Od zawsze praktykowałaś jogę i wspinałaś się równocześnie, czy to też był element, który Tobie dał jakiś progres we wspinaniu?
Jogę zaczęłam praktykować jedenaście lat temu, czyli rok wcześniej, zanim zaczęłam się wspinać. Dla mnie joga na początku nie była łatwa. Nie jest tak, że mam wrodzoną super gibkość. To było trudne i pewnie dlatego mnie zainteresowało, bo miałam nad czym pracować. Myślę, że to jest też istotne dla wspinaczy, którzy przychodzą na jogę i mówią: “Nie jestem w stanie dosięgnąć rękami do ziemi na wyprostowanych nogach… Jestem tak pospinany, że to nie jest dla mnie”. Nie. Właśnie kiedy jesteś tak pospinany, że nie możesz dosięgnąć do ziemi albo zapleść dłoni z tyłu za plecami – to jest właśnie dla ciebie! Gdybyś zakładał nogę na ramię, nie musiałbyś chodzić na jogę, aby uelastycznić ciało.
Tak to wygląda jeśli chodzi o stronę taką stricte fizyczną. Nie można zapominać jednak o oddechu, który jest naprawdę potężnym narzędziem i we wspinaniu, i we wszystkich innych sportach. Spotykam ludzi, którzy biegają na długich dystansach, skaczą albo zajmują się nurkowaniem i schodzeniem na duże głębokości. Zawsze mówią o jodze. Mówią, że ona im bardzo, bardzo pomaga. Umieją dzięki niej regulować oddech i nie panikują.
Chyba mnie właśnie inspirujesz, żebym zrezygnował z jednego treningu i poszedł na jogę. Chciałbym porozmawiać teraz o czymś innym. Realizujesz się w aktywnościach, które większość osób uważa za ekstremalne. Wspinasz się, wykonujesz skoki B.A.S.E. Z pasji nie trzeba się tłumaczyć, ale spróbowałabyś określić, co jest w takich aktywnościach najważniejsze? Chodzi o emocje, czy o zupełnie coś innego?
To jest tak, że ja lubię podejmować decyzję, lubię decydować sama o sobie i o tym, co robię. Wspinając się w górach to ja podejmuję decyzję wraz z partnerem, z którym się wspinam, ale to też są moje decyzje. W skokach są to już tylko moje decyzje. Jestem odpowiedzialna za to, co robię i za potencjalne konsekwencje tego, co robię. Natomiast oczywiście emocje są bardzo istotne. Ja w ogóle podchodzę bardzo emocjonalnie do życia. Nie umiem robić rzeczy, w których nic mnie nie pociąga. W takie rzeczy zupełnie nie jestem w stanie zaangażować się.
Jeśli decyduję się coś robić i w to zaangażować, to jest to dla mnie coś naprawdę istotnego, coś czemu oddaję całe serce. Nie umiem robić rzeczy na pół gwizdka. Przy skokach jest to istotne, bo skoki niosą za sobą duże ryzyko.

Marta rozpoczyna skok B.A.S.E. z krawędzi klifu (fot. Bart Bazior)
W Polsce skoki znane są gdzieś tam z YouTube. Zastanawiam się czy wielu Polaków skacze i ile jest Polek, które uprawiają B.A.S.E. jumping?
Jak dotąd poznałam osobiście jedną skaczącą Polkę, która już nie żyje. Zginęła podczas skoku w ubiegłym roku. Wiem, że są jeszcze dwie skaczące kobiety pochodzące z Polski, ale żadnej z nich do tej pory nie poznałam. Nie są to osoby pochodzące ze środowiska górsko-wspinaczkowego. Aktywnie skaczących mężczyzn z Polski jest może dwudziestu…Nie jest to zbyt duże grono.
Skok B.A.S.E. i skok w wingsuit’cie – czym to się różni? To są dwa różne skoki?
Skoki B.A.S.E. to są po prostu skoki z różnego rodzaju obiektów: budynków, anten, mostów i klifów. Do skoków B.A.S.E. w wingsuicie przygotowywałam się przez dłuższy czas. Przez półtora roku skakałam i latałam dużo tracksuit’cie, ale nie tylko, ponieważ skaczę również z tzw. niskich klifów. To temat rzeka, o którym można długo opowiadać. Byłoby dużo tłumaczenia, gdybyśmy zaczęli rozmawiać o tym, czym różnią się skoki wysokie (terminalne) i niskie, sposoby układania spadochronu… Wingsuit i tracksuit są to kombinezony przeznaczone do latania z odpowiednio wysokich klifów. Zarówno jeden, jak i drugi kombinezon, pozwalają nam latać, a nie tylko spadać w dół. Podczas skoku spowalniają one prędkość opadania, a za to pozwalają osiągać dużą prędkość postępową w locie do przodu. Dzięki temu można w nich z dużą prędkością odlatywać od ściany, co jest bardzo pożądane, ponieważ chcemy otworzyć spadochron daleko od ściany, aby w razie jakichkolwiek problemów uniknąć bliskiego spotkania ze skałą.
Wingsuit umożliwia wykonywanie innego rodzaju skoków niż tracksuit, przede wszystkim ze względu na swoją budowę, a co za tym idzie – większą powierzchnię kombinezonu. Zaczynamy w nim lecieć wkrótce po opuszczeniu klifu, tracimy mniej wysokości niż w tracksuicie.

Alpy Julijskie (fot. Bart Bazior)
Przeprowadziłaś się w okolice Dolomitów. Możesz się tam wspinać, możesz skakać z klifów. Za co jeszcze kochasz to miejsce?
Za góry wszędzie, gdzie spojrzysz. Zdecydowanie za klimat. Za ludzi, którzy są pogodni i cieszą się życiem. Za to, że mam dostęp do świeżych warzyw i owoców przez cały rok, co jest dla mnie super ważne, a brakowało mi tego w Polsce, zwłaszcza zimą. Za to, że budzę się rano i widzę z okna klif, z którego najczęściej skaczę. Za cudne miejsca do praktyki jogi. Za bliskość skał, w których można się wspinać praktycznie przez cały rok. Prealpy położone są blisko moich ukochanych Dolomitów, a tam mogę się wspinać do końca życia i nigdy nie zabraknie mi dróg, które jeszcze chciałabym zrobić. Tu mogę wciąż mieć nowe projekty, znajdować miejsca na skoki, w których jeszcze nikt nie skakał.
Dziękuję Ci za szczerą i inspirującą rozmowę.
Odwiedź stronę: www.marta-sokolowska.com
Rozmawiał: Sławek Nosal
Rozmowa została przeprowadzona podczas XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku-Zdroju, który trwał w dniach 20-23 września 2018 r. Festiwal lądecki jest jedną z największych polskich imprez integrujących środowisko ludzi gór. Festiwal to m.in. spotkania z najlepszymi alpinistami na świecie, konkurs filmów górskich i plebiscyt na najlepszą książkę górską ubiegłego roku. Podczas XXIII edycji na festiwalu odbyła się gala wręczenia Złotych Czekanów (Piolets d’Or) – najbardziej prestiżowego na świecie wyróżnienia alpinistycznego, które do tej pory przyznawane było w Chamonix.
Realizację projektów i marzeń Marty Sokołowskiej wspiera marka

Zanim poznałem Michała w pracy, to już zdążyłem o nim usłyszeć. Wiedziałem, że jest z Karkonoszy, że dobrze jeździ na nartach i że jest trochę szalony, bo próbował nawet samodzielnie wystrugać sobie narty. W ostatnim roku kilkakrotnie zadziwiał, nie tylko ekipę Skalnika, swoimi pomysłami i determinacją. Zaliczył parę udanych zawodów skiturowych i wygrał wyzwanie Dynafit Mountopia Challenge. Dzięki temu wywalczył sobie udział w Sellaronda Skimarathon, a za chwilę startuje w Trofeo Mezzalama – zawodach uważanych za jedną z najtrudniejszych imprez sportowych w skialpinizmie.
Jak długo jeździsz na nartach? Pamiętasz dzień, w którym przypiąłeś dwie deski do nóg?
Nie pamiętam tego dnia. Jeździć zacząłem w wieku 4 lat, ale pierwsze moje wspomnienia narciarskie to wyjazd do Czech z rodzicami. Później był jeden, drugi i trzeci klub narciarski. Teraz od kilkunastu lat jest to już jazda samotna. Sam się szkolę i doskonalę.
Trafiłeś do klubu więc chyba od początku jeździłeś na zawody narciarskie?
Od razu zacząłem startować w zawodach. Oczywiście małego dzieciaka dosyć luźno się prowadzi. Nie był to od razu fachowy trening, ale jakieś tyczki i element rywalizacji były. Pamiętam, że trener smarował nam narty zwykłą parafiną na zawodach (śmiech). Coś się tam jeździło po lokalnych zawodach, takie były początki. Dopiero później trafiłem do klubu sportowego w Szklarskiej Porębie i tam zaczęła się konkretniejsza jazda.

„Trochę” lepszy serwis niż ten z czasów zawodniczych początków (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)
Zaczynałeś więc od narciarstwa alpejskiego. Powiedz jak szybko odkryłeś skitouring?
Zależy jak na to spojrzeć. I szybko, i wolno. Próbowałem większości dyscyplin narciarskich, ale pierwszy raz na nartach skitourowych jeździłem 11 bądź 12 lat temu. Wtedy był to dla mniej jeszcze sport uzupełniający. Skiturowałem po to, żeby wcześniej rozpocząć sezon narciarski turystycznymi wyjściami w Karkonosze i był to też sposób, żeby ten sezon zakończyć później, w momencie, gdy na nartostradach nie było już śniegu. W tym czasie głównym moim sportem było narciarstwo zjazdowe, może już nie tyczki, choć one się też gdzieś tam trafiały. Głównie chodziło w tamtym czasie o jazdę pozatrasową i funcarvingową.
Ale początki, o których mówisz, to było chodzenie z nartami zjazdowymi, czy od razu były to narty skitourowe?
Oczywiście każdy wtedy zaczynał od zjazdówek branych w teren! Jedenaście czy dwanaście lat temu to było już na pierwszym wiązaniu skitourowym. Wciąż jednak chodziło się w butach zjazdowych, przeniesionych z tyczek. Nie było wygodnie, ale dało się chodzić.
Zdarza się, że wychodzisz na narty dla przyjemności, żeby poszurać na fokach, czy też każde wyjście traktujesz jak trening?
Wyjść treningowych musi być w sezonie bardzo dużo, ale też zdarzają mi się zwykłe wycieczki narciarskie ze znajomymi.

Michał podczas zawodów skitour (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)
Kręcą cię jeszcze narty zjazdowe? Zaczynałeś od nich, więc zastanawia mnie czy wracasz czasem do stania w kolejce na wyciąg, karnetu i jazdy po sztruksie?
Coraz trudniej jest mi znajdować wyzwania na stoku, przeżyć nowe bodźce, zdobyć nowe doświadczenia. Głównie z tego powodu siedzę praktycznie cały czas w terenie. Takie wyzwania coraz trudniej jest mi również znaleźć nawet poza trasą w okolicy Szklarskiej Poręby, gdzie najczęściej bywam. Uzupełniłem więc narty mocnymi podejściami, podczas których można się wyżyć i osiągnąć coś nowego.
Zawodniczy skitouring w Polsce to jest niszowy sport, czy to się jakoś mocniej rozkręca?
Faktycznie nie jest to duże środowisko. W Polsce jest to może około 100 osób, które mają troszkę lżejszy sprzęt i myślą o tym jak szybciej dostać się na górę, jak szybciej zjechać i traktują skitouring jako sport o charakterze wytrzymałościowym. Na Dolnym Śląsku są może cztery osoby, które nie wstydzą się wyjść w gumie (kombinezonie – red.) na skitury. Jest nas więc tak naprawdę garstka.
Co w sportowym skitouringu jest ważniejsze: szybkie podejście czy techniczny zjazd?
Jedno i drugie. Ja w skitouringu wziąłem się z narciarstwa zjazdowego, więc u mnie zjazd nigdy nie jest problemem. Zazwyczaj na zjazdach wyprzedzam osoby, które gdzieś tam koło mnie zakończyły podejście. Nieco gorzej czuję się w kwestii wytrzymałościowej. Podobno dojrzały skitourowiec to jest bardzo dobry narciarz, który z roku na rok dorasta wytrzymałością, żeby być coraz mocniejszy.
Wszystko więc jeszcze przed Tobą (śmiech).
Tak, tak. Po trzydziestce zaczyna się dla wytrzymałości ponoć najlepszy wiek (śmiech).

Za sportowymi wynikami zawsze kryją się setki godzin treningów (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)
Są zawody – na przykład te w najbardziej technicznym terenie – gdzie startuje się w parach. Jak wygląda dobór takich par?
Dobieramy się samodzielnie i zgłaszamy na zawody. W parze poziom sportowy musi być mniej więcej na równym poziomie. Wtedy można zaliczyć nalepszy start w takiej formule.
Oprócz zawodów sportowych podejmujesz się wyzwań skialpinistycznych. Do nich potrzeba więcej sprzętu niż tylko same narty. Do takich zadań bierze się czekan, czasem linę, raki skiturowe. W takich wypadkach waga sprzętu jest dalej najważniejszym kryterium doboru?
Sprzęt na zawody jest ekwipunkiem skrajnie lekkim. Czasem ciężko mówić w tym przypadku, że jest to tak naprawdę sprzęt w 100% skuteczny. W górach potrzebujesz czegoś solidniejszego niż sprzęt zawodniczy, więc czasem ma się dwa lub trzy komplety sprzętu w domu. Inny na zawody i inny na działania w górach. Dobrym przykładem są ultralekkie sondy lawinowe i łopaty. To sprzęt tylko na zawody. Trzeba go mieć, by spełniać kryteria na starcie i można na niego sobie pozwolić, jeśli wokół są dziesiątki takich sond i łopat. Jeśli kilka się zepsuje, są jeszcze następne. Jak wychodzisz w dwu-, trzyosobowym zespole w góry, to potrzebujesz czegoś, czemu można bardziej zaufać.
W tym roku Twoje główne starty to Sellaronda Skimarathon i Trofeo Mezzalama. Są to zawody, do których start wywalczyłeś sobie w projekcie Mountopia organizowanym przez markę Dynafit. Wiem, że wygranie wyzwania Mountopia kosztowało Cię dużo czasu i dużo wysiłku. Jak wygrać taki challenge i pokonać ludzi, którzy żyją i trenują na przykład w Alpach.
Mountopia trwała trzy tygodnie. Rywalizacja polegała na tym, żeby wybiegać jak najwięcej metrów, a właściwie kilometrów, w pionie. Każdy z uczestników miał konto w serwisie Strava, gdzie zliczane były wszystkie przewyższenia. Było to ogromne wyzwanie fizyczne i organizacyjne. Sporo czasu udało mi się wygospodarować urlopami i dobrym ułożeniem grafiku w pracy. Pierwszy tydzień pokrył się z moim urlopem, który był wcześniej zaplanowany. Miałem dużo wolnego czasu i bardzo mało przewyższeń. Początek wyzwania spędziłem na portugalskim wybrzeżu, gdzie najwyższe przewyższenie liczyło około 20 metrów. Tłukłem te dwudziestki góra-dół nawet do 80 razy dziennie (śmiech). Potem wyskoczyłem w Tatry na trzy lub cztery dni. Tam biegałem na Kasprowy, zjeżdżałem kolejką i takie 3 razy na dzień dawały mi około 3000 metrów przewyższeń. Tak wyglądały pierwsze dwa tygodnie, w których zdarzyło się też kilka wyjazdów na Ślężę, Wieżycę i w stronę Kotliny Kłodzkiej. Trzeci tydzień to była już zaplanowana mordęga w Ośrodku Narciarskim Czarna Góra. Podbiegałem stokiem do góry, zjeżdzałem wyciągiem w dół. I tak w kółko. W momencie, kiedy wyciąg już nie działał wyciągałem jeszcze narty skiturowe i na dokładkę robiłem kilka serii dół-góra.

Jeden z treningów na portugalskim wybrzeżu (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)
Ponoć przez trzy tygodnie miałeś jeden dzień przerwy… Jak wyglądał dzień treningowy, a jak wykorzystywałeś czas na odpoczynek?
Dzień treningowy – pobudka często o 5 rano, szybkie śniadanie i wyjście w góry. Były to raczej długie niż intensywne treningi. Krótki dzień oznaczał aktywność do godziny 16, długi – już pod koniec projektu Mountopia – nawet do godziny 20. Cały czas było to bieganie dół-góra-dół, z jakąś małą przerwą na obiad i regenerację. Po powrocie do domu zostawało tylko zjeść i wyspać się.
Restowych dni było bardzo mało, ale może więcej niż jeden (śmiech). To były raczej dni organizacyjne. Poświęcałem je albo na przejazdy w kolejne miejsca, gdzie miałem trenować i nabijać kilometry, albo na pracę. Nawet jak nie udawało się wyrwać z Wrocławia, to szedłem na lokalną górkę i klepałem przewyższenia.
Do takiego wysiłku potrzebowałeś dużo energii. Sam przyrządzałeś posiłki?
Tak, posiłki robiliśmy w domu. Gotowałem sam, albo gotowała je moja żona. Nie były to może idealne posiłki dla sportowca, ale kluczowe było to, żeby były szybkie w przyrządzeniu. Najczęściej były to makarony z sosami, trochę kurczaka. Taki obiad to pół godziny roboty. Potem można go szybko zjeść i równie szybko pójść spać, bo sen jest najważniejszym czynnikiem pozwalającym na regenerację.
Porozmawiajmy o Sellaronda Skimarathon. Co było na tych zawodach dla Ciebie największym zaskoczeniem?
Ciężko wybrać będzie jedną rzecz. Przede wszystkim liczba osób startujących w zawodach. Sznur czołówek na starcie i na drugim podejściu był niesamowity. Podobała mi się trasa. Na przykład trzeci zjazd w pełnych ciemnościach, oświetlony dwiema czy trzema czołówkami. Zjazd robiliśmy na pełnej prędkości, z takimi długimi agrafkami po 180°. Pokonywaliśmy je na pełnym “speedzie” i na zupełnie nieznanej trasie. To zapada w pamięci. Masa adrenaliny podczas tego zjazdu była.
W tym roku na Sellaronda Skimarathon startowało ponad 1200 osób. Ty i Michał Klamut jako zespół wywalczyliście 159 miejsce. Wiele osób mówi, że to świetny wynik, tym bardziej, że ponad 60 zespołów nie ukończyło wcale zawodów. Jesteście zadowoleni ze swojej pozycji?
Tak. Na pewno. Nie spodziewałem się tak dobrego miejsca. Były to nie tylko moje najdłuższe zawody skiturowe, ale też najdłuższe przejście na nartach jednego dnia. Prawie 42 kilometry i około 3000 m w pionie. Jak dla mnie to sporo. Tym bardziej, że nie wiedziałem do końca jak zachowa się mój organizm. Pamiętam, że pierwsze z czterech podejść podchodziliśmy delikatnie. Michał jest bardzo mocnym zawodnikiem, dlatego na podejściach to on bardzo mi pomagał. Na zjazdach się nie ociągałem. Michał też dobrze jeździ, więc na zjazdach wyprzedzaliśmy innych zawodników.

Michał Dzieniszewski i Michał Klamut na mecie Sellaronda Skimarathon (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)
Na drodze do mety mieliście jakieś niespodzianki?
My na szczęście nie, ale po drodze widzieliśmy sporo połamanych nart, masę połamanych kijów.
Pokonaliście trudną trasę w dobrym czasie, ale nie mieliście dosyć. Zaraz po zawodach wybraliście się na turę w masyw Sass Pordoi.
Wyjechaliśmy tak daleko od domu, a wokół były tak piękne góry, że trzeba było to wykorzystać i coś podziałać. Jeden z zawodników projektu Mountopia opowiedział nam o lokalnym, dość sławny żlebie nazywanym Canale Holzer. Poszliśmy jeszcze tam zawalczyć.

Z nartami w masywie Sass Pordoi (fot. Michał Klamut)
Jeszcze nie można powiedzieć, że sezon za Tobą? Przygotowujesz się przecież do najważniejszego startu w tym sezonie.
Pod koniec kwietnia czeka mnie start w Trofeo Mezzalama. To jedne z najtrudniejszych zawodów skialpinistycznych na świecie.
Powiedz nam dokładniej, co czeka Cię na trasie.
Przede wszystkim wysokie wyjścia ponad 4000 m .n.p.m. w eksponowanym terenie. Na trasie będziemy związani linami, będziemy zjeżdżać w terenie lodowcowym, w którym są szczeliny. Wyzwaniem będzie też to, że w zespole nie znamy się do końca. Startujemy jako zespół wyłoniony w projekcie Mountopia, a z jedną osobą z naszego teamu nie miałem jeszcze możliwości się nawet spotkać. Trudności trasy będą wielkie. Znów do pokonania będzie około 40 km i 3500 m przewyższeń.
Jest rzecz, której się najbardziej obawiasz?
Chyba pogody i doboru sprzętu do warunków. Jadę na miejsce około tydzień wcześniej. Właśnie po to, żeby poznać przynajmniej część trasy i zrobić rozpoznanie. Chodzi też o to, żeby jakoś wczuć się w pogodę i sprawdzić, jakie warunki panuja na dole, a jakie na górze. Boję się, że zabiorę za mało ciepłych ubrań i przy zmęczeniu może stanowić to największe ryzyko.

W strefie startowej Sellaronda Skimarathon (fot. Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com)
Będziemy trzymać mocno kciuki. Zanim jednak dam Ci spokój z pytaniami, to dokończ mi jeszcze tylko jedno zdanie: “Jak wrócę z Trofeo Mezzalama to…”
… pewnie na tydzień legnę gdzieś na łące w hamaku. A później znajdę sobie nowy projekt (śmiech).
Jak zwykle (śmiech). Dziękuję Ci bardzo serdecznie za rozmowę i życzę kolejnego sukcesu.
Rozmawiał: Sławek Nosal
Zdjęcia: Michał Klamut, Ida Krzyżyk-Dzieniszewska: Ida Krzyżyk Photography/idakrzyzyk.com
Zobacz jak wyglądają zawody Trofeo Mezzalama i oglądaj live z zawodów. Transmisja już 28 kwietnia.
Lubisz outdoorowy styl, a swoją odzież w góry lubisz założyć czasem także na co dzień? Pewnie zdarzyło ci się to nie raz, a powodem była wygoda kurtki outdoor, czy swoboda jaką dają ci spodnie turystyczne bądź wspinaczkowe.
Wszystko dlatego, że przy projektowaniu ubrań górskich na pierwszym miejscu stawia się na funkcjonalność i wygodę. To właśnie one decydują tak naprawdę o tym jak wykonane jest ubranie. Specyficzne materiały, specjalne profilowanie, nietypowo umiejscowione kieszenie czy na oko zbyt obszerne kaptury i gardy to rozwiązania, które sprawiają, że w przypadku odzieży outdoor mówimy o tym, że jest to tak zwana odzież techniczna.
W przypadku najlepszych marek outdoorowych proces projektowania odzieży jest głęboko przemyślany. Doskonałym przykładem może być marka Salewa. Cała kolekcja tej marki podzielona jest na grupy produktowe, do których praktycznie przypisane są konkretne aktywności w górach.
Projektanci Salewa to zawodowcy, nie tylko w dziedzinie tworzenia ubrań. W branży outdoor praca najczęściej łączy się z pasją, dlatego ci którzy projektują tę odzież, często są jej użytkownikami. Dobrze więc widzą, co sprawdzi się podczas akcji w terenie. Proces projektowania supportują też ambasadorzy marki, czyli profesjonalni wspinacze, alpiniści, przewodnicy górscy czy paralotniarze.
Zrób test. Zajrzyj do outdoorowej szafy. Wyjmij model kurtki softshell, kurtkę goretex, nawet techniczną bieliznę termoaktywna i przyjrzyj się dokładnie detalom. Pewnie dla części rozwiązań znajdziesz uzasadnienie.

Salewa projektuje odzież w Dolomitach – w górach, w których każdy może realizować pasje na swój sposób. To miejsce dla turystów, wspinaczy, paralotniarzy i narciarzy. (fot. @ Daniele Molineris/Storyteller-Labs)
Cała kolekcja włoskiej marki z Dolomitów podzielona jest na kilka linii produktowych. Każda z nich tworzy praktycznie konkretny zestaw odzieży. Jest to komplet dopasowany do potrzeb osób uprawiających dany rodzaj aktywności w górach.
Inaczej projektanci kroją materiał i wykonują detale, gdy tworzą kurtki turystyczne. Inaczej dobierają tkaniny jeśli wymyślają koncepcję kurtki GORE-TEX® dla alpinistów, a odmiennie postępują, gdy sięgają po technologie dla turystów nie zapuszczających się aż tak wysoko. W tym artykule znajdziesz odpowiedź, jaka linia produktowa marki stworzona jest do jakiego typu działań. Dzięki temu może dowiesz się w jaką kurtkę Salewa warto zainwestować swoje oszczędności, a kiedy sięgnąć po bardziej budżetowy model. Nie zawsze przecież musimy kupować najdroższe i najbardziej techniczne modele, jeśli z ich właściwości i tak nie będziemy w pełni korzystać.
Ortles (lub Ortler) to wysoki trzytysięcznik w Alpach Retyckich. Na jego wierzchołek nie wiedzie praktycznie żadna prosta droga, którą można pokonać bez umiejętności wspinaczki na drogach skalnych i lodowych. Najwyższy szczyt Południowego Tyrolu stał się więc nie bez powodu ikoną dla najbardziej zaawansowanej linii odzieży. Spodnie i kurtki Salewa z linii Ortles to modele przeznaczone do:
Cała kolekcja podzielona jest oczywiście na odzież dla kobiet i mężczyzn. Prawie wszystkie kurtki Salewa męskie mają swoje odpowiedniki jako kurtki damskie. Tak samo jest z bluzami i spodniami, choć zdarzają się nieliczne wyjątki.
Seria Salewa Ortles to produkty, które wykonane są przy zastosowaniu najbardziej renomowanych materiałów i korzystają z wielu technologii outdoor. Przykładem może być kurtka przeciwdeszczowa Ortles 3 GTX. Jest to model kurtki GORE-TEX® wykorzystujący membranę GORE-TEX® PRO, która bez kompromisów chroni przed opadami i wiatrem. Ze względu na alpinistyczne przeznaczenie, w kurtce tej wykorzystano najsłynniejszą membranę i to w wersji (trójwarstwowa membrana PRO), którą cechuje największa trwałość. Do kompletu występują również spodnie Ortles 3 GTX wykonane z takiej samej membranowej tkaniny.
Kurtki hardshell z serii Ortles cechuje bardzo techniczne wykonanie. Obszerne bryły regulowanych kapturów pozwalają zakładać kaptur na kask wspinaczkowy. Kieszenie w tych kurtkach umieszczone są wyżej. Po założeniu uprzęży wspinaczkowej można mieć do nich wciąż dostęp. Cała kurtka skrojona jest tak, by nie ograniczać ruchów nawet w czasie wspinaczki, a krój jest dopasowany w taki sposób, by można było pod nią zmieścić więcej warstw odzieży.

Kolekcja Ortles to najbardziej zaawansowana linia odzieży Salewa (fot. Salewa)
W odzieży ocieplanej seria Ortles wykorzystuje naturalny puch z certyfikatem RDS oraz hybrydowe ocieplenie TirollWool® Celliant®. Kurtki puchowe Salewa Ortles występują w trzech wersjach: Heavy, Medium, Light – a każda z nich różni się po prostu ilością izolacji. Oczywiście kurtki Heavy są najcieplejsze, a Light najlżejsze i najbardziej pakowne.
Kurtki ocieplane do działań o większej intensywności, choćby skialpinizmu, projektowane są z hybrydową ociepliną naturalno-syntetyczną TirollWool® Celliant®. Jest to mieszanka wełny z owiec tyrolskich i poliestru wzbogaconego o minerały odbijające promieniowanie podczerwone ciała. Ocieplenie nie traci izolacyjności pod wpływem wilgoci, więc jest świetnym rozwiązaniem zarówno na wyjścia w góry, którym towarzyszy większy wysiłek, bądź działanie w zmiennych warunkach. Więcej o tej ocieplinie pisałem w innym artykule.
Nawet tak zwane midlayer’y – czyli elastyczne bluzy outdoor pośredniej warstwy – wykonane są w tej serii z renomowanych materiałów. Wszystko po to, by zapewnić jak najwięcej ciepła przy zachowaniu niskiej wagi odzieży i zagwarantować dodatkowo szybkie odprowadzanie wilgoci. Bluzy Salewa damskie i męskie w tej lini produktowej wykonane są po prostu z materiału marki Polartec®, czyli słynnego wynalazcy kultowej dzianiny typu polar.
Szczyt Piz Sasvenna i jego pasmo nadały nazwę kolejnej kolekcji produktów Salewa. Modele z linii Sesvenna to odzież do działań w szybszym stylu, przede wszystkim:
Generalną zasadą dla stworzenia tej odzieży jest zwiększenie oddychalności odzieży i zmniejszenie jej wagi. Znajduje to odzwierciedlenie w zastosowanych materiałach. To właśnie powody, dla których kurtki i spodnie goretex tej grupy produktów wykonane są z materiału GORE-TEX® Active. Używając takiej membrany projektanci mogą dostarczyć najwyższej ochrony, niskiej wagi i skuteczniejszej oddychalności odzieży hardshell. Kosztem takich rozwiązań jest jednak trwałość odzieży. Na szczęście modele używane do skitouringu mają mniejsze szanse na ciągły kontakt z czymś, co może je uszkodzić, na przykład ze skałą. Zastosowanie membrany GORE-TEX® Active pozwoliło też ograniczyć objętość odzieży, która po spakowaniu zajmuje mniej miejsca w plecaku.
Częścią kolekcji Sesvenna są również wygodne i oddychające spodnie softshell męskie i damskie z materiału Durastretch oraz kurtki ocieplane, w których zastosowano technologię Polartec® Alpha. Jest to ocieplenie syntetyczne marki Polartec®, stworzone pewien czas temu dla oddziałów specjalnych amerykańskiego wojska. Polartec® Alpha świetnie sprawdza się jako aktywne ocieplenie, które nie przestaje ogrzewać nawet w wilgotnym środowisku. Kurtki Sesvenna PTC Aplha wykorzystujace to rozwiązanie, mają ponadto konstrukcję wykonaną w koncepcie bodymapping. Oznacza to, że wszystkie strefy odzieży odpowiadają potrzebom ciała i termice, jakie ciało ma w danych miejscach podczas ruchu.

Sesvenna to kolekcja idealna dla skitourowców (fot. Salewa)
Dla osób lubiących szybkie wyjścia w góry marka stworzyła kolekcję Pedroc. Ubrania z tej serii to odzież dopasowana do potrzeb osób, które lubią poruszać się w górach szybko. Jeśli lubisz działać ze sportowym zacięciem, to seria Pedroc powinna znaleźć się na twoim celowniku. Salewa tworzy serię Pedroc do:
W odzieży z kolekcji Pedroc liczy się najbardziej szybkie odprowadzanie wilgoci oraz swoboda działań. Wystarczy zwrócić uwagę na dobór materiałów. Koszulki Pedroc powstają z materiału Dry’ton, który błyskawicznie odprowadza wilgoć i równie prędko schnie. W odzieży – od koszulek po ocieplane kurtki – stosuje się materiały o dużej elastyczności. Dzięki temu odzież może być bardziej dopasowana i wciąż nie krępować ruchów.
Koszulki i bielizna termoaktywna zdradza jak ważne są detale. Warto dojrzeć choćby takie szczegóły jak płaskie szwy. Takie łączenia poszczególnych części materiału nie powodują otarć, na które szczególnie narażone jest ciało, w szybkim ruchu. W tego typu odzieży spotkasz często materiał wzbogacony o technologię antybakteryjną. Materiał dzięki temu dłużej może pozostawać higieniczny.

Miłośnicy speed hikingu powinni rozważyć produkty z serii Pedroc (fot. Salewa)
Kolejna grupa produktów to modele z serii Agner. Monte Agner to szczyt w Dolomitach, który słynie z kilkuset metrowych skalnych zerw. Są one areną trudnych wspinaczek, zatem nie trudno się domyślić, że Salewa tworzy tę kolekcję z myślą o wspinaczach waśnie. Trzon kolekcji to ubrania do:
Trudno tu znaleźć modele przygotowane typowo z myślą o zimie. Do działań w takich warunkach powołana jest przecież seria Ortles.
Agner jest więc zasadniczo kolekcją lekkiej odzieży na wielowyciągowe drogi w górach. Znajdziesz w tym segmencie przede wszystkim modele, które nie krępują ruchów i które mają niska wagę. Oprócz tych właściwości, projektanci położyli w tej serii mocny nacisk na trwałość tkaniny. Stąd w niektórych produktach znaleźć można wstawki z wytrzymałej Cordury. Dzięki temu odzież w newralgicznych strefach jest wzmocniona i bardziej odporna na kontakt ze skałą. Docenia się to na skalnych grzbietach, gdzie raz po raz trzeba przewinąć się z jednej strony na drugą, w ciasnych kominach i innych tego typu formacjach skalnych.
Kilka detali może przybliżyć wspinaczkowego ducha tej kolekcji. W odzieży hardshell stosuje się pakowne i lekkie membrany Powertex® o konstrukcji 2,5L. Rękawy najczęściej wyposażone są w minimalistyczne ściągacze, podobnie jak nogawki spodni, które muszą dopasować się do wąskich butów wspinaczkowych. Uwagę zwracają również wyżej położone kieszenie w kurtkach i bluzach, które nie kolidują z uprzężami i kaptury dopasowane do użytkowania z kaskami.
Masyw i park krajobrazowy Puez-Odle to jedno z najpopularniejszych turystycznie miejsc w Dolomitach. Właśnie masyw Puez patronuje kolekcji typowo turystycznej. Ta grupa produktów Salewa to bardzo bogata oferta dla osób, które spędzają czas głównie na turystycznym szlaku. Wśród produktów przeznaczonych przede wszystkim do
znajdują się modele o starannie zaprojektowanym kroju, w którym jednak mniej będzie typowo technicznych detali. Szeroka i kompletna oferta kolekcji (w której nie brakuje odzieży żadnej warstwy) pozwala skompletować odpowiedni do turystyki i trekkingu model, który zazwyczaj oferowany jest w atrakcyjniejszej cenie niż na przykład alpinistyczna seria Ortles.
Projektanci starają się, by kolekcja Puez była zróżnicowana. Na przykład wśród kurtek hardshell znaleźć można zarówno kurtki z membrana GORE-TEX®, jak i bardziej budżetowe modele na membranach Powertex, które jak najbardziej sprawdzą się przy turystycznym zastosowaniu.
Można powiedzieć, że kolekcją Puez rządzi pewnego rodzaju zasada równowagi między jakością a ceną, dlatego modelom tej serii naprawdę powinni uważnie przyglądać się turyści. Zasadą jest tu stosowanie wielu rozwiązań własnych marki Salewa, które łączą się z bardzo dobrą jakością, ale nie podbijają ceny produktu wartością “obcych” technologii. Dlatego właśnie wśród produktów softshell niepodzielnie rządzi materiał Durastetch, a w bluzach stretch stosowanych jako warstwa pośrednia, materiał Polarlite, będący własnym produktem marki Salewa.

Puez i Fanes to kolekcje przeznaczone do trekkingu i turystyki (fot. Salewa)
Podobną grupą produktów jest seria Fanes. Jest to kolekcja wygodnych i funkcjonalnych modeli o bardzo szerokim zastosowaniu. Produkty tej linii sprawdzą sie przede wszystkim do:
Przeglądając ofertę tego segmentu odzieży na pewno szybko dostrzeżesz, że można w niej znaleźć zarówno bardziej techniczna odzież (zbliżoną bardzo we właściwościach, konstrukcjach i materiałach do produktów serii Puez), jak i bardzo casualowe rozwiązania. Częścią tej kolekcji są wygodne bluzy wykonane z mieszanek wełny i poliestru, “flanelowe” koszule z oddychającego materiału Polarlite, czy bawełniane spodnie w duchu mountain lifestyle. Seria Fanes to zdecydowanie odzież dla tych osób, które nie lubią rozstawać się z outdoorowym stylem.
Mam nadzieję, że ta ściąga ułatwia odnaleźć się pośród linii produktów Salewa. Dobrze przemyślana kolekcja włoskiej marki to szansa na to, że każdy, kto podziela jedną z górskich pasji, będzie w stanie dobrać odpowiednią odzież do swoich ambicji, celów i stylu działania w górach. Warto pamiętać, że outdoorowymi zakupami powinny rządzić przede wszystkim przemyślane i uzasadnione potrzebami wybory. To pewna droga do satysfakcji nie tyle z samego zakupu, ile z użytkowania produktu.
Okulary przeciwsłoneczne nie są tylko atrakcyjnym dodatkiem. Przed szkodliwym promieniowaniem słonecznym trzeba dobrze się chronić tak na co dzień, jak i podczas górskich wycieczek zarówno w wysokie góry, jak i te niższe. W górach ochrona oczu ma jednak szczególne znaczenie. Dlatego też okulary w góry powinny mieć odpowiednią konstrukcję, doskonałą jakość i odpowiednie certyfikaty, by móc uniknąć ryzyka wystąpienia ślepoty śnieżnej.
Problem właściwej ochrony oczu nie dotyczy tylko alpinistów. Jak uciążliwe potrafią być promienie słoneczne dla komfortu widzenia, wiedzą dobrze również turyści, żeglarze czy kierowcy zawodowi. Tak naprawdę wszystkie osoby, które długotrwale przebywają w warunkach silnego oświetlenia lub w nich pracują, powinny dobrze zadbać o komfort widzenia, który jest również stawką walki o zdrowie wzroku.
Dobre okulary sportowe powinien mieć pod ręką każdy, kto uprawia aktywności outdoorowe, zarówno w te słoneczne dni, jak i bardziej pochmurne dni. Żeglarz, wędkarz czy turysta – każda z tych osób, jeśli nie nosi okularów przeciwsłonecznych, przez wiele godzin wystawia oczy na ciężką próbę. Okazuje się, że w górach problem potęguje się jeszcze bardziej i jest zależny od wysokości. Im wyżej na poziomem morza, tym silniejszej ochrony wzroku potrzebujesz, bo tym większe jest promieniowanie ultrafioletowe.
Do problemu długotrwałej ekspozycji na warunki intensywnego promieniowania UV dochodzi kilka innych czynników. Szacuje się, że już na wysokości 3000 m n.p.m. dawka promieniowania UV może być nawet dwa razy większa niż w dolinach.
W wysokich partiach gór problemem jest również brak cienia. Jeśli wybierasz się w piętra gór pozbawionych wysokiej roślinności, nie masz szansy, by schować się przed słońcem. No chyba że cień rzuci na ciebie jakaś wielka góra. Z tego powodu zabranie dobrych okularów z filtrem UV zapewniających odpowiednią ochronę oczu jest tak samo ważne jak posmarowanie się kremem z takim filtrem.
Na lodowcach i na wysokościach, gdzie przekracza się granicę wiecznego śniegu, dochodzi jeszcze jeden czynnik. Promienie słońca odbite do lodu i śniegu potęgują problem. Wzrok przyjmuje bowiem jeszcze więcej światła i to takiego, które nie pada tylko z góry, ale również z boku lub od dołu. Wówczas należy dysponować specjalistycznymi goglami chroniącymi przed śnieżną ślepotą.

Im góry wyższe, tym ochrona musi być mocniejsza (fot. Julbo)
Himalaiści kojarzą się z okularami na lodowiec, których charakterystyczna cechą są boczne osłony. Takie pierwsze okulary lodowcowe wykonywane były z drewna lub kości zwierzęcej, później przypominały okulary do spawania i nie jest to pozbawione sensu skojarzenie. Dziś jednak na szczęście nie trudno kupić pierwsze gogle śnieżne.
Najsłynniejszym z zagrożeń dla wzroku w górach jest ślepota śnieżna. To dolegliwość, z którą borykało się wielu wybitnych himalaistów. Ślepota śnieżna to ostre zapalenie spojówek i nabłonka rogówki występujące na skutek nadmiernej ekspozycji na działanie promieni ultrafioletowych. Jej objawy to m.in. łzawienie oczu uniemożliwiające normalne widzenie, ból oczu, skurcz powiek, uczucie piasku pod powiekami i silny ból głowy. W ekstremalnych sytuacjach może dojść do tymczasowej utraty wzroku.
Leczenie ślepoty śnieżnej zwykle sprowadza się do odpoczynku w ciemnym pomieszczeniu. Należy stosować zimne okłady i leki przeciwbólowe. Aby zmniejszyć silny ból oczu i uczucie piasku, konieczne jest wyjęcie soczewek kontaktowych, jeśli były używane. Gdy tylko wystąpią pierwsze objawy ślepoty śnieżnej, konieczne jest zaniechanie dalszej ekspozycji na światło.
Na ślepocie śnieżnej nie wyczerpuje się jednak katalog dolegliwości związanych silnym promieniowaniem ultrafioletowym w górach. Katalog schorzeń, dolegliwości i chorób oczu związanych z wpływem tego promieniowania ultrafioletowego jest duży. Zdaniem specjalistów latem – i nie tylko wtedy – okulary polaryzacyjne chronią przed:

Ślepota śnieżna to jedno z najczęstszych zagrożeń dla alpinistów (fot. Julbo)
Aby uchronić się przed ślepotą śnieżną, trzeba pamiętać, że nie każde ciemne okulary będą chronić oczy. Ochrona przed promieniowaniem UV możliwa jest tylko wtedy, gdy soczewki okularowe posiadają filtr UV i gdy są one dobrej jakości, którą potwierdzają odpowiednie certyfikaty. Pamiętaj, że ich szkła pozbawione filtrów mogą przynieść więcej szkody niż korzyści.
Okulary powinny posiadać filtr, który chroni przed pełnym spektrum promieniowania ultrafioletowego, czyli promieniami UVA, UVB i UVC. Ważne jest również dobranie odpowiedniej kategorii ochronności, którą oznacza się symbolami od 0-4. Produkty w obrębie tych kategorii przepuszczają różną ilość światła, co oznacza, że są przeznaczone na różne warunki oświetlenia. Poniższa tabela przedstawia podział okularów na stopnie ochrony. W góry powinno się zabierać akcesoria kategorii 3 i 4. Ta ostatnia jest niezbędna często zimą lub tam, gdzie mamy do czynienia z lodowcem i wiecznym śniegiem.
| Kategoria | Przepuszczanie światła | Zastosowanie |
|---|---|---|
| 0 | 80-100% | soczewka przezroczysta/delikatnie przydymiona – słabe warunki oświetleniowe |
| 1 | 43-80% | soczewka delikatnie przyciemniona – słabe warunki oświetleniowe |
| 2 | 18-43% | soczewki o średnim zaciemnieniu; słabe, umiarkowane i zmienne oświetlenie |
| 3 | 8-18% | soczewki ciemne, uniwersalne; silne światło słoneczne |
| 4 | 3-8% | soczewki bardzo ciemne; bardzo silne światło słoneczne; nie nadaje się do prowadzenia pojazdów mechanicznych |
Istotne są również inne filtry i powłoki, które można znaleźć w renomowanych modelach przeznaczonych do sportu i aktywności outdoor. Okulary Julbo, czy produkty marki Arctica, posiadają często filtr polaryzacyjny lub powłoki lustrzane. Filtr polaryzacyjny pozwala zachować kontrastowe widzenie, gdy światło odbija się od tafli wody, śniegu, mokrej jezdni. Z tego powodu okulary z polaryzacją powinni wybierać alpiniści, narciarze, żeglarze i kierowcy. Powłoki lustrzane odbijają natomiast inne składowe światła, które mogą wpływać na jakość widzenia lub być groźne dla wzroku.
Myli się ten, kto w kolorach soczewek okularowych widzi tylko estetyczną i modową stronę. Okazuje się bowiem, że kolor szkieł w okularach ma znaczenie dla uzyskanego obrazu, a czasem także dla poziomu ochrony.
W okularach z najmocniejszą ochroną przed światłem stosuje się często soczewki brązowe. Mają one tę zaletę, że oprócz ochrony przed silnym światłem, poprawiają także kontrastowość widzenia.
Soczewka szara jeszcze mniej ingeruje w naturalne barwy. Jeśli zatem nie szukasz różowych okularów i zależy ci na postrzeganiu kolorów w sposób jak najmniej zniekształcony, to tego typu szkła będą dla ciebie najbardziej odpowiednie. Podobnie zachowuje się soczewka w kolorze zielono-szarym.
Całkiem zielone szkła mają już zgoła inną charakterystykę. Takie soczewki zaburzają postrzeganie barw. Stosuje się je najczęściej w tych modelach okularów, które nosi się przy słabszym słońcu. Do warunków gorszego oświetlenia nadają się też okulary z soczewkami w kolorze żółtym. To barwa szkieł okularowych, która przy słabym świetle pozwala dojrzeć więcej szczegółów. Wszystko dlatego, że obraz uzyskiwany przez takie soczewki charakteryzuje się lepszym kontrastem.
Można powiedzieć, że osobną grupę stanowią okulary fotochromowe. To specjalna grupa produktów, która posiada soczewki reagujące na natężenie światła. Dzięki temu okulary tego typu potrafią dobrać sobie odpowiedni stopień ochrony dla danych warunków oświetlenia, na przykład w zakresie kategorii 2-4.
Mówiąc prościej, gdy jest bardzo jasno, okulary z fotochromem przyciemniają się samodzielnie, a gdy światła jest mniej, ich soczewki stają się jaśniejsze. Reakcja dobrego fotochromu jest bardzo szybka, więc nie ma potrzeby martwić się, że okulary tego typu nie nadążają za zmianami oświetlenia. Warto jednak nadmienić, że fotochrom nie zawsze może działać bez zarzutu. Niektóre okulary fotochromowe nie nadają się do prowadzenia samochodu. Nie chodzi nawet o to, że przyciemniając się do kategorii 4 mogą być zbyt ciemne. Warto wiedzieć, że szyba auta pochłania część promieniowania UV, które odpowiedzialne jest za aktywowanie okularów fotochromowych i zwyczajnie siła tej aktywacji w aucie może być zbyt mała. W samochodzie zawsze warto mieć parę uniwersalnych okularów ze szkłami w kategorii 3 lub 2.
Jest jeszcze kilka detali, na które warto zwracać uwagę przy zakupie okularów w góry, by nie zafundować sobie ogromnego bólu i śnieżnej ślepoty. Warto zadbać, by okulary były zawsze dobrze dopasowane do kształtu twarzy. Najlepiej więc przymierzyć kilka par zanim wybierze się tę właściwą. Kupując okulary w góry nie warto przywiązywać się nawet do sugerowanej płci, jeśli model nie jest unisexowy.
Na przykładzie modeli lodowcowych Julbo można zobaczyć, że czasem poza kolorystyką niewiele się zmienia. Przykładem mogą być okulary Montebianco i Monterosa. Te drugie – przeznaczone rzekomo dla kobiet – mogą doskonale pasować mężczyznom o węższym typie twarzy.

Okulary lodowcowe Monterosa posiadają boczne osłonki, które można w razie potrzeby zdjąć. To model węższy, ale bliźniaczy w stosunku do okularów Montebianco (fot. Julbo)
W okularach w góry najważniejsze jest to, by spełniały one swoje zadanie. Najistotniejsza jest ochrona, więc trzeba nie tylko dobrze dobrać kategorię ochrony, kolor soczewek i filtry. Warto zwrócić uwagę też na kształt i rozmiar soczewek, które powinny dobrze otaczać oczy i ich okolice. Istotnym elementem dla pełnej ochrony są również osłony boczne lub na tyle szeroka konstrukcja zauszników, że gwarantuje ona ochronę przed światłem padającym z boku.
Ważnym elementem jest konstrukcja noska i kształt zauszników. Noski w okularach do bardziej aktywnych działań mają często antypoślizgowe części z silikonu. Zauszniki powinny być natomiast albo dobrze dopasowane, albo odpowiednio wyprofilowane, albo mieć konstrukcję, która pozwala je formować. Takim rozwiązaniem w okularach marki Julbo jest technologia 360° adjustable temples. Antypoślizgowe panele czasem stosuje się również w końcach zauszników. To rozwiązanie mają często okulary Arctica o bardziej sportowych oprawkach. Taki patent, pozwala projektantom zrezygnować z konieczności stosowania nosków i uzyskać dobrą stabilizację.
Czasem przydają się nawet najmniejsze drobiazgi. Jeśli wspinasz się, to kiedyś docenisz bardzo taki szczegół jak małe otworki na końcach zauszników. Sloty na sznureczek lub opaskę do okularów to detalik, który pozwala nie pozbyć się okularów, gdzieś wysoko w skalnej ścianie.
Wszystko to nie wyczerpuje do końca cech, na które warto zwracać uwagę przy wyborze okularów outdoorowych chroniących przed ślepotą śnieżną i innymi zagrożeniami. Specjalnie ograniczyłem się do rzeczy, które mają największe znaczenie w okularach w góry. Okulary outdoor to oczywiście nie tylko typowe okulary górskie. Dlaczego? Dlatego, że to często aktywność wpływa na wybory projektantów i potrzeby użytkowników. Wystarczy uświadomić sobie, że biegacze (nie tylko górscy) zamiast okularów z bocznymi osłonkami wybiorą modele z lepiej wentylowanymi szkłami, czyli na przykład modele bez pełnej oprawki. Żeglarze, czy kajakarze (choćby górscy), mogą natomiast szukać takich modeli, które będą posiadać oprawki z nietonących w wodzie materiałów. Właśnie dlatego przy wyborze okularów warto zwracać uwagę na tak wiele niuansów. Wszystko to procentuje później w terenie.
Idę o zakład! Każdy wspinacz ma ulubioną markę. Na jej wybór może wpływać kilka rzeczy – zaufane, opinie innych wspinaczy, nawet design. Od szpeju po kolorowe ciuchy – we wspinaczce lubimy dobrze wykonane i stylowe produkty. Jakość może bowiem wpływać na bezpieczeństwo i rodzić niemal więź z ulubioną marką. Wszak dla wielu wspinaczka to więcej niż sport, to sposób na wyrażenie siebie, czy element identyfikacji i przynależności do wspinaczkowego stada.
DMM to trzy literki dla sprzętowych geeków lub miłośników hardego tradu. Trudno pewnie znaleźć prawdziwego wspinacza, który nie zna tej firmy i nie rozpoznaje jej znaku – czerwonego, walijskiego smoka. Kto raz pozna szpej sygnowany znakami tej firmy, ten pragnie użyć go w akcji. Kto raz wyda na niego swe oszczędności, ten nie żałuje żadnego wydanego centa!
Właśnie tak brzmi maksyma walijskiej kuźni szpeju. Może powiesz, że każda marka ma chwytliwe hasło reklamowe. Jeśli jednak spojrzysz, gdzie produkowany jest sprzęt wspinaczkowy DMM, zrozumiesz, że w tym przypadku biznes i pasja to jedno.

Siedziba i fabryka marki DMM znajduje się w walijskiej miejscowości Llanberis. Położona nad dwoma jeziorami wioska, kryje się w cieniu największej walijskiej góry – Yr Wyddfa (po walijsku) lub – jak kto woli – Snowdon (w języku królestwa). Dziś ta turystyczna wieś, w której na stałe nie mieszka nawet 2 tyś. osób jest nie tylko turystycznym ośrodkiem wycieczek w góry Snowdonii, lecz także stolicą wspinania w Walii. O kilkanaście mil stąd znajdują się tradowe klasyki i bouldery, z najsłynniejszym kamieniem Jerry’s Roof na czele.
Ze skał do pracy musi być blisko z dwóch powodów. Po pierwsze dlatego, że DMM wyznaje zasadę, z którą każdą nową rzecz trzeba solidnie przetestować w skałach. Po drugie, nikt nie stworzy szpeju lepiej niż prawdziwi pasjonaci wspinania, a oni lubią mieć blisko we wspinaczkowe rejony. W niewielkiej fabryce DMM do tworzenia sprzętu wspinaczkowego wkłada się całe serce i całe doświadczenie, każdego z pracowników firmy.
I w tym przypadku zaczyna się zupełnie banalnie. Czerech zakręconych na punkcie wspinaczki gości godzinami gada o srzęcie i wciąż poszukuje najlepszego szpeju dla siebie. Któregoś dnia rzucają wszystko na jedną kartę, idą va banque porzucając dotychczasowe życie i otwierając kuźnię szpeju do wspinaczki i prac na wysokościach. Tymi ludźmi są Danny Moorhouse, Fred Hall, Richard Cuthbertson, Paul Simkiss.

W 1981 r. powstaje firma Moorhouse Engineering. Kilka miesięcy później nazwa nowej marki sprzętu wspinaczkowego zyskuje nowe brzmienie w postaci akronimu D.M.M. (od Danny Moorhouse Mountaineering). Początkowo siedzibą firmy jest miasteczko Bethesda. W 1986 r. zapada decyzja, by przenieść się do jeszcze “większej dziury” – czyli do Llanberis – skąd bliżej jest po prostu na wspinaczkę. W tym samym czasie następuje ponoć rewolucja w organizacji pracy firmy… Przerwa na lunch zostaje wydłużona, by pracownicy zaangażowani w testy szpeju nie musieli tak spieszyć się z powrotem do matryc i pras.
Ważną zmianę przeżywa DMM mniej więcej dekadę później. W 1995 r. firmę opuszcza Danny Moorhouse, który pragnie, by marka skupiła się bardziej na rozwoju i produkcji sprzętu do prac technikami linowymi, a nie sportu. Opór pozostałych właścicieli sprawia, że wycofuje on swoje udziały i w nieodległym miasteczku Bangor zakłada firmę International Safety Components, znaną wielu jako ISC. W międzyczasie z akronimu marki znikają kropeczki.
Zwykle bywa tak, że legendę marki wspinaczkowej tworzą kultowe produkty, które na zawsze zmieniają nasz ukochany sport. Walijska marka stworzyła kilka takich produktów, które można uznać za wzór dla innych producentów szpeju.
W kategorii karabinków, tego typu produktem, stał się karabinek Boa. To poręczny HMS, który nie tylko pozwala na wygodne operacje, lecz także wyróżnia się stosunkiem wagi i wytrzymałości. Karabinek produkowany jest od 1997 r., co nominuje go do miana ponadczasowej konstrukcji. Dwa lata później na rynku pojawia się kolejny niezwykły karabinek DMM – Belay Master. Karabinek posiada specjalny panel, który uniemożliwia obracanie się karabinka w łączniku uprzęży, w tym ustawianie w linii poprzecznej. Asekurowanie staje się bezpieczniejsze, bardziej wygodnie, a inni producenci szukają odpowiedzi na ten prosty i użyteczny patent.

Skoro o asekuracji mowa, kolejnym topowym produktem włoskiej kuźni stał się przyrząd Pivot. Ten z pozoru prosty przyrząd asekuracyjno-zjazdowy ma jedną przewagę nad konkurencyjnymi produktami. Punkt wpięcia do górnej asekuracji pozostaje ruchomy, co w wielu przypadkach pomaga w prawidłowym ustawieniu przyrządu na górnym stanowisku. Główną zaletą tego rozwiązania pozostaje jednak łatwość zwolnienia blokady liny i możliwość kontrolowania opuszczania, gdy partner obciąży linę idąc na drugiego. Takie proste, a jakie użyteczne!
DMM rzuca również nowe spojrzenie na karabinki z drucianymi zamkami. Od dawna znane są ich zalety takie jak brak występowania zjawiska bezwładności zamka, niska waga czy brak tendencji do zamarzania zamka. Wiadomo jednak, że karabinki z zamkiem drucianym haczą przy wpinaniu i wypinaniu do/z taśm i plakietek. DMM rozwiązuje problem i w 2005 r. wypuszcza pierwszy karabinek z drucianym i niehaczącym zamkiem – karabinek Shield.
Kolejnym zaskoczeniem jest karabinek Phantom. W dniu premiery staje się on najlżejszym na świecie, w pełni atestowanym karabinkiem do wspinaczki. Choć minęło od tego czasu ponad półtorej dekady, Phantomy są nadal w czołówce tego typu karabinków.

Zobacz karabinki DMM.
Walia to miejsce szczególne na mapie tradowego wspinu. Dziś z pewnością wpływa na to fakt, że jest to miejsce, gdzie powstają znakomite kości i osławione Dragony marki DMM. Powodów jest jednak więcej. Kości pasywne – jakie znamy dzisiaj – narodziły się właśnie w tym miejscu, a przynajmniej ujrzały tu świat jako idea i prototyp!
A long time ago… kilku wspinaczy przechodziło opodal linii kolejowej Snowdon Mountain Railway. Pewnie byli zmęczeni, bo głowy musiały opadać im nisko, a wzrok – zamiast lustrować szczyty – utkwiony był gdzieś pod stopami. W pewnej chwili wspinacze zauważyli nakrętki od śrub kolejowych podkładów. Po krótkiej chwili wiedzieli, że kształt ten świetnie sprawdzi się do klinowania w rysach, a dziurka z gwintem, bez zbędnych ceregieli posłuży za slot do mocowania repu. Tak powstały prototypowe kości i heksy, które z czasem zaczęto nawiercać w celu ograniczenia wagi szpeju.
Doskonała jakość, zaufanie wspinaczy, oferta, w której znajdzie się kostka na każdą przerysę, rysę i ryskę! Wszystko to sprawia, że DMM jest bezkonkurencyjnym producentem szpeju do wspinaczki na własnej protekcji.
Pasywne kostki DMM nazywane są nutsami (orzechami). Zupełnie podstawową protekcję, która powinna być w standardzie każdego łojanta TRAD, stanowi set kości Wallnuts. Wykonane z aluminium Wallnuts-y kute są na gorąco. Dopracowany kształt i możliwie ograniczona waga to ich znak rozpoznawczy.

DMM przygotował też coś na rozszerzające się rysy. Mowa oczywiście o offsetowych kościach Alloy Offsets, które niejako wskrzeszają legendę kości HB.
Kolejne rodzaje kostek siadać będą w mniejszych ryskach. Na takie miejsca odpowiednie będą kości Micro Wallnuts lub Peenuts (orzeszki ziemne). W najmniejsze pęknięcia siądą natomiast kości wykonane z mosiądzu – regularne IMP Bras Nuts lub asymetryczne kosteczki Brass Offsets.
W katalogu DMM nie brakuje oczywiście protekcji o większym kalibrze. Hexy Torque Nuts i Wire Torque Nuts to możliwość założenia solidnego przelotu w dużych rozmiarach.
Od początku produkcji mechanicznej protekcji, marka DMM odważnie wkraczała na arenę producentów mechaników. Kości mechaniczne Dragon Cams już od dnia swej premiery elektryzowały szpejowych freaków i zaraz dały się poznać solidnością wykonania i doskonałymi właściwościami użytkowym. Specjalnie dobrane stopy aluminium świetnie siadały w skałach, a dopracowana geometria krzywek oferowała pewną pracę w całym niemal zakresie camów. Już wtedy wydawało się, że trudno będzie przeskoczyć tę konstrukcję.
I tak było do czasu… aż w 2015 r. DMM wypuścił ze swej fabryki na wolność kości Dragon 2.0. Lżejsze, bardziej dopracowane i wyposażone w nowe taśmy smoki znów podbiły serca tradowych wyjadaczy. Szybko okazało się, że konstruktorzy walijskiej marki nie próżnują. W dwa lata później na rynku pojawiły się dwa nowe rozmiary Dragonów do prawdziwych off-width’ów, a w rok później z fabryki wyleciały camy Dragonfly – najmniejsze kostki mechaniczne, jakie widział wspinaczkowy światek. Microcamy DMM szybko rozniosły się po wszystkich wspinaczkowych zakątkach świata.

Klikając w ten link znajdziesz kości DMM.
Szpej DMM słynie z nienagannej jakości. Kolejne pokolenia wspinaczy przekonują się dziś, że tej marce warto zaufać przy najpoważniejszych wyzwaniach. W czym tkwi sekret?
DMM zaczynał jako jedna z wielu firm produkujących sprzęt wspinaczkowy na wyspach brytyjskich. Dziś jest to jedyna marka, która swej produkcji nie przeniosła do fabryk azjatyckich partnerów. Cały proces tworzenia sprzętu do wspinaczki – od projektu, aż po kontrolę jakości – odbywa się w malutkim Llanberis.


DMM to dziś firma która przekłuwa doświadczenie i pasję na sprzętowe cacka i eksportuje je na ponad 40 rynków. W fabryce pracuje 150 doskonale wyszkolonych specjalistów, a hale produkcyjne wypełnia nowoczesny park maszyn CNC. Wielu pracowników związanych jest z marką od kilkunastu lat. Powoli w tworzenie szpeju angażowane są kolejne pokolenia. Wielu dzisiejszych managerów marki, zaczynało od prostych prac przy wykuwaniu karabinków.
Kultowe produkty, wartości firmy i obsesyjna perfekcja i pełna kontrola w tworzeniu sprzętu. Wszystko to sprawia, że DMM uchodzi za topową markę szpeju, szczególnie tego, który przeznaczony jest do wspinaczki na własnej asekuracji. Jeśli widzisz wspinacza obwieszonego sprzętem DMM, to najprawdopodobniej masz do czynienia z kimś, kto walkę w rysach, ceni bardziej niż cyfrę na kolejnej sportowej drodze. Czy będzie to również twoja ulubiona marka?
Poznaj produkty marki DMM w naszym sklepie.
Krótkofalówki w góry… Czy jeszcze to komuś potrzebne? W dobie smartfonów i dostępu do internetu radiowa komunikacja w górach może wydawać się przeżytkiem. A jednak! Tam, gdzie nie sięgają przekaźniki telefonii komórkowej, czy w sytuacjach, gdy potrzebna jest szybka komunikacja w grupie, radio przenośne zwane walkie talkie jest niezastąpione.
Radiotelefon w górach to domena nie tylko goprowców. Z walkie talkie w górach korzystają wspinacze (komunikujący się w zespole podczas wspinaczki), narciarze (szusujący w pewnym oddaleniu), turyści (którym czasem zdarza się rozdzielić), rowerzyści (którym partnerzy wypraw często znikają z oczu). Warto pamiętać, że tego typu łączność ma kilka przewag nad telefonem komórkowym.
Radio w górach nie musi posiadać zasięgu żadnych przekaźników. Kto z nas nie wpadł w górach “w dziurę” bez zasięgu… Jego używanie nie wiąże się z dodatkowymi kosztami, co można docenić przy zagranicznych wyjazdach. Wreszcie, wystarczy sięgnąć po krótkofalówkę i przekazać informację. Smartfon trzeba wyjąć, odblokować, poczekać na połączenie. Nie mówiąc już o tym, że komunikat nadawany za pomocą krótkofalówki może trafić od razu do wielu osób.
Wiele osób zastanawia się, jakie krótkofalówki wybrać, by sprawdziły się podczas trekkingu, wspinaczki czy wyjazdów na narty. Jeśli chodzi o typ radia w góry, to nie mamy wielkiego wyboru. Bez pozwoleń i jakichkolwiek licencji możemy wybrać tylko radiotelefony, które pracują w paśmie PMR446.
Walkie talkie typu PMR (Private Mobile Radio) możesz wykorzystywać bez obaw, nie posiadając żadnego zezwolenia. Co więcej, wszystkie PMR-ki – niezależnie od producenta – pracują na tych samych częstotliwościach, więc nie ma problemu z ich sparowaniem. W polskich górach PMR-ki są najpopularniejsze chyba wśród wspinaczy i harcerzy, ale w takich choćby Czechach, korzysta z nich naprawdę wielu turystów.
Wśród krótkofalówek PMR popularnymi modelami są radiotelefony Motorola, które poznasz bliżej w dalszej części artykułu.

Radiotelefony PMR znajdziesz w Skalniku w kategorii akcesoria elektroniczne.
Pasmo PMR to dostępne do zastosowań cywilnych pasmo UHF, z którego możesz korzystać spełniając dwa warunki. Tymi warunkami jest maksymalna moc nadawania na poziomie 500 mW (0,5 W) oraz zintegrowana z urządzeniem antena. Wszystkie typowe PMR-ki (nadające tylko na tym paśmie) spełniają te warunki, więc nie będziesz mieć z nimi problemu ruszając nawet za granicę.
W obrębie pasma PMR446 (446 MHz) wydzielono 16 kanałów. Możesz spotkać się z sytuacją, gdy w radiu będzie jednak tylko 8 kanałów. Niektóre – starsze lub tańsze radia – oferują tylko tyle częstotliwości, ale i one zazwyczaj wystarczą każdemu, kto potrzebuje radia w górach. Co ciekawe, w Rosji pasmo PMR jest węższe i obejmuje tylko pierwszych 8 kanałów.
Musisz wiedzieć, że dostępność radiotelefonów PMR sprawia, że na niektórych kanałach bywa głośno. W miastach na takiej krótkofalówce słychać operatorów dźwigów i ochronę sklepów. W górach nawet z dziesiątek kilometrów możesz ściągać budowlańców albo rolników na traktorach i kombajnach. W lesie możesz trafić w eterze na innych turystów lub miłośników ASG. Można się przed takim szumem jednak ustrzec.
Nawet na ośmiokanałowej krótkofalówce wyposażonej w kody, możesz mieć spokój. Wystarczy do ustawionego kanału dobrać dodatkowy kod, by wyciąć z nasłuchu wszystkich korespondentów, którzy nie ustawią tej samej wartości kodu. Do wyboru jest zazwyczaj aż 121 kodów, więc trudno trafić w takie same ustawienia. No chyba, że zrobisz to celowo…
W świadomości użytkowników walkie talkie w górach istnieje coś takiego jak górski kanał turystyczny. Jest to kanał 3 wykorzystywany z kodem numer 14 (3.14 – od liczby π). Wspólny kanał górski to po prostu inicjatywa zachęcająca wszystkich turystów do korzystania z tej samej częstotliwości i kodu. Kanał ten nie funkcjonuje tylko jako awaryjny kanał do wezwania pomocy. Choć mówi się, że nasłuchują go krótkofalowcy, to nie wiadomo, ile w tym prawdy. Nie liczcie, że słucha go GOPR czy TOPR… Mimo wszystko korzystanie z jednego kanału pozwala przekazywać sobie informacje (na przykład o pogodzie, czy warunkach na szlaku) lub odebrać pozdrowienia z odległego szczytu.
I tu dotykamy kolejnej kwestii…

Dla pasma UHF charakterystyczny jest tzw. zasięg horyzontalny. Oznacza to, że łączność zachodzi, gdy urządzenia “widzą się”, czyli gdy na ich drodze nie ma zbyt wielu przeszkód.
W praktyce oznacza to, że komunikacja między dwiema krótkofalówkami uda się operując w jednej dolinie, na jednym stoku góry, czy na szczycie, z którego widzisz miasto w dolinie. Raczej nie usłyszysz pod Murowańcem kogoś, kto nadaje spod Piątki czy Moka. A jednak, stojąc na Śnieżce raczej dogadasz się z kimś, kto stanie ze swoim walkie talkie na wieży widokowej na Trójgarbie. Szczyty się widzą, więc może okazać się, że te 30 km nie zrobią na dobrej krótkofalówce większego wrażenia.
Wszystko zależy więc od ukształtowania terenu i przeszkód pomiędzy użytkownikami. Czasem przeszkody mogą jednak pomóc w łączności. Na przykład w mieście, fala potrafi wielokrotnie odbijać się między budynkami i umożliwić łączność na większą odległość niż ta, której się spodziewamy, czy którą deklaruje producent. Do każdej takiej deklaracji podchodź więc ostrożnie, bo tak naprawdę zasięg krótkofalówki determinowany jest otoczeniem. Na You Tube można znaleźć filmy z łączności PMR w górach, których dystans przekracza nawet 100 km.
Jednym z najpopularniejszych modeli radiotelefonów PMR są radia marki Motorola. Motorola jest producentem radiotelefonów wykorzystywanych przez profesjonalne służby (na przykład GOPR), co sprawia, że wśród produktów takich jak walkie talkie też cieszy się opinią solidnych radiotelefonów. Nawet mniej zaawansowane model najprawdopodobniej zaskoczą cię wytrzymałością i właściwościami użytkowymi. Co więcej, w ofercie marki Motorola znajdziesz zarówno tanie modele idealne jako krótkofalówki dla dzieci, jak i radia dostosowane do użytku w trudnych warunkach atmosferycznych.
Dwie krótkofalówki Motorola kupisz nawet już za niewiele ponad sto złotych. Najprostszy model – Motorola T42 – sprawdzi się świetnie nie tylko jako krótkofalówka dla dziecka. Jeśli będziesz korzystać z radiotelefonu okazjonalnie i szukasz kompaktowych rozmiarów, to ta krótkofalówka powinna wpaść ci w oko. Niska waga, małe rozmiary i prosta obsługa to atuty tego radiotelefonu. Wadą jest brak kodów i zasilanie tylko ze standardowych paluszków AAA.
Motorola T62 (Motorola Talkabout T62) to model, który polecić można chyba każdemu użytkownikowi, który szuka uniwersalnego radia PMR do outdooru. Radio wyposażone jest już w kody, pozwalające odsiać odsłuch innych użytkowników. Dwie krótkofalówki marki Motorola, które są w zestawie, obsługuje się bardzo łatwo. Atutem tej generacji walkie talkie jest też hybrydowe zasilanie. W zestawie z radiami otrzymasz akumulator do wielokrotnego ładowania przez złącze USB. Ważną cechą jest możliwość zastąpienia akumulatora popularnymi bateriami AAA, które kupić możesz choćby w schronisku. Atut tego radiotelefonu to również możliwość używania radia z słuchawkami czy mikrofonogłośnikiem.
Sam jestem użytkownikiem krótkofalówek o podobnych cechach, tylko nieco starszej generacji (TLKR T50), dlatego ten wybór polecę każdemu, kto chce mieć w eterze spokój i kto chce mieć pewność, że na szlaku nie zabraknie mu energii.
Kolejne radiotelefon można zaliczyć do segmentu walkie talkie dla wymagających. Motorola T82 i T82 Extreme to już modele przygotowane na trudniejsze warunki użycia. W przypadku radia Motorola T82 zyskujemy obudowę w standardzie IPX2, która doprna jest na padające krople wody. W przypadku modelu Motorola T82 Extreme stopień ochrony wzrasta do wartości IPX4, a to oznacza, że to walkie talkie chronione jest przed bryzgami wody z każdego kierunku i zniesie naprawdę trudne warunki pogodowe.
Na tym nie kończą się atuty tych radiotelefonów. Hybrydowe zasilanie z akumulatora bądź standardowych paluszków, możliwość użytkowania zestawu słuchawkowego sprawiają, że w tym radiotelefonie zyskujemy paletę ciekawych właściwości użytkowych.
Rodzinę walkie talkie Motorola uzupełnia radiotelefon do zadań specjalnych. Jest nim Motorola Talkabout T92 H2O, czyli wodoodporne radio, któremu nie zaszkodzi ani deszcz, ani śnieg, ani nawet zanurzenie radia w wodzie. Standard szczelności obudowy na poziomie IPX67 sprawia, że urządzenie może przetrwać nawet zanurzenie na głębokość metra przez pół godziny. Model polecić można wszystkim tym, którzy działają w ekstremalnie niekorzystnych warunkach i uprawiają sporty wodne – żeglarstwo czy kajakarstwo. Walkie talkie Motorola zbudowano bowiem tak, by unosiło się na wodzie. Co więcej, gdy radiotelefon dotknie tafli rzeki lub jeziora, zapali się w nim sygnalizacyjna lampka pomagająca odzyskać utraconą krótkofalówkę.
Czy warto zabrać ze sobą kilka gramów dodatkowego sprzętu, wziąć walkie talkie na narty i w góry, a tym samym zyskać alternatywny sposób na łączność? W wielu przypadkach tak. Wyjazdy zagraniczne, wspinaczka, wypady w dużych grupach, w których zdarza nam się rozdzielić, to sytuacje, gdy taki sprzęt staje się pomocny, a czasem wręcz niezastąpiony.
Zobacz wszystkie krótkofalówki Motorola w naszej ofercie.
Z doświadczenia wiem, że czasem łatwiej sięgnąć po krótkofalówkę niż szukać kontaktu w telefonie. Sam chętnie korzystam z radiotelefonów PMR Motorola. Najczęściej zdarza mi się wykorzystywać je, gdy ruszam na wspinaczkę w górach lub z innymi przewodnikami organizuję szkolenia, gry terenowe lub warsztaty w górach. Krótkofalówki w góry biorę także wtedy, gdy jako przewodnik górski prowadzę większą grupę turystów i chcę mieć kontakt z osobą, która idzie na końcu naszej wycieczki.
Śnieżnik – bez mrugnięcia okiem – można go nazwać go królem skiturowych przygód w Sudetach Wschodnich. To szczyt, który w tej części Sudetów cieszy się największą popularnością skiturowców, jeśli chodzi o szczyty leżące jeszcze w Polsce. Na wschodzie sudeckiego łańcucha górskiego może z nim konkurować jedynie czeski Wysoki Jesionik.
Karkonosze i Masyw Śnieżnika to najważniejsze skiturowe miejscówki w Sudetach. Nic w tym dziwnego. Masywy te wyniesione są na jedne z największych wysokości, pokrywa śniegu jest tu najbardziej pewna, a surowy klimat i wysokość sprawiają, że najwyższe partie tych masywów wystają powyżej górnej granicy lasu. Skitouring na Śnieżniku uprawiany jest od dawna, ale wciąż dużo jest pytań o to, którędy lepiej podejść, a którędy lepiej zjechać.
Przed wyprawą spakuj dobrze plecak skiturowy. Zajrzyj na nasz film – co spakować na skitury.
Opis skiturowych możliwości na Śnieżniku to nie jest proste zadanie. Najwyższy szczyt polskich Sudetów Wschodnich można zdobyć na nartach praktycznie z każdej strony. Nawet niekoniecznie muszą być to nawet narty skiturowe. Śnieżnik odwiedzają chętnie także fani biegówek, choć często ich wycieczki na nartach nie kończą się na szczycie tylko pod Schroniskiem na Śnieżniku, znajdującym się w istocie na sudeckiej łącę zwanej Halą pod Śnieżnikiem. Stąd na szczyt zostaje jeszcze jakieś 1500 metrów w poziomie i 250 w pionie.


Praktycznie każda z okalających miejscowości może być punktem startu na Śnieżnik. Szczyt ten ma tę zaletę, że znajdą tu trasy dla siebie zarówno początkujący skiturowcy, jak i osoby liczące na więcej wrażeń z jazdy. Oczywiście Masyw Śnieżnika ma nie tylko same zalety zalety, można też znaleźć wady. W masywie znajduje się tylko jedno schronisko, a publiczna komunikacja niemal nie istnieje. To sprawia, że trasy zazwyczaj muszą być pętlą lub powtórzeniem tej samej drogi, a obiad czy toast za dobry zjazd można urządzić tylko w schronisku, które czasem pęka w szwach od turystów pieszych, skiturowców i biegaczy na nartach. W najbliższym czasie pewnie tłok jeszcze wzrośnie, bowiem szykuje się otwarcie nowej wieży widokowej, zwanej przez niektórych pieszczotliwie blenderem.
Przygotuj się do wyprawy i dobrze ubierz. Zobacz nasz artykuł dotyczący tego, jak ubrać się na skitury.
Początkujący skiturowcy mogą wybrać trasę z Kletna. Punktem startu jest w tym przypadku parking służący głównie narciarzom biegowym. Stąd najlepiej poruszać się żółtym szlakiem turystycznym. Idziemy najpierw nieopodal największej sudeckiej jaskini – Jaskini Niedźwiedziej. Tu należy zachować czujność, bynajmniej ze względu na niedźwiedzia jaskiniowego… Jeśli przejdzie się zbyt blisko jaskini, istnieje pokusa, by pójść leśną ścieżką, która idzie niewłaściwym dla nas brzegiem Kleśnicy. Trzymamy się szlaku idąc na Przełęcz Śnieżnicką, a dalej do schroniska i stąd – szlakiem zielonym na szczyt.

Powrót najlepiej zaplanować prawie tą samą trasą. W kopule szczytowej czeka nas przyjemna jazda wzdłuż szlaku, a następnie szus szlakiem przez las, który pozwala na bezpieczne manewrowanie. Od Schroniska PTTK “Na Śnieżniku” zostaje przyjemna jazda szlakiem turystycznym i drogą leśną aż pod sam parking. Za Przełęczą Śnieżnicką – tam, gdzie rozwidla się szlak czerwony (GSS) i żółty (którym podchodziliśmy) – warto wybrać szlak narciarski biegnący na wprost, a po 1,5 km skręcić ostro w prawo w drogę leśną. Zyskujemy wtedy większe nachylenie i jazdę w terenie, gdzie przez chwilę nie trzeba uważać na pieszych turystów. Pamiętajmy, że jazda na nartach szlakami turystycznymi jest dozwolona, ale to piesi mają pierwszeństwo przed turystami na nartach.
Ta trasa to propozycja dla osób naprawdę kochających turystykę na nartach skiturowych. Rozpoczynamy z Janowej Góry i obieramy szlak dla narciarzy biegowych, który zmierza w stronę Przełęczy Śnieżnickiej. Czeka nas około 5 km podejścia do siodła i węzła szlaków. Następnie kilometr dzieli nas do schroniska, skąd droga na szczyt powinna być nam znana z poprzedniego opisu.

Powrót prowadzi świetnym zjazdem wzdłuż szlaku, którym zdobywaliśmy szczyt. Jeśli nie zatrzymujemy się w schronisku, pędzimy aż do Przełęczy Śnieżnickiej. Gdy narty staną, będzie to znaczyć, że spadek terenu jest zbyt niski, a przed nami kilka kilometrów foczenia w stronę Czarnej Góry. Za Nowowiejskimi Skałami teren zacznie opadać. Tu można skrócić trasę wybierając zjazd w ośrodku narciarskim, lub zdobyć jeszcze Czarną Górę. Mijając ten szczyt – z wypiekami na twarzy nie tylko od mrozu – możemy szykować się na efektowny zjazd w ośrodku Czarna Góra Resort trasą A lub B.
Międzygórze to najpopularniejsze miejsce startu na Śnieżnik. Skiturowo może również stanowić dobry punkt wyjścia, szczególnie jeśli zima dopisuje. Wówczas od razu z foki startować można z tzw. parkingu pod skocznią i zjechać w to samo miejsce. Trasę można pokonać w jedną i drugą stronę, w zależności od stopnia zaawansowania jazdy na nartach. Szerzej opiszę opcję w wersji light.
Zaczynamy na parkingu pod skocznią i ruszamy w górę Głównym Szlakiem Sudeckim, czyli szlakiem czerwonym. Czeka na nas podejście ponad 4 km podejścia i 0,5 km wzniesień, aż do miejsca, gdzie z pewnością zechcesz odsapnąć. Mowa oczywiście o Schronisku “Na Śnieżniku”. Drogę możesz umilać sobie myślą, że przy większej dozie szczęścia zobaczysz kozice. To nie żart, Masyw Śnieżnika, a dokładnie zbocza góry Średniak, to miejsce, gdzie – poza Tatrami – można zobaczyć kozice żyjące na wolności. Jeśli szczęście nie będzie Ci sprzyjać, nie zobaczysz kozic, a na zboczach Średniaka trafisz na lód, który trzeba będzie przejść czujnie. Wąski i często oblodzony szlak w tym miejscu sprawia, że łatwiej tędy się podchodzi niż zjeżdza. Szlak ten jest też popularny wśród turystów pieszych, więc poruszając się na nartach, miej to także na uwadze.
Ze Schroniska na szczyt i zjazd ze szczytu do schroniska jest oczywisty. Poprowadzi Cię szlak zielony. Więcej uwagi należy się drodze powrotu.

Droga powrotu do Międzygórza może wieść przez schronisko, Przełęcz Śnieżnicką i dalej szlakiem niebieskim. Początkujący skiturowcy mogą być zachwyceni szerokością szlaku. Bardziej doświadczeni riderzy i riderki cedzić jednak będą przez zęby słowa zachwytu… Nad odcinku 2-3 km w okolicach Smrekowca spadek jest tak lekki, że chyba warto wyjąć foki. Trasa ma jednak tę zaletę, że pozwala znaleźć się w okolicy szczytu dość prędko, a przy śnieżnej zimie całą pętlę robi się z nartami na nogach już od trzaśnięcia klamką w drzwiach auta.
Te trzy trasy nie wyczerpują tematu. Stanowią one najpopularniejsze opcje dotarcia na szczyt i są godne polecenia nawet tym osobom, które są średniozaawansowanymi narciarzami skiturowymi. Tekst ten nie byłby kompletny, gdybym nie wspomniał o kilku jeszcze narciarskich aspektach Śnieżnika.
Po pierwsze, dla wytrwałych, ambitnych miłośników dzikich ostępów wspomnieć można trasach podejść z Kamienicy. Tu wybrać możemy niebieski/zielony i żółty/zielony szlak do podejść i zjazdów. Długą trasę na Śnieżnik można zaliczyć nawet z Międzylesia. Przejście przez Trójmorski Wierch i Mały Śnieżnik można polecić na nartach o tyle, że przy głębokim śniegu poruszanie się tą trasą “z buta” może okazać się wyczerpujące, a nawet niemożliwe. Zimą jest to zdecydowanie trasa na narty skitour bądź rakiety śnieżne.

Po drugie, popularne są również wycieczki od strony Czeskiej. Śnieżnik na skialpach – bo tak mówi się u naszych sąsiadów na narty skiturowe – zdobywa się najczęściej z Dolni Moravy. Polecana trasa wiedzie szlakiem niebieskim-zielonym-niebieskim przez szczyty takie jak Podbĕlka, Sušina, Stříbrnická. Powrót ze szczytu prowadzi natomiast szlakiem czerwonym i żółtym, gdzie w miejscu Hluboký důl wybiera się drogę leśną obok potoku.
Śnieżnik na skiturach to również kilka miejsc do jazdy w terenie o większym nachyleniu, niż okolice szlaków, które tu opisałem. Oczywiście mam ich świadomość ale nie opiszę ich tu szczegółowo z dwóch powodów. Przede wszystkim, miejsca te znajdują się w granicach polskiego i czeskiego rezerwatu, gdzie poruszać należy się tylko po wyznaczonych szlakach. Zdarzało się, że straż leśna zaglądała w te rejony. Są one również zagrożone zdarzeniami o charakterze lawinowym lub regularnymi lawinami, dlatego ten prosty poradnik niekoniecznie jest miejscem odpowiednim do ich wskazywania.

Śnieżnik skiturowo to przygoda, jaką polecić można każdej osobie zakochanej w narciarstwie skitour. Ciekawe szlaki, rozmiar masywu i rozległe panoramy aż po Karkonosze, a nawet Alpy (tak, tak, ze Śnieżnika widywano Masyw Schneeberg w Alpach Styryjsko-Dolnoaustriackich) sprawiają, że szczyt przyciąga nie tylko turystów na dwóch deskach. Na koniec warto wspomnieć, że Śnieżnik to też miejsce dla osób, które nie dysponują własnymi nartami skiturowymi. Narty skitour, foki i buty da się wypożyczyć w Siennej bądź Międzygórzu.
Jeszcze nie masz swojego sprzętu? Kliknij i znajdź swoje narty skiturowe.
Hipotermia może rozwinąć się w każdym miejscu i o każdej porze roku. To nie tylko górski problem, lecz także zjawisko, na które możemy być narażeni nawet w mieście. Wprawdzie w górach temat hipotermii jest szczególnie ważny, a wpływ na to ma kilka czynników. Długotrwałe wystawienie na trudne warunki, zmęczenie i trudny transport sprawiają, że o hipotermię wysoko nad poziomem morza jest łatwiej, a pomoc jest trudniejsza.
Nie musisz być ratownikiem górskim czy ratownikiem medycznym, by hipotermia i pierwsza pomoc w niej stały się w mgnieniu oka tematem dla ciebie niezwykle ważny. Na szlaku możesz natknąć się na kogoś w tym stanie, a w każdym miejscu możesz być świadkiem wypadku lub spotkać osobę starszą, bezdomną czy zagubione dziecko, którzy zapadną w ten stan. Przekonasz się o tym, jeśli poświęcisz kilka minut i przeczytasz artykuł do samego końca.
Hipotermia to obniżenie temperatury centralnej poniżej 35°. Mówimy o niej w chwili, gdy zawodzą mechanizmy obronne ciała i jego zdolność do termoregulacji. Ciało utrzymuje stałą temperaturę, jeśli ilość produkowanego przez nie ciepła równa się ilości utraty tego ciepła do otoczenia. Gdy ta równowaga zostaje zaburzona temperatura centralna obniża się i człowiek jest narażony na hipotermię.
Pamiętaj, że o hipotermii mówimy, gdy spada temperatura centralna i wychłodzone są narządy ludzkiego organizmu. Zmarznięcie, odmrożenie, a nawet zamarznięcie nie są synonimami hipotermii.
Niemal wszędzie i zawsze można być narażonym na hipotermię. Pamiętaj, że nie jest to problem tylko mroźnej zimy. Tym bardziej w górach, gdzie pogoda może zmienić się w kilka chwil.
Na hipotermię narażone są w szczególności osoby, które:
Tak. Każdy stan hipotermii prowadzi do zaburzenia funkcjonowania organizmu. Hipotermia postępuje w czasie, więc jeśli nie niesie się odpowiednio pomocy, stan osoby w hipotermii pogarsza się.
Hipotermia grozi śmiercią. Musisz jednak wiedzieć, że nawet z bardzo ciężkiej hipotermii można wyjść do pełnego zdrowia. Oczywiście potrzeba do tego dużo szczęścia i zaangażowania wielu ludzi.
Dowodzi temu wypadek lawinowy taterniczki jaskiniowej z 2015 r. W wyniku zejścia lawiny taterniczka znalazła się pod śniegiem i pozostawała w nim przez długie 2 godziny. Zanim udało się odkopać poszkodowaną, temperatura głęboka jej ciała spadła do 16,9°C… Ale najgorsze było jeszcze przed poszkodowaną i ratownikami. Tuż po odnalezieniu ofiary staje serce dziewczyny. Przez następne 6 godzin i 45 minut trwa reanimacja, transport i działania Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej. Przywracanie krążenia, pozaustrojowe ogrzewanie krwi… mijają długie godziny, aż w końcu jej serce łapie własny rytm. To historia z happy endem, w której poszkodowana, po 26 dniach, w niezłej formie wychodzi ze szpitala, a po 3 latach przecina linię mety maratonu. Niestety życie pisze również inne scenariusze.

Ciało ludzkie wytworzyło szereg mechanizmów obronnych, dzięki którym może funkcjonować. Mechanizm pragnienia, łaknienia, ale też mechanizm odczuwania zimna to nasz system obronny. Poczucie chłodu skłania nas do szukania schronienia, ubrania się. To pierwszy z naszych bezpieczników, który chroni człowieka spadkiem temperatury w ciele.
Drugim zabezpieczeniem jest obkurczanie obwodowych naczyń krwionośnych. Gdy wystawieni jesteśmy na zimno, ciało chroni w pierwszej kolejności narządy istotne dla podstawowych funkcji życiowych. Wówczas krew zaczyna krążyć w “krótszym obiegu”, a wychłodzeniu ulegają kończyny i mięśnie.
Trzeci bezpiecznik to dreszcze. Ciało samo pobudzając siebie do dreszczy jest w stanie wytworzyć sporo ciepła. Niestety żeby mięśnie drżały, potrzebna jest duż ilość paliwa. Tym paliwem jest głównie glukoza, która potrafi szybko się skończyć.
Człowiek traci nawet 90% ciepła przez skórę. Dobry ubiór w góry jest dlatego tak ważny. Wyróżnia się cztery sposoby utraty ciepła przez ciało ludzkie:
Każdy z tych sposobów utraty ciepła może być, kluczowy dla różnych warunków. Na silnym wietrze narażeni jesteśmy na przykład na działania konwekcji. Gdy jesteśmy natomiast unieruchomieni i nie mamy izolacji od zimnego podłoża, kluczowa dla wpadnięcia w hipotermię może być kondukcja.
Na szlaku nie jesteśmy w stanie zmierzyć temperatury osoby, która wpadła w hipotermię. Noszenie w plecaku termometru nie załatwi więc sprawy, a jedynym sposobem oceny sytuacji jest obserwacja objawów.
SKALA OCENY HIPOTERMII
| Pierwszy stopień (HT1) | Drugi stopień(HT2) |
| temp. 35-32°C – ofiara przytomna – zwykle przestraszona – silne dreszcze – dłonie i stopy zimne; skóra dłoni i stóp może być sina i blada | temp. 32-28°C – ofiara przytomna ale senna lub zdezorientowana; – obojętność – brak dreszczy – skóra na klatce piersiowej wyraźnie chłodna w dotyku – tętno (jeśli wyczuwalne) niemiarowe |
| Trzeci stopień (HT3) | Czwarty stopień (HT4) |
| temp. 28-24°C – akcja serca może zatrzymać się w każdej chwili! – ofiara nieprzytomna – nie odpowiada, nie reaguje na bodźce, nie porusza się – płytki oddech, wolne tętno (o ile wyczuwalne) – skóra w dotyku lodowata | temp. poniżej 24°C – ofiara nieprzytomna – brak oddechu i akcji serca – brak oznak krążenia krwi – właściwie zamarznięcie |
| Piąty stopień (HT5) | |
| temp. poniżej 12°C; zamarznięcie – skóra nie jest podatna na ucisk – w zagłębieniach ciała zbiera się szron lub lód |
Najważniejsza zasada odnosząca się do działań w hipotermii to zasada S.O.S – Spokojnie. Ostrożnie. Subtelnie. Z osobą dotkniętą hipotermią musisz postępować delikatnie. Gwałtowne przenoszenie ofiary w hipotermii może bowiem skończyć się tragicznie – zatrzymaniem akcji serca. Jeśli wyziębiona krew – na przykład krew z kończyn – gwałtownie dostanie się do serca może dojść do zaburzeń rytmu lub jego utraty.
Jeśli poszkodowany jest przytomny, nie stresuj go. W tej trudnej sytuacji postaraj się działać spokojnie, tłumacz jakie czynności będziesz podejmować. To zawsze uspokaja osobę poszkodowaną.
Każda osoba w hipotermii musi trafić w ręce specjalistów. Dlatego jednym z pierwszych działań powinno być również wezwanie pomocy GOPR, TOPR, Pogotowia Ratunkowego. Wezwanie pomocy w górach ułatwi ci aplikacja Ratunek i wpisany w telefon numer ratunkowy w górach. Pamiętaj, by nie rozłączać się, gdy telefonujesz do ratownika dyżurnego czy osoby przyjmującej zgłoszenie. To ratownik górski lub operator pogotowia zakończy połączenie.

Kluczowym problemem w przypadku hipotermii jest zapewnienie poszkodowanym lepszej ochrony termicznej. Najważniejsza staje się izolacja poszkodowanego i ochrona przed czynnikami zewnętrznymi.
A) Najistotniejsze jest zahamowanie czynników konwekcji. Okryj poszkodowanego, stwórz warstwę, która będzie chronić go przed wiatrem, śniegiem, deszczem. Jeśli okrywasz poszkodowanego warstwowo zachowaj między warstwami delikatny luz, który stworzy warstwę izolującego powietrza. Okrycie powinno składać się z 2-3 warstw (w tym warstwy odpornej na wiatr i wodę).
Pamiętaj:

B) Niezwykle istotne jest zatrzymanie kondukcji. Izoluj poszkodowanego od zimnego podłoża, sanek, akii, improwizowanych sani z nart. Jest to niezwykle ważne, gdy podejmujesz próbę transportu osoby w hipotermii w pozycji leżącej. Pozycja leżąca i unikanie ruchów jest wskazane już przy 2 stopniu hipotermii (HT2).
C) Tylko przytomnej osobie w lekkim stanie hipotermii możesz podać ciepłe i słodkie napoje. Pamiętaj, że aktywne ogrzewanie musi być też powolne. Ogrzewanie zewnętrzne – na przykład ogrzewacze chemiczne, pakiety grzewcze – można stosować bardzo ostrożnie. Pamiętaj, że w zbyt ciepłym otoczeniu osoba zacznie się pocić, a jest to jeden ze sposobów utraty ciepła przez organizm. Należy o tym pamiętać też w chwili przeniesienia poszkodowanego do bardzo ciepłego pomieszczenia.
D) Aktywność fizyczna osób w hipotermii powinna być ograniczana. W przypadku pierwszego stopnia (HT1) jest ona jeszcze zalecana, ale już w drugim stopniu hipotermii (HT2) należy unikać ruchów i transportować ofiary hipotermii w pozycji leżącej.
E) Koc ratunkowy. Przekonanie o niezwykłych właściwościach folii NRC jest lekko przesadzone. Przede wszystkim nie jest tak, że jedna strona grzeje, a inna wychładza. Srebrna powierzchnia “odbija” trochę lepiej ciepło, więc osoby w hipotermii powinniśmy okrywać sreberkiem do ciała. Folia NRC nie zastąpi warstwowego okrycia. Prawdą jest jednak, że jak na swą wagę i grubość (0,01 mm) oferuje wysokie właściwości izolacyjne, które porównać można do wełnianego koca o grubości 5 mm.
Pamiętaj! Nie masuj, nie pocieraj, a tym bardziej nie nacieraj poszkodowanego śniegiem. W przypadku hipotermii skupiasz się na ratowaniu podstawowych funkcji, zabezpieczeniu przed dalszą utratą ciepła i podejmujesz subtelne działania. Czym innym jest hipotermia, a czym innym miejscowe odmrożenia.
Cięższym stanom hipotermii często towarzyszą zaburzenia rytmu serca bądź jego zatrzymanie. Schemat postępowania RKO przy hipotermii, w zasadniczych cechach, nie różni się od standardowej procedury. Stosunek uciśnięć do oddechów ratunkowych wynosi 30/2 przy częstotliwości 100-120 ucisków na minutę. Masaż serca należy prowadzić bezpośrednio na klatce piersiowej. U osób w hipotermii też należy ją odsłonić i prowadzić uciski na głębokość 5-6 cm.
Ocena oddechu i krążenia u osób w hipotermii powinna być dłuższa. Może wynosić nawet 60 sekund, dlatego że w przypadku hipotermii sygnały są słabsze, trudniejsze do zaobserwowania.
Jeśli w schronisku lub innym miejscu dostępne jest AED, należy go użyć. Zaleca się jednak odstąpienie od wyładowań AED po 3 wyładowaniach. Mapę lokalizacji takich urządzeń znajdziesz na stronie: www.ratujzsercem.pl.
Jeśli poszkodowany nie wymaga zastosowania RKO, pamiętaj by zawsze monitorować jego stan. Z czasem może on ulec przecież pogorszeniu.
Ten artykuł to tylko pierwszy krok, który można zrobić w stronę poznania tego problemu. W górach szczególnie narażeni jesteśmy na stany hipotermii, ale problem ten dotyczy nawet codziennych sytuacji czy wypadków. Wypadkom towarzyszy często hipotermia pourazowa, która jest jeszcze trudniejsza do zdiagnozowania, bowiem oznaki hipotermii często są mniej widoczne niż symptomy urazów.
Co możesz jeszcze zrobić, by dowiedzieć się więcej? Odwiedź stronę Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej. To strona ośrodka, który w dziedzinie ratowania ze stanów hipotermii jest liderem na skalę całego świata. Na stronie krakowskiego ośrodka znajdziesz szereg informacji, kurs e-learningowy, czy aplikację ze schematem postępowania (aplikacja przeznaczona dla osób po kursach KPP).
*
Bodźcem do napisania tego artykułu była prośba naszego czytelnika – Mariusza. Mariusz – wraz z kolegą i spotkanym na szlaku biegaczem – udzielili pomocy mężczyźnie w hipotermii, którego w Walentynki (2021) znaleźli na szlaku czarnym na Kolisty Groń. Dziękujemy za Waszą akcję, Wasze wielkie serce i impuls do stworzenia tego artykułu.
Zamiłowanie do gór wyniósł z harcerstwa, gdzie stara się zachęcić do nich kolejne pokolenia. Mówiłby o sobie „biegacz”, ale na razie jest na to za wolny, dlatego uprawia speedhiking. Od lat zainteresowany technicznymi niuansami sprzętu, który zawsze wybiera z ogromnym namaszczeniem. Zwiedza coraz więcej świata, a i tak co chwilę wraca w okolice Wałbrzycha i Sokołowska. Między wyjazdami twórca treści wszelakich – robi filmy, foty i teksty. Cały czas szuka sposobu, jak połączyć kolejne elementy pracy z pasją i pasję zamienić w pracę.
Jestem osobą, która przełamuje stereotypy, dlatego zostałam ratowniczką w Tatrzańskim Ochotniczym Pogotowiu Ratunkowym. Od wielu lat moje życie prywatne, jak i zawodowe łącze z górami. Jestem przewodniczką tatrzańską i międzynarodową UIMLA, instruktorem narciarstwa zjazdowego, narciarstwa wysokogórskiego (ski-tourowego) oraz wspinaczki sportowej. W czasie mojej ponad 20 letniej działalności górskiej pokonałam kilkaset dróg wspinaczkowych. W zimie od „zawsze” poruszam się na nartach ski tourowych. Parę lat temu, jako czynny sportowiec byłam członkiem kadry narodowej w narciarstwie ski tourowym, zdobyłam wicemistrzostwo Polski w tej dyscyplinie oraz wielokrotnie stawałam na podium w Pucharze Polski i Pucharze Tatr Wysokich.
Obecnie prowadzę z mężem firmę rodzinną TAMiTU. Zajmujemy się organizacją wypraw w góry zarówno w lecie, jak i w zimie. W zeszłym roku wraz z dwoma koleżankami stworzyłam projekt Kobiety na Szczytach. Jest to przestrzeń, w której dzielimy się swoim doświadczeniem górskim i sportowym. Naszą misją jest zachęcanie do zdrowego i aktywnego trybu życia.

Czym jest skitouring? Niektórzy mówią, że to połączenie turystyki, nart biegowych i nart zjazdowych. Inni widzą w skiturach ekstremalne narciarstwo. Ja wolę o tej aktywności myśleć inaczej. Dla mnie skitury to wolność, przygoda i powrót do narciarskiej tradycji.
Narty pojawiły się nie jako sport, ale jako sposób poruszania się zimą. Do dziś jest to jedna z najlepszych (a często także najbezpieczniejszych) metod pokonywania zaśnieżonych gór. Ten sposób od zawsze wiązał się z podchodzeniem o własnych siłach, a następnie zjazdem, który od zawsze przynosił wiele emocji. Jak to było w polskich górach? Mniej więcej od połowy XIX w. w Karkonoszach pojawiały się już pierwsze ślady dwóch desek. Pod Howerlą i w Tatrach pierwsze narciarskie wyrypy miały miejsce w ostatniej dekadzie XIX w. i najbardziej przypominały to, co dziś określamy mianem skitouringu.
Wiele nazw, ale chodzi o to samo! Choć nazwa tej aktywności bywa różnie zapisywana, a moda na turowanie ciągle się rozkręca, to jest to po prostu narciarstwo, które uprawia się poza ośrodkami narciarskimi i przy użyciu specjalnego sprzętu. Brak wyciągów, kolejek, brak sztruksu. Co w zamian? Przygoda w świeżym śniegu, radość z jazdy w terenie, ale też zmęczenie podczas podejścia i umiejętność radzenia sobie w na nartach w różnym śniegu.

Narty skiturowe najbardziej przypominają narty zjazdowe. Są to w miarę szerokie, taliowane narty, w których technika zjazdu podobna jest do tej, którą stosuje się na stoku. Oczywiście narty mogą różnić się wagą, szerokością, taliowaniem, ale wynika to głównie z zastosowania konkretnych modeli w terenie.
Największa różnica, jeśli chodzi o narty skiturowe a narty zjazdowe, tkwi w wiązaniach. Wiązania skitour pozwalają na zjazd z umocowanym na sztywno butem – jak w narciarstwie alpejskim (zjazdowym) – ale też umożliwiają wygodne podchodzenie. Specjalna konstrukcja wiązań pozwala na przełączanie funkcji zjazd/podchodzenie i w tym drugim trybie uwalnia piętę. Dawniej narty tego typu używali powszechniej tylko ratownicy górscy i żołnierze, dziś to już model działania w górach, który zyskuje na popularności. To nie jedyna różnica w sprzęcie ski tour. Do turowania potrzeba jeszcze kilku rzeczy.
Do uprawiania skitouringu potrzebne są również specjalne buty. Buty skiturowe są zazwyczaj lżejsze, mają umiarkowaną sztywność (flex), mają też system zmiany funkcji ski/walk, który nie jest atrapą, jak w wielu modelach butów zjazdowych. Wychylenie nogi po przełączeniu w tryb chodzenia naprawdę jest duże, a chodzenia staje się o wiele bardziej naturalne i nie przypomina kroku Robocop’a. Buty skitour posiadają jeszcze jeden ważny element – zwyczajną podeszwę, która pozwala pewnie pokonać teren bez nart.


Do podchodzenia na nartach niezbędne są foki. To pasy materiału, które na podejściu zakłada się na ślizgi nart. Foka skiturowa wyposażona jest w naturalne lub syntetyczne włókna, które pozwalają “z włosem” przesuwać nartę w przód, a które “pod włos” stawiają opór i nie pozwalają narcie się zsuwać.
Kije skiturowe najbardziej przypominają kijki trekkingowe. W porównaniu do nich – i w odróżnieniu od zwykłych kijków narciarskich – posiadają regulację długości i duże talerzyki, by nie zapadać się w śniegu. Czy do skitouringu potrzebne są osobne kije, czy można użyć kije trekkingowe? Z doświadczenia powiem, że lepiej sprawdzają się dedykowane kije, które mają zazwyczaj tylko dwie sekcje i są wytrzymalsze.
Na fokach można podchodzić naprawdę stromymi stokami. Strome zbocza pokonuje się również specjalną techniką – zakosami. Czasem jednak trzeba użyć harszli, czyli noży do lodu i szreni. Jeśli nie ma się harszli, trzeba zdjąć narty i założyć raki.
Dobór dodatkowego sprzętu zależy od celów, jakie podejmuje się na wycieczkach skiturowych. Ambitniejsze działania czasem wymagają użycia raków, czekana, a w terenie lawinowym posiadania zawsze lawinowego ABC: detektora, sondy lawinowej i łopaty lawinowej.
Na nartostradzie możesz być mistrzem carvingu i leżąc niemal na stoku wycinać łuki na pełnej petardzie, ale możesz też wybrać się na rekreacyjny szus z rodziną lub przyjaciółmi. Podobnie jest ze skitouringiem. Nie każdy skiturowiec operuje krótkim skrętem w stromych żlebach jak Andrzej Bargiel. Wielu adeptów tego sportu to ski-turyści, wędrujący na nartach od schroniska do schroniska i wykonujący podejścia oraz zjazdy po szlakach turystycznych.
Skitouring to świetny sposób na góry zimą. Praktycznie każdy znajdzie w polskich górach odpowiednie cele, by nasycić swoją narciarską ambicję lub po prostu spędzić miło i aktywnie czas. To jednak też sport dla osób, które mają pewne doświadczenie narciarskie i kondycję. Jazda w terenie jest bardziej wymagająca niż na stoku, a foczenie (podchodzenie) zazwyczaj wiąże się z wylaniem kilku kropel potu.

Skitouring wymaga też pewnego doświadczenia w górach. W czasie narciarskiej wyrypy musisz nie tylko radzić sobie ze sprzętem skiturowym, lecz także ogarniać nawigację, dobrze zaplanować trasę i zmierzyć się surowymi warunkami w górach. Dobry pomysł na początek przygody ze ski touringiem to wypożyczenie sprzętu i wyprawa na narty skiturowe z przewodnikiem górskim. Taka osoba może wprowadzić cię w świat narciarskich wyryp, zaplanować pierwszą wycieczkę i pokazać o co chodzi z foczeniem i jazdą w terenie.
Skitury dają każdemu tyle, ile jest w jego ambicjach. Możesz wyruszać na wycieczki do schroniska do schroniska uprawiając właśnie klasyczny skitouring. Jeśli szukasz stromych zjazdów i powderu jak na Hokaido – twoim marzeniem jest freetour. Dla osób o sportowych ambicjach idealną aktywnością będzie speedtouring, w którym używa się najlżejszego sprzętu i pokonuje trasy o dużych podwyższeniach w maksymalnym tempie. Osoby o doskonałych umiejętnościach alpinistycznych i narciarskich mogą uprawiać natomiast skialpinizm.


Skitouring to sfera wolności, uniezależnienia się od wyciągów, karnetów i kolejek. To piękna aktywność, która potrafi dać wiele szczęścia i odmalować uśmiech pozostający na twarzy wiele godzi po skiturowej akcji. Warto pamiętać, że to także sfera odpowiedzialności, w której musisz podejmować decyzje i respektować zasady panujące na szlakach czy w terenach objętych ochroną. Tatry, Karkonosze, Bieszczady to najlepsze miejsca w Polsce do uprawiania skitouringu, ale na tych terenach obowiązują regulaminy parków narodowych. Ponad wszystko, skitur to jednak piękny sport i gdy go poznasz – już zawsze – z wypiekami na twarzy będziesz oczekiwać śniegu w prognozach pogody!
“Nie jesteśmy doskonali, ale staramy się coś zmienić, dążąc do tego, aby do 2023 roku wszystkie nasze ubrania były wolne od plastiku.” Właśnie tak o sobie pisze i taki sobie stawia cel topowa marka odzieży merino – marka Icebreaker!
Produkcja odzieży to jeden z procesów, który najbardziej zanieczyszcza naszą planetę. Świat mody co roku zmienia trendy. Sklepy sieciowe tworzą kolekcje taniej i modnej odzieży, której część – nawet nigdy nie używana – trafia zwyczajnie na śmietnik. Nasze kaprysy, zachcianki, nasz rzekomo indywidualny styl… – wszystko to sprawia, że odzieżowy biznes się kręci, a na wysypiskach rosną góry z plastiku i taniej bawełny wzrastającej na pestycydach.
Są jednak marki, którym zależy na odzieżowej zmianie i jedną z nich jest Icebreaker.
Nowozelandzka marka produkująca odzież Merino działa już ponad 25 lat. Jest ona jedną z tych marek, która w produkowaniu odzieży zwraca się w stronę naturalnych i biodegradowalnych surowców. Marka nie poprzestaje jednak tylko na deklaracjach i wytwarzaniu ubrań merino. Nieustannie monitoruje, jak prowadzony przez nią biznes wpływa na środowisko i co roku podejmuje kolejne działania, by zmniejszyć swój negatywny “impact”.
Icebreaker nie tylko bada swój wpływ, lecz także publikuje raport z audytu i sprawdza, czy jako odpowiedzialna firma podąża w dobrą stronę. Każdy z nas może powiedzieć “sprawdzam” i zajrzeć do tego raportu. Według osób tworzących nowozelandzki brand nie można poprzestawać na deklaracjach, ale jako marka należy prowadzić w pełni transparentny biznes. Raport dostępny jest na oficjalnej stronie marki. Poprzedni z raportów podsumowaliśmy też w artykule “Jak Icebreaker dba o środowisko”.

Ambicją marki jest łączyć ludzi z naturą. Pragnieniem, by ludzie żyli bliżej niej i rozumieli jak ważną kwestią staje się dbanie o naszą wspólną planetę. Dlatego Icebreaker wciąż podejmuje wysiłek, by informować i edukować, w jaki sposób tworzone są ubrania i jak wybór naturalnych surowców staje się ważny.
Wybór odpowiednich ubrań to nie wszystko. Dziś wiemy, że nawet pranie odzieży uwalnia do środowiska nieprzyjazne naturze związki i mikroplastik, który praktycznie jest już niemal w każdym żywym organizmie. Icebreaker ma w tym przypadku kolejny przekaz – noś dłużej, pierz mniej!
Z wełną merynosową to możliwe. Wełna merino, która stanowi główny wyróżnik tej odzieży jest naturalna, biodegradowalna oraz antybakteryjna. Dzięki temu, że nie sprzyja powstawaniu bakterii i ma zdolność do samooczyszczania się, cykl od jednego prania do drugiego można wydłużyć. Nie myśl jednak, że wełniane produkty nie mają minusów. Merino nie ma takiej trwałości, jaką mają włókna syntetyczne – czyli po prostu plastik. Dlatego czasem do merino dodaje się Nylonu lub innych włókien.
Plastik jest przeciwko twojej skórze! Ta myśl wyraża pogląd, który Icebreaker pragnie upowszechnić w najbliższym czasie. Jesteśmy przyzwyczajenie do plastiku, szybkoschnących i trwałych włókien, ale Icebreaker stawia sobie nowe zadanie i mówi temu stop!
Icebreaker chce do 2023 roku być firmą “plastic-free”. Marka już od dawna stosuje kartonowe i papierowe opakowania. Celem jest natomiast odzież wykonana w 100% z tego, co daje nam natura. Plastik nigdy nie znika, najwyżej rozpada się na coraz to mniejsze cząsteczki. Raz wyprodukowany, zostaje z nami na zawsze. Rezygnacja z włókien sztucznego pochodzenia to najnowsza z ambicji marki, która dla zielonej produkcji zrobiła już wiele, a chce zrobić jeszcze więcej.
Odzież Icebreaker to ubrania, przed którymi producent stawia pewne zadania. Każdy produkt marki powinien być nie tylko naturalny i ekologiczny, lecz także komfortowy oraz możliwie jak najbardziej uniwersalny. Dobrym przykładem takich ubrań są koszulki Icebreaker męskie i damskie. Marka dba by każdy t-shirt stawał się zarówno ubraniem na co dzień, jaki i techniczna koszulką, w której można pobiegać, pójść na fitness lub wycieczkę w góry.
Ubrania wiążą markę z prawdziwymi ludźmi, prawdziwymi wyborami, prawdziwym życiem! Odzież z naturalnej wełny merino musi po prostu sprostać temu, że chcemy czuć dobrze się w czasie wypełniania obowiązków i aktywności sportowej. Pragnieniem twórców jest produkować odzież:
To właśnie dlatego koszulki, bluzy czy bielizna merino są 100% lepsze z natury, a przy tym 100% biodegradowalne i delikatne dla skóry. Doświadczenia użytkowników – w tym moje i moich znajomych – zdają się to potwierdzać.
Wyróżnikiem nowych kolekcji marki Icebreaker jest rezygnacja ze sztucznych włókien. Odzież, w której wełna merino jest w 100% surowcem, lub bardzo zbliża się do tego wyniku, odpowiada idei życia w zgodzie z naturą i etyce pozwalającej chronić przyrodę. Warto przedstawić flagowe modele kolekcji, by przyjrzeć się jak kształtów nabiera ten pomysł i na ile udaje się to marce Icebreaker.
Idealny na codzienne obowiązki i stylowy. Sweter Icebreaker wykonany jest z prążkowanej dzianiny. Czyste merino bez jakichkolwiek dodatków zapewnia wygodę i prezentuje się świetnie utrzymując klasyczny styl. Hillck to po prostu świetny wybór na każdy chłodny dzień, w którym potrzebna jest ciepła, casualowa odzież.

Po prostu majstersztyk nowej kolekcji. Naturalna, ekologiczna, a do tego techniczna koszulka merino z długim rękawem w wersji dla kobiet i mężczyzn. Nic dziwnego, że model zgarnął złotą nagrodę na targach outdoorowych ISPO 2020 w kategorii “Outdoor Base Layer”. Materiał 100% merino, płaskie szwy, wszystkie benefity wełny merynosów. A to jeszcze nie wszystko. Koszulki barwione są bowiem w metodzie Nature Dye – etycznym i ekologicznym procesie, który pozwala do 80% ograniczyć zużycie wody (w stosunku do konwencjonalnych metod) i który wykorzystuje tylko naturalne barwniki i surowce. Koszulkę zdobi praca, której autorem jest Justin Brice Guariglia – artysta i aktywista działający na rzecz środowiska naturalnego.

Kurka z merino? Czemu nie! Ten model to przykład, że filcowane merino o dużej gramaturze sprawdzi się w odzieży wierzchniej. Wełniana kurtka nie tylko dobrze wygląda, ale też dobrze chroni. To model, który oferuje ochronę przed zimnem i nie boi się lekkiego deszczu. Materiał wzbogacony został trwałą technologią hydrofobową DWR, z którą wełnanie chłonie łatwo wody.

Ten model reprezentuje kolejną typ materiału, w którym można zastosować merino. Jest to RealFleece™ czyli naturalna dzianina przypominająca właściwościami polar. Ciepły, delikatnie szczotkowany materiał pozwala zachować wygodę na co dzień. Spodnie barwione są również w rozwiązaniu Nature Dry, a ich materiał wzmocniony jest dzięki wykorzystaniu przędzy rdzeniowej w technologii Corespun.

Tak w praktyce realizuje się najpełniej postulat dotyczący wszechstronności nowej kolekcji Icebreaker. Bo czy może być bardziej uniwersalna odzież niż modele unisex… Ten ocieplany włóknami MerinoLoft™ pulower będzie dobrze się nosić i łatwo pielęgnować. Bez zbędnych ceregieli wypierzesz go nawet w pralce. Pulower ozdabia grafika topniejących lodowców Grenlandii, której autorem jest oczywiście Justin Brice Guariglia. W tej odzieży przy skórze poczujesz naturalny komfort czystego merino.

Ocieplony naturalnym MerinoLoftem™ pulower zwraca uwagę wieloma rzeczami. Świetny stosunek wagi do oferowanego ciepła to jedno. Drugie to delikatne i czyste merino, którym wyłożony został pulower od wnętrza. Odzież, oprócz wełny merino, wykorzystuje surowce z recyklingu. Kaptur i ciepła garda to sprzymierzeńcy, gdy robi się chłodno lub wietrznie.

Prezentację zamyka hybrydowa kurtka ocieplana, o której pewnie pomarzy niejeden fan i niejedna fanka outdooru. Jest to ocieplana kurtka z oddychającymi panelami. Tam, gdzie ciało wytwarza najwięcej ciepła znajdziesz szybkoschnący materiał Cool-Lite™. Natomiast tam, gdzie ciepła potrzeba najwięcej, da Ci je naturalny MerinoLoft™, czyli ocieplina z wełny owiec merynosowych.

Z nowym sezonem Icebreaker postawił sobie ambitny cel. Trudno z dnia na dzień byłoby zrezygnować w pełni z syntetycznych dodatków, ale wszystko wskazuje, że brand jest już na dobrej drodze. Warto trzymać za nowozelandzką markę kciuki. Tylko odważne i śmiałe projekty mogą przecież zmienić konsumentów i branżę, a w rezultacie zatrzymać tę nadprodukcję odpadów.
Wycieczki w góry wymagają przygotowań. Przede wszystkim od Ciebie zależy, czy wyjście w góry będzie bezpieczne. Jeśli pomyślisz chwilę nad tym, okaże się, że nawet najkrótsza wycieczka wiąże się z podejmowaniem decyzji, które odpowiadają za komfort i minimalizowanie ryzyka wiążącego się z poruszaniem w tym specyficznym terenie, jakim są góry.
Ten artykuł pomoże Ci zwrócić uwagę na najważniejsze zasady bezpieczeństwa w górach. Kilka prostych praktyk uczyni z Ciebie bardziej odpowiedzialną osobę na turystycznym szlaku. Uwierz mi, że najwięksi wyjadacze gór – wspinacze, alpiniści, goprowcy i przewodnicy górscy też przestrzegają takich zasad.
Czy istnieją uniwersalne zasady bezpiecznego poruszania się w górach? I tak, i nie… Nie można mówić o jednym dekalogu turysty, choć często organizacje takie choćby jak PTTK czy GOPR przygotowują tego typu listę zasad dla turystów. Nie ma jednego kodeksu, ale możemy mówić o uniwersalnych zasadach bezpieczeństwa, które znajdują się w każdym takim wykazie. O tyle taki kodeks odpowiedzialnego turysty istnieje.
W tym artykule postanowiłem stworzyć listę, która z jednej strony bazuje na istniejących tego typu zaleceniach dla turystów, a z drugiej, opiera się na moim doświadczeniu i obserwacjach. Postawiłem sobie ambitny cel, by tak ważny temat zmieścić tylko w 10 punktach z komentarzem.

Po pierwsze, na cel wycieczki wybierz takie miejsce i teren, które jest odpowiednie dla Twojego poziomu kondycji, doświadczenia górskiego i predyspozycji psychicznych. Jeśli potraktujesz kolejne wycieczki jako element rozwoju swojej “górskiej kariery”, będziesz stopniowo czerpać z gór coraz więcej przyjemności i unikniesz niebezpiecznych sytuacji.
Przed wyjściem w góry oceń swoją kondycję (dbaj o nią na co dzień). Przemyśl też, czy cel nie wymaga odpowiednich predyspozycji (brak lęku wysokości), sprzętu (na przykład raczki, raki), czy nie wymaga doświadczenia. Pamiętaj też o kursach dla turystów i tym, że wycieczka z przewodnikiem górskim to żaden powód do wstydu.
Po drugie, zaplanuj trasę wycieczki szczegółowo. To świetna zabawa, która przeniesie Cię myślami w góry jeszcze przed wyprawą! Co powinno zawierać planowanie wycieczki w góry? Na jakie elementy zwrócić warto zawsze uwagę? Sprawdź:
Spróbuj dowiedzieć się o trasie jak najwięcej. Przejrzyj mapy, przewodniki, blogi górskie. Dzięki temu w górach będzie nie nie tylko bezpieczniej, lecz także ciekawiej.

Pogoda w górach determinuje wiele. Decyduje o tym czy w ogóle wyjdziemy w góry, czy zrealizujemy trasę, o której godzinie ruszymy na szlak, by zejść z niego zanim rozpęta się burza lub śnieżyca. Pamiętaj, by korzystać z dedykowanych prognoz w góry, a nie tych dla miast. W górach każde 100 m różnicy wzniesień to nawet jedna kreska (1°C) mniej na termometrze. Pamiętaj też, że zmiany pogody w górach zachodzą szybciej i są bardziej gwałtowne.
Tutaj możesz przeczytać o tym, gdzie i jak sprawdzać prognozy w góry.
Nie zapomnij, że zimą należy sprawdzić także komunikat lawinowy. Trochę inaczej dba się o bezpieczeństwo w górach latem, a trochę innych zabiegów wymaga bezpieczeństwo w górach zimą. Ale to chyba temat na dłuższy artykuł.
Spakuj plecak odpowiednio do planowanej wycieczki. Weź pod uwagę długość wycieczki, porę roku, trasę. Pomyśl o zapasach wody, przekąskach i zawsze wrzuć do plecaka choćby najmniejszą apteczkę, mapę i czołówkę.
Odpowiednio dobierz ubiór i obuwie. Ubierz się wygodnie w oddychające ubrania. Stosuj ubiór “na cebulkę” i miej zawsze w plecaku odzież na wypadek zmiany pogody. Kurtka przeciwdeszczowa czy ciepła bluza to must have, który powinien być na grzbiecie bądź w plecaku. Pamiętaj, że na Twoich nogach powinno być odpowiednie obuwie.

Przewiduj. Pomyśl o awaryjnych sytuacjach. Przed wycieczką naładuj telefon. Jeśli nie masz silnej baterii, zabierz powerbank i oszczędzaj w górach energię. W telefonie zapisz sobie numer do GOPR/TOPR – 985 lub 601 100 300. Zainstaluj również aplikację Ratunek. Zawsze zostaw komuś informację o planowanej trasie. Powiedz, o której godzinie wrócisz z gór.

Dobrą zasadą jest trzymanie się zaplanowanej trasy. Jeśli z jakiś względów zmieniasz drogę, daj znać bliskim choćby, że obierasz inny szlak.
Od czasu do czasu możesz powiadomić kogoś, gdzie się znajdujesz. Możesz wysłać SMS lub skorzystać z portali społecznościowych. Jeśli lubisz dzielić się wycieczkami na Instagramie czy Facebooku, możesz w relacjach dać znać, które miejsca już są za Tobą. To też sposób na bezpieczeństwo w górach i informację do bliskich, jak przebiega Twoja wyprawa.

W góry ruszaj z samego rana. Będziesz mieć więcej czasu, by się nimi nacieszyć. Rankiem pogoda – szczególnie latem – jest stabilniejsza. Poranne wyjścia to także więcej czasu na wędrówkę zanim zapadnie zmierzch. Jeśli tylko możesz, poruszaj się w górach za dnia. To dobre dla Twojego bezpieczeństwa i fair w stosunku do dzikiej przyrody.
Tempo w górach – o co chodzi… to przecież nie wyścig! Tu widać jak ważne jest planowanie trasy. Kontrolując w górach czas i tempo unikniesz przykrych niespodzianek i będziesz wiedzieć, ile czasu możesz przeznaczyć na odpoczynek w schronisku. Szczęśliwi czasu nie liczą, ale zegarek w górach pozwala uniknąć takich sytuacji jak nagły mrok, spóźnienie na pociąg, czy zamknięta kuchnia w schronisku.
O apteczce, czołówce i odpowiednim ubiorze była już mowa. Na długich trasach sprawdzają się kijki trekkingowe. Na oblodzonych szlakach zakładaj raczki turystyczne, raki, weź do ręki czekan. Na techniczne szlaki w Tatrach załóż kask wspinaczkowy, a nawet załóż uprząż i użyj lonży. Wystarczy jeden kamień – choćby w takim Żlebie Kulczyńskiego – by wycieczka zmieniła się w akcję ratunkową.
Pamiętaj, by w górach poruszać się bezpiecznie. Wśród zasad bezpieczeństwa w górach nie może zabraknąć precyzyjnego stawiania nóg i uważności, dzięki której nie będziesz zagrożeniem dla innych. Nie strącaj kamieni. Zimą poruszaj się tak, by nie powodować lawin. To człowiek jest najczęstszą przyczyną ich występowania.
Jeśli nie musisz – nie wychodź w góry w samotności. W parze, w grupie jest w górach bezpieczniej. Na górski szczyt najlepiej wyruszaj z kimś, kogo znasz. Dobrze zgrany zespół porusza się w górach szybciej i bezpieczniej.
Choć ratownictwo górskie w Polsce jest finansowane ze środków publicznych, to warto wykupić ubezpieczenie. Pomyśl, jak często w czasie wędrówki poruszasz się po granicy lub robisz wycieczki “za miedzę”. Jeśli przydarzy Ci się wypadek po drugiej stronie, przyda się górska polisa. Ubezpieczenie w góry powinno obejmować akcje z użyciem śmigłowca i akcje poszukiwawcze. Ubezpieczenia górskie to nie taki wielki koszt, ale wciąż wiele osób o nich zapomina.

Czy wyprawa w góry wymaga zawsze dużych przygotowań? Jeśli przed każdym wyjściem w góry będziesz stosować te zasady bezpieczeństwa, z czasem zauważysz, że to zupełnie naturalny element wycieczki. Co więcej, to element, z którym zaczynasz przeżywać przygodę zanim postawisz krok za próg swojego domu!
Zasady bezpieczeństwa w górach pozwalają zminimalizować ryzyko. O tym jak ważne jest podniesienie poziomu bezpieczeństwa w górach, mówi statystyka TOPR. Ten sezon letni był jednym z najbardziej pracowitych dla ratowników. Tylko latem w Tatrach doszło do 613 wypadków, w tym 8 śmiertelnych. Dość powiedzieć, że w poprzednim roku toprowcy interweniowali latem 367 razy. Stosując zasady bezpiecznego poruszania się w górach dbasz o siebie, troszczysz się o innych, dajesz dobry przykład innym turystom i nie przysparzasz roboty ratownikom górskim. W związku z tym, że wędrówki górskie stają się coraz bardziej powszechną formą spędzania czasu, tych kilka zasad zyskuje na znaczeniu. Podziel się nimi z innymi i daj znać w komentarzu, co jeszcze robisz, by podnieść swoje bezpieczeństwo w górach!
Ach ten słynny GORE-TEX. Czy warto wydać grubo ponad tysiąc złotych na kurtkę przeciwdeszczową – to pytanie spędza sen z powiek niejednemu fanowi outdooru. Jak zwykle w górach nie ma uniwersalnych odpowiedzi dla każdego. W tym teście odpowiem jednak, czyje oczekiwania spełni kurtka Rab Kangri GTX.
Od kilku miesięcy właśnie ta kurtka hardshell marki Rab ląduje w moim plecaku na każdej wycieczce. Jeśli tylko nadarza się okazja na jej użycie, przechodzi testy i pod każdym względem brana jest pod lupę oraz wścibskie oko.
Na początek warto ją przedstawić. Kurtka przeciwdeszczowa Kangri GTX marki Rab to hardshell wyposażony w najbardziej rozpoznawaną technologię wodoodporną na świecie spod znaku GORE-TEX. Jest to kurtka hardshell o wielu, naprawdę wielu technicznych cechach. Myliłby się jednak ten, kto zobaczyłby w niej najbardziej zaawansowaną kurtkę. Co nie znaczy jednak, że nie jest to solidny i niezawodny model!
Kangri GTX to pozycja ze środka goretexowej stawki marki Rab. To model już z membraną trójwarstwową (3L), ale jeszcze nie model na laminatach z serii PRO. Taki wybór materiału podpowiada więc, komu dedykowana jest tego typu kurtka na deszcz i wiatr. Otóż jest to odzież skrojona dla bardziej ambitnych turystów i wspinaczy, którzy przez cały rok potrzebują pewnej ochrony w górach.

Nie jest to z pewnością kurtka dla turysty, który w górach bywa kilka razy w roku, a pogodę ma z grubsza zawsze na wyjazd zamówioną. Ta kurtka nie wystraszy się wyjazdu w Alpy, kurniawy, która zaskoczy cię tatrzańską zimą i nie schowa się za piecem kaflowym schroniska, gdy jej właściciel porwie się na skiturę w karkonoskiej mgle i szadzi.
Normalnie nie brałbym tej kurtki zawsze do plecaka. Przez tych kilka miesięcy były dni, gdy wystarczyłby mi lekka, awaryjna kurtka przeciwdeszczowa, która waży ok. 200 g mniej. Mógłby to być choćby Rab Downpour, który od czterech lat jest w mojej górskiej szafie. Chciałem jednak testować kurtkę Kangri GTX w możliwie różnych warunkach, by sprawdzić, jakie robi na mnie wrażenie.
Pierwszy deszcz i już przy pierwszym założeniu nie mam wątpliwości. Na przelotny deszczyk wyciągam prawdziwy pancerz. Szczerze! Gdybym zamknął oczy, czułbym się jak pod parasolem. Kurtka Kangri GTX wykonana jest z mocnego materiału 70D. Wraz ze swoim pakownym, lekkim, ale nie ma co kryć, sztywniejszym laminatem, daje odczuć, że zima i zlewa to jej prawdziwy żywioł. Mimo wszystko, tamtego dnia kurtka robi na mnie dobre wrażenie. Gdy nie odczuwa się deszczu, wędruje się przecież w lepszej pogodzie – oczywiście mowa o pogodzie ducha!
Drugi raz kurtka zrobiła mega wrażenie na moich górskich gościach. To był sierpniowy dzień w Masywie Śnieżnika, a ja w kompletnej zlewie, przez trzy bite godziny, brnąłem już nawet nie szlakiem, ale po prostu potokiem z niewielką grupą dzielnych ludzi. Gdy dotarliśmy do Międzygórza – mimo tego, że każdy miał jakąś kurtkę przeciwdeszczową – grupa nie miała nic suchego na sobie. Wszyscy byli kompletnie przemoczeni, oprócz jednej osoby – przewodnika w kurtce Kangri GTX. Miałem rzekę w podejściówkach, ale na korpusie ani jednego wilgotnego miejsca. Nie powiem, kurtka zrobiła wtedy na mnie bardzo dobre wrażenie, ale piorunujące wywarła pośród moich gości, którzy nie mogli uwierzyć, że pod kurtką miałem non stop suchutko.

Przez kilka miesięcy kurtka zdążyła zaprezentować się przy zmiennych warunkach pogodowych. Przelotny, czy nawalny deszcz trwający kilka godzin, nie ujawnił żadnych niedociągnięć. Podobnie w pełni deszczowe dni ze zmienną intensywnością opadów, nie robiły wrażenia na wodoodporności laminatu. Wzorowo sprawdziły się w kurtce strefy, które można uznać za newralgiczne. Podklejenia szwów czy laminowane zamki wykonane są w kurtce Rab z precyzją i nie stanowią słabszych ogniw w konstrukcji odzieży.
Przyznam również, że zaskoczeniem był dla mnie również komfort, jaki można osiągnąć w tej kurtce. Oddychalność membrany w połączeniu z umiejętnym doborem warstw i operowaniem wentylacją pit zips pod pachami, z pewnością pozwala w tej kurtce w wielu przypadkach działać przy zachowaniu dobrego balansu. Największym chyba tego typu testem był dla kurtki błyskawiczny rajd w dół, gdy z Kowadła w Górach Złotych pogoniła mnie burza, która spadła nagle na okolice silnym deszczem i grzmotami.

Warto też dodać, że hydrofobowa warstwa DWR, którą wykończony jest materiał zewnętrzny dobrze chroni tkaninę przed namakaniem. Krople deszczu perlą się na powierzchni kurtki. Po wejściu do schroniska czy domu wystarczy strząsnąć krople i chwile odczekać, by odzież była znów sucha. Odstępstwem od tej reguły były tylko wielogodzinny kontakt kurtki z przemoczonymi do cna szelkami plecaka. Na niewielkim fragmencie, od ucisku na samym szczycie ramienia, materiał chwycił trochę deszczu, ale żadna wilgoć nie przecisnęła się dalej przez membranę i podszewkę.
Kilkukrotnie chowałem się za pancerzem kurtki Rab ze nie ze względu na opady, ale ze względu na wiatr. W wietrznych Karkonoszach, w Górach Kamiennych, na tatrzańskiej grani, gdy z partnerem czekaliśmy na kolegów z drugiego zespołu, kurtka chroniła bez zarzutu.
Ta kurtka przeciwdeszczowa męska nie zaproponuje wiele modystom szukającym dopasowanego kroju. Rozczaruje także wielu turystów, którym zabraknie w niej choćby kieszeni na dłonie. Ucieszy natomiast każdego, kto chce mieć swobodę ruchów i możliwość żonglowania warstwami pod kurtką. Zachwyci też tych, którym zależy na technicznych detalach przydatnych w czasie wspinaczki i alpinizmu.
Krój kurtki jest obszerniejszy, technicznie wyprofilowany, a jej długość skrojona tak, by chronić, a nie podkreślać sylwetkę. Co to znaczy? Oznacza to, że dość jest materiału, by w kurtce sięgnąć dłonią czy dziabą powyżej głowy. W takich sytuacjach kurtka nie odsłoni pleców i nie skrępuje ruchów.
Kaptur ma bardzo obszerną bryłę, skrojoną z myślą o zaciąganiu go na kask wspinaczkowy. Wyposażono go w pełną regulację oraz usztywniony brzeg w górnej części. Brzeg ten tworzy pseudo-daszek, dzięki któremu materiał nie opada na oczy, a krople spływają gdzieś po bokach i nie wpadają pod gardę. Jeśli chodzi o regulację, na plus można zaliczyć tę która biegnie wokół otworu na twarz. Sprawnie dopasowuje bryłę i posiada ukryte regulatory, które da się obsłużyć w rękawiczkach. Latem odrobinę rozczarowuje jednak regulacja dopasowania do obwodu głowy, która znajduje się na tyle kaptura. Zakładając kaptur tylko na głowę, musiałem dociągać ten regulator na maksa. Przy czapce zimowej na głowie problem na szczęście już nie jest tak ewidentny.
Garda jest obszerna i wysoka. Jej kształt można uznać za bardzo komfortowy, przy założeniu kaptura na kask. Kiedy kaptur nie jest założony, garda całkiem komfortowo daje się ułożyć i zupełnie nie przeszkadza w wędrówce.

Kieszenie w tej kurtce są zapinane na zamki YKK®. Pojedyncza sucha kieszonka wewnętrzna świetnie przydaje się na smartfon. Kieszenie zewnętrzne z wodoodpornymi zamkami są kapitalne. Umieszczono je na tyle wysoko, by uprząż i pas biodrowy plecaka nie utrudniały sięgania i są one na tyle duże by pomieścić choćby mapę. Podczas wspomnianej ucieczki przed burzą, sprawdziły się świetnie, gdy trzeba było od czasu do czasu rzucić okiem na układ leśnych dróg.
Wentylacja pod pachami ma podwójne zamki i jest w pełni laminowana. Długość suwaków pozwala na naprawdę spore wentylowanie. Sama obsługa nie przysparza żadnych problemów. To element dobrze zlokalizowany i tak funkcjonalny, że czasem się o nim po prostu zapomina.
Rękawom należą się też przynajmniej cztery zdania. Ta część odzieży jest skrojona technicznie, z naddatkiem materiału, który nie ogranicza ruchów. Profilowanie rękawów oceniam świetnie, regulację mankietów na piątkę z plusem. Dla mnie rewelacja.

Regulacja kurtki Rab Kangri GTX jest dwojaka. Kurtka ma klasyczną regulację w dolnym brzegu. Dwa regulatory zaciągnięte przy wyjściu w góry pozostają w położeniu, aż do końca wyprawy. Drugi regulator znajduje się na wysokości pasa. Mówiąc szczerze – z niego spróbuję skorzystać zimą. Na skiturach powinien uszczelnić kurtkę w tym miejscu, pełniąc trochę rolę pasa śniegowego.
Zamek centralny to rewelacja kurtki Rab – laminowany, dwustronny, wykończony w górnej części ochroną podbródka na końcu i materiałem z mikrowłókien na wewnętrznej listwie. Tak jak lubię – bez zbędnej patki zewnętrznej, bez zacięć w działaniu i z dużym uchwytem, który da się złapać nawet w grubej rękawicy! Dwustronne rozpinanie kurtki ucieszy każdego wspinacza. Warto dodać że po rozpięciu kurtki hardshell od dołu, jej poły można spiąć specjalnym guzikiem. Ja doceniłem to w Tatrach, gdy po zjeździe najpierw mogłem znów przywiązać się ósemką do końca liny, a dopiero potem zdjąć założoną na uprząż kurtkę.


Kurtka Rab Kangri GTX to rasowy hardshell GORE-TEX. Bez wahania można stwierdzić, że to model skrojony na ambitniejsze cele i każdą nagłą zmianę pogody, która może w górach zaskoczyć. Ten praktycznie bezbłędnie wykonany hardshell jest produktem, który powinien być na celowniku tych osób, które w górach chcą więcej i więcej.
Na koniec szybka ściąga z atutów i zarzutów do tej kurtki Rab dla mężczyzn.
PLUSY
MINUSY

Kilkumiesięczny test kurtki Kangri GTX marki Rab pozwolił mi się naprawdę zaprzyjaźnić z tym produktem. Za każdym razem kurtka rewelacyjnie sprawdziła się w ochronie i utwierdziła po raz kolejny w przekonaniu, że kurtki z membraną marki Rab to produkty, którym warto ufać. W pracy przewodnika górskiego nie mogę pozwolić sobie na pogodowe wymówki. Rezerwacje noclegów czy terminy urlopów osób wyruszających ze mną w góry, to powody, dla których nie da się odwołać wycieczki. Wymówką może być tylko bezpieczeństwo. Na szczęście z kurtką taką jak Kangri GTX deszczowa prognoza staje się mniej straszna, a wędrówka czy inne działania w deszczu, śniegu, wietrze bezpieczniejsze i bardziej komfortowe.
Ratują bez względu na pogodę i okoliczności, są świetnie wyszkoleni i zawsze gotowi do działań. Ratownicy GOPR, bo o nich mowa, to służba, bez której trudno sobie wyobrazić dziś krajobraz polskich gór. W lutym 2023 r. wybrałem się do stacji ratunkowej Grupy Karkonoskiej GOPR w Karpaczu, by o służbie w pogotowiu górskim i drodze do zostania ratownikiem porozmawiać z Michałem Klamutem.
Cześć Michał, jesteś ratownikiem GOPR, skialpinistą, twórcą zawodów skiturowych Karkonoski Vertical, jak jeszcze można Cię określić.
Miłośnik gór… (śmiech)
I ciasteczek.
Tak głównie ciasteczek. Myślę, że można dopowiedzieć, że jestem jeszcze biegaczem i generalnie osobą, która działa w górach, pracuje w nich i jest związana z nimi przez całe życie.
Jak długo jesteś ratownikiem GOPR?
Sześć lat, czyli od momentu przysięgi w 2017 roku.
Jesteś ratownikiem zawodowym czy ochotnikiem?
Jestem ratownikiem zawodowym.

Szybko się nim stałeś? Łatwo zdobyć etat w GOPR?
Nie jest to łatwa sprawa. Musi być wolny wakat. Jeśli jakiś ratownik zwolni etat i będzie dziura w obsadzie lub ministerstwo zwiększy środki na kolejne etaty, to wówczas można myśleć o pracy jako ratownik zawodowy. Ja miałem to szczęście, że zaraz po moim stażu kandydackim – czyli po dwóch latach, po których z kandydata stałem się ratownikiem ochotnikiem – jeden z kolegów zwolnił się, by realizować inne swoje projekty, a ja mogłem płynnie wejść na jego miejsce.
Cofnijmy się jednak w Twojej pamięci do początków, bo tak naprawdę chciałem pogadać o tym, jak zostać ratownikiem GOPR. Pewnie pamiętasz drogę, jaką musiałeś przejść, by złożyć przysięgę. Powiedz, ile trzeba poświęcić, żeby zostać “goprowcem”?
Na pewno trzeba poświęcić bardzo dużo czasu i dużo energii. Już na samym początku trzeba zadać sobie pytanie dlaczego chcemy to robić. Jeżeli są to nasze niespełnione ambicje… to myślę, że nie tędy droga. Na początku tej drogi trzeba przekalkulować, ile czasu jesteśmy w stanie oddać organizacji. Sam proces kandydacki to szereg szkoleń i testów. Tak naprawdę cały ten okres dwuletni, kandydacki – który u niektórych osób może przeciągnąć się maksymalnie do pięciu lat – wiąże się po prostu z ciężką pracą. Trzeba pozdawać w tym okresie wszystkie egzaminy, uczestniczyć we wszystkich szkoleniach statutowych, by finalnie przystąpić do egzaminu pierwszego stopnia w części letniej i zimowej. Dopiero wtedy można zostać ratownikiem.
Patrząc na Was odnosi się wrażenie, że ratownicy to grupa hermetyczna, można powiedzieć elitarna. Żeby wstąpić do GOPR-u trzeba mieć ratowników wprowadzających?
Tak, jest taka tradycja. W ostatnich latach odstąpiliśmy od niej trochę, jednak od tego roku wracamy do tego tematu. Nie chodzi o utrudnienie dostępu do pogotowia. Chodzi o to, by przejść swego rodzaju preselekcję na zasadzie bycia w środowisku, poznania jakiś ratowników, którzy mogą wprowadzić cię do organizacji, grupy nie tyle hermetycznej, ile łączącej ludzi, którzy na co dzień sobie ufają, bo działają w różnych warunkach. Po pierwsze, fajnie wiedzieć z kim ratujesz, z kim działasz. Po drugie od takich ratowników wprowadzających już na wstępie wiemy, z kim mamy do czynienia i kogo będziemy szkolić w najbliższych latach.
Więcej o ratownictwie górskim w Polsce przeczytasz tutaj.

Jak to było u Ciebie?
Mnie wprowadzało dwóch kolegów z sekcji Karpacz. Wyszło to naturalnie z tego względu, że zawsze gdzieś uczestniczyłem blisko życia grupy. Z chłopakami z GOPR widywaliśmy się w górach, na nartach, na skiturach. Mieszkam w Karpaczu więc dla goprowców nie byłem nigdy osobą znikąd, która wyskoczyła z kapelusza, czy przyjechała z Poznania (śmiech). Znaliśmy się, podpisali mi stosowne kwity i z tym poszedłem do Naczelnika. Jak widać udało się.
Ale przecież to się zdarza, że ludzie z przysłowiowego Poznania zostają ratownikami.
Oczywiście, tutaj się troszkę śmieje i nie stanowi to jakiegoś problemu. Na pewno jednak w takim przypadku każdy musi sobie zweryfikować to, dlaczego idzie do tej grupy i ile czasu jej poświęci. Jeśli idzie się tylko dlatego, że to fajnie brzmi, dobrze wygląda i można uczestniczyć w ciekawych szkoleniach, to nie tędy droga.
Jeśli nie będzie cię na co dzień w życiu grupy, to lepiej zrobić sobie szereg szkoleń komercyjnych i działać po swojemu. Szkolenia, szkoleniami. Zdobywana wiedza jest bardzo ważna, ale do GOPR przychodzi się, żeby działać, by uczestniczyć w akcjach ratunkowych i uczestniczyć w życiu grupy. Bez tego nie ma GOPR-u. W 80-90% jest to działalność ochotnicza i cała organizacja opiera się w większej mierze na działaniach ochotników. Jeśli ktoś myśli o tym, że będzie działał od czasu do czasu, wypełni jakieś statutowe godziny w wymiarze 120 godzin dyżurów, to jest to mało. My potrzebujemy osób na już, na teraz. Ostatnia akcja lawinowa w Białym Jarze dowodzi temu, że jak dzieje się takie zdarzenie, to potrzebujemy sił i środków.
Jesteś pierwszym ratownikiem w swojej rodzinie?
Nie. Tradycje ratownicze są obecne już obecne w mojej rodzinie dłużej.
Egzamin wstępny do GOPR jest trudny?
Dla jednych jest jest bajecznie prosty, dla innych może być granicą nie do przejścia. Myślę że egzamin jest skonstruowany tak, by na wstępie zweryfikować wiedzę o terenie naszego działania, podstawowe umiejętności poruszania się po górach, umiejętności jazdy na nartach.
Sam egzamin składa się z dwóch części. Część teoretyczna to topografia – pytamy o teren działania grupy, charakterystyczne miejsca, szlaki. Tu trzeba mieć dużą świadomość. To jest temat nie do przejścia dla kogoś, kto chciałby wziąć mapę, nauczyć się jej na pamięć. Kandydat musi być osobą, która już z tą mapą był w terenie, zna te miejsca, ma ugruntowaną w terenie wiedzę. Z taką wiedzą dopiero można iść na egzamin.
Jest też druga część – część praktyczna. W tym roku jest to przejście na skiturach, które sprawdzi wydolność i możliwości fizyczne kandydatów. Płynnie egzamin przejdzie do części technicznej, czyli narciarstwa zjazdowego. Tu kandydaci pokażą jak stoją na tej narcie, czy mają po prostu umiejętności jazdy na nartach.
Ile osób było na Twoim egzaminie wstępnym.
Dużo, około 40 osób, z czego przynajmniej 20% nie przeszło egzaminu.

Na tym egzaminie były kobiety?
Tak. Jest to często poruszany temat. Jak najbardziej kobiety mają miejsce w tego typu strukturach, natomiast muszą mieć 100% świadomości z czym wiąże się ta służba. To ciężka praca fizyczna. Często idziemy w góry na wielogodzinne akcje. Transportowanie poszkodowanych to duży wysiłek. Każdy jest częścią tego łańcucha. Jeśli jedno ogniwo jest słabe, to cały łańcuch jest osłabiony. Ale mamy w grupie, kilka kobiet, które prężnie działają. Można tego dokonać – wystarczy chcieć i mieć świadomość, jak to wszystko wygląda.
Po egzaminie wstępnym kandydaci trafiają na długi staż. Czy dużo osób rezygnuje w trakcie tych kolejnych dwóch lat?
Trudno powiedzieć jak to wygląda statystycznie. Kilka osób na pewno odpada z każdego naboru i nie kończy okresu kandydackiego. Stanie się kandydatem to pierwszy, malutki krok. Całą robota to następne dwa lata, kiedy jeździmy na szkolenia, uczestniczymy w życiu grupy, rozwijamy się. Każdy dzień w GOPR jest małym egzaminem. Przez cały ten okres ratownicy zawodowi i instruktorzy nas oceniają. Staż kandydacki jest kluczowy dla osoby, która w przyszłości ma działać w grupie. Jeśli przyłożymy się do tego, stajemy się świetnymi ratownikami, specjalistami i nieocenionym wsparciem dla ratowników zawodowych.

Co dla kandydatów jest najtrudniejsze?
Nie mogę powiedzieć, że szkolenia. Najtrudniejsze jest zaangażowanie i poświęcenie czasu oraz energii. To jest najtrudniejsze. Mamy czasy, jakie mamy. Każdy ma pracę, obowiązki, każdy gdzieś zarabia, a jeszcze do tego dorzucamy sobie kolejne zadanie – działanie w GOPR. Nie egzaminy, nie szkolenie, nie działania ratunkowe. Czas i zaangażowanie w ratownictwo, który możemy realnie poświęcić są kluczową i najtrudniejszą sprawą.
Kandydaci biorą udział w normalnych dyżurach i prawdziwych akcjach ratunkowych?
Jak najbardziej, to jest clou bycia kandydatem. Szkolenia można nazwać czymś ekstra, czymś dodatkowym. Są świetną rzeczą, sposobem zdobywania nowych umiejętności. Ale okres kandydacki to głównie działanie w akcjach ratunkowych, obywanie się z klimatem, ze stresem i wspólne działanie w górach. Osobiście uznaję, że jest to 80%, a tylko 20% to wszystkie szkolenia. I tu wracamy do tego, o czym wcześniej mówiłem – to zaangażowanie jest najważniejsze. Trzeba być na dyżurach i jak najwięcej brać udziału w zwykłych działaniach.

GOPR dla Ciebie to pasja czy praca?
Ciężko powiedzieć. Jedno wynika z drugiego. Pasja jest dużym czynnikiem motywującym do pracy tutaj. Prawda jest taka, że gdybym tego nie kochał, nie lubił tej pracy, nie był w niej dobry, to mógłbym robić cokolwiek innego. Z drugiej strony, to jest zwykła praca. Wypełniam godziny wynikające z kodeksu pracy, realizuję obowiązki, ale gdyby nie ta pasja, mógłbym pracować przecież gdzieś indziej, choćby w firmie IT i to też mogłoby być moją pracą i pasją.
Jak wygląda dyżur ratownika zawodowego?
W każdej grupie regionalnej wygląda to troszkę inaczej. W Grupie Karkonoskiej działamy w sezonie od 8 do 18, poza miesiącami wakacji, kiedy dyżurujemy dłużej. Jest wtedy więcej osób na szlaku, dzień jest dłuższy, więc turyści dłużej przebywają w górach. Wtedy dyżury trwają do godz. 19 lub 20. Wiesz, przychodzę do pracy, ogarniam sprzęt, ogarniam siebie…
robię kawę.
Tak, robię kawę, bo kofeina to życie (śmiech), zagryzam ciastkiem i przygotowuję się do tego, co może nas czekać w dalszej części dnia.To służba i jest trochę jak w wojsku. Tam – na szczęście – nie ma codziennie wojny i u nas też nie jesteśmy ciągle w górach. Jest czas oczekiwania, czas szkolenia się w czasie dyżuru i działań prewencyjnych. Dużo mamy działań na szlakach. Sprawdzamy choćby warunki. Zimą dochodzi do tego służba śniegowo-lawinową, która też dodaje nam pracy. Musimy mieć podstawowe informacje o śniegu, o tym co może nam grozić w terenie eksponowanym i zagrożonym lawinami. Tak naprawdę to masa pracy związana z utrzymaniem gotowości w czasie służby. Słowo klucz dyżuru to “gotowość”.

Prawie na zakończenie zapytam – Karkonosze to niebezpieczne góry?
Nie istnieją takie słowa jak bezpieczne góry. Często ludzi wprowadza się w błąd, że jedne góry są mniej bezpieczne, drugie bardziej bezpieczne, a tak naprawdę nie istnieje hasło jak 100% bezpieczeństwa. Możemy iść w góry, ale trzeba się zawsze liczyć z jakimś współczynnikiem ryzyka. To ile procent tego ryzyka sobie dajemy zależy tylko od naszej wiedzy, zimnej kalkulacji i tego na ile możemy sobie pozwolić w tych górach. Nie wprowadzajmy ludzi w błąd. Góry są z założenia niebezpieczne.
Co życzy się goprowcom? Spokojnych dyżurów, ciekawych akcji czy poszkodowanych z poczuciem humoru?
Tradycyjnie: spokojności, zdrowia i humoru. Żeby ta praca wyglądała nadal jak wygląda i sprawiała nam tyle satysfakcji, ile sprawia. Inaczej to wszystko nie będzie miało sensu.
Zatem tego wszystkiego Ci życzymy! Dzięki za rozmowę.
Zobacz artykuł o tym, jak przekazać 1,5% podatku na GOPR –> kliknij tutaj.

Ile butów potrzebujesz przetestować, by znaleźć ten odpowiedni? Do trzech razy sztuka…? W przypadku butów La Sportiva to powiedzenie zupełnie się nie sprawdza! Po raz trzeci testuję buty tej marki i trzeci raz przekonuję się, że to buty, w których zajdę daleko i wysoko. Ale zacznijmy od początku.
Nie wiem skąd ten włoski geniusz, ale to jest po prostu fakt. Odpowiedz sobie na dwa proste pytania: ile znasz dobrych marek butów trekkingowych i ile z nich to marki rodem z Włoch? Wymieniać można długo, ale wśród listy zaszczytnych marek, zawsze szybko pojawi się La Sportiva. 98 lat tradycji zobowiązuje, ale też 98 lat istnienia marki, to niemal cały długi wiek doświadczenia, który przekłada się na to, że projektanci marki wiedzą, jak wykonać solidne i jednocześnie wygodne buty w góry. Takie są właśnie buty La Sportiva TX 5 EVO GTX.
Zaskoczyłem się. Najpierw przymierzyłem buty, potem wziąłem do ręki katalog. Buty TX 5 EVO GTX znalazłem w katalogu marki wśród modeli z serii mountain hiking, a więc butów przeznaczonych dla turystów, którzy wyruszają na jedno- i wielodniowe wycieczki w góry. Ich wygląd i zastosowane sugerował bardziej techniczne przeznaczenie, a jednak okazuje się, że proste wyciągi wspinaczkowe i podejścia pod skalne ściany, to wcale nie podstawowe zastosowanie dla tego modelu. Ten model stworzono dla turystów i trekkerów.
Buty sprawiają wrażenie bardzo solidnie wykonanego i technicznego obuwia. W istocie tak jest. Głównymi zadaniami, jakie projektanci mają dla tych niskich butów trekkingowych, są aktywności takie jak:
To wszystko sprawia, że mogłem naprawdę sprawdzić ten model w terenie, do jakiego został on stworzony!

Niskie buty trekkingowe La Sportiva ruszyły ze mną na szlaki z początkiem wiosennego sezonu turystycznego. Postanowiłem przetestować je w czasie mojej przewodnickiej pracy, w tym zmiennym okresie, gdy w górach można liczyć zarówno na niskie temperatury, deszcz, poranną rosę, ale też pierwsze ciepłe dni. Buty wykonane są z solidnych materiałów i wyposażone w membranę, dlatego uważam, że były to idealne warunki na ich wykorzystanie.
Dopasowanie obuwia i przyczepność podeszwy to ważna cecha butów w góry. Szczególnie w niskich butach górskich musisz zadbać, by buty pasowały na twoją stopę. Niczego tu nie nadrobi wysoka cholewka i silne wiązanie butów.
Żeby być pewnym takich butów, trzeba też wielu kilometrów, różnych nawierzchni, a najlepiej różnych rodzajów skał. Jak dotąd buty testowałem tylko w Sudetach, ale przejechały ze mną niemal cały ten łańcuch górski: od Gór Łużyckich na zachodzie, przez Karkonosze i Góry Stołowe, po Masyw Śnieżnika na Wschodzie! Dzięki temu mogłem sprawdzić je na prostych piaszczystych szlakach polskich i czeskich Gór Stołowych oraz w ich przyczepnym piaskowcu, na kamienistych ścieżkach Karkonoszy i Masywu Śnieżnika w granitach i gnejsach, a także na leśnych ścieżkach i podłożach z fonolitu w Górach Łużyckich.
Taka różnorodność pozwala sprawdzić, czy buty oferują wygodę i dopasowanie w każdym terenie oraz jak ich podeszwa trzymać się będzie różnych podłoży.

Miałem obawy. Różne buty serii TX, bardzo różnie układały się na moich stopach. Niektóre modele z tej rodziny – TX4 – wydawały mi się delikatnie zbyt wąskie, więc założyłem, że zanim rozpocznę test, wezmę do przymiarki buty w moim rozmiarze i w rozmiarze o pół numera większym. Moje obawy mogłem włożyć między bajki… Te większe były kompletną klapą, a TX 5 EVO GTX w moim rozmiarze okazał się idealnie dopasowany.
Dużym atutem tych butów jest ich konstrukcja w przedniej części. Docenią ją użytkownicy poszukujący butów, w których jest dość miejsca na palce. Nie musisz mieć nawet wcale przesadnie szerokiej stopy, by docenić komfort w tej strefie.
Od lat w butach niskich w góry wykorzystuje się systemy sznurowania zaczerpnięte z butów wspinaczkowych. W butach TX 5 EVO GTX wiązanie zaczyna się blisko palców, ale bez zbędnej przesady. Na całej długości cholewki, można precyzyjnie wyregulować sznurowadła. Pod sznurowadłami znajduje się wygodny i połączony w rozwiązaniu gusseted tongue język, który doskonale układa się po zasznurowaniu butów. Dzięki takiej konstrukcji buty są szczelne i chronią nie tylko przed wilgocią, lecz także przed dostawaniem się zabrudzeń, piasku, kamyczków do wnętrza cholewki. Raz zasznurowane buty, leżą dobrze przez większy czas wędrówki, a to duży plus, gdy nie musisz o nich myśleć i schylać się, by ciągle coś dociągać i regulować.
Dzięki możliwości dobrego dopasowania buty też współpracują ze stopą na różnych podłożach i na nierównościach terenu. Nawet na nierównych kamienistych ścieżkach, nie odczuwałem, że stopa cokolwiek rusza się w obuwiu. Wybór sztywnych i niedopasowanych butów w górski teren to zmora. Wtedy łatwo o kontuzję, brak precyzji w stawianiu stopy, nie mówiąc już o wygodzie. W butach La Sportiva TX 5 EVO GTX – nic z tego!
Oczywiście musisz pamiętać, że każda stopa jest inna, a buty produkuje się na różnych kopytach szewskich. Trzeba znaleźć odpowiednią parę, by czerpać maksimum przyjemności z górskiej wędrówki. Na szczęście mogę przyznać, że kształt mojej stopy i wyprofilowanie tych niskich butów La Sportiva, to po prostu perfect match.

Vibram to, vibram tamto… czy słynny Vibram to najlepsze rozwiązanie dla butów w góry? Nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Vibram to jakość sama w sobie, ale miewałem buty na innych podeszwach i byłem zachwycony.
Z tego powodu zawsze wolę powiedzieć sprawdzam. Oczywiście żółty ośmiokąt vibrama pod podeszwą daje dużą szansę, na satysfakcję, ale wiele zależy od rodzaju gumy, bieżnika i detali, które potrafią robić robotę w terenie.
Buty La Sportiva TX5 EVO GTX wykorzystują podeszwę Vibram Megagrip. Jest to taka mieszanka, której priorytetem jest zapewnienie przyczepności. Katalog rodzajów skał i zmienność podłoża, po jakich chodziłem w tych butach, pozwala mi stwierdzić, że podeszwa po prostu trzyma. Mogę stąpać pewnie po gruncie, ze wzrokiem wbitym choćby w linię horyzontu!

Na mokrej i suchej skale, buty dawały mi poczucie bezpieczeństwa. Na sypkich i błotnistych nawierzchniach rewelacyjnie radził sobie natomiast ich bieżnik. Zastosowane w nim takie elementy jak Impact Brake System, też są wsparciem dla stóp. Nie lubię schodzić, wolę męczyć się pod górkę. Dwie pary moich butów La Sportiva wykorzystują to rozwiązanie i warto przyznać, że tak w butach TX5 EVO TX, jak i modelu Aequilibrium Trek GTX, czuję kontrolę, gdy tracę metr za metrem i wracam w doliny.
Pewien jestem przyczepności. Czas pokaże, jakie będzie tempo zużycia gumowej mieszanki podeszwy. Dwie rzeczy są jednak pewnie. Jedna – podeszwa musi być z odpowiednio miękkiej gumy, by być przyczepna. Stąd wniosek, że też musi się ścierać. I druga sprawa – nawet po zużyciu się podeszwy, w przypadku tego modelu nie musisz rozstawać się z tym obuwiem… Jak to?

Tak to! Nawet gdy podeszwa tych butów zacznie wyglądać jak opona typu slick, buty La Sportiva mogą odzyskać drugie życie. Projektanci stworzyli te buty przy zastosowaniu specjalnej platformy o nazwie Resole Platform. Dzięki specjalnej konstrukcji podeszwy, po zużyciu bieżnika, można oddać buty do serwisu i wymienić podeszwę zewnętrzną na zupełnie nową.
Uważam, że to świetne posunięcie marki La Sportiva. Spędzam w górach dużo czasu i szybciej zużywam podeszwy, niż niszczę cholewki swoich niskich butów trekkingowych. Dzięki możliwości wymianie podeszwy nie tylko można dłużej cieszyć się użytecznością swoich dopasowanych i sprawdzonych już na szlakach butów, lecz także sprawić, że wolniej przyrastać będzie górka śmieci na naszej planecie. Tony ubrań i butów zalegają na śmietniskach całego świata. Tak odpowiedzialne działanie powinno być standardem, a nie bonusem. Trzymam kciuki, by tak właśnie się stało.

Buty TX5 EVO GTX to model, na który powinni zwrócić uwagę przede wszystkim wymagający użytkownicy. Dobór materiałów i staranne wykonanie zdradzają, że to obuwie dla osób, które często są w górach i które poszukują konstrukcji o zaawansowanych rozwiązaniach.
Buty przeznaczone są do hikingu i trekkingu, stąd też uzyskały odpowiednią amortyzację. Odpowiada za nią śródpodeszwa z elastyczną pianką. Amortyzującą rolę spełnia także wspomniany już system Impact Brake System. Pod piętą nawet z zewnątrz widać amortyzującą strefę! Taka konstrukcja, wsparta dodatkowo wkładką Ortholite, pozwala wędrować długo i przy zachowaniu komfortu.

Kolejna cecha – buty są gotowe na starcie z trudnym terenem. Pełny gumowy otok w najniższej części cholewki, każe mi wierzyć, że ochrona jest na najwyższym poziomie. Pociągnięty jest on wysoko pod piętę butów, co zdradza, że La Sportiva nie przyjmuje w tym względzie żadnych kompromisów. Tę ochronę gwarantuje w newralgicznym miejscu ponadto czubek buta. Przy przypadkowym uderzeniu o kamienie, skały, korzenie, w tych butach chroni panel z gumy będący integralną częścią zewnętrznej podeszwy.
I na koniec detal, który cieszy, minimalistyczne pętelki na końcach butów. Czy to komuś potrzebne? Przy zakładaniu obuwia może nie, ale jeśli zabierzesz buty na podejście pod wspinaczkową ścianę, trekking, gdzie trzeba przejść przez górski potok, pętelka przyda się, by zawiesić buty szybko na plecak. Jak dla mnie bomba.
***
Czy coś bym w tych butach zmienił? Tak. Z przyjemnością powitałbym w katalogu marki ten sam model bez membrany GORE-TEX. Z zasady, zimą wybieram wysokie buty z membraną, latem raczej sięgam po niskie buty trekkingowe i podejściówki bez membrany, ale jak wiadomo, zasady są czasem po to, by je łamać. Model TX5 EVO GTX wyposażony jest w wodoodporną i oddychającą membranę GORE-TEX Extended Comfort, czyli najbardziej oddychającą z wersji wodoodpornych laminatów stosowanych w butach. Testując buty wczesną wiosną, zyskałem ochronę przy zmiennej pogodzie, w deszczowe dni i na szlakach, gdzie trzeba było iść wśród mokrej od trawy rosy. Teraz czas na dalsze testy: testy przy wyższych temperaturach, które sprawdzą oddychalność, a także wycieczki w wyższe góry i na bardziej techniczne szlaki. Z niecierpliwością czekam na to, jakie doświadczenia przywieziemy z tych przygód.
Tak już jakoś jest – najlepsze buty w góry pochodzą z Włoch. Z każdą kolejną parą butów włoskich marek przekonuję się, że jeśli komuś w górach mają moje nogi ufać, to właśnie Włochom. W ostatnich miesiącach zaufałem, już drugi raz, marce La Sportiva, a dokładnie butom Aeuquilibrium Trek GTX.
To nie pierwszy mój test butów w góry marki La Sportiva. Najważniejsze, że kolejny z udanych. Buty Aeuquilibrium Trek GTX zostaną ze mną na długo, bo jest to idealny but na chłodniejszą część roku w Sudetach, gdzie spędzam najwięcej czasu na szlakach. Na przestrzeni ostatnich kilkunastu wyjść w góry sprawdziłem buty te w polskich i czeskich Karkonoszach, Górach Sowich, Izerskich i Kamiennych.
Wygląda na to, że model staje się najwygodniejszym z moich wysokich butów, idealnym na czas, gdy muszę rozstać się z podejściówkami. Ale hola, hola – dość tych superlatyw! Pogadajmy o konkretach. Jeśli dotrwasz do końca tego testu, dowiesz się, za co tak naprawdę polubiłem te buty La Sportiva.

Od razu odpowiedzmy sobie, co to za treki i dla kogo są stworzone. Buty La Sportiva Aequilibrium Trek GTX to nie są techniczne, wysokie buty w góry. To buty trekkingowe, które mają być przede wszystkim wygodnym i trwałym obuwiem na jedno-, a przede wszystkim wielodniowe wyjścia w góry. Buty dedykowane są wędrówkom w zróżnicowanym, wymagającym, ale nie technicznym terenie. Nie są to buty na lodowiec, czy nawet techniczne zimowe szlaki i drogi tatrzańskie. Dlaczego? Reprezentują segment butów dość miękkich, do których nie założysz na przykład półautomatycznych raków.
Jeśli szukasz jednak butów na poważniejsze zadania niż turystyczna wycieczka, czy wielodniowy trekking, to nic straconego. Rodzina butów Aequilibrium La Sportiva składa się także z bardziej technicznych modeli, takich choćby jak Aequilibrium ST GTX, Aequilibrium Speed GTX czy Aequilibrium Top GTX.
Jeśli zatem wędrujesz najwięcej w Sudetach, Beskidach, Bieszczadach, ale też latem wybierzesz się na bardziej wymagający trekking w Dolomity, Pireneje, czy nasze ukochane Tatry – ten but trekkingowy może być strzałem w dziesiątkę!

Może, ale nie musi! Pamiętaj o tym, że nie każdy but jest na każdą stopę… Zacznijmy zatem od dopasowania i wygody, za które – w moim przypadku – buty zyskały najwyższe noty.
Buty Aequilibrium Trek GTX to przede wszystkim buty, których cholewkę można dopasować bardzo dobrze. Służy temu starannie zaprojektowany system sznurowania. Zaczyna się on blisko palców, a kończy w kołnierzu ponad kostką. Całość współpracuje ze świetnie wykonanym językiem, który powstał z komfortowych materiałów. Język jest w pełni zintegrowany z cholewką, aż po drugi haczyk na sznurowadła w kołnierzu. Miękki materiał doskonale układa się pod sznurowadłami. Dzięki temu, że cholewka i język tworzą całość w rozwiązaniu znanym jako gusseted tongue, obuwie jest w tym miejscu szczelne. Żaden kamyczek się tu nie przedrze, podobnie jak i wilgoć.

Drugim elementem, który dba o wygodę, jest dobrze zaprojektowany kołnierz. Element ten wykonano w rozwiązaniu 3D Flex System, dzięki czemu jest on dobrze wyprofilowany i elastyczny. Po dopasowaniu do nogi za pomocą sznurowadeł całość raczej otula, niż ściska nogę w obrębie i powyżej kostki. Za ten duży komfort daję duży plus! Tym bardziej, że nie jestem fanem wysokiego obuwia trekkingowego w góry i sięgam po nie, dopiero gdy warunki w górach nie pozwalają na komfort w butach podejściowych.

Niejeden szlak za nami. Było trochę śniegu, trochę szreni, trochę błota i kamieni… Buty La Sportiva wyglądają jak nowe. To zasługa dobranych materiałów i paneli ochronnych, które projektanci umieścili dokładnie tam, gdzie trzeba.
Cholewka butów wykonana jest ze skóry Hydro-Perwanger. Jest to doskonały surowiec, garbowany w Tyrolu. Tego typu skóra wykazuje dużą odporność na uszkodzenia oraz sama w sobie stanowi barierę dla wilgoci i opadów. Ochronę przed warunkami atmosferycznymi uzupełnia membrana GORE-TEX® Performance Comfort. Na uwagę zasługuje jedna, bardzo ważna cecha cholewki…
Skórzana jej część wykonana jest właściwie z jednego kawałka! To doskonała wiadomość, bo szwy, które często są newralgicznymi i najsłabszymi miejscami takich konstrukcji, zostały wyeliminowane do minimum. Jeden – a przy tym krótki szew – znajduje się przy palcach. Wykonano go dodatkowo w taki sposób, że żadna nić nie wystaje ponad płaszczyznę cholewki.

W innych butach zdarzało mi się, że kamienie, czy lód niszczyły szwy i w miejscach łączenia wystawały nitki. W przypadku butów La Sportiva Aequilibrium Trek GTX takie ryzyko właściwie nie występuje i jest to obietnica zwiększonej odporności na zużycie, czy uszkodzenie obuwia.
Konstrukcję butów Las Sportiva uzupełniają ponadto ochronne panele. Prawie cały obwód powyżej podeszwy jest dodatkowo chroniony. Największy panel jest w newralgicznym punkcie – na palcach – czyli dokładnie tam, gdzie stopa narażona jest na razy, a but na przypadkowe uderzenia, na przykład o skały czy kamienie.
Zabezpiecz swoje stopy na górskich szlakach – kliknij, aby zobaczyć kolekcję!
I znów – rasowy Vibram – czyli zero przypadków. Zarówno tych w doborze komponentów po stronie producenta, jak i tych, które mogą później zdarzyć się w terenie.
Bardzo dobrze prezentuje się bieżnik i gumowa mieszanka w podeszwie zewnętrznej. Pod samymi palcami czuć, że guma podeszwy nie jest twarda. Najważniejsze też, że odczuwa się to w terenie, gdzie buty po prostu trzymają podłoża.
Plusem jest też mocno urzeźbiony bieżnik. Starannie zaprojektowana struktura wpija się dobrze w miękkie podłoża, a na pierzyskach i skałach też znajdzie sobie miejsce, by oferować dobre podparcie.
Absolutnie agresywna jest piętka podeszwy! Tam nad bezpieczeństwem – szczególnie podczas schodzenia – czuwa pewien system La Sportivy. W tylnej części zastosowano rozwiązanie Impact Brake System, którego działanie można chyba porównać do hamulca ręcznego w samochodzie. Bardzo głęboki bieżnik w tym miejscu wrzyna się wręcz w podłoża i nie pozwala zjeźdzać podeszwom bez kontroli w dół zbocza.

Całość konstrukcji uzupełnia niezbyt sztywna i amortyzująca śródpodeszwa. Jak przystało na buty do turystycznych i trekkingowych zastosowań, buty nie są przesztywnione i wspierają stopę, delikatnie amortyzując przy każdym kroku. Nie jest to oczywiście amortyzacja rodem z butów biegowych, ale na długiej trasie i przy ciężkim plecaku zrobi swoją robotę.
Z początkiem zimy doceniłem również sam profil podeszwy i cholewki. Moje raczki turystyczne siadają na butach idealnie. Wyzwania takie, jak oblodzony szlak (a właściwe lodowa rynna) na Wielką Sowę, to była dla mnie pestka. Raczki nie przesuwały się, a ja mogłem skupić się, by kolejne kroki stawiać bezpiecznie i co chwila rozkoszować się widokami na wędrówce.

Nie bez powodu wspomniałem tu o długich trasach z domem na plecach. Ten but wydaje się do tego stworzony. Mam całkiem mocne przekonanie, że zaufać mu warto przy dłuższej wędrówce, w której może wydarzyć się wiele. Gatunkowe materiały, naprawdę dobra podeszwa i design bez zarzutu budzą respekt. Na poważnie przyjrzyj się tym butom, jeśli tylko szukasz butów na trekking, co do których można wyzbyć się obaw.
Pierwszych test za nami. Jesienią i z początkiem zimy buty La Sportiva Sprawdziły się świetnie. Bez wątpienia polubiliśmy się, ale najtrudniejsze testy jeszcze przed nami. Buty w góry sprawdza się latami. Dlatego czekam na nasze kolejne przygody w górach oraz sprawdzian na jakiejś naprawdę długiej, wielodniowej wędrówce.
Piotrze, wiem że jesteś człowiekiem wielu pasji. Jeżeli się Tobie bliżej przyjrzeć, to widać że no nie potrafisz usiedzieć na miejscu i podejmujesz się wielu aktywności związanych z górami. Jesteś biegaczem górskim, ratownikiem Grupy Sudeckiej GOPR, organizatorem dużych imprez biegowych, takich jak Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich, instruktorem wspinaczki, kiedyś prowadziłeś nawet schronisko górskie. Zdecydowanie nie boisz się wyzwań. Sporo tego, ale jak Piotra Hercoga można określić najprościej.
To nie jest łatwe… nie istnieje łatwa odpowiedź. Zakres tych różnych moich zainteresowań, który wymieniłeś, jest bardzo szeroki. Ciężko tak jednym słowem scharakteryzować się, ale próbując znaleźć jakąś formułę, powiedziałbym, że jestem poszukiwaczem przygód, które można przeżyć na różnoraki sposób: sportowy, podróżniczy, czy jeszcze jakiś inny. To jest chyba taka bardzo szeroka definicja, ale nie jestem w stanie zdefiniować się dokładniej.
Czyli mimo tego, że jesteś uznanym sportowcem, jednym z najbardziej rozpoznawalnych ultrasów w Polsce, to najkrócej rzecz ujmując napędza Cię przygoda, a niekoniecznie rywalizacja?
Tak, chyba dominującym motywatorem jest przygoda. Podróże, poznawanie ludzi i miejsc, przeżywanie wszystkich tych sytuacji jest istotne. Nie ukrywam, gdzieś ten sport i rywalizacja na pewno też, ale coraz częściej zauważam, że to szybkie poruszanie się po górach jest też taką formą z szybszego zwiedzania. Jestem bardzo łakomy wszystkich tych rzeczy, a czasu nie jest mało.

To prawda, w czasie kilku godzin, biegowo można zrobić takie trasy, na które byśmy poświęcili całodniową wycieczkę. Dzięki temu faktycznie można realizować pasje i nie zaniedbywać obowiązków w dolinach.
Patrząc tak bardzo przyziemnie, to w obecnych czasach mamy coraz mniej tych godzin wolnych. Bardziej sportowe podejście może pozwolić połatać obowiązki i pasje. Taką szybką formę działania można nawet przenosić w góry wysokie. Dzięki szybszemu stylowi działania nie marnujemy czasu na jednym elemencie przez trzy, cztery, pięć tygodni, tylko staramy się bardzo intensywnie realizować plany i przeżywać. Kiedyś dyskutowałem o tym nawet z Andrzejem Bargielem i on – ale nie tylko on, bo jest więcej takich osób z młodego pokolenia – wychodzi także z założenia, że nawet jeśli obieramy poważne, wysokie cele, które wymagają aklimatyzacji, to i tak można całą akcję przyspieszyć, by nie siedzieć, jak kiedyś, przy oblężniczych wyprawach cztery czy sześć tygodni pod jedną górą. Można aklimatyzować się też gdzieś indziej i potem przenosić na główny cel. Dzięki temu przeżywamy więcej.
Zresztą, pozostając przy górach wysokich, mamy dziś więcej możliwości, choćby tych logistycznych, co wpływa na to, że himalaizm się bardzo zmienia. Kiedyś ten „szlachetny”, oblężniczy styl był dominujący, ale to się już zmieniło. Sportowy styl będzie raczej dominował, to jest przyszłość.
Spoglądając jeszcze na moment w przeszłość… Twoja górska pasja i sportowe zacięcie – one zawsze Ci towarzyszyły, czy był jakiś moment, kiedy się to objawiło?
Jak pogrzebię w pamięci daleko – tak do lat młodzieńczych – to myślę, że to się bardzo zmieniało. Na pewno zawsze była chęć odkrywania czegoś nowego i łakomstwo przygód. Od dawna towarzyszył mi jakiś element rywalizacji, bo zanim biegałem po górach, to w moim życiu była piłka nożna i zawody w biegach na orientację. Teraz rywalizacja może traci trochę na znaczeniu, mimo to ten element, by zrobić coś szybciej, zawsze siedzi mi w głowie, czy to na zawodach, czy w bardziej przygodowych projektach.

No właśnie, biegi górskie to Twoje główne zainteresowanie, ale wcześniej to były rajdy przygodowe, prawda?
Tak, bieganie i zawody dominowało u mnie przez ostatnią dekadę, dziś skręcam po prostu w kierunku szybkiego poruszania się po górach. Przed biegami był czas startów rajdach przygodowych. Przez dziesięć lat startowałem w rajdach i był taki poligon dla mojego organizmu. Oczywiście w tym czasie musiałem podnosić swój poziom sportowy, żeby brać pod uwagę kolejne starty w poważnych imprezach. Budowaliśmy to razem z ekipą, bo to były najczęściej starty zespołowe. Takie starty bardzo dużo nauczyły mnie tego, ile organizm ludzki jest w stanie znieść, pokazały mi gdzie są moje granice, w jakim momencie powinienem czasami odpuścić albo zwolnić. To mi dało później dużą przewagę w tym, jak planować biegi, szczególnie te najdłuższe.
Dziś bardzo dużo osób biega również w górach. Powiedz, czy to jest dla wszystkich?
Z perspektywy wielu lat i wielu spotkań z osobami, które biegają, mogę powiedzieć, że jest to aktywność dla wszystkich. Poruszanie się szybsze po górach, czy to jest bieganie czy marszobieg, jest dla wszystkich. Oczywiście każdy z nas ma inny poziom sportowy i wyjściowy, zupełnie inne doświadczenia kondycyjne. Inaczej musimy zaczynać, natomiast każdy z nas i to bez względu na wiek, może może iść w tę stronę, może popróbować. Nawet może podjąć się startów w zawodach. W większości limity na zawodach są tak duże, że osoba, która szybko chodzi, jest w stanie się w nich zmieścić. Pamiętać należy o jednym. Trzeba sobie tylko takie aktywności dozować, żeby sprawdzać ten swój organizm, na ile sobie możemy pozwolić. Trzeba zaczynać od krótszych dystansów, a gdy czujemy się dobrze wydłużyć dystans lub przyspieszyć. W bieganiu – jak w każdym innym sporcie – trzeba mieć też pewną systematykę. Ona sprawia, że będziemy się czuli coraz lepiej, będzie nam to sprawiać więcej przyjemności i doprowadzi do tego, że z upływem czasu będziemy mogli pozwalać sobie na więcej i więcej.
Ile trzeba poświęcić czasu na bieganie? Ile trenujesz, żeby utrzymać formę?
Planowanie treningu zależy od tego, co chcemy osiągnąć. Znam bardzo wiele osób, dla których głównym celem jest po prostu sprawność. Nawet jeśli startują w zawodach, to wynik jest drugorzędny, robią to dla „fanu”. Spłycając tę odpowiedź, najważniejsze jest żeby dużo się ruszać i podejmować różne aktywności sportowe, nie tylko bieganie. Dwa, trzy razy warto się w tygodniu wybiegać. To nie muszą być dystanse ultra. Inną sprawą jest podejście sportowe i tu zależności jest bardzo wiele. Jeśli o mnie chodzi, biegam od 7, 8 kilometrów do 20, 25 kilometrów. Nie więcej. To wystarczy, by potem pokonywać o wiele dłuższe dystansy, dlatego nie katujmy się. Wszystko należy robić z głową i uzupełniać treningi jakimiś innymi sportami: siłownia, narty biegowe, skitury, wspinanie.

To bardzo ciekawe, bo może się wydawać, że jeśli chcemy zostać ultrasem, to – na przykład – raz w miesiącu należałoby przebiec dystans ultra…
Teraz obciążenia mam troszeczkę mniejsze, bo nie mam takich częstych i systematycznych planów startowych, ale nawet jak byłem w mojej takiej optymalnej formie, to bardzo rzadko mi się zdarzało przekroczyć dystans 25 czy 30 kilometrów i to raz w tygodniu. Z reguły w czasie tygodnia jeden lub dwa treningi są takie długie, a wszystkie inne to krótkie treningi, ale zróżnicowane. Trzeba bieganie różnicować, bo po pierwsze wtedy nam się nie nudzi, a po drugie bardziej wtedy pobudzamy ciało i organizm efektywniej reaguje na zmiany. W podnoszeniu naszej formy taka zmienność i adaptacja organizmu jest kluczowa.
Warto też powiedzieć, że na zawodach warto biegać dla atmosfery. Biegacze to też część takiej fajnej, górskiej społeczności i fajnych imprez, gdzie po prostu spotykasz innych i przeżywasz emocje. Dla tych emocji się też startuje.
O tak, to prawda biegi górskie mają swoją specyfikę, wokół nich istnieje takie podwórko ludzi, którzy się lubią i lubią aktywności w górach. Na zawodach jest często wyjątkowy klimat, a także już po biegu. Z tymi ludźmi warto się spotkać, podyskutować, czasami po takich rozmowach udaje się wymyślić jakiś kolejny projekt lub wyznaczyć cel, do którego będziemy dążyć, o którym będziemy marzyć. A to jest istotne. Jeżeli ja mam jakiś cel , to bardziej się przykładam na co dzień, by przy ogromie obowiązków zawodowych i domowych wygospodarować jeszcze czas na trening. Lepiej zarządzamy wtedy czasem i ja przynajmniej tak mam, że czym mniej tego czasu, tym potrafię lepiej go wykorzystać i jestem zadowolony, że wszystko jest poukładane. Oczywiście wiele osób ma ciężką pracę i po niej odczuwa zmęczenie. Wielu biegaczy jednak motywuje się, trenuje na takim zmęczeniu i w ten sposób zwiększa pojemność swoich akumulatorów, co później owocuje tym, że organizm może więcej.
Powiedz mi, co jest najtrudniejsze w czasie takich rajdów długodystansowych i biegów ultra? Co jest największym wyzwaniem z Twojej perspektywy?
U każdego może być troszeczkę inaczej, każdy czynnik może powodować myśl o rezygnacji. W początkowym okresie najtrudniejszy był dla mnie brak snu. Często powodem rezygnacji jest suma kilku kluczowych czynników – oprócz braku snu, zmęczenie czy otarcia. Brak sił często powodował u mnie myślenie, że już mam dość i myślałem o rezygnacji. Natomiast z każdym kolejnym rokiem pewne rzeczy dało się wytrenować, a zmęczenie i wysiłek opanować. Prawda jest taka, że z czasem też przyzwyczajamy się do tego, że zmęczenie czy brak snu to nie jest nic skrajnego. Organizm przyzwyczaja się też do bólu, da się to w jakimś stopniu odsunąć. Ten ból oczywiście jest. To nie jest tak, że ktoś, kto szybko się porusza i dużo trenuje, nie ma tego bólu i jest jakimś niezniszczalnym człowiekiem. Brak snu jest nadal elementem, który sprawia trudność i towarzyszy mi przez okres całej tej sportowej kariery. Nie da się tego wyeliminować – głównie przy tych długodystansowych rajdach, bo biegów, w których trzeba się z tym zmierzyć jest mniej. Przez te lata udało mi się poprzesuwać trochę granice i do tych 40 godzin aktywności to dziś daję radę wytrzymać bez snu. To wymagało czasu i wielu doświadczeń. Bardzo dużo siedzi w naszej głowie i po takich doświadczeniach umysł wie, że skoro kiedyś dał radę, to jest to możliwe. Dużo zależy jak się nastawimy do takiego wyzwania.
Tak, głowa to jedno, ale organizm też musi działać jak sprawna maszyna, która potrzebuje paliwa. Czy masz jakąś specjalną dietę?
Bez paliwa rakieta nie poleci! To jest bardzo istotny element. Im wyższy poziom chcemy osiągnąć, tym więcej elementów i szczegółów ma znaczenie. W początkowym okresie wszystko przechodzi, ale gdy wchodzimy na wyższy poziom, to musimy zwrócić uwagę, na wszystko, bo balansujemy na granicy przeciążenia. Trzeba pamiętać, że musi być czas na trening i na odpoczynek, ale też musimy znaleźć czas na dobre odżywianie. To musi być wszystko poukładane, żeby iść do przodu. Szczególnie na takich długich wyprawach, czy startach w biegach, ma bardzo duże znaczenie. Jeśli nie dostarczymy odpowiednich ilości energii, to nasz organizm po prostu stanie. Jeżeli dostarczymy energii źle, to rozstroimy organizm. To jest bardzo częsty problem. Wiele osób, nawet jeśli może się ścigać na dużych dystansach, to często w czasie biegu ma problemy z brzuchem, jedzeniem, z przyjmowaniem pokarmu.
Na co dzień nie mam ściśle określonej diety. Staram się jeść w zrównoważony sposób. Mogę sobie pozwolić na wszystko, ale… omijając oczywiście pewne produkty, rzeczy, czy ilości. Żaden produkt tak naprawdę nas nie zabije, kluczowa jest natomiast ilość tego, co spożywamy. Im bliżej zawodów, czy jakiegoś celu, tym bardziej zwracam uwagę na jedzenie i wybieram starannie produkty. Inną kwestią jest też żywienie w czasie wysiłku. Wtedy wybieramy tylko takie produkty, które są pożywne i sprawdzone. Takie, które dadzą nam energię.

Czy w takim razie masz jakiś schemat żywienia w czasie biegu? Czy – na przykład – co określony czas sięgasz po coś? Co zabierasz do biegowego plecaka, a po co sięgasz na punkcie odżywczym?
Każdy bieg ma swoją specyfikę. Najpierw musisz się wczytać, jakie są te punkty i co jaki dystans. Jeżeli mam taką możliwość, staram się omijać bufety i nie eksperymentować w czasie biegu. Oczywiście nie zawsze się da, bo są biegi, w których nie można mieć supportu z zewnątrz. Są jednak też zawody z zakazem takiej pomocy, lub są one w miejscach, gdzie jest ta pomoc niemożliwa. W takim wypadku korzystam z punktów i wiem, że na nich mogę pozwolić sobie przede wszystkim na płyny – wodę, izotoniki – a z jedzenia to zazwyczaj są owoce. Coś do jedzenia zwykle także sobie niosę, ale tu ważny jest kompromis, bo każde pół kilograma ma duże znaczenie na wynik sportowy. Przygotować sobie można zatem pewien, niewielki zapas w lekkiej formie. Izotoniki, żele, musy, batoniki, to są takie produkty. Ważne, żeby nie zabierać tylko takich produktów, które z nazwy czy składu obiecują wiele. Najgorzej jest, gdy coś nam nie smakuje, „nie wchodzi”. Muszą to być rzeczy sprawdzone i dla nas smaczne. Najlepiej jest, gdy na punktach odżywczych można zostawić swoją żywność. Przy takich dłuższych biegach to się zdarza i wtedy przygotowuję sobie jakiś sprawdzony liofilizat, owoce w puszkach i to tyle.
Bywają zawody, gdzie jedzenie jest – powiedzmy – takie sobie. Na Bajkale , na biegu Baikal Ice Marathon na śniadaniu przed startem był szwedzki stół, a na nim śledziki, kiełbaski, raczej jedzenie pod kolację i to taką zakrapianą. Po takim śniadaniu raczej walczyłbym z organizmem, a nie dystansem. Dziwnie tam na mnie patrzyli, gdy wyjąłem liofilizowaną owsiankę. Wiedziałem, że to mi da dużo energii i faktycznie przebiegłem ten dystans bez zaglądania do bufetów. Owsianka, jeden żel i udało się maratoński dystans na tym pokonać.
Niesamowite! Skoro powiedziałeś o liofilizowanej owsiance, to od razu przypomniałem sobie, że jesteś przecież ambasadorem polskiej marki żywności liofilizowanej – marki Lyo. Coś w tej marce jest wyjątkowego? Jak wejdzie się na stronę tej firmy i rzuci okiem do zakładki ambasadorzy, to widać wyraźnie, że to są ludzie którzy podejmują najambitniejsze działania w swoich dziedzinach.
Firm, które robią liofilizaty jest dużo na świecie, może w Polsce troszkę mniej, ale na świecie już się spotkałem z wieloma. Produkty tych marek są różnie komponowane. To, co przekonało mnie do wejścia w taką długą współpracę z marką Lyo, był fakt, że ja zacząłem wykorzystywać żywność liofilizowaną wcześniej, nim się starałem ich ambasadorem. Na swoje projekty potrzebowałem czegoś smacznego i sprawdzonego. Dania Lyo tworzone są z dobrych produktów, a to jest istotne, gdy chcemy się dobrze odżywiać i stawimy sobie wysokie cele. Jako sportowcy chcemy wiedzieć że produkt jest zdrowy. W Lyo wszystko jest przemyślane, od procesu produkcji po łatwość przyrządzenia, spożywania, a wszystko dopełnia jeszcze design produktów.
Tak, oczywiście najważniejszy jest smak i jakich elementów oraz ile energii danie dostarcza, ale nie ukrywajmy, że wygląd, zapach ma tu duże znaczenie. Tu wszystko zdaje się składać w jedną całość.
Znam ludzi, którzy tworzą te produkty. Wszystko to wynika z pewnego sposobu życia. To są ludzie aktywni, z naszego środowiska i myślą podobnymi kategoriami. Ich sposób bycia, podejścia do przyrody sprawia, że wybierają zdrowe składniki swoich dań. To jest autentyczne, klei się ze sobą, a nie zawsze w różnych firmach tak jest. Nawet jeśli bycie takim ambasadorem jest swego rodzaju kontraktem, pracą, to w pierwszej kolejności jest to przyjemność, a nie wykonywanie robót.

Masz w menu LyoFood ulubione danie?
Danie… Chyba nie mam takiego jednego dania. Dzielę to menu na dania główne i rzeczy śniadaniowe. Jeśli chodzi o śniadania, to właściwie bez względu na smak, owsianki są moim częstym wyborem. Jak ktoś się przyjrzy, jak skomponowane są te śniadania pod względem kalorii, to przekona się, że wszystko ma tu swój cel. Wydaje się, że nie jemy zbyt dużo, a taki posiłek trzyma długo i daje wiele energii. Z dań głównych – to zależy wszystko od projektu, wysiłku, miejsca i temperatury. Jak bywam w górach wysokich to tam na biwakach „wchodzą” świetnie takie polskie smaki… Wspomnę choćby o bigosie (śmiech), który jest rewelacyjny.
Jest obłędny!
Ja nawet raz podałem taki bigos rodzinie. Spędzaliśmy w górach z bliską rodziną święta i wzięliśmy tam po prostu liofilizowany bigos. W górach więc zjadam coś konkretniejszego. Jestem mięsożercą i dania mięsne, z sosem, makaronem ryżem są dla mnie podstawą. Jak jest cieplejsza pogoda to sięgam też z chęcią po pikantne rzeczy. W zależności od nastroju, temperatury, czy rodzaju działań jest różnie z wyborem konkretnych smaków. I w życiu codziennym, i na projektach jest to bardzo zależne.

Czyli jak Piotr Hercog kończy dystans ultra, to na mecie nie czeka support z konkretną potrawą?
Na zawodach przyjmujemy bardzo dużo słodkich rzeczy. Jedną taką stałą jest to, że po długich biegach zawsze ma się ochotę na coś do przełamania smaku – albo coś gorzkiego do picia, goryczkowego nawet (śmiech), albo smaki typu pizza, zapiekanka. Nie wiem co w tym jest, ale wielu moich znajomych, którzy startowali ze mną w rajdach, w drugiej części takiego dużego wysiłku mówiło, że mają smaka na pizzę albo zapiekankę. Duże prawdopodobieństwo, że po zawodach pójdę w tę stronę (śmiech).
Na czym skupiasz teraz uwagę? Nadal najważniejsze są dla Ciebie starty w zawodach, rozwijanie projektu „Piotr Hercog Mountain Challenge”, czy może masz inne plany?
Jest cały, szeroki wachlarz tego, co chcę wykonywać. Zawody sportowe w biegach górskich nie są już dla mnie tą najważniejszą rzeczą. Kiedyś to było nawet kilkanaście startów w ciągu roku, ale od kilku lat trochę wystopowałem. W Polsce startuję raczej w ramach przygotowania, treningu, a bardziej pociągają mnie starty w nietypowych miejscach, w trudnych biegach, jak na przykład bieg w Peru, który odbywał się na bardzo dużych wysokościach. Tam średnia wysokość na dystansie 100 km była na wysokości ok. 3500 m n.p.m. Rozpiętość tych wysokości była od 2800 do 4650 m n.p.m. W takim biegu aspekty przygotowania wytrzymałościowego są bardzo istotne.
Bardziej też idę w kierunku projektów w górach wyższych i to niekoniecznie projektów biegowych. Od ponad roku siedzimy z Januszem Gołębiem nad pomysłem zdobycia trzech najwyższych szczytów Ameryki Południowej, ale od poziomu 0. Najpierw na rowerze – najwyżej jak się da – a później biegowo i wspinaczkowo. Chcielibyśmy to zrealizować w krótkim czasie, w czasie około miesiąca, a sam dystans do przejechania na rowerach to jest blisko 2000 km i 30 000 m podjazdu… Chcemy zrealizować ten plan jesienią, ale kluczowe znaczenie będzie miała oczywiście pogoda. Ze względu na opady i temperatury można sobie na taki projekt pozwolić tylko dwa razy do roku.
Cały ten projekt „Piotr Hercog Mountain Challenge” polega na tym, by poznawać miejsca, w których mnie jeszcze nie było, a jeśli udaje się wkomponować do tego jeszcze sport, to jest super.

Niejedno zawodnicze marzenie już w życiu spełniłeś – co jest lepsze? Lepiej jest marzyć i planować, czy najlepiej smakuje jednak realizowanie planów i spełnianie marzeń?
Z tym jest podobnie jak z treningami. Musi być równowaga. Nie możemy tylko marzyć i nie realizować, bo nigdy nie będzie kulminacji tego marzenia. Jedno i drugie jest na równi ważne. W procesie marzenia, jest bardzo dużo niewiadomych i to zawsze nakręca do działania. To jest super. Pewne projekty wymagają dużo czasu, siły i pieniędzy, czasami trzeba włożyć w nich trochę bólu. Jeżeli jednak wiemy, ile musieliśmy poświęcić, jak wiele czasu nas to kosztowało i jak wielu ludzi nam w tym pomagało, to spełnienie projektu daje dużo satysfakcji. Realizacja dowodzi, że to co sobie wymyśliliśmy jest możliwe. Bez marzeń trudno byłoby mi funkcjonować na co dzień.
Piotrze, bardzo dziękuję Ci za tę przemiłą rozmowę. Trzymam kciuki za Twoje projekty i życzę Ci wielu marzeń do zrealizowania.
Wyobraź sobie buty w góry… Ale nie takie pierwsze lepsze. Wyobraź sobie rasowe buty podejściowe. Jak będą wyglądać? Jakie cechy powinny mieć. Dla mnie, powinny być przede wszystkim niezawodne, czyli solidnie wykonane i wytrzymałe. Oczywiście wysoko oceniałbym w nich także wygodę. Sprawdźmy czy buty La Sportiva Boulder X zdadzą test na tego typu model.
Ten tekst – test butów Boulder X od marki La Sportiva – to raport z kilkumiesięcznego użytkowania. Testowania przede wszystkim w okresach przejściowych, w których solidne buty podejściowe są po prostu na wagę złota. Taki but musi bowiem sprostać wilgoci, błotu i niższym temepraturom.
Już na pierwszy rzut oka – nawet zanim buty La Sportiva weźmiesz do ręki – ma się wrażenie, że produkt ten stoi na półce, gdzie możesz szukać raczej poważnego obuwia w góry. Model ma wygląd klasycznej podejściówki, której raczej bliżej do butów trekkingowych niż sportowego obuwia. Powagi dodaje materiał wykonania. Gdy sięga się dłonią po Boulder X i zdejmuje go ze sklepowej półki, ma się przekonanie, że nie są to buty o piórkowej wadze.
Zobacz też inne produktu marki –> La Sportiva.
Faktycznie, buty Boulder X nie należą ani do najlżejszych, ani do najcięższych. Są to solidnie wykonane buty podejściowe, na których nie powinien robić wrażenia ani żaden szlak, ani teren o charakterze łatwej graniówki czy via ferraty. Zaraz po wzięciu butów do ręki utwierdzamy się, że obuwie jest tej klasy, co Zodiac marki Scarpa czy Dragontail marki Garmont, choć od tego drugiego buty La Sportiva są znacznie lżejsze.
Podobnie wypada porównanie konstrukcji tych butów. Wszystkie te modele stawiają na zamszową klasykę. Wszystkie są również dość sztywne, co podpowiada, że skalisty i niepozbawiony technicznych stopni teren może okazać się ich domeną.

Jak już wspomniałem Boulder X to klasyczne buty podejściowe. Niska cholewka tych butów to przede wszystkim solidny i gatunkowy zamsz. Cholewkę buduje kilka kawałków skóry zamszowej, którą uzupełniają dość znaczne panele gumowe.
Gumowy otok ciągnie się właściwie dookoła butów, co sprawia, że buty są doskonale chronione nie tylko przed uszkodzeniami mechanicznymi, lecz także dolna część cholewki zyskuje wzmocnioną ochronę przed wilgocią czy wodą.
Boulder X to model produkowany zarówno w wersji wyposażonej w membranę GORE-TEX®, jak i z cholewką bez membrany. Jeśli chodzi o testowany model, to nie postawiłem na buty GORE-TEX. W przypadku niskich butów trekkingowych czy podejściówek, zwykle stawiam na modele bez membrany. Jeśli cholewka wykonana jest z tak solidnego materiału jak zamsz czy nubuk, ufam impregnacji i cieszę się zwiększoną oddychalnością niskiego obuwia.
Boulder X to model zdecydowanie wyróżniający się również systemem sznurowania i wyściółką poniżej kostki. Dzięki tym elementom buty mają stabilizować dobrze stopę i dbać o doskonałe dopasowanie. Zaczerpnięty z butów wspinaczkowych – a dokładnie z modelu butów wspinaczkowych Mythos – system sznurowania, który zaczyna się już u samych palców, daje możliwość dopasowania cholewki na każdym niemal calu. Pod sznurowadłami znajduje się mięsisty, bardzo wygodny język.
Bardzo istotną cechą tych butów La Sportiva jest konstrukcja: ich śródpodeszwa oraz wykonanie i wyprofilowanie podeszwy zewnętrznej. Już na wstępie obuwie zwraca uwagę dość sztywną podeszwą. Wspominałem już, że jest to cecha dzięki której należy zaliczyć model do bardziej technicznej podejściówki niż lekkiego buta do hikingu. Sztywnej podeszwie towarzyszą jednak dwa elementy, które czynią chodzenie w butach naprawdę komfortowym. Pierwszym jest amortyzacja zastosowana w podeszwie i wykorzystanie systemu Impact Brake System, który w butach La Sportiva wspomaga stabilizację w trudnym terenie i zmniejsza przeciążenia generowane na stawy. Kolejna sztuczka projektantów to jednak specjalny profil podeszwy, w której czubek jest wyraźnie zadarty ku górze. Takie wyprofilowanie sprawia, że stopa w butach przetacza się bardzo naturalnie.
Przyznam się, że początek naszej wspólnej przygody z butami Boulder X nacechowany był lekką podejrzliwością i nieufnością. Po pierwsze, związana była ona z wyraźnie sztywną podeszwą i jej charakterystycznym wyprofilowaniem. Szybko okazało się jednak, że ów profil robi kapitalną robotę, chodząc nie zauważa się, że jest to tak sztywne obuwie górskie. Z pewną premedytacją zakładałem często obuwie także na co dzień i nawet na miejskich brukach stąpało się w nich wygodnie. Pełnię tej sztywnej podeszwy czuć było najlepiej jednak na wszystkich kamienistych szlakach i hasaniu po skałkach.
Niezrównana okazała się gumowa podeszwa w butach La Sportiva Boulder X. Projektanci postawili na renomowany Vibram, który doskonale sprawdza się na różnych podłożach. Starannie zaprojektowany bieżnik, pozbawiony jest w przedniej części agresywnych wypustek. Oprócz strefy climbing zone na przodzie buta, ma on szereg owalnych wypustek o dużej powierzchni styku z podłożem. Zapewniają one doskonałe tarcie na bardziej kamienistych podłożach. Nie znaczy to jednak, że buty nie radzą sobie w bardziej miękkim terenie. Z trakcję na trawach, szutrach i piargach odpowiada tylna część z wyraźnymi już żłobieniami, które nie są pozbawione “ostrych” kantów. Nie przypominam sobie, by podeszwa ta zawiodła mnie w jakimkolwiek terenie.
W okresie testowania cholewka objawiła same plusy, ale od razu zaznaczam, że był to okres przejściowy oraz wyjątkowo ciepła zima. Do gustu przypadło mi staranne jej wykonanie i jakość materiału. Nie objawia ona śladów zużycia, a co więcej stosunkowo łatwo się czyści. Błoto czy deszcz nie zrobiły na cholewce nigdy wrażenia. Gatunkowy i zaimpregnowany zamsz bronił się za każdym razem.
Oprócz zewnętrznej warstwy z zamszu należy wspomnieć tekstylną wyściółkę. Jest ona bardzo komfortowa. Otacza przyjemnie stopę i stabilizuje ją. Uzupełnia ją język, który nie jest – jak to ma zazwyczaj miejsce w wielu butach podejściowych – zintegrowany. Jak sądzę, rozwiązanie to może być korzystne w cieplejszych warunkach, ale to jak wpływa na oddychalność obuwia, to przyjdzie mi jeszcze sprawdzić.

Górski sznyt, wytrzymałe materiały to jedno. Drugie to dopasowanie. Zdążyłem już wspomnieć o tym, że projektanci zaczerpnęli w tym modelu wzorów z butów wspinaczkowych. Dotyczy to nie tylko sznurowania. Mam wrażenie, że te buty podejściowe La Sportiva cechuje większa asymetria, niż inne moje podejściówki i delikatnie węższy czubek. Już na poziomie mierzenia wyczułem, że ten model powinien wybrać pół numeru większy niż standardowo i że to załatwi sprawę.
A jednak muszę, przyznać, że do pełnego komfortu, brakowało mi początkowo kilku milimetrów więcej miejsca na palce. Oczywiście nie każdy but, pasuje na każdą stopę. Co więcej, każda ze stóp – i mam tu na myśli prawą i lewą stopę tej samej osoby – jest odrobinę inna. O ile na początku każdej wycieczki w butach czułem się bardzo komfortowo, o tyle po całym dniu w górach, najczęściej przy schodzeniu w doliny, czułem, że w prawej stopie brak mi delikatnie miejsca na palce.
Czy to dyskwalifikuje w jakiś sposób buty La Sportiva? Bynajmniej! Jeśli problem jest tak niewielki i objawia się w konkretnych sytuacjach, można na niego zaradzić. Delikatnie poeksperymentowałem z wkładkami. Wymiana wkładek z oryginalnych na nieco bardziej minimalistyczne oraz postawiłem na dobre sznurowanie przed długim zejściem sprawiają, że żadna z moich stóp nie musi więcej rezygnować z komfortu. Ten drobiazg, to jednak sprawa idealnego dopasowania obuwia do kształtu stopy.

Czas zebrać wnioski. Jeśli poszukujesz rasowych butów w góry, nie omijaj wzrokiem tej podejściówki. Na techniczny trekking, na graniówkę, na każde górskie zadanie, w którym liczą się solidne i przyczepne buty – sięgaj po Boulder X. Po długiej i trochę fanatycznej z mojej strony miłości do modeli innego producenta, w mojej szafie pojawiła się mocna konkurencja. Buty La Sportiva Boulder X sprawdziły się już i wiem, że sprawdzą się także na górskich szlakach nadchodzącą wiosną!
Jedna bluza to za mało! Wie o tym każdy miłośnik aktywności outdoor. Jeśli często bywasz w górach i bywasz w nich przez cały rok, szybko w twojej szafie pojawi się kilka bluz. Dziś chcę przedstawić Ci bardzo ciekawy model. Zapraszam cię do przeczytania testu bluzy Rab Superflux. To kapitalna bluza na zimę!
Od razu przyznam, że z tym testem nie spieszyłem się ani trochę. Bluza Superflux w mojej outdoorowej szafie wisi od ponad roku. Ten rok w górach pozwolił mi sprawdzić ją w różnych warunkach, na wycieczkach pieszych i na skiturach. Przez ten czas przekonałem się, kiedy zostawić ją w szafie, kiedy powinna z niej wyskoczyć, a kiedy musi być na grzbiecie bądź przynajmniej w plecaku jako dodatkowa ciepła warstwa na awaryjną sytuację.
O cechach produktów takich jak bluzy decyduje głównie materiał, z którego odzież jest wyprodukowana. Bluzy outdoorowe zazwyczaj nie posiadają skomplikowanej budowy, ale myliłby się ten, kto myśli, że technologowie tekstyliów nie mają tu nic do zrobienia. Nowoczesne bluzy w góry zbudowane są z bardzo zaawansowanych dzianin. Udowodniła to marka Polartec tworząc polarowe dzianiny znane na całym świecie.
Projektanci Rab tym razem nie sięgnęli jednak po ten materiał. Bluza Superflux wykonana jest z materiału Thermic™, który bazuje na doświadczeniach projektantów innych dzianin typu fleece. Tego typu materiał miał u początków swojego powstania naśladować wełnę, ale dziś często nie wygląda już jak polarowy korzuszek.
Twórcy materiału Thermic™ postawili na trzy cechy:
W dalszej części tego tego testu bluzy Rab, spróbuję odpowiedzieć, jak udało im się te postulaty zrealizować. Na pierwszy rzut oka materiał Thermic™ zwraca uwagę gładką fakturą zewnętrzną i przyjemną dla skóry, miękką warstwą wewnętrzną, której zadaniem – oprócz zapewniania komfortu – jest także skuteczne transportowanie wilgoci. Do produkcji bluzy Rab zastosowano materiał o gramaturze 215 g/m2, z którym bluza uzyskała wagę 402 g.

Kliknij w link i sprawdź –> bluzy trekkingowe męskie Rab <– lub kliknij po –> bluzy trekkingowe damskie Rab <–
Bluza Rab Superflux zbiera dobre opinie jako “idealny midlayer na zimę”. Zdążyłem się przekonać o tym sam. Zanim napiszę, kiedy sięgam po tę bluzę górską Rab, spróbuję opisać ją w detalach, które również można doskonale wykorzystać w czasie chłodniejszej części górskiego sezonu.
Bluza wykonana jest przede wszystkim z jednej gramatury materiału. Brak zróżnicowanego strefowo kroju, o którym pisze się często w słowach body mapping, sprawia, że jest naprawdę solidną warstwą, która zapewnia taką samą ochronę na rękach, plecach czy korpusie.
Testowany Rab Superflux Hoody to model wyposażony w kaptur. Dzięki niemu można otoczyć głowę przyjemnym ciepłem, gdy staje się ono potrzebne na szlaku, czy w czasie wspinaczki. Producent pisze, że kaptur ma profil pozwalający założyć go pod kask. W mojej ocenie kaptur ma dość obszerną bryłę przynajmniej dużo obszerniejszą od dopasowanych kapturów innych bluz, których używam. Jak dla mnie nie jest to typowy, przylegający do głowy kaptur, który wygodnie mieści się pod kaskiem. Przeciwnie, daje się on naciągnąć nawet na skorupę kasku i z kolejnym elementem bluzy – o którym w dalszej kolejności – tworzy fajną ochronę.

Mowa oczywiście o kapitalnie wyprofilowanej i wysokiej gardzie! Doceni ją każdy, kto w huraganowym wietrze i przy specyficznej “karkonoskiej lampie” (czyli widoczności na 10 m) znajdzie się na grzbiecie najwyższego pasma Sudetów lub w innych kapryśnych górach. Przywykli do gór Szkocji projektanci Rab wiedzą, jak chronić się przed nieprzyjazną pogodą. Uważam, że ten element został tak dobrze wyprofilowany, że zapominając nawet o założeniu chusty wielofunkcyjnej, można świetnie osłonić szyję.
Kolejny “zimowy” element bluzy Rab to mankiety wyposażone w otwory na kciuki. Nieco dłuższy ich profil i praktyczna dziurka sprawiają, że dłonie zyskują jeszcze więcej ochrony przed niską temperaturą. Nieużywane zupełnie nie przeszkadzają, a w czasie najgorszych warunków, a tych kilka centymetrów materiału zaciągniętego na wierzch dłoni, może robić robotę, gdy aura nam nie sprzyja.

Ponadto bluza wyposażona jest w trzy praktyczne kieszenie. Są to dwie klasyczne kieszenie na zamek, do których można wsunąć dłonie. Przydają się, gdy bluzę chcemy założyć na co dzień lub odpoczywać w niej po dniu spędzonym aktywnie w górach. To też fajne miejsce, by wrzucić doń jakiś drobiazg lub cieniutkie rękawiczki. Dzięki suwakom YKK, to co znajdzie się w ich wnętrzu, chronione jest przed zagubieniem. Kolejny element, który może się przydać i podobać, to niewielka kieszonka napoleońska na lewej piersi.
Na uwagę zasługuje również krój, elastyczny materiał i płaskie szwy na łączeniach materiału. To cechy, których się nie zauważa w trakcie użytkowania, co najlepiej świadczy o wykonaniu bluzy. Skoro nie trzeba na nich skupiać swojej uwagi, to znaczy, że z nadmiarem wypełniają swoje zadanie. Dostarczają komfortu , spełniając wzorowo swoje zadanie. Połączenie tych cech i ich przemyślanego zastosowania najlepiej widać chyba w raglanowej konstrukcji rękawów, w których żaden szew nie uciska pod szelkami plecaka.
Skoro znasz już materiał, wiesz jak uszyta została bluza Rab Superflux, to czas na raport z użytkowania. Bluza ta to faktycznie ciepły midlayer, który zimą przydaje się najczęściej. Nie znaczy to oczywiście, że nie można z niej skorzystać w innych porach roku. Na chłodne noce latem też może sprawdzić się świetnie.
Bluzę Superflux wykorzystywałem na wyjściach turystycznych i skiturowych. Jeśli wychodziłem w góry sam, sięgałem (i sięgam) po nią w dni z większym mrozem lub gdy temperaturę odczuwalną znacznie obniża wiatr. Chętnie zabieram ją również do pracy przewodnickiej, gdy tempo marszu nie jest tak intensywne.
Bluza jest nie tylko ciepła, ale też nieźle chroni przed wiatrem. Model pozbawiony jest jakiejkolwiek membrany, ale gramatura oraz sposób dziania materiału Thermic™ sprawia, że odzież stanowi podstawową ochronę przed podmuchami. Porównując bluzę do innego, lubianego przeze mnie modelu Patagonii – bluzy R1 z materiału Polartec® Power Grid – bluza Rab znacznie lepiej chroni przy wietrznej pogodzie. Bywały dni, gdy w mrozie i przy lekkich podmuchach chodziłem w bluzie lub bluzie i kamizelce Rab Xenair przez większość dnia. W mojej ocenie materiał bardzo sprawnie radzi sobie z odprowadzaniem wilgoci. Osoby, które potrafią skutecznie żonglować warstwami podczas różnych etapów wycieczki będą w pełni z niej zadowolone.

Wnioski? Są one dosyć proste i narzucają się naturalnie. Bluza stanowić będzie świetną warstwę pośrednią zarówno na wycieczkach pieszych, w czasie wspinaczkowych działań zimą i jesienią, a także sprawdzi się na skiturowych wypadach o cechach wyrypy, a nie sportowego wyczynu.
Minął rok, ale mam pewność, że bluza Rab pozostanie ze mną na długo. Mimo tego, że bardzo polubiliśmy się i niejedna przygoda już za nami, nie zauważam na bluzie żadnych oznak zużycia. Po raz kolejny przekonuję się, że następny produkt Rab w mojej outdoorowej szafie to dobrze zaprojektowany i trwały element mojego górskiego outfitu!
To nic dziwnego, kto kocha góry często marzy o tym, by związać się z nimi mocniej. To właśnie dlatego wiele osób, które zdarły na szlakach niejedną vibramową podeszwę, myśli o tym, by zostać ratownikiem GOPR lub przewodnikiem górskim. Droga do tych „zawodów” jest długa i wiedzie – a jakże – pod górkę. Zdradzę ci jednak, jak zostać przewodnikiem sudeckim i już na wstępie powiem, że może to być naprawdę niezła przygoda!
Cel jest jasny, ale wiedz, że łatwo nie będzie. Zawód przewodnika górskiego jest w Polsce zawodem regulowanym i by go wykonywać – podobnie jak prawnik czy lekarz – musisz zdać państwowy egzamin. Zanim do niego jednak dojdzie, każdego kandydata czeka długotrwały kurs, setki wydeptanych kilometrów, dziesiątki zdobytych szczytów, multum kompetencji do przyswojenia i zgraja ludzi do poznania od podszewki, bo na kursie poznaje się ludzi, tak samo zakręconych na punkcie górskich wędrówek i spędza się z nimi długie godziny. Czy to nie brzmi jak trip życia?
Czerwony polar, poczucie humoru i głowa pełna tak zwanych legend… No nie koniecznie. Być może tak pamiętasz przewodników ze szklonych wycieczek. Przewodnik sudecki, beskidzki czy przewodnik tatrzański faktycznie może przywoływać na myśl obraz opowiadacza-erudyty. Ma on jednak wiele innych, ważniejszych nawet zadań, której nie koniecznie są jednak widoczne dla turystów idących z nimi w góry.
Głównym zadaniem przy prowadzeniu górskich wycieczek jest zapewnianie swoim gościom bezpieczeństwa. To dlatego kandydaci na przewodników muszą doskonale znać teren, w którym przyjdzie im działać, uczą się nawigacji, pierwszej pomocy, podstaw meteorologii i lawinoznawstwa. Dbanie o bezpieczeństwo to najważniejsze zadanie, które przewodnikom górskim są powierzone w czasie wycieczki w góry. W słoneczny dzień na szlaku możesz nie zauważyć, że przewodnik ma to wszystko „z tyłu głowy”.
Uprawnienia przewodnika górskiego są w Polsce przyznawane na konkretne obszary górskie. W polskich górach wyróżniamy:
i każdy z nich działa na ściśle określonym obszarze. W przypadku przewodników górskich sudeckich obszar ten obejmuje – w skrócie – Przedgórze Sudeckie i Sudety od granicy z Niemcami, po Góry Opawskie i Bramę Morawską, za którą „rządzą” już nasze beskidzkie koleżanki i beskidzcy koledzy.

Przewodnictwo w górach określone jest ściśle w ramach polskiego prawa. W sprawie nabywania uprawnień przewodnickich istnieją ścisłe reguły. Żeby sięgnąć po upragnioną legitymację przewodnika górskiego i blachę z napisem przewodni sudecki, musisz na wstępie mieć ukończone 18 lat, wykazać niekaralność w związku z wykonywaniem zawodu przewodnika lub pilota turystycznego, posiadać co najmniej wykształcenie średnie.
Przewodnikiem sudeckim zostać może osoba, która ukończy kurs na przewodnika sudeckiego. Dopiero po uzyskaniu zaświadczenia o ukończeniu takiego kursu można ubiegać się o egzamin państwowy, który organizowany jest przez Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego.
I w tym przypadku też wszystko jest ściśle określone. Organizatorzy kursu przewodnickiego muszą być wpisani do rejestru organizatorów szkoleń prowadzących kursy na danym obszarze uprawnień. Rejestr taki jest oczywiście prowadzony przez urzędy marszałkowskie. Kurs na przewodnika sudeckiego można odbyć w kilku ośrodkach i w kilku typach organizacji.

Pierwszą są koła przewodnickie, które istnieją przy PTTK. Największym i najstarszym kołem przewodników sudeckich jest koło przy oddziale PTTK Sudety Zachodnie w Jeleniej Górze. Koło przewodników sudeckich w Jelenie Górze istnieje już 70 lat. Oprócz niego, w Polskim Towarzystwie Turystyczno Krajoznawczym na obszarze uprawnień sudeckich przewodników szkoli także PTTK Kłodzko. Kursy organizują też organizacje i podmioty niezwiązane z PTTK.
Szkoleniem przewodników górskich sudeckich zajmuje się także Studenckie Koło Przewodników Sudeckich we Wrocławiu. Jest to stowarzyszenie wywodzące się z wrocławskich środowisk akademickich, które ma bogatą historię istnienia i szkolenia przewodników sudeckich. Kursowi SKPS poświęcę dalej więcej miejsca, bo to właśnie dzięki temu szkoleniu przeżyłem świetną przygodę i zostałem przewodnikiem. Wrocławski SKPS jest bliźniaczą organizacją stowarzyszeń, które wpisano do rejestru organizatorów szkoleń na przewodnika beskidzkiego, takich jak Studenckie Koła Przewodników Beskidzkich – na przykład SKPB Lublin, SKPB Warszawa, SKPB Lódź, SKPB, SKPB Katowice, czy SKPB Rzeszów czy SKPG Kraków.

Bliżej Ci w Beskidy? Zobacz też artykuł –> „Jak zostać przewodnikiem beskidzkim„
Do rejestru organizatorów szkoleń mogą być i są wpisane również firmy, których program został zaakceptowany w urzędzie marszałkowskim. Istnieje kilka podmiotów prowadzących szkolenia na przykład w Wałbrzychu.
Kurs sudecki to prawie dwa lata ciężkiej harówy na szlakach i zakuwania wielu fajnych rzeczy. Choć w każdej organizacji kurs wygląda trochę inaczej, to w każdej z nich szkolenie musi spełnić narzucone prawem ramy i wypełnić minima. Wszystko dokładnie określ Rozporządzenie Ministra Sportu i Turystyki z dnia 26 czerwca 2014 r. w sprawie nabywania uprawnień przewodnika górskiego.
Minimalne wymagania rozszerzane są zazwyczaj przez organizatorów konkretnych kursów. Kursy przewodników sudeckich zazwyczaj składają się z zajęć teoretycznych w formie wykładów i wycieczek kursowych, na których kandydaci działają w obszarze uprawnień nie tylko jako słuchacze i uczestnicy wycieczek, lecz także jako aspiranci wcielający się w rolę przewodników. Dobry kurs przewodnicki to prawie jak studia, tylko w przyspieszonym tempie.
Od pojawienia się na kursie sudeckim do egzaminu państwowego mija mniej więcej 2 lata. Trzeba więc nie tylko kochać góry, ale być również wytrwałym w tym, by poznać je jak najlepiej. Szefostwo kursu określa zasady, które trzeba spełnić, by pozytywnie przejść szkolenie na przewodnika. Mogą to być cząstkowe egzaminy, ale kursy organizują też często końcowy egzamin wewnętrzny, który zbliżony jest do egzaminu państwowego. Wszystko po to, by jak najlepiej przygotować kandydatów na przewodników sudeckich.

Najlepiej mówić o konkretach, więc powiem ci jak to się robi we Wrocławiu. Kilka lat temu skończyłem kurs SKPS, a teraz angażuję się czasem w szkolenia kandydatów na przewodników jako instruktor.
Kurs w SKPS-ie to solidna dawka wiedzy i praktycznych umiejętności. Kurs składa się z zajęć teoretycznych (on-line lub stacjonarnych), które odbywają się dwa razy w tygodniu. Mniej więcej co dwa tygodnie wyrusza się na wycieczki szkoleniowe. Na początku są to wyjazdy prowadzone przez doświadczonych przewodników sudeckich, ale później to kursanci stają się przewodnikami, którzy nabywają fachu pod okiem instruktorów.
Na zajęciach teoretycznych poznasz fizjografię Sudetów, geologię, historię regionu i turystyki, odbędziesz kurs z meteorologii, teoretycznej topografii, poznasz przyrodę Sudetów i historię jej ochrony, a także będziesz mieć zajęcia o sprzęcie górskim, pierwszej pomocy, prawa w turystyce, psychologii, czy aspektów zarządzania grupą.
Najlepsze czeka cię jednak na kursówkach. W ich czasie nauczysz się rozpoznawać górskie szczyty, opowiadać o ciekawych miejscach, rozpoznawać gatunki roślin i rodzaje skał, nawigować w dzień i w nocy, poznasz ratowników górskich i doświadczonych przewodników sudeckich, ale przede wszystkim poznasz ludzi, którzy będą razem z tobą na kursie. To prawie pewne, że zawiążesz tu jakąś przyjaźń, a po skończonym szkoleniu, będziesz tęsknić za swoją kursową ekipą.
Dodatkową „atrakcją” szkolenia w SKPS są obligatoryjne szkolenia. Oprócz szkolenia z pierwszej pomocy, które trzeba zrealizować w ramach określonych przepisami, na szkoleniu SKPS jest kilka innych, obowiązkowych szkoleń dla kursantów SKPS. Na naszych kursach bardzo poważnie podchodzimy do swoich górskich kompetencji, dlatego w czasie szkolenia kursanci przechodzą osobne zajęcia praktyczne z takich dziedzin jak:


Tak, tak – włóczymy się na kursie poza szlakiem dniem i nocą, biegamy w śniegu z detektorami, sondą lawinową i łopatą, i tą samą łopatą lawinową zdarza nam się wykopać jamę śnieżną, w której spędzamy mroźną, długą i ciemną noc. Takich przygód czeka cię naprawdę sporo. Czasem organizujemy również dodatkowe szkolenia o bardziej koleżeńskim charakterze, w czasie których wyruszamy razem na przykład na skitury czy via ferraty.
Informacje na temat kursów w SKPS znajdziesz na stronie stowarzyszenia – kliknij tutaj.
Jeśli chcesz uzyskać uprawnienia przewodnika sudeckiego, musisz nie tylko pamiętać o ukończeniu kursu, ale też zdać egzamin państwowy. Egzamin trwa aż trzy dni, bo komisja egzaminacyjna musi wnikliwie sprawdzić nie tylko wiedzę, ale i umiejętności kandydatów.
Egzamin podzielony jest na część teoretyczną i praktyczną. Część teoretyczną egzaminu zdaje się najpierw pisząc trudny test z wiedzy o Sudetach. Do drugiej rundy w teorii komisja egzaminacyjna zaprasza „szczęśliwców”, którym powiodło się na teście. Polega ona na zaliczeniu części ustnej, czyli wyczerpującym odpowiedzeniu na pytania, które się wylosuje. Częścią egzaminu teoretycznego jest też często rozpoznawanie skał oraz roślin, które występują w Sudetach.
Po części teoretycznej egzaminu przychodzi czas na praktykę. Ma ona formę dwudniowego wyjazdu w góry, podczas którego komisja egzaminacyjna sprawdza umiejętności przyszłych przewodników. Pod lupę bierze ona umiejętności zarządzania grupą, umiejętność nawigowania, ale także sprawność w przekazywaniu wiedzy. Tu też łatwo nie jest, bo egzaminatorzy mogą zapytać kandydatów o każdy szczyt, szlak, kwiatek czy kamień, który znajdzie się na trasie egzaminu. Trasie, którą poznajesz na dwa tygodnie przed terminem egzaminu…. Gdy przejdziesz ten trzydniowy test, od upragnionej legitymacji przewodnika dzieli cię chwila cierpliwości. Potem – już jako przewodnik sudecki klasy III – możesz ruszać z turystami w góry!
Co dalej? Potem możesz zacząć przewodnicką robotę na własny rachunek, choć nie wszyscy absolwenci kursów zostają „zawodowymi przewodnikami”. Kurs przewodnicki i egzamin to koniec jednej przygody, a zarazem początek nowej. Mimo tego, że czasem wielokrotnie odwiedzasz Śnieżkę, Śnieżnik czy Szczeliniec, to każdy dzień z turystami na szlaku jest inny. Każda grupa to nowa przygoda i nowe wyzwanie. Po kursie nie kończy się również poznawanie Sudetów. Bo zawsze zostaje jakiś szlak do przejścia i jakaś książka o tych górach do przeczytania!

Od przybytku głowa nie boli. Szczególnie jeśli są to buty Scarpa! W mojej szafie ze szpejem są dwa modele butów skiturowych tej włoskiej marki i cztery pary butów podejściowych. Tym razem porównam dwa model butów Scarpa – kultowy model Zen Pro oraz buty Scarpa Zodiak.
Porównanie to przyda się tym wszystkim, którzy poszukują wygodnych butów w góry. Przede wszystkim pomoże podjąć decyzję tym, którzy zaglądaliby w stronę modelu Zodiac, jako tego, którym można zastąpić rozchwytywany od wielu lat model Zen Pro. Ten ostatni wypada bowiem z kolekcji włoskiego producenta, dlatego ja ostatnio kupiłem kolejną i jak się okazuje ostatnią parę tych butów, które w górach towarzyszą mi od wielu lat.
Modele tych butów porównywałem do siebie przez kilka miesięcy, testując je m.in. w Karkonoszach, Rudawach Janowickich, Górach Stołowych, Pieninach czy na Małej Fatrze. Okazji, by przyjrzeć się im z bliska nie brakowało na zwykłym szlaku turystycznym czy via ferratach.
Od ponad 6 lat różne modele butów Scarpa są moim podstawowym obuwiem w tej części roku, gdy nie zalega w górach śnieg. Oprócz modelu Zen Pro i Zodiac, mam w swojej szafie podejściowo-casualowe buty Mojito Fresh, które są doskonałe na mało techniczne szlaki w upalny dzień.
Więcej o butach Mojito przeczytasz, gdy → klikniesz tutaj ←
Pierwszymi niskimi butami trekkingowymi tej marki, który miałem okazję używać był model Zen Pro. Buty kupiłem ponad 6 lat temu i służą mi do dziś, choć nie zabieram ich już w góry. Solidnie wykonana cholewka wytrzymuje te wszystkie lata, natomiast podeszwa – siłą rzeczy – jest już przysłowiowym slikiem, który sprawdza się na chodnikach, ale już nie radzi sobie na sypkich i błotnistych podłożach. Cóż, z tymi butami można się po prostu tak polubić, że trudno zrezygnować z wygody, jaką są w stanie zaoferować.

Dla mnie – i wiem, że nie tylko dla mnie – buty te są idealną podejściówką. Jest to przykład obuwia, które doskonale sprawdza się w Polskich górach, gdzie spędzam jako turysta, wspinacz i przewodnik najwięcej czasu. “Kaliber” tych butów sprawia, że nie są one za ciężkie choćby na szlaki Gór Stołowych czy Pienin, ale też nie ulegają na kamienistych podejściach w Karkonoszach czy Tatrach. Jak dla mojej stopy idealny środek, można by rzec but uniwersalny na lato.
Tak, tak… oczywiście takie Góry Stołowe z powodzeniem można zabrać coś lżejszego, a w Tatry i Karkonosze może przydać się model o solidniejszej cholewce i sztywniejszej podeszwie. Nie mniej jednak, jeśli ktoś nie chciał mieć kilku par niskich butów trekkingowyh, to Zen był strzałem w dziesiątkę.
Buty Zen Pro wykonane są z solidnej skóry zamszowej. Cholewka z naturalnej skóry pozwala, bez konieczności stosowania membrany, uzyskać solidną odporność na rosę czy opady, po solidnym zaimpregnowaniu butów. Przednia część jest wzmocniona jest ponadto otokiem z gumy. Buty wykorzystują technologię antybakteryjną 37,5, posiadają wygodną wkładkę i miękką wyściółkę.

Najlepszą cechą tych butów jest jednak ich fantastyczna podeszwa. Podeszwa Spyder II wykorzystuje gumę Vibram Mont, z którą przyczepność butów na różnych podłożach jest naprawdę świetna. I choć można znaleźć opinie, że podeszwa ta jest podatna na zużywanie, to jest to zarzut do odparcia. Tak już po prostu jest – wybierając przyczepną i miękką gumę, nie wybierzesz trwałości sztywnej podeszwy, z która być może zaskoczy odpornością, ale nie zaskoczy zdolnościami do zachowania trakcji. Coś za coś. Ostatecznie każdy sam wybiera, czy woli przyczepną i mniej trwałą podeszwę, czy trwałą, ale nie nadającą się na kamieniste podłoże po ulewnym deszczu…
Test butów damskich Zen Pro przedstawiliśmy już → tutaj ←
Nikt nie lubi niewygodnych butów. W butach trekkingowych wiele zależy od dopasowania kształtu obuwia do stopy. Nie oszukujmy się, nie każde buty pasują na każdą nogę, ale w przypadku butów Zen Pro, kopyto (czyli forma, na której tworzony był kształt obuwia) idealnie pasowała pod moje potrzeby. Pomocny dla dopasowania butów był również niski system sznurowania, z którym Zen-y można było dopasować na całej długości cholewki.
Przyszedł jednak czas na spróbowanie innego modelu. Dobrze pamiętam pierwszy, dość krótki spacer, z modelem Zodiac. Po założeniu buty buty zaskoczyły mnie tym, że cholewka znów świetnie otaczała stopę. Doceniłem to szczególnie, gdyż poznawaliśmy się z tym modelem tuż po tym, jak skręciłem boleśnie nogę w kostce. Kilka minut marszu przez błotnisty szlak na Lubrzę w Górach Kaczawskich uzmysłowił mi jednak, że choć buty super dopasowują się do stopu to, do butów Scarpa Zodiak moja noga musi się przyzwyczaić z uwagi na ich twardość.

Buty Zodiac to przykład solidnie wykonanej i technicznej podejściówki. W tych butach znajdziemy również cholewkę z naturalnej skóry (skóry Perwanger) gumowe wzmocnienia odpowiadające za dodatkową ochronę obuwia na wypadek kontaktu ze skałą czy kamieniami, a także typowy dla górskich butów design, który może po prostu się podobać.
Pierwsze wrażenie po założeniu tych butów, to możliwość świetnego dopasowania do stopy. Za takie właściwości odpowiadają przynajmniej dwie cechy tych butów w góry. “Wspinaczkowy” prowadzony od samych palców system sznurowadeł pozwala dociągnąć cholewkę niemal w każdym calu. Druga sprawa to rewelacyjna konstrukcja cholewki w rozwiązaniu Sock-fit DVL, w której język wykonany jest z jednego kawałka komfortowego materiału S-Tech Schoeller®. Naprawdę czuć na stopach, że włoscy szewcy wiedzieli, jak zaprojektować dobre buty.
Od razu należy się słowo wyjaśnienia, jeśli chodzi o główną różnicę między butami Zen a Zodiac. Te drugie są nieporównywalnie sztywniejsze, przez co świetnie sprawdzą się na kamienistych szlakach Tatr czy Karkonoszy. Ta solidnie wykonana przejściówka stworzona została po prostu do twardych i technicznych szlaków. Będzie wsparciem tam, gdzie stopa trafia na mniejsze stopnie, a szlak nie jest już tylko prostym spacerem przez las.


Na beskidzkie i sudeckie błota, czy gliniaste podłoża Pienin polecę buty z bardziej miękką konstrukcją podeszwy. Na graniówkę, via ferratę, pokonywanie skalnych bloków i eksponowany tatrzański szlak, śmiało możesz wybrać te buty w góry Scarpa. Buty rodem z włoskich gór naprawdę potrzebują typowo górskich okoliczności, by odwdzięczyć się tym co w nich najlepsze!
A do najlepszych rzeczy zaliczyć można z pewnością również przyczepną podeszwę Vibram® Drumlin, która nie zawodziła mnie w deszczu i w upale. Solidna i sztywna konstrukcja podeszwy sprawia, że podłoże kamienistych szlaków nie męczy i nie uwiera stopy. Dodatkowym wsparciem jest amortyzacja w postaci systemu ACTIVimpack, z którym buty podejściowe Scarpa nie są tępym i sztywnym trekiem. Mimo swojej sztywności, buty nie pozwalają przesuwać się stopie wewnątrz obuwia. Zdaje się, że działa dobrze w tym względzie nie tylko doskonały system sznurowania, lecz także górna krawędź cholewki w rozwiązaniu Autofit Collar, z którą pięta po prostu siedzi na swoim miejscu.

Przed moją – zakupioną nie tak dawno – parą butów Scarpa Zen jeszcze wiele górskich przygód i kilometrów szlaków. Wiem, że długo będą to jeszcze moje podstawowe buty w Sudetach. Przed modelem Zodiak wyprawy w bardziej techniczne góry, wypady na ferraty i graniówki Tatr. Dobrze wiem, że model Zen zużyje się prędzej, bo używam i będę używał tych butów po prostu częściej. Wiem też, że Zodiac to nie jest but, który w stosunku 1:1 może zastąpić moje ulubione buty turystyczne. Jestem jednak przekonany, że i ten model warto mieć pod ręką, szczególnie jeśli bliżej ci do Świnicy i Orlej Perci, niż do Śnieżki i Błędnych Skał.

Od ponad pół roku chodzę i testuję kamizelkę Xenair marki Rab, a właściwie od pół roku nie mogę się z nią rozstać. Czy to powód wyjątkowo chłodnej wiosny i kpryśnego lata, kiedy to poranki i wieczory są idealną porą na tego typu odzież? Powiedz “sprawdzam” i przeczytaj ten tekst do końca. Może się okazać, że to właśnie kamizelka jest tym elementem outfitu outdoor, którego brakuje w twojej szafie i plecaku.
Nie będę owijał w bawełnę. Po raz kolejny przekonuję się, że gdy produkt tworzy jedna z moich ulubionych marek, na tip-top odzież ta skrojona jest do potrzeb ludzi wypoczywających, pracujących i podejmujących wyzwania w górach.
Brytyjska marka Rab to specjaliści, jeśli chodzi o produkcję takich produktów jak kurtki puchowe i śpiwory puchowe. Firma wyrosła z górskiej pasji i wciąż pozostaje w niej bardzo mocno zakorzeniona. Sposób projektowania, wybór komponentów i wykonanie zdradzają, że Rab tworzy wprawdzie odzież, która się podoba, ale jest to przede wszystkim wyposażenie, które po prostu działa. W DNA marki jest sroga szkocka zima i ambicja do tworzenia ekwipunku, który nie zawodzi.
Nie dziwi wcale fakt, że Rab – będąc specjalistą od puchu – doskonale radzi sobie w segmencie odzieży z syntetycznym ociepleniem.

Pewnego dnia w górach, moja znajoma zapytała mnie, czy nie jest tak, że kamizelka to taka trochę niedorobiona kurtka. Sama chętnie chodzi w hybrydowej kurtce, która ma ocieplony korpus i oddychające plecy oraz rękawy. Kilka sekund musiałem pomyśleć, co jej odpowiedzieć… Hybrydy – jak ta, którą miała właśnie na sobie – przecież też są genialną sprawą.
Tak tak, producenci odzieży outdoor nie odkryli Ameryki. Kamizelka to typowy element odzieży kogoś, kto potrzebuje ochrony przed wiatrem lub niską temperaturą i jednocześnie potrzebuje utrzymać komfort przy nagłym wzroście wysiłku, jakiego można doznać na podejściu pod górę.

Kamizelka Rab Xenair to model lekkiej i ocieplanej kamizelki o dość typowych – na pierwszy rzut oka – komponentach, jak na tego typu model. Kamizelka uszyta jest z materiału Pertex Quantum Air. Rodzinę tych materiałów możesz znać z kurtek puchowych, które jednak powstają z trochę mocniejszego materiału. Kamizelkę charakteryzuje lżejszy materiał o niskiej gęstości liniowej (na poziomie 20D), niskiej wadze (47 g/m2) i hydrofobowym wykończeniu DWR. Jeszcze lżejszy nylon zastosowano po wewnętrznej stronie w roli podszewki. Materiały dobrano w taki sposób, by odzież była oddychająca, a jej piórkowa waga nie sprawiała użytkownikowi problemu.
Kamizelka ocieplona jest syntetycznymi włóknami. Podobnie jak w przypadku materiału, projektanci sięgnęli po sprawdzone rozwiązania. W roli ociepliny zastosowano Primaloft Gold Active+ o dwóch gramaturach. Ocieplenie rozłożone zostało w zgodzie z ideą bodymappingu – tam gdzie przydaje się go więcej (korpus, kołnierz i dół pleców) ma gramaturę 60 g/m2, a tam, gdzie ciało wydziela więcej ciepła lub chroni je dodatkowo plecak (czyli na bokach i plecach) sięgnięto po Primaloft w gramaturze 40 g/m2. Wartością dodaną jest fakt, że cieniutkie, ściśliwe i oddychające włókna tej odmiany Primaloftu wykonane są w 55% z surowców wtórnych.
Projektanci Rab zadbali nawet o szczegóły. Wokół otworów na ręce znajdujemy pół-elastyczne lamówki, a zamki błyskawiczne to niezawodne model marki YKK®. Wykorzystano je na froncie, w dwóch kieszeniach na dłonie i piersiowej kieszonce, którą można wykorzystać na jakiś drobiazg. Kamizelka wyposażona jest ponadto w ściągacz w dolnej części.

Kiedy poznajemy się jestem w środku skiturowego sezonu. Kamizelka Xenair szybko trafia na mój grzbiet lub do plecaka. Zaczynam intensywnie sprawdzać, jak będzie działać, kiedy intensywnie “daję z foki” pod górę lub pędzę po ośnieżonym zboczu ku dolinom. Zabieram ją również na szybkie, piesze wycieczki turystyczne.
Projektanci zaprojektowali rodzinę produktów Xenair tak, by była to odzież maksymalnie oddychająca i lekka. Przy tym, powinna ona oferować duży poziom ochrony przed czynnikami takimi, jak wiatr i niskie temperatury. Jak kamizelka przeszła zimową część testu?
Kamizelka Rab Xenair wyszła z zimy “z tarczą”. „Na tarczy” wróciły z niej moja hybrydowa kurtka ocieplona wełną i syntetyczną ociepliną oraz kamizelka wyposażona w wiatroszczelną membranę, która od kilku lat była żelaznym elementem mojego ekwipunku na skiturach. Te modele zaczęły coraz częściej zostawać w domu. Kamizelki Rab po prostu wygrała z nimi wszystkim lekkością i właściwościami chroniącymi przed wiatrem i chłodem.
W zależności od intensywności wysiłku czy pogody, kamizelkę nosiłem albo na koszulce merino z długim rękawem o gramaturze 260, albo na letniej koszulce koszulce merino i bluzie Rab Superflux Hoody. Jeśli nie zatrzymywałem się na dłużej, tego typu zestaw pozwalał na utrzymywanie ciała w optymalnej temperaturze. Na zjeździe często dorzucalem jedynie dodatkową warstwę chroniącą od wiatru – na przykład leciutką kurtkę Rab Borealis. Jedynie podczas dłuższych postojów z plecaka potrzebowałem wyjąć puchową kurtkę – oczywiście tej samej, ulubionej marki Rab.
Kliknij –> tutaj <– i zobacz testowaną kamizelkę w naszym sklepie.
Dni robiły się coraz dłuższe, ale poranki i wieczory nie rozpieszczały wcale temperaturami. Z kamizelką Rab nie rozstawałem się także wiosną. Szybko okazało się że lekkość i niewielkie rozmiary po spakowaniu to cechy, dzięki którym kamizelka wskakuje zawsze nawet do małego, 20-litrowego plecaka.
Zaczęła się przewodnicka wiosna, czyli okres intensywnych wycieczek szkolnych, podczas których model Xenair nie raz i nie dwa razy ratował mnie przed chłodem, ale też i nie pozwalał się przegrzać. Wielokrotnie udało mi się docenić tę odzież wchodząc w zagłębienia Szczelińca, Błędnych Skał i skalnych miast Adrspachu i Teplic nad Metują, gdzie jeszcze w maju leżał śnieg, a temperatury potrafiły oscylować w czasie majówki w granicach od 2°C do 4°C. Równie dobrze kamizelka Rab Xenair zdawała test w najwyższych partiach Karkonoszy, gdzie warunki bywały podobne. Ostatnie test, przed napisaniem tego tekstu, kamizelka przechodziła w czerwcu, w Pieninach i w lipcu na Małej Fatrze. Tak jak w sudeckich pasmach miałem ją zawsze pod ręką lub na sobie.

Wiosną kamizelka okazała się nieoceniona. Zdarzało mi się ją nosić na krótki rękaw, pod lekki softshell, a czasem zarzucić na lekką softshellową kurtkę Borealis. Żonglując tą ultralekką warstwą można zdobyć sporo komfortu w każdej sytuacji.
Mówiąc najkrócej: dobrze dobrane komponenty i materiały o świetnej jakości naprawdę robią robotę. Wiele plusów przewinęło się już przez ten tekst. Przede wszystkim kamizelka jest bardzo lekka i pakowna. Dzięki temu pretenduje to do roli odzieży, dla której zawsze znajdzie się miejsce w plecaku.
W działaniu można poznać, że ocieplina i materiały zostały dobrane świetnie. Nawet w czasie intensywnego wysiłku na skiturach, czy szybkiego rajdu pod górę “z buta”, odzież pozostaje wysoce oddychająca. Dodatkowym atutem, który przypadnie do gustu aktywnym osobom jest to, że tkaniny i Primaloft zachowują długotrwała świeżość. Odzież nie przesiąka łatwo nieprzyjemnym zapachem, co ucieszy każdego, kto w górach jest, a nie bywa.
Nie było – jak dotąd – ani słowa o kroju. Dobrze dopasowana pod względem rozmiaru kamizelka Xenair pozwala bowiem o sobie zapomnieć. I o to chodzi! Odzież nie krępuje ruchów, a ściągacze i zamki nigdy nie przysporzyły mi niespodzianek.

Czy warto? Na pewno jeśli w górach stawia się na komfort i uniwersalność odzieży. Kamizelka Xenair będzie świetnym wyborem przede wszystkim dla tych osób, które w górach działają dużo, intensywnie i często. Właśnie wtedy można najlepiej docenić lekkość, oddychalność i uniwersalność tego elementu ekwipunku. Czy jest coś co kładzie się cieniem na tym modelu? Cóż, raz zdarzyło mi się użyć na ramieniu golarki do ubrań, gdzie materiał lekko zmechacił się od szelki plecaka. Była to jednorazowa akcja, po której problem nie wrócił. Drugi aspekt to cena. Model nie należy do najtańszych, ale ja zdążyłem się upewnić, że naprawdę wart jest tych pieniędzy!

Gruba kurtka, ocieplane spodnie, wełniany szalik? Nie! Chyba, że wybierasz się nie na skitury, ale by stać w kolejce, marznąć na kanapie lub zadawać szyku na narciarskiej imprezie w stylu retro. Tym razem podpowiadamy jak ubrać się na skitury.
Ubiór na narty skiturowe całkiem różni się od mody na narciarskim stoku. Zasadą jest, że na skitury ubiera się mniej rzeczy, a sam system odzieży przypomina trochę rozwiązania z turystycznych szlaków. Na skiturach musisz mieć kilka warstw odzieży i żonglować nimi w zależności od fazy wycieczki (podejście/zjazd)i zmiennych warunków pogodowych. Na skiturowej wyrypie często też musisz przygotować się, że gdy pogoda zmieni swe oblicze, nie będzie pod ręką baru z ciepłą zupą i grzańcem. Skitury to prawdziwa przygoda w górach.
Żeby dobrze ubrać się na skitury, trzeba odpowiednio skompletować warstwy ubrania, rozpoczynając już od samej skóry. Na oddychającą bieliznę w rozumieniu underwear, należy założyć komplet bielizny termicznej. Nałożyć więc trzeba koszulkę termoaktywną (najlepiej z długim rękawem) oraz leginsy termoaktywne. Z takiego pełnego kompletu czasem rezygnuje się już na wiosennych śniegach, by sięgnąć po oddychający t-shirt i same spodnie softshell. Mimo to termoaktywna góra i dół stanowią bazę ubioru na narty skiturowe.

Co jest ważne w termoaktywnej bieliźnie skitour? Na pewno rodzaj materiału. Najlepiej sięgnąć po merino lub dobrej jakości włókna syntetyczne. Najważniejsze jest tu błyskawiczne odprowadzanie potu, delikatna ochrona termiczna i delikatność dla skóry ciała – cała, które na nartach skiturowych pracuje bardzo intensywnie. Ponadto pamiętaj, by ta część garderoby w żadnym stopniu nie krępowała twoich ruchów.
Na koniec jeszcze dwie uwagi. Jeśli decydujesz się na naturalne materiały i bielizna termoaktywna merino stanowi twoją pierwszą warstwę, dobieraj gramatury odpowiednio do warunków i intensywności wysiłku. Gramatury zależeć będą też od tego, co założysz jako kolejną warstwę. Skiturową wiosną zrezygnujesz być może z getrów, na rzecz odpowiednio dobranych spodni softshell.
Bazę ubioru stanowi dobra bielizna termoaktywna męska lub bielizna termoaktywna damska.
Ważnym elementem są skarpety na skitury. Może nie wszystkie, ale większość typowo narciarskich skarpet może tu odpaść już na wstępie. Skarpeta skiturowca powinna być cieńsza, lepiej dopasowana i szybciej odprowadzająca wilgoć, niż skarpeta riderów , dla których idolem był Alberto Tomba.
Na skiturach nogi pracują intensywnie na podejściach. Skarpety nie mogą magazynować wilgoci, zsuwać się, uwierać i powodować odcisków. Nie muszą być też aż tak ciepłe jak te używane w narciarstwie alpejskim.
Nie wiesz jakie spodnie na skitury sprawdzą się najlepiej? Przede wszystkim takie, w których znajdziesz szereg niezbędnych cech. Kilka z nich – takie jak oddychalność materiału, ochrona przed wiatrem i elastyczność – będą wspólne dla spodni skiturowych i spodni trekkingowych. W spodniach na narty skiturowe warto jednak, by znalazło się kilka dodatkowych rozwiązań.
Spodnie skiturowe powinny posiadać zamek w dolnych częściach nogawek. Nogawka powinna rozszerzać się po jego rozpięciu, by możliwy był łatwy dostęp do klamer butów narciarskich. W czasie każdej wycieczki skiturowej nogawkę trzeba podnieść minimum raz, by ustawić klamry odpowiednio po podejściu do zjazdu.

Dobrze jest również, gdy nogawki spodni skitour posiadają u dołu wzmocnienia. Wewnętrzną stronę nogawki może spotkać się z butem skiturowym, w ostrą krawędzią nart, a nawet rakiem, gdy na skiturowy trip wybierasz się w bardziej techniczny teren.
Świetnym rozwiązaniem w spodniach skiturowych są wywietrzniki, które kryte są zamkiem błyskawicznym. Wystarczy rozpiąć zamek znajdujący się na wysokości uda, by skutecznie zwiększyć oddychalność odzieży na forsownym podejściu.
Spodnie skiturowe mogą posiadać również podwyższony stan lub szelki. Wyższy stan ucieszy fanów jazdy w głębokim puchu, a szelki doceni z pewnością nie jeden skiturowiec.
Wybór drugiej warstwy jest najtrudniejszy do jednoznacznego określenia. Tempo podejścia, warunki panujące w górach, szybkość zjazdu,m wreszcie osobista odporność na zimno – to wszystko decyduje, co wskoczy na korpus w danej fazie narciarskiej wyrypy.
Kamizelka może być świetnym wyborem w roli drugiej warstwy, w fazach skitury, w których intensywnie działasz. Nawet w pogodny, bezwietrzny dzień może wystarczyć na podejściu, założona tylko na odpowiednią bieliznę termiczną – na przykład bieliznę merino. Jako odzież na skitury najlepiej sprawdzą się hybrydowe kamizelki z ociepleniem korpusu lub kamizelki z wiatroszczelną membraną. Taką kamizelkę można zakładać też na bluzę.

Nawet w chłodny, ale bezwietrzny dzień idealnym wyborem może okazać się bluza. W takich warunkach sam na podejściu chętnie foczę w bluzie R1, w której Polartec® Power Grid zapewnia świetną oddychalność i sporo ciepła… dopóki nie wieje wiatr.
Gdy w czasie skitury duje… potrzebny będzie już minimum oddychający softshell. Tego typu kurtka może stanowić drugą warstwę, albo być zakładana jako dodatkowa odzież na bluzę czy kurtkę ocieplaną typu primaloft, która może zastępować bluzę.
Spodnie, bluzy i kurtki do skitouringu znajdziesz w naszej ofercie w kategorii odzież Dynafit.
Kurtki softshell czasem sprawdzą się na skiturach w roli drugiej, a czasem trzeciej warstwy. Inaczej będzie, gdy na turę wyruszysz w mega mroźny styczniowy poranek, a inaczej, gdy kwietniowe słońce będzie już z wysoka robić firn.
Pewnym jednak jest, że kurtka hardshell i tak powinna znaleźć się w plecaku na skitury. Będzie ona chroniła, gdy na twojej drodze staną przenikliwe podmuchy wiatru czy intensywny opad śniegu. Tak jak w turystyce, zasadą na skiturach powinno być zabieranie kurtki hardshell do plecaka. Hardshell sprawdzi się świetnie w czasie zjazdu. Jeśli również na podejściu będziesz używać tego typu kurtki, pamiętaj, że najlepiej sprawdzi się oddychająca membrana, w której dodatkowym wsparciem będą rozsuwane na zamki wywietrzniki pod pachami. Idealnie będzie, jeśli kaptur kurtki będzie na tyle obszerny, by można było założyć go na kask.

No dobrze, korpus i nogi to nie wszystko. Na skiturach przyda się garść dodatków. W telegraficznym skrócie podam ich listę i zastosowanie. Lista ta, to właściwie absolutne minimum, którego nie brakuje mi nigdy na skiturach. Oto ona:
Jedne rękawiczki na podejście, drugie rękawice na zjazd – to stanowczo dobry pomysł. Pod tym linkiem znajdziesz pełną ofertę na rękawiczki.
Jak widzisz, to jak ubrać się na skitury, zależy od wielu czynników. Twoja szybkość działania, model uprawianego skitouringu i warunki panujące w górach determinują wiele. Myślę, że już po kilku pierwszych wycieczkach nauczysz się łatwo jak ubierać się na skiturowe wycieczki. Niezależnie od gór, w jakie się wybierasz, musisz dbać, by przez cały dzień narciarskiej wyrpy nie było ci ani za gorąco, ani za zimno. Sztuka ubierania się i rozbierania w odpowiednich momentach to też spora część tej zabawy na śniegu.
Od kilku sezonów szczyt Babiej Góry zamknięty był w zasadzie dla skitouringu, a właściwe dla jakiejkolwiek turystyki narciarskiej. Tej zimy drgnęło jednak w temacie skiturów na Babiej, ponieważ od 4 lutego Babiogórski Park Narodowy wprowadza pilotażowy program i udostępnia kilka szlaków dla turystów na nartach skiturowych.
Najwyższe pasma i topowe szczyty przyciągają miłośników narciarstwa skiturowego. To właśnie tu najczęściej występują najlepsze warunki do jazdy na nartach ski tour. Polskie góry mają tę specyfikę, że to właśnie w Tatrach, Karkonoszach, Bieszczadach czy najwyższych rejonach Beskidów – jak Babia Góra właśnie czy Pilsko – najchętniej uprawia się skitouring. Na nieszczęście narciarzy, najwyższe pasma często leżą w obrębie parków narodowych lub rezerwatów, dlatego w obszarach tych dochodzi często do konfliktu pomiędzy względami dotyczącymi ochrony przyrody a pasją narciarzy poruszających się na nartach skiturowych.
W każdym „górskim” parku narodowym mamy sytuację, w której odpowiednie przepisy określają, co wolno narciarzom. Co więcej, zasady są nieco odmienne na każdym z tych obszarów, dlatego też ważne jest, żeby skiturowcy mieli świadomość, jakie ograniczenia wprowadzane są w tym miejscu, do którego wybierają się założyć ślad i zjechać ze szczytu.
Zakaz poruszania się na nartach w obrębie szczytu Babiej Góry był dotychczas jednym z najbardziej restrykcyjnych przypadków. Legalny ruch skiturowy w zasadzie ostatnio tu nie istniał. W opowieściach najstarszych beskidzkich górali istniały oczywiście takie pojęcia jak stary szlak narciarski, natomiast w ostatnich latach – czyli w latach, gdy skitury przezywają największy boom – Babia była zamknięta, ale palma skiturowego pierwszeństwa w Beskidzie Żywieckim przynależała do Pilska. Otwarcie Babiej Góry dla ruchu skiturowego pewnie, na ten moment, tego nie zmieni, ale to i tak istotne, że na terenie Babiogórskiego Parku Narodowego coś drgnęło.
Zakaz skiturowania na Babiej Górze zaistniał z powodów ochroniarskich. W trosce o populację występujących w masywie głuszców, dyrektor parku narodowego podjął decyzję o zakazie uprawiana turystyki narciarskiej. Taki całkowity zakaz uprawiania turystyki narciarskiej wprowadzono od 1 lutego 2019 r. i miało to miejsce zarówno w Babiogórskim Parku Narodowym, jak również w strefie A CHKO Horna Orava na Babiej Górze.

Od 4 lutego 2022 ruszył pilotażowy program, który częściowo udostępnił dla skitouringu masyw i szczyt Babiej Góry. Pamiętać należy, że nie otworzono dla ruchu skiturowego całych zboczy na terenie parku. Jak w innych obszarach o takim poziomie ochrony, jak park narodowy czy rezerwat, na terenie parku obowiązuje zakaz poruszania się poza wytyczonymi szlakami. W istocie określone zostały ściśle określone trasy dla narciarzy, które prowadzą szlakami bądź drogami leśnymi. Skiturowcy muszą trzymać się ich, a dopuszczalna odległość do jazdy od szlaku to pas 30 metrów na prawo i lewo od szlaku. Warto od razu dodać, że niektóre szlaki narciarskie mają jednokierunkowy przebieg. Każda skiturowa wycieczka powinna odbywać się z poszanowaniem tych zasad.
Najważniejsza sprawa to ochrona przyrody, ale dla środowiska skiturowego, istotne powinno być także to, że program jest pilotażowy. Parkowcy ogłaszając program zapowiedzieli, że będą bacznie przyglądać się, jak wygląda turystyka na nartach na Babiej Górze. Jeśli jako środowisko nie dostosujemy się do zasad BgPN, znów dojdzie do sytuacji zamknięcia góry dla nart skitour.
Jak określa regulamin udostępniania parku narodowego turystyka na nartach w BgPN może odbywać się:

Lista szlaków udostępnionych dla narciarskiego ruchu turystycznego przedstawia się następująco:
Poniżej znajduje się mapa szlaków narciarskich na Babiej.

W obrębie Babiej Góry i Beskidu Żywieckiego operuje Grupa Beskidzka GOPR z centralną stacją w Szczyrku. Zaraz po ogłoszeniu informacji o otwarciu masywu dla narciarzy, ratownicy GOPR Beskidy wystosowali do skiturowców apel. Najlepiej będzie oddać głos ratownikom.
Planując wyjście na Babią Górę zimą pamiętajcie, że szczyt ten słynie z często występujących trudnych i zmiennych warunków atmosferycznych.
W partiach szczytowych działania ratunkowe prowadzone są bez użycia mechanicznych środków transportu (skuter, quad), co znacząco wydłuża czas dotarcia do potencjalnych osób poszkodowanych. Możecie polegać tylko na szybkości i sile ratowników.
Apelujemy o bezwzględne przestrzeganie zasad wyznaczonych przez Babiogórski Park Narodowy, rozwagę, odpowiedzialność i właściwe wyposażenie niezbędne w górach zimową porą (lawinowe ABC, ochrona przed wychłodzeniem, dodatkowe źródła światła, powerbank, instalacja aplikacji Ratunek, itp.).


Skiturowy wypad na Babią Górę, będzie teraz na celowniku pewnie wielu narciarzy. Warto zadbać, by taka wycieczka skiturowa była bezpieczna i legalna. Mam nadzieję, że trasy te wkrótce trafią na stałe do przewodników skiturowych.
Więcej artykułów dotyczących skitouringu znajdziesz –> tutaj.
Ultralekkie kije trekkingowe – to może znaczyć dziś jedno. W pogoni za najniższą wagą producenci sięgnęli po materiał jeszcze lżejszy niż aluminium. Chodzi oczywiście o carbon, czyli włókno węglowe. Również i takich kijów w góry nie brakuje w ofercie Volven.
Czy pogoń za niską wagą i styl ultralight to tylko kolejna moda i outdoorowy wyścig zbrojeń? Długo zachodziłem w głowę, czy pozbycie się kolejnych gramów w sprzęcie takim jak kije w góry wnosi zauważalną zmianę w górskie wędrówki. I przyznam się, że długo, bardzo długo myślałem, że naprawdę nie ma to aż takiego znaczenia.
Carbon (inaczej karbon) – słowem tym oznacza się często materiał zwany też włókno węglowe. Historia tego materiału sięga lat ‘60 XX w. kiedy był surowcem nowym, zaawansowanym technologicznie i zarezerwowanym dla branży lotniczej i kosmicznej. Jest to materiał o niezwykłych właściwościach, z których najcenniejsze dla fanów outdooru są dwie – lekkość i wytrzymałość. Produkty wykonane z karbonu są tak naprawdę kompozytem złożonym przynajmniej z dwóch składników: z wiotkiej tkaniny węglowej, która jest przesączona żywicą. Gdybyśmy chcieli wziąć dwa elementy o tej samej wadze, które wykonane będą z carbonu i stali… element carbonowy, będzie pięciokrotnie wytrzymalszy niż ten ze stal!
Z uwagi na doskonały stosunek wagi do wytrzymałości carbon znalazł szerokie zastosowanie w outdoorze. Dziś można spotkać go nie tylko jako materiał kijków trekkingowych, lecz także także jako kompozyt stosowany w butach skitour.
Od kilki lat kije trekkingowe z carbonu można znaleźć w ofercie wielu marek, takich jak Gabel, Salomon czy Black Diamond. To właśnie w kijach tego ostatniego producenta po raz pierwszy miałem okazję wykorzystać kije karbonowe. Dopiero jednak dłuższa znajomość z kijami z tego materiału sprawiła, że przestałem postrzegać tego typu kijki trekkingowe składane jako zbędny luksus.


Katalog polskiej marki Volven przed kilkoma miesiącami wzbogacił się o modeli kijów, przeznaczonych raczej dla wymagających użytkowników. Z carbonu wykonane są kije trekkingowe teleskopowe Adventure Pro Carbon oraz składane kijki trekkingowe Expert Carbon. Jeden i drugi model miałem możliwość testować jeszcze przed wprowadzeniem ich do regularnej sprzedaży.
Mieszkam w Sudetach. Tu wędruję najwięcej – zarówno z pasji, jak i zawodowo jako przewodnik sudecki. Przyznam, że na wielu sudeckich szlakach po prostu zdarza mi się rezygnować z kijków. Karbonowe kije trekkingowe Volven sprawiły jednak, że znacznie częściej zacząłem zabierać kije w góry lub przynajmniej jeden kij trekkingowy. I to jest pierwszy powód, dla którego kijki z carbonu mogą być ekwipunkiem godnym polecenia. Po prostu jest to produkt, z którego nie trzeba rezygnować chcąc odchudzić wagę ekwipunku zabieranego w góry.
Model Adventure Carbon to z pozoru klasyczne kije trekkingowe teleskopowe. Konstrukcja tych kijków jest tożsama z konstrukcją najpopularniejszych modeli na rynku. Trzy sekcje, zaciskowe blokady (o niebo lepsze od zakręcanych blokad!), plus wygodna rączka z naturalnego korka. Tak przedstawia się ich budowa. Kije wykonane są oczywiście z carbonu (z domieszką włókna szklanego), czego może nie widać na pierwszy rzut oka, ale co czuć od razu, gdy bierze się je w dłonie.
Niska waga jest ogromnym atutem. Podobnie korkowa rączka dla wielu turystek i turystów może być idealnym wyborem. Na korkową rączkę postawić mogą szczególnie te osoby, które najwięcej wędrują latem. Przyjemny dla skóry korek oferuje doskonałą chwytność. Warto wspomnieć od razu, że dobrze wyprofilowana rączka posiada przedłużony grip z pianki, zakończony wygodnym zgrubieniem, na którym wspiera się kant dłoni.
Ten właśnie model ma jedną przewagę nad kijami Expert Carbon. Płynna regulacja długości sprawia, że kijki można dopasować do wzrostu każdej użytkowniczki lub użytkownika. Ten model powinny wybrać osoby o niższym wzroście. Powiem więcej, tego modelu zdarzyło się używać nawet mojej kilkuletniej córce!
Co więcej? Fajny design, szybkie blokady, wytrzymały szpic z węglika spiekanego, który nie ślizgał mi się na żadnym z podłoży i komplet talerzyków na lato oraz zimę. Szczerze mówiąc, trudno chcieć więcej od lekkich kijków trekkingowych.
Zobacz carbonowe kije trekkingowe Adventure Carbon marki Volven.

Kije Expert Carbon to już zupełnie inny model. Kije składają się z rączki, jednej regulowanej sekcji oraz dwóch sekcji o stałej długości, które połączone są linką. Dzięki takiej budowie zyskać można potrójnie.
Po pierwsze, budowa i zastosowanie carbonu sprawiają, że kije są naprawdę piórkowej wagi. Waga 430 gramów dla pary kijów robi wrażenie. Po drugie, kijki składają się do długości 38 cm. Takie kije trekkingowe można wrzucić nawet do wnętrza niewielkiego plecaka, przytroczyć na nim, bądź po prostu nieść złożone w dłoni. Trzeci plus to błyskawiczne rozkładanie. Szczególnie w przypadku, gdy ktoś – tak jak ja – używać będzie kijów bez regulowania ich długości. System Speed Lock działa błyskawicznie, a kije rozłożyć można jednym ruchem niczym sondę lawinową.
Rzuć okiem na carbonowe kije trekkingowe Expert Carbon marki Volven

Na wspomnienie zasługuje z pewnością także rączka. Rączka kijów Volven Expert Carbon wykonana jest z trwałej i przyjemnej dla skóry pianki. Ma ona minimalistyczną formę, która wraz z materiałem wykonania też pozwala zaoszczędzić kilka gramów wagi. Dobre jej wyprofilowanie i karbowanie na przedłużonym gripie sprawiają, że dłoń znajduje na niej dobry chwyt.
W tej chwili mogę powiedzieć, że są to dla mnie kije pierwszego wyboru. Kilkadziesiąt dni spędzonych w górach przez ostatni rok sprawiło, że z tym modelem zaprzyjaźniłem się dość mocno. Nawet na szlaki, gdzie dawniej nie zabierałbym kijów, zdarza mi się porwać jeden kij trekkingowy Expert Carbon i wrzucić do wnętrza dwudziestolitrowego plecaka! Kiedy trzeba, jest zawsze pod ręką!
Rozłożone kije mają minimalną długość 113 cm, dlatego warto od razu nadmienić, że jest to model dla osób mierzących przynajmniej ok. 170 cm wzrostu. Kije wyposażone są w solidne szpice z węglika spiekanego, posiadają zaciskową blokadę do regulacji długości. Ponadto dołączono do nich komplet nakręcanych na gwint talerzyków (lato/zima), gumowe końcówki i rzepy do spinania każdego kijka. Do zestawu producent dorzuca praktyczny pokrowiec, w którym można transportować komplet. Dla mnie to po prostu przemyślany produkt, który poleciłbym szczerze biegaczom, fanom speed hikingu i działań ultralight.

Niejedna przygoda w górach z kijkami Volven sprawiła, że przestałem postrzegać carbon, jako fanaberię dla górskich sportowców. Kije wykonane z tego ultralekkiego materiału można polecić naprawdę wszystkim tym, którzy poszukują lekkości ekwipunku lub wyruszają w góry naprawdę często. Najlepszą rekomendacją niech będzie to, że kije zacząłem zabierać w góry częściej, a przez rok intensywnego używania nie było sytuacji, w której nie mógłbym im zaufać tak, jak ufa się kijom trekkingowym z aluminium.
Zobacz wszystkie kijki trekkingowe Volven.
Przewodniczka beskidzka, podróżniczka, copywriterka. Dzieli życie na dwie fazy, bycia w podróży oraz ich planowanie (dla siebie lub innych) oraz między podróże, a pisanie. W górach jest prywatnie i zawodowo, w rozjazdach niemal cały rok. Ma to szczęście, że może łączyć pracę z pasją.
Baba z gór lub jak kto woli góralka niskopienna spod Nowego Sącza. W górach od dziecka, a zawodowo odkąd brakło ich bezpośrednio za oknem i wybrała Lublin. Kiedyś pojechała na wyjazd z SKPB Lublin i wsiąkła. Po przejściu przez kierownikowanie kursowi i prezesowanie „odpoczywa” współopiekując się kołową Chałupą w Zawadce Rymanowskiej. Jeśli siedzi w Lublinie, to albo pisze albo planuje kolejną podróż (dla siebie lub dla kogoś innego w ramach swojej firmy). Chociaż uwielbia góry, to nie pogardzi jakimś szybkim city breakiem, choć preferuje trekkingi, to „wiszenie” na ferratach nie jest jej obce. Uwielbia górskie przestrzenie, kulturowe tygle i zieleń Irlandii. Jak dotąd zaniosło ją do 37 krajów, w tym m.in. pod Manaslu, Kanczendzongę, K2 i Broad Peak, na jordańskie pustynie, w gruziński Kaukaz, włoskie Dolomity, w Góry Przeklęte, na Triglav, a dopiero się rozkręca. Grunt, że zawsze można wrócić i odpocząć – w Beskidzie Niskim, a może jednak w Pieninach…

Dobry plan to sprawdzony przepis na udaną i bezpieczną wycieczkę w górach. Jeszcze zanim wyruszysz na szlak możesz mieć frajdę z planowania kolejnej swojej przygody. Planowanie wycieczek górskich to jednak nie tyle dobra zabawa, lecz także sposób na to, by wycieczka była bezpieczna i zrealizowana w zakładanym czasie.
Tak naprawdę żadna z górskich wycieczek nie jest taka sama. Wyruszając w góry działamy w bardzo zmiennych warunkach. Doświadczeni górołazi dobrze wiedzą, że pora roku, zmienność pogody, czy dobór towarzystwa na wędrówkę, mogą mieć wpływ na realizację górskich celów. Zobaczmy zatem, jakie czynniki warto wziąć pod uwagę, zanim założymy plecak na barki i przekroczymy próg swojego domu.
Chyba każda wycieczka w góry zaczyna się od prostego pytania – dokąd pojechać w góry tym razem? W pierwszej fazie planowania zazwyczaj wybieramy masyw, rejon górski bądź konkretny szczyt. Atrakcyjny cel wycieczki to magnes, który pcha nas do realizacji planu. Warto jednak pamiętać już na początku, że chęć zdobycia kolejnego szczytu, czy przejścia konkretnej trasy lub szlaku, powinny być dopasowane do naszych umiejętności, możliwości i doświadczenia.
Zanim zaczniesz dokładnie planować trasę i dzwonić po przyjaciołach, czy wyruszą w góry z Tobą, zapytaj siebie nie tylko czy cel Twojej wyprawy jest atrakcyjny i ambitny, lecz także czy jest dostosowany do możliwości Twoich oraz osób, które wyruszają razem z Tobą.

U podstaw dobrego planowania wycieczek górskich leży również ocena możliwości realizacji planu przez wszystkich uczestników danej wycieczki. W góry warto wyruszać w towarzystwie, a już najlepiej z taką kampanią, która ma podobne ambicje i podobne możliwości.
Stare porzekadło górskie mówi: “wychodzimy razem i wracamy razem”, dlatego planuj wycieczki i wyprawy w góry tak, by nie trzeba było dzielić grupy, a każdy miał z wycieczki równą satysfakcję.
Nie zawsze jest dobry czas na wyjście w góry. Elementem panowania zarówno zwykłej wycieczki, jak i ambitniejszego przedsięwzięcia powinno być postawienie sobie pytania, czy dany plan jest do zrealizowania w konkretnym czasie. Muszę zaznaczyć, że nie chodzi o czas trwania wycieczki, ale o wzięcie pod uwagę takich czynników jak pora roku, tak zwane “obiektywne zagrożenia” (np. burze, zagrożenie lawinowe), czy długość dnia od świtu do zmierzchu. Dla przykładu – zimą nie zrealizujesz przejścia GSS dokładnie po kanonicznej trasie Głównego Szlaku Sudeckiego, bowiem są na niej odcinki zamykane przy zagrożeniu lawinowym.

Planowanie wycieczki rozpoczynam od rozłożenia tradycyjnej mapy papierowej. Na takiej mapie w najprostszy sposób ogarnąć można wzrokiem interesujący nas rejon. Czasem rzut oka na taką mapę wystarczy, by określić podstawy naszego planu. Na takiej mapie – przy odrobinie doświadczenia i znajomości podziałki konkretnej mapy turystycznej – szybko określisz długość zakładanej drogi i w lot zorientujesz się, jak na trasie przedstawia się układ szlaków turystycznych. Ten układ przyda się, gdy w czasie wycieczki wydarzy się coś nieprzewidzianego, ale o tym za chwilę.
Zapoznanie się z mapą przed wycieczką ma jeszcze jeden plus. Jeśli będziesz używać tej samej mapy w terenie, będzie Ci łatwiej z nią nawigować już w górach.
Już wiesz, gdzie pojedziesz następnym razem? Skocz do sklepu i zobacz nasze mapy turystyczne.
Każda mapa turystyczna zawiera wiele informacji przydatnych w czasie wyjazdu w góry. Z każdej “papierowej” mapy turystycznej odczytasz odległość, jaką musisz pokonać na wycieczce. Wystarczy znać skalę mapy i posiadać linijkę, choćby tę na kompasie płytkowym. Z map turystycznych dobrych wydawnictw odczytasz zazwyczaj również czasy przejść pomiędzy odpowiednimi punktami. Czasy pomiędzy takimi punktami na naszej trasie wystarczy zsumować, by poznać czas potrzebny do przejścia całej trasy. Mapy turystyczne pozwalają również określić różnicę wysokości do pokonania.

Czas na pro tip. Znając długość trasy w kilometrach i sumę metrów do pokonania w górę, możesz oszacować samodzielnie czas wycieczki. W spokojnym tempie każdy kilometr trasy pokonasz – mniej więcej – w kwadrans. Ponadto na każde sto metrów pokonane w górę, należy doliczyć kolejny kwadrans.
Trasę swojej wycieczki możesz zaplanować również za pomocą aplikacji turystycznych na telefon lub stron internetowych. Dwie popularne i godne polecenia tego typu strony internetowe i aplikacje to mapa-turystyczna.pl oraz strona i aplikacja mapy.cz.
Dzięki stronie bądź aplikacji na telefon mapa-turystyczna.pl zaplanujesz trasę w prosty sposób. Wystarczy podać punkt początkowy wycieczki i końcowy, by otrzymać trasę i szereg przydatnych informacji. Do najcenniejszych należą z pewnością długość trasy, czas potrzebny na jej przejście, czy suma metrów pokonanych w górę i w dół. Trasę można oczywiście dowolnie modyfikować, od niedawna korzystając również z dróg leśnych, które nie są szlakiem.
Zaletą tej strony są praktyczne informacje, które podawane są przy planowaniu trasy. Mogą to być przede wszystkim ostrzeżenia o okresowych zamknięciach szlaków. Warto jednak pamiętać, by nie ufać bezgranicznie aplikacjom. Zdarzyło mi się, że aplikacja ta wytyczała zimą trasy po szkalach, które w tym okresie są zamknięte. Planując z tą stroną swoją wycieczkę masz możliwość wydrukowania – choćby do pliku pdf – konspektu wycieczki, z którym możesz łatwo pilnować, czy realizujesz plan zgodnie z “rozkładem jazdy”.
Podobnie planować można wycieczki z czeską stroną i aplikacją mapa.cz. Do niedawna miała ona tę przewagę, że pozwalała układać trasy także poza oficjalnymi szlakami turystycznymi. Z przydatnych opcji, które wyróżniają ten sposób planowania można wyróżnić nadal możliwość podglądu prognozy pogody na trasie naszej wycieczki (wiatr, opady, temperatura).
Na koniec jeszcze jeden pro tip. Warto pamiętać, że wiele aplikacji pozwala zapisywać trasy, bądź wyeksportować plik gpx (lub inny). Zapisaną trasę możemy wykorzystać do nawigowania w terenie, a wyeksportowany plik wgrać do sportowego zegarka, by mieć podgląd trasy “na ręce”.
W nawigacji w górach może pomóc zegarek. Zobacz zegarki sportowe z naszej oferty.
Pamiętaj, że planowanie trasy od punktu do punktu to nie wszystko, co można, a nawet nie wszystko, co powinno się zrobić. Oprócz zaplanowania swojej wycieczki od punktu A do punktu B warto poznać wnikliwiej okolicę, w której będziemy się poruszać. Podczas wycieczki mogą przytrafić się niespodziewane komplikacje. Kontuzja, nagłe załamanie pogody, burza, ograniczona widoczność, czy zbyt wolne tempo marszu mogą zmusić nas do skrócenia wycieczki lub obrania innego wariantu.
Możesz zawsze przygotować się na takie ewentualności. W czasie planowania warto zawsze zobaczyć, w których miejscach trasę można skrócić, gdzie prowadzą szlaki do schronisk, którędy można szybko stracić wysokość lub dotrzeć do cywilizacji. Warto rozejrzeć się się również za punktami takimi jak wiaty, punkty czerpania wody i źródełka.
Nieodzownym elementem planowania wycieczki w góry jest sprawdzanie prognozy pogody. Nie będę skupiać się w tym miejscu głębiej nad tym, gdzie sprawdzać górskie prognozy pogody, bowiem jest to temat cały osobny materiał. W tym miejscu warto jednak pamiętać, że sprawdzanie jednej prognozy w góry to za mało, tak jak i o tym, że prognozy należy sprawdzać przez pewien czas, bo lubią się one dynamicznie zmieniać. Im więcej poświecisz im uwagi przed wyprawą, tym mniejsza szansa, że coś zaskoczy Cię w górach.
Dobry plan na górski trip zawiera też namysł nad potrzebnym nam ekwipunkiem, prowiantem oraz odzieżą. Prognozy będą determinować nasz ubiór i to, co z ubrań znajdzie się dodatkowo na dnie plecaka. Długość zaplanowanej trasy i dostępność sklepów czy schronisk, będzie decydować o tym ile prowiantu zabierzemy w trasę. Pora roku i cel wycieczki sprawi, że w naszym plecaku wylądują dodatkowe gramy sprzętu takiego jak raczki, stuptuty, raki i czekan…
To normalne, że planując wycieczkę w góry nie zakładasz z góry, że zakończy się ona transportem w asyście ratowników górskich. Nie mniej jednak pamietaj, że na każdą ewentualność warto się przygotować. Co warto zrobić? Pamiętaj by:
To garść najważniejszych informacji o planowaniu wycieczek w góry. Planowanie wycieczek górskich to naprawdę fajna zabawa, a do tego świetna nauka. Na koniec możesz zobaczyć film, w którym – na przykładzie dzielę się – jeszcze kilkoma praktycznymi sztuczkami.
Czas dzieli między pracę na bloku operacyjnym oraz góry. Na szczyty wybiera się w każdy możliwy sposób – na nartach, rowerze oraz pieszo, z liną lub bez. Po latach, w wyniku epidemicznego zamknięcia granic, wróciła do kolekcjonowania odznak PTTK. Jej aktualne górskie marzenie to przejście wszystkich szlaków długodystansowych w Austrii. Ponadto miłośniczka kotów – posiada dwa swoje, ale nie pogardzi pogłaskaniem schroniskowych. Nieprzerwanie od 2010 roku prowadzi bloga SKADI NA GRANI, na którym umieszcza relacje ze swoich górskich wypadów oraz posty poradnikowo-inspiracyjne. Jej ulubione życiowe motto brzmi:
„Chcę zajść, jak daleko mnie nogi poniosą
Chcę dotrzeć do radości, która jest we mnie
Pozbyć się barier, które mnie ograniczają
I poczuć jak mój duch i umysł rosną
Chcę żyć, istnieć i być
I odbierać prawdy, które są we mnie”
Odwiedź Skadi na jej blogu, zaobserwuj na Facebooku i Instagramie.
Najwyższy szczyt Gór Stołowych – Szczeliniec Wielki – to góra, jakiej nie znajdziecie w żadnym innym paśmie, które trzeba odwiedzić zdobywając odznakę Korona Gór Polskich. Wyjątkowa rzeźba i geologia tej części Sudetów sprawia, że nie wysokość, a niezwykłość form skalnych czyni ten szczyt miejscem niezwykle atrakcyjnym i w KGP absolutnie niepowtarzalnym!
Szczeliniec Wielki położony jest w łańcuchu górskim Sudetów, a dokładniej w jego części nazywanej Sudetami Środkowymi. Wysokością nie przekracza nawet 1000 m n.p.m., ustępując tylko w Sudetach Środkowym takim innym szczytom korony jak: Wielka Sowa, Orlica, Waligóra czy Jagodna. Jest to ponadto szczyt, który zdobyć można w bardzo krótkim czasie, co nie oznacza wcale, że spędzenie całego dnia na Szczelińcu i w okolicach nie jest świetną przygodą.
Zdobywając Koronę Gór Polski warto nie tylko wejść na szczyt, lecz także przemierzyć całą trasę turystyczną, która położona jest w najwyższych partiach Szczelińca. To również świetna okazja by poznać zlokalizowany tu Park Narodowy Gór Stołowych, który został utworzony w 1993 r. dla ochrony przyrody nieożywionej i ożywionej tego zakątka polskich gór.
Zobacz artykuł, dzięki któremu poznasz zasady zachowania się w parku narodowym.
Góry Stołowe wyróżniają się na tle innych pasm, które trzeba odwiedzić w czasie zdobywania KGP. Są to góry o charakterystycznej budowie płytowej, która składa się z warstw skał osadowych o różnej odporności na procesy wietrzenia. Wśród skał Gór Stołowych wyróżniamy warstwy skał osadowych z okresu Kredy, które zalegają naprzemiennie i tworzą wyraźne progi. Skały te to kredowe piaskowce oraz mułowce i margle. To właśnie dlatego – zanim osiągnie się szczyt Szczelińca Wielkiego – czasem należy pokonać kilka progów, na granicach których podziwiać można niezwykłe baszty skalne czy mniejsze formy wietrzenia piaskowca.

Szczyt można osiągnąć niemal błyskawicznie “klasyczną” drogą, która prowadzi z Karłowa. To właśnie ta droga jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc w masywie. Tuż po dojściu do skraju lasu, zaczyna się podejście po historycznych schodach, które już w XIX w. urządził tu sołtys Karłowa – Franz Pabel. Rosnąca w XIX w. popularność szczytu sprawiła, że nie tylko należało urządzić dogodną drogę na szczyt, ale również powołać kogoś, kto w labiryncie Gór Stołowych pozwoli turystom bezpiecznie wejść na szczyt i z niego wrócić…
W towarzystwie Franza Pabla szczyt odwiedziło dwóch królów pruskich – Fryderyk Wilhelm II i Fryderyk Wilhelm III. Ten drugi w roku 1813 nadaje Pablowi królewski patent do oprowadzania po skałach Szczelińca. Wydarzenie to uznawane jest za narodziny regulowanego zawodu przewodnika górskiego. Dość powiedzieć, że w 1817 r. – również w Sudetach, bo w Jeleniej Górze – powstaje pierwsza w Europie przewodnicka korporacja (Korpus Przewodników i Tragarzy Lektyk), która zrzesza licencjonowanych przewodników górskich. Uznawane za najstarsze na świecie stowarzyszenie przewodników Compagnie des Guides de Chamonix powstaje w cieniu Mont Blanc kilka lat później, bo dokładnie w 1821 r. Niestety wysokość najwyższego szczytu Alp i sława Chamonix czasem przyćmiewają te sudeckie fakty.
Jeśli wybierzecie szlak na Szczeliniec z Karłowa (który w punkcie Szczeliniec Wielki przełęcz przechodzi w ścieżkę dydaktyczną) musicie pokonać ponad 600 schodów! Nie ma zgody co do dokładnej ich liczby, bowiem nie na całej trasie są to tylko schody ułożone ludzką ręką i każdy stopnie liczy po swojemu.

Najpopularniejszym miejscem wyjścia na Szczeliniec jest bez wątpienia Karłów. Tu można zaparkować auto, czy skorzystać z gościny agroturystyk lub wynająć na nocleg domki. Dogodnym punktem wyjścia może być również położona niedaleko wieś Pasterka, w której oprócz mniejszej bazy noclegowej znajduje się Schronisko PTTK Pasterka czy Hostel Szczelinka. Dla osób lubiących turystykę z biwakiem pod namiotami polecić można pole namiotowe w Radkowie. Radków to kolejny punkt, z którego można wyruszyć na podbój tego szczytu KGP. Co prawda bardziej oddalony, ale lepiej skomunikowany i z większą bazą sklepów. Całodniową wycieczkę na Szczeliniec można rozpocząć wreszcie z Kudowy Zdroju, natomiast jest to opcja dla wytrawnych piechurów, którzy chcieliby wyruszyć rankiem, zwiedzić Błędne Skały i po południu stanąć na Szczelińcu, gdzie można zanocować w Schronisku na Szczelińcu.
Parkowanie w Parku Narodowym Gór Stołowych wymaga dodatkowego komentarza. Warto wiedzieć, że w parku znajduje się wiele darmowch parkingów, które zlokalizowane są przy dogodnych węzłach turystycznych, takich jak: Pusta Ścieżka, Kształtna Łąka, Lisia Przełęcz, czy Polana YMCA. Trzeba jednak pamiętać, że w szczycie sezonu turystycznego parkingi potrafią pękać w szwach, a na drogach panować korki. Ostatnie lata pokazują, że Szczeliniec Wielki i Błędne Skały to jedne z najpopularniejszych miejsc w Sudetach.
Pamiętaj, że w granicach Parku Narodowego Gór Stołowych turystykę można uprawiać jedynie na oznakowanych szlakach turystycznych i wyznaczonych ścieżkach dydaktycznych. Szanuj przyrodę, nie schodź ze szlaku i nie zbieraj darów runa leśnego. Wstęp do parku jest bezpłatny, natomiast na trasy turystyczne na Szczelińcu Wielkim i w Błędnych Skałach należy wykupić bilet. Od 25 kwietnia 2022 r. Park Narodowy Gór Stołowych wprowadza limity na tych trasach turystycznych, dlatego wejście należy zarezerwować wcześniej. Zorganizowana turystyka możliwa jest tylko w towarzystwie uprawnionego przewodnika, czyli przewodnika górskiego z uprawnieniami na Sudety (przewodnika sudeckiego), o czym muszą pamiętać organizatorzy wycieczek – biura turystyczne i nauczyciele.
Na terenie Sudetów Środkowych, czyli w całych Górach Stołowych, pomoc niesie Grupa Sudecka GOPR. Najbliższą stacją ratunkową jest stacja sezonowa w Karłowie lub stała stacja w Zieleńcu. Zapisz numer do GOPR i pobierz aplikację Ratunek. Pamiętaj jednak, że Górach Stołowych są miejsca pozbawione zasięgu telefonów komórkowych i że apteczka w plecaku to podstawa.

W Parku Narodowym Gór Stołowych turystykę można uprawiać przez cały rok. Trasy i szlaki na Szczelińcu Wielkim i w Błędnych Skałach nie są zamykane, choć kasy biletowe nie działają poza sezonem turystycznym. Zimą trasy te są bardzo oblodzone. Wejście w miejsca takie jak choćby Piekiełko na Szczelińcu bez porządnych raczków turystycznych lub raków grozi poważnym wypadkiem.
Raki i raczki turystyczne to zimą niezbędny ekwipunek wśród skał Szczelińca.

Czas: 1:40 h
Dystans: 4 km
Najprostsza i najszybsza droga na najwyższy szczyt Gór Stołowych prowadzi z Karłowa. Wystarczy kierować się żółtym szlakiem w stronę Szczelińca, by dalej podążać – już Ścieżką Skalnej Rzeźby prowadzącej od wejścia do lasu nad Karłowem i sprowadzającej w to samo miejsce. Początkowo droga wiedzie przez historyczne schody, o których była już mowa. Dzięki tej trasie poznasz najpiękniejsze zakątki Szczelińca Wielkiego, zdobędziesz pieczątkę w Schronisku na Szczelińcu i wejdziesz na najwyższy punkt dostępny na szlakach Gór Stołowych, czyli na punkt widokowy zwany Fotelem Pradziada.
Trasa pozwala zobaczyć najciekawsze formy wietrzenia piaskowca i odwiedzić dwa spektakularnie położone na skalnych filarach tarasy widokowe – tzw. Tarasy Południowe. Zanim do nich dotrzesz możesz podziwiać słynne formy skalne takie choćby jak Wielbłąd czy Małpolud. Trasą tą przejdziesz też przez Diabelską Kuchnię, by znaleźć się na dnie spektakularnego Piekiełka.

Czas: 2:45 godz
Dystans: 7 km
Wycieczka na Szczeliniec z Karłowa to jedna z dłuższych opcji, którą docenią wytrawni wędrowcy. Jako punkt startu warto obrać ryneczek w Radkowie, gdzie warta uwagi jest zabudowa z murami obronnymi i renesansowym ratuszem, czy kolumna Maryjna, będąca pamiątką po XVII w. epidemii zarazy. Stąd kierujemy się szlakiem niebieskim w stronę doskonale widocznego stoliwa Szczelińca.
Po drodze czekają na nas kaskady Wodospadu Pośny i „wspinaczka”, podczas której poznać można charakterystyczną budowę masywu. Składa się on z charakterystycznych progów morfologicznych. Zanim staniemy na szczycie trzeba będzie pokonać najpierw próg Radkowa, by dopiero tu znaleźć się pod właściwym urwiskiem skał Szczelińca. Gdy miniesz drogę asfaltową prowadzącą do Pasterki może będziesz już słyszeć rozmowy pod schroniskiem… Nie daj się zwieść, stąd jeszcze kawałek drogi do najwyższych partii góry.

Czas: 1 godz.
Dystans: 2,5 km
Na koniec proponuję trasę o średniej długości. Tę trasę warto pokonać z uwagi na kultowe miejsce startu i górski charakter. Wycieczkę można rozpocząć przy Schronisku Pasterka. Zlokalizowane na końcu świata schronisko znajduje się w dawnej strażnicy WOP. To kultowe miejsce w Górach Stołowych, gdzie niejedna turystyka i niejeden turysta zostawił serce. Koło schroniska znajdziesz dowód na te słowa. Warto wspomnieć, że przez siedem lat gospodarzem był tu jeden z najlepszych polskich ultrasów (biegaczy ultramaratonów) Piotr Hercog, który wciąż związany jest z Górami Stołowymi jako ratownik Grupy Sudeckiej GOPR.
Ze schroniska kierujemy się szlakiem zielonym. Najpierw przechodzimy przez miejscowość Pasterka. którą zamieszkuje na stałe dziś ok. 30 osób. Trudno dziś wyobrazić sobie, że była to jedna z większych wsi w tych górach. We wsi mijamy kilka domów o sudeckiej architekturze i XVIII-wieczny kościół, który otacza stary cmentarz. Tu warto zwrócić uwagę na grób rodziny Stieblerów, która zasłużyła się dla turystyki w tym rejonie. Klemens Stiebler wytyczał ścieżki na Szczeliniec i prowadził gospodę, w której można było nająć przewodników i tragarzy. Po wyjściu z wioski, droga zaczyna piąć się coraz bardziej w górę.

Najciekawszy fragment na szlaku zacznie się powyżej parkingu na drodze Radków-Pasterka. Stąd zaczniesz „wspinać się” po górskiej ścieżce usłanej głazami. Droga ta poprowadzi cię do przełęczy między Szczelińcem Wielkim, a Szczelińcem Małym. Warto wiedzieć, że ten drugi szczyt jest niedostępny dla turystów z uwagi na ochronę przyrody tej części Parku Narodowego Gór Stołowych. Tu należy porzucić szlak i ruszyć dalej znakowaną Ścieżką Skalnej Rzeźby.
Kilka minut zajmie ci przejście do schroniska. Tu zdobędziesz pieczątkę do książeczki KGP. By stanąć na najwyższym punkcie dostępnym dla turystów trzeba jednak wejść na biletowaną trasę turystyczną i pośród skał dotrzeć do Fotela Pradziada.
Zobacz inne opisy wycieczek z cyklu Korona Gór Polskich.
Górołaz z powołania. Z gór najbardziej kocha te, na których jeszcze nie była. Najbardziej urzekają ją w zimowej szacie. Mają w sobie wtedy trochę niedostępności i surowości. Wymagają więcej wysiłku i są kapryśne. Aspiruje do miana znawcy Tatr, ale dużo jej w tej materii jeszcze brakuje. Dlatego musi w nie jeździć jak najczęściej. Chętnie podejmuje wyzwania i wymyśla sobie nowe, bo nie lubi monotonii. Zdarza jej się też czasem wznieść na wyżyny absurdu i pojechać na górski wschód słońca, a potem go przespać. A innym razem zapomnieć o śnie i włóczyć się prawie dwie doby po niższych i wyższych pagórach bez przerwy…. i większego celu. Regularnie zaczęła zdradzać góry ze wspinaniem, ale to one same popchnęły ją w tym kierunku. Teraz porównuje cyfry w różnych zakątkach świata, by znaleźć te najwygodniejsze. Relacje czasem wrzuca na Instagram. Jej ulubiony kierunek to Włochy – dla niej kraj idealny – jedzenie, klimat, góry i klify do wspinania. Wszystko na swoim miejscu. W wolnej chwili… a nie, tych nie ma, bo spędza je w górach.
Postawmy sprawę jasno. Wybór nart skiturowych to nie jest łatwa decyzja. Nawet jeśli nie jesteś już nowicjuszem skiturowych przygód i nie rozglądasz się za pierwszymi nartami skitour, pewnie masz mętlik w głowie. Każda kolejna narta, którą poznajesz, kusi, każda obiecuje jeszcze więcej emocji z wypraw na dwóch deskach.
Też to znam. Znajomi skiturowcy podpowiadają jedno, głowa mówi drugie, a serce trzecie. I choć nie dowiesz się z tego artykułu wszystkiego o tym jak wybrać narty skiturowe, to po lekturze będziesz wiedzieć, co wyróżnia narty Dynafit i co marka ta może ci zaoferować. A wiedz, że jest w czym wybierać i pośród czego się zgubić.
Pytanie to zadaje sobie każdy fan narciarstwa i to bez względu na stopień zaawansowania. Nie starczyłoby chyba nawet książki, by wyczerpać temat. Wszystko dlatego, że parametrów dobrego doboru właściwej narty skiturowej jest wiele, a i tak każdy świadomy potrzeb i swych zachcianek narciarz będzie tak nimi żonglował, by uzyskać swego rodzaju idealny kompromis.
Zapytaj znajomych o odpowiednią długość nart skiturowych. Pewna zasada mówi, że długość postawionej narty powinna ona zawierać się między ustami a oczami narciarza. Idę jednak o zakład, że doświadczeni riderzy powiedzą ci, żeby brać nartę równą ze wzrostem. Twój poziom narciarskich umiejętności, twoja waga, wreszcie warunki i styl, w jakich będziesz jeździć, szybko może tę “złotą zasadę” zweryfikować.
Nie zapomnij, podyskutować o szerokości i taliowaniu… Ile ma mieć narta skiturowa pod butem? I tu nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Znam ludzi, którzy wybiorą szerokie płetwy na 110 mm pod butem i w swych szerokich ciuchach będą pływać w powderze i znam zawodników, którzy na skitur założą gumę (kombinezon skiturowy) i pomkną jak śnieżna pantera na kredkach o szerokości 64 mm. Ja tylko szepnę, że gdzieś w połowie tego zakresu (88-90 mm) jest miejsce dla turystów na nartach. Ale to ty musisz zdecydować, kim chcesz być w świecie skitouringu. Skitury to wolność, więc wybór należy do ciebie.
I na koniec jeszcze odpowiednia waga nart skitour… Jasne, każdy chciałby na podejściu nosić jak najmniej. Pamiętaj jednak, że najlżejsze narty są dla najbardziej doświadczonych narciarzy. Jeśli w zjeździe nie popełniasz błędów, to narta nie musi ci niczego wybaczać. Jeśli jest inaczej, a ty w dodatku nie ścigasz się pod górkę na czas, weź po prostu coś dla normalnych ludzi.
O tym jak wybrać narty skitourowe rozmawialiśmy z Piotrem Gąsiorowskim – przedstawicielem marki Dynafit w Polsce. Tutaj przeczytasz wywiad.

Tak, ja też już się w tym wszystkim pogubiłem. Mam jednak dobrą wiadomość. Jeśli wybierasz narty, zacznij od tego, co mówi o danym modelu producent. Wszystko co znajdziesz w konstrukcji nart, ma swoje uzasadnienie i nikt nie zna lepiej tej deski, niż ten, kto ją zaprojektował.
Każda narta składa się z wielu komponentów. Ich dobór i sposób połączenia wpływa na właściwości narty, jej charakterystykę, wytrzymałość. Widzisz zewnętrzną powłokę, ślizg i stalowe krawędzie, ale tam w środku jest wiele więcej.
Sercem każdej z nart jest rdzeń. Produkowane przez Dynafit narty posiadają kilka modeli rdzeni:
Ponadto w nartach Dynafit – w zależności od modelu – znajdziesz wiele innych warstw i komponentów. Jednym z powszechniejszych jest ABS, czyli niezwykle odporne tworzywo sztuczne. W najlżejszych nartach stosuje się Carbon, czyli wytwarzane z polimerów włókna ze struktur węglowych lub Carbon UD, czyli struktury z włókien węglowych, które nie przeplatają się między sobą i są ułożone w jednym kierunku. Lekki i wytrzymały Carbon (włókno węglowe) łączy się w nartach także z włóknem szklanym.

Marka Dynafit wie, że skitour niejedno ma imię. Turystyka narciarska, freeride, czy zawody skiturowe są tak różnymi aktywnościami, że do każdej z nich należy dobrać odpowiednio nartę. Właśnie z tego powodu cała kolekcja Dynafit – i to nie tylko ta w segmencie narty skiturowe – podzielona jest na kilka kategorii:
Projektanci marki dość szczegółowo określili potrzeby osób, które wybierają odzież czy narty w każdym z tych segmentów. Dzięki temu marka Dynafit nie kusi obietnicą jednej narty idealnej na każdy styl i każde warunki, ale pozwala za to idealnie wybrać model odpowiedni do konkretnej aktywności.
Poznaj narty Dynafit z naszej oferty.
Narty z tej serii są najlżejsze z całej kolekcji. Każdy z modeli produkowany jest jedynie w dwóch długościach. Narty cechuje również najmniejsza szerokość pod butem. Tylko 64 mm czyni z nich przysłowiowe kredki – idealne na zawody skitour, ale już nie do klasycznego touringu czy jazdy w głębokim śniegu. Do kolekcji tej należą narty:
które sprawdzą się świetnie na szybkich podejściach pod górę i błyskawicznym zjeździe, w stylu niemal “na krechę”. Takie deski powinni wybierać narciarze o sportowych ambicjach – narciarze, dla których w górach najważniejszy jest jak najkrótszy czas.


To kategoria plasująca się gdzieś ściśle nartami zawodniczymi a nartami do klasycznego turowania. Co to oznacza? Znaczy to tyle, że znajdziesz tu już trochę szersze narty, które wykonane są w najlepszych technologiach. Seria tych nart to modele o ciekawszych właściwościach zjazdowych i mega niskiej wadze. Tym razem do wyboru mamy narty:
które najlepiej sprawdzą się na nogach tych narciarzy, którzy szukają najlżejszego sprzętu, ale licząc każdy gram, liczą także na frajdę w czasach zboczem. Najszersza z tych nart – Blacklight 88 Ski – to już narta praktycznie turowa, ale wciąż powodująca u narciarzy rumieńce z powodu wagi. Z tymi modelami pomkniesz po śniegu lekko, zupełnie niczym śnieżna pantera!


Tę serię można potraktować jako wybór środka. Znajdziesz tu narty do klasycznego skitouringu, czyli – zwał, jak zwał – turystyki narciarskiej, wycieczek skitour. Miarowe tempo na podejściu i przyjemny zjazd to domena tych nart, które pod butem mają 86-89 mm i występują w różnych długościach, dostosowanych do wzrostu użytkowników. W katalogu tych produktów znajdziesz także narty damskie i juniorskie. Kolekcję Tour tworzą narty takie jak:
Wybór tych nart będzie idealny dla użytkowników początkujących i średniozaawansowanych. Narty idealnie sprawdzą się do skitouringu od schroniska do schroniska i poradzą sobie w zmiennych warunkach, z jakimi mierzą się skiturowcy w polskich górach.


Kolejna seria nart to deski dla poszukiwaczy tak zwanego powderu! Te szerokie narty sprawdzą się tam, gdzie świeży i głęboki śnieg rozdaje karty przez dużą część sezonu. Na fanów jazdy w głębokim puchu czekają narty:
I choć najszerszej bestii ze stajni Dynafit brakuje do najszerszych nart na freerideowym rynku, to tak szerokie i wyporne narty dobierają zazwyczaj już doświadczeni riderzy, którym nie brak umiejętności i którym nie straszne freetourowe rzemiosło.


Dobór nart, kupno odpowiednich wiązań, wybór właściwej fok… Dynafit wie, że dla nowych adeptów skitouringu nie jest to łatwe zadanie. Z tego powodu przygotował gotowe zestawy, w których skład wchodzą narty, wiązania skiturowe oraz foki docięte idealnie do krawędzi. Zestawy skomponowane są z uniwersalnych nart serii Tour – Seven Summits, Seven Summits+ i Seven Summits Youngstar oraz odpowiednio dobranych wiązań, które sprawdzą się przy klasycznym skitouringu. Dzięki tym zestawom – zaraz po wyjęciu nart z pudełka – możesz być w gotowości do przygody w górach!
Tak szeroki wybór nart Dynafit sprawia, że marka z charakterystyczny logo śnieżnej pantery może być marką naprawdę wielu skiturowców. Dynafit nie oddaje pola w skiturowych zawodach i nie zapomina o nowych adeptach przygody w ośnieżonych górach. Jak już wspomniałem – skitouring to wolność i tu każdy może realizować się na własny sposób, choćby z marką Dynafit!
Tutaj znajdziesz wszystko, co potrzebne jest do skitouringu – kliknij!
Natalia Tomasiak jest jedną z najszybciej biegających po górach Polek. Pierwszy raz przebiegła półmaraton górski w 2014 r., zajmując od razu miejsce na pudle. Startuje i odnosi sukcesy w biegach ultra, skyrace i biegach alpejskich, jest reprezentantką Polski w biegach górskich. Na ostatnich Mistrzostwach Świata Skyrunning Ultra wybiegała IV miejsce. Już w swoim drugim sezonie biegowym zachwyciła pozycją w klasyfikacji generalnej kobiet Pucharu Świata Skyrunning Extreme (2016) zajmując V miejsce. Wygrała wiele krajowych i zagranicznych biegów o świetnej renomie. Jest zawodniczką Salomon Suunto Team i Team Petzl Polska.
Sezon biegowy w Polsce powoli będzie się kończyć. Chciałem Cię prosić o krótkie podsumowanie. Startowałaś w tym roku w wielu zawodach, które były dla Ciebie najtrudniejsze?
Ojejku. Takie najtrudniejsze… Czekaj, czekaj, myślę. Orobie (Gran Trail Orobie) chyba – ten najdłuższy dla mnie dystans. Tam biegłam siedemdziesiątkę, było ponad 5000 metrów przewyższenia. Jadąc na zawody mocno zastanawiałam się dlaczego w poprzednich latach dziewczyny, które były w czołówce, tak długo to biegły. Dystans 70 kilometrów po 11 godzin… byłam zdziwiona. Natomiast gdy zobaczyłam te szlaki i trasę, to zrozumiałam, że to było dość trudne. Ale dla mnie najtrudniejszym elementem tego biegu była pogoda. Nie jestem przyzwyczajona do biegania w upale, nie lubię biegać w upale, więc najtrudniej zniosłam temperaturę.
Ze względu na temperaturę, dystans, czas to był trudny bieg. A najtrudniejszy technicznie był tak naprawdę bieg w Norwegii – Stranda Fjord Trail Race.

Natalia Tomasiak podczas rozmowy na Festiwalu w Lądku.
Angażujesz się też w tworzenie zawodów biegowych w rodzinnej Krynicy. Polecisz biegaczom jakieś inne zawody w Polsce, gdzie trasa jest rewelacyjna lub panuje wyjątkowa atmosfera?
Dla osób, które dopiero zaczynają albo chcą poszukać czegoś fajnego i dłuższego dla siebie, można polecić zawody z mega klimatem, zawody, na których po prostu świetnie jest być, czyli Dolnośląski Festiwal Biegów Górskich. Tu jest naprawdę fajnie. Teraz przyjeżdżają tu już tysiące biegaczy, a impreza ta trwa przez cztery dni i ma swój klimat. Oprócz biegania można się tu spotkać z innymi biegaczami, pogadać, są koncerty, więc na pewno można polecić tę imprezę.
Coś fajnego, biegowego jeszcze… Mamy ciekawe zawody w Tatrach. Tatry zawsze “robią robotę”! Trasa sama z siebie to już zachęta. Oczywiście Krynicę darzę także sentymentem, bo z niej pochodzę. Zawsze będę ją promować (śmiech). Lubię też biegać po Gorcach.
Już za chwilę sezon skiturowy. Wiem, że jeździsz na skiturach i nawet startowałaś w zawodach skiturowych. Masz jakieś plany skiturowe, zawody, wypad na narty? Pamiętam, że swego czasu podobała Ci się skiturowo Gruzja.
Jeszcze bardziej spodobały mi się Góry Skaliste w Kanadzie, gdzie byłam już dwa razy wytrzepując ostatnie pieniądze ze skarbonki na każdy taki wyjazd. Jeśli chodzi o skitury to traktuję to totalnie dla zabawy. Nie przymierzam się do strasznie dużych startów, jeśli już to gdzieś w Polsce. To nie jest dla mnie docelowy sport i po prostu nie jestem w stanie czasowo godzić trenowania. Albo biegamy, albo trenujemy skitury. Przede wszystkim ze względu na pracę. Dla mnie w skiturach najfajniejsze są wycieczki, a zawody to jest dopiero ten drugi element. Jak wspomniałeś byłam w Gruzji, gdzie mi się mega podobało, byłam w Kanadzie, ale to właśnie są długie, fajne i techniczne wycieczki.
Wróćmy więc do tej najważniejszej dla Ciebie aktywności. Jak sądzisz, czy bieganie w górach jest dla każdego?
Tak! Oczywiście! Myślę, że dla każdego, ale trzeba mądrze zaczynać. Mam kilku zawodników, którym pomagam w treningu, mam osoby, które dopiero zaczynają, które w bieganie po górach dopiero wdrażam i mam osoby, które biegają już dość mocno. Zawsze jednak powtarzam, że zdrowe bieganie to nie jest to, że w pierwszym sezonie przebiegamy setkę czy jakiś ultramaraton. W zdrowe bieganie wprowadzamy nasz organizm, nasze ciało małymi krokami. Dlatego myślę, że można zaczynać w każdym wieku i każdy może biegać po górach. Tym bardziej, że z bieganiem po górach to nie jest – umówmy się – tak, że od razu trzeba zacząć biegać. Najpierw to są jakieś przebieżki, marszobiegi. Na początku to są wycieczki biegowe. Można zacząć od tego, że idziemy w góry, ale nie z wielkim plecakiem tylko lżejszym i staramy się pokonać trasę szybciej. I już mamy wycieczkę biegową, już zaczynamy biegać po górach!
Na koniec zapytam Cię o jakiś sprzętowy drobiazg, który w tym roku sprawdziłaś i w tym sezonie pomógł Ci na biegowych ścieżkach.
Jeśli chodzi o taki TOP-TOP produkt, to myślę, że będą to nowe buty Salomon S-Lab Ultra. Naprawdę są fantastyczne. Biega się w nich super. Buty mają miękką podeszwę. To jest mój ulubiony produkt, taki the best tego sezonu.
Oczywiście tych produktów byłoby kilka, jakby poszukać. Jeszcze może drugi produkt, który doceniłam, to jest mała czołówka Petzl Bindi. W Petzlu po prostu “zrobili robotę”, waży 35 gamów, ma 200 lumenów. Dla mnie po prostu mega bomba! Tak, więc te buty, które bardzo polubiłam – są fajne, są stabilne, są mega lekkie – i ta czołóweczka. To jest taki TOP-TOP na ten sezon.
Bardzo Ci dziękuję Natalia za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.
Więcej o Natalii Tomasiak: http://nataliatomasiak.pl
Rozmawiał: Sławek Nosal
Rozmowa została przeprowadzona podczas XXIII Festiwalu Górskiego im. A. Zawady w Lądku-Zdroju, który trwał w dniach 20-23 września 2018 r. Festiwal lądecki jest jedną z największych polskich imprez integrujących środowisko ludzi gór. Festiwal to m.in. spotkania z najlepszymi alpinistami na świecie, konkurs filmów górskich i plebiscyt na najlepszą książkę górską ubiegłego roku. Podczas XXIII edycji na festiwalu odbyła się gala wręczenia Złotych Czekanów (Piolets d’Or) – najbardziej prestiżowego na świecie wyróżnienia alpinistycznego, które do tej pory przyznawane było w Chamonix.
Na drodze do realizacji celów, marzeń i sportowych wyzwań Natalię wspierają marki

Bezpieczeństwo to w górach temat zawsze aktualny. Sposoby na wezwanie pomocy w górach są proste. Trzeba je sobie jednak dobrze utrwalić, by w stresowej sytuacji zachować się odpowiednio. Dziś na blogu Skalnika krótka ściąga, w której podpowiadamy jak wzywać pomoc w górach we właściwy sposób.
Wzywanie pomocy przez telefon to dla współczesnego górołaza najszybsze rozwiązanie. Niemal każdy turysta ma telefon w kieszeni. Pewnie większość używa go raczej do robienia zdjęć niż alarmowania i lepiej będzie jeśli ta statystyka się nie zmieni. Warto jednak pamiętać, że rozmowa z ratownikiem GOPR lub TOPR to często najskuteczniejsza metoda. Jeśli widzisz wypadek, ulegasz mu, bądź ktoś z twoich partnerów potrzebuje profesjonalnej pomocy, zadzwoń pod jeden z numerów alarmowych GOPR: 985 lub 601 100 300. Możesz również użyć międzynarodowego telefonu alarmowego 112. W rozmowie z ratownikiem:
+ określ miejsce zdarzenia
+ powiedź co się stało
+ powiedz kto jest poszkodowany, ile osób z tobą jest
+ poinformuj czy ty lub inni znajdują się w bezpośrednim ryzyku utraty życia
+ przedstaw się
+ odpowiadaj na pytania ratownika i pamiętaj, że to on powinien skończyć rozmowę
Pamiętaj też, że baterię w telefonie należy oszczędzać. Jeśli poziom baterii jest niski możesz wysłać SMS na numer 601 100 300 i przekazać dodatkowe, ważne informacje.
Wzywanie pomocy aplikacją ratunekZ telefonu możesz poinformować ratowników o wypadku za pomocą aplikacji Ratunek. Wystarczą trzy kliknięcia w dotykowy ekran smartfona, żeby GOPR uzyskał informacje o twoim położeniu i stanie naładowania baterii w telefonie. To jeden z najprostszych sposobów wzywania pomocy, a także jedna z najłatwiejszych metod namierzenia poszkodowanych w terenie. Aplikacja wykorzystuje moduł GPS i jest w stanie określić twoje położenie z bardzo dużą dokładnością. Co trzeba zrobić żeby wezwać ratunek? To proste:
+ uruchom aplikację
+ włącz moduł GPS
+ 3 razy kliknij w ikonę na ekranie
Wówczas telefon sam wyśle twoją pozycję i zaalarmuje, że pomoc jest ci niezbędna. Następnie zadzwoni do ciebie ratownik dyżurny i zapyta o szczegóły zdarzenia. Ten nowoczesny sposób wzywania pomocy uratował już niejedną osobę. Dodatkowym atutem aplikacji jest Książeczka Medyczna, którą wypełnić możesz dobrowolnie. Dzięki niej goprowcy mogą szybko mieć informacje takie jak: 1) imię i nazwisko, 2) wiek, 3) imię i nazwisko oraz numer osoby, którą należy powiadomić o wypadku, 4) grupa krwi, 5) alergie, 6) choroby przewlekłe. Dane zawarte w tej metryczce uzyska ratownik tylko wtedy, gdy uzna to za niezbędne ratowania twojego życia lub zdrowia.
W innym naszym wpisie przeczytasz test aplikacji turystycznych. Znajdziesz go tutaj

Wiele plecaków wyposażonych jest w gwizdki alarmowe. Nie zawsze wiemy jednak, jak wezwać pomoc gwizdkiem. Żeby uczynić z gwizdka właściwy użytek nie należy wcale robić tego tak, jak wzywali pomocy telegrafiści na Titanicu. Film o katastrofie tego ogromnego liniowca nauczył wszystkich jak wezwać SOS alfabetem Morse’a, ale nie jest to właściwy sposób do alarmowania w górach. W międzynarodowym systemie wzywania pomocy dźwiękiem, w górach panuje schemat podawania:
+ 6 sygnałów dźwiękowych na minutę
+ i odczekania 1 minuty
Po tej serii schemat należy powtórzyć. Mówiąc jeszcze jaśniej, należy zagwizdać 6 razy w odstępie co 10 sekund i zrobić minutę przerwy. Osoba, która usłyszy tego typu wołanie o pomoc, powinna odpowiedzieć przez nadawanie 3 sygnałów dźwiękowych na minutę z minutowym odstępem.
Wzywanie pomocy światłemCzasem czołówki posiadają tryb, w którym migają SOS alfabetem Morse’a. Sygnał ten może być zrozumiany, ale w przypadku sygnałów światłem schemat powinien być taki sam, jak przy alarmowaniu dźwiękiem. Pamiętaj zatem, że światłem trzeba migać 6 razy na minutę, a po każdym cyklu robić jednominutową przerwę. Wzywanie pomocy światłem i dźwiękiem to sposób najbardziej skuteczny w partiach gór pozbawionych zalesienia. W Tatrach, w wysokich partiach Karkonoszy, Bieszczadów i Beskidów, taki sygnał można usłyszeć lub zobaczyć naprawdę z daleka.
Przelatujące z ratownikami śmigło to zawsze w górach sensacja. Nie wolno jednak machać niepotrzebnie w stronę ratowników, pozdrawiać ich i bez powodu zwracać ich uwagę, jeśli akurat nie potrzebujemy pomocy. Gdy będziesz jednak w tarapatach, to załogę śmigłowca poinformujesz o tym przybierając odpowiednią postawę. Aby wezwać pomoc przelatującego śmigłowca, stań prosto w pozycji Y unosząc obie ręce pod kątem, ku górze.
Czasem zdarza się, że ratownicy przeszukują teren, by znaleźć miejsce wypadku. Śmigłowiec może krążyć wokół ciebie i upewniać się, czy to nie ty wzywasz ratunku. Jeśli nie potrzebujesz pomocy stań prosto, podnieś prawą rękę pod kątem do góry, a lewą trzymaj ukośnie pochyloną w dół. W ten sposób twoje ciało będzie przypominać literę N.
To najprostsze, najbardziej powszechne i zrozumiałe w każdych górach sygnały do wzywania pomocy. Istnieją także inne sposoby, ale wymagają zabrania dodatkowego sprzętu (lampy alarmowe, światła chemiczne lub flary ostrzegawcze). Od zawsze sygnałem ratunku było także wołanie w górach. Oczywiście można alarmować krzycząc “ratunku!”, ale warto pamiętać, że głos jest słyszalny w różnych warunkach w różny sposób, a struny głosowe mają swoją określoną “wytrzymałość”.
To oczywiste, że na etapie planowania wypadu w góry nie myślisz o wypadku. Jeśli jednak chcesz działać odpowiedzialnie, musisz zawsze pamiętać, że coś może pójść wbrew założeniom. Z ubezpieczeniem jest jak z apteczką – w górach muszą być pod ręką “na wszelki wypadek”.
Szansa na realizowanie pasjiMam ubezpieczenie w góry, choć wcale nie pragnę z niego korzystać. Ubezpieczenie to nie tylko wyprawa bez dodatkowego stresu. Odpowiednia polisa to czasem także grubszy portfel i szansa na dalsze realizowanie pasji. Jeśli przyszłoby mi zapłacić za akcję ratunkową lub leczenie po wypadku w górach, mógłbym zapomnieć o atrakcyjnych górskich wypadach pewnie na dłuższy okres czasu.
Zastanawiasz się czy potrzebujesz ubezpieczenia? Posłuchaj dwóch krótkich historii.
Oto pierwsza. Kiedy jechałem pierwszy raz na via ferraty wiedziałem, że jest kilka rzeczy, których wolałbym uniknąć. Na ich liście był wypadek, akcja ratunkowa, leczenie, nawet lot śmigłowcem. Brałem również pod uwagę, że sam mogę stać się zagrożeniem. Góry same w sobie nie są groźne, a wypadki nie zdarzają się bez udziału ludzi. Jadąc w Dolomity wiedziałem, że to ja mogę strącić kamień, który może wplątać w tarapaty nie tylko osobę idącą poniżej. Właśnie z tego powodu ubezpieczenia w góry muszą obejmować nie tylko koszty akcji ratowniczej i koszty leczenia, lecz także ubezpieczać od odpowiedzialności cywilnej.
Okoliczności wypadków są nie do przewidzenia. To już druga historia. Kilka lat temu pewien 19-latek otrzymał od słowackich ratowników rachunek na 15 tyś. euro. Wycieczka na Rysy nie zakładała pobytu w sąsiednim kraju. Tym bardziej nie zakładała innych przykrych zdarzeń. Wykupienie polisy, choćby na kilka dni, mogło zaoszczędzić mu przynajmniej sporych wydatków.
Wszystko zależy od twojego modelu działania. Osoby, które spędzają więcej czasu w zagranicznych górach niż w polskich, należą pewnie do mniejszości. Na rynku ubezpieczeniowym znaleźć można ubezpieczenia roczne i polisy na konkretne wyjazdy turystyczne. Sam skłaniam się do zakupu tych pierwszych. Nawet jeśli w “obce” góry wyprawię się raz do roku, to przecież często chodzę, a zimą szuram na skiturach w przygranicznych pasmach. Polisa ważna przez cały rok sprawia, że nie muszę przed każdą wycieczką, czy choćby przed rodzinnym wyjazdem na narty do Czech, myśleć na nowo o ubezpieczeniu. Jeśli jednak w góry nie wyruszasz zbyt często, to możesz ograniczyć się do ubezpieczenia wykupionego tylko na czas urlopu.
Na co zwrócić uwagę przy ubezpieczeniachWszystko co najważniejsze w ubezpieczeniu zawiera się w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia (OWU). Jeśli szukasz ubezpieczenia w góry, ale takiego z prawdziwego zdarzenia, to musisz wybrać takie, które w ofercie obejmuje tzw. sporty (czy aktywności) podwyższonego ryzyka. W górach powiedzmy powyżej 2000 m n.p.m. musisz liczyć się z przepaściami. Nawet jeśli masz stalowe nerwy i na eksponowanych graniach nie drżą ci kolana, to dla twojego ubezpieczyciela tego typu przygoda może być traktowana jako ekstremalna. Zauważ, że ubezpieczenia w góry obowiązują często do konkretnej wysokości nad poziomem morza oraz mogą być ograniczone terytorialnie. Przed planowanym wyjazdem upewnij się, że zakupiona polisa, w razie zaistnienia wypadku, zadziała w kraju, do którego się wybierasz. W ubezpieczeniu może pojawić się także limit czasu przeznaczonego na jedną wyprawę. Wiele rocznych ubezpieczeń jest skonstruowanych tak, że obejmują okres 8 pierwszych tygodni każdej wyprawy. Po tym czasie powinien nastąpić powrót. Istnieje możliwość przedłużenia tego okresu, ale zawsze wiąże się to z wykupieniem dodatkowego pakietu.
Ważnym kryterium wyboru ubezpieczenia są kwoty, na jakie ubezpieczenie to opiewa. Zwróć uwagę na najważniejsze wartości:
1. KOSZTY RATOWNICTWA I POSZUKIWAŃ
Ubezpieczenie górskie powinno mieć wysoką kwotę na pokrycie kosztów ratownictwa i poszukiwań. Musi uwzględniać również akcje ratownicze z użyciem śmigłowca. Teren górski jest terenem trudno dostępnym i dziś standardem są szybkie akcje z wykorzystaniem śmigłowca. Pamiętaj, że koszty śmigła, czy też koszty poszukiwań przy zaangażowaniu dużej liczby ratowników i sprzętu, mogą być ogromne. Możesz mieć pewność, że 5000 € to stanowczo za mało… Godzina lotu Słowackiego śmigłowca z ratownikami to rachunek na ok. 3-3,5 tyś. €, a godzina pracy ratownika 35-80 €. Rozbieżności w wyliczeniach zależą od trudności terenu, w jaki zadysponowani będą ratownicy. Koszt akcji w zachodniej Europie – na przykład w Alpach – będzie jeszcze wyższy.
2. KOSZTY LECZENIA
Wysoka kwota kosztów leczenia jest równie istotna. Każdy dzień pobytu w szpitalu może być wydatkiem na kilka tysięcy złotych. Koszty rosną znacznie jeśli wymagane jest przeprowadzanie zabiegów. Tylko niezbędne koszty leczenia pokrywane są z ubezpieczenia, a ubezpieczyciel pokrywa je tylko do sumy gwarantowanej. W tym zakresie nie warto oszczędzać. To co warto, to na pewno przeczytać uważnie warunki, jakie w tym zakresie oferuje towarzystwo ubezpieczeniowe.
3. ODPOWIEDZIALNOŚĆ CYWILNA
Kwota, do jakiej ubezpieczasz się z tytułu OC, zabezpiecza przed tarapatami w przypadku, gdy twoje działania wyrządza szkodę na innych osobach lub na mieniu. Kwoty mogą być w tym przypadku podzielone na różne limity dotyczące roszczeń osobowych i majątkowych.
4. KOSZTY TRANSPORTU
Ważnym kryterium kwotowym powinien być także dobór ubezpieczenia ze względu na pokrycie kosztów transportu poszkodowanego do kraju, a także transport zwłok. Najlepsze są te ubezpieczenia, które w tym aspekcie nie mają limitów.
Jest wiele opcji kupna ubezpieczenia. Dziś najpopularniejszym wydaje się kupno ubezpieczenia przez internet. Porównywarki i formularze wyliczające koszty ubezpieczenia, a następnie umożliwiające zakup polisy, do rzadkości nie należą. Jedną z najpopularniejszych porównywarek znajdziesz na stronach: www.polisaturystyczna.pl, www.rexio.pl, www.rankomat.pl. Kupna polisy można dokonać także u multiagenta (pośrednika) lub w towarzystwie ubezpieczeniowym.
Ubezpieczenia można kupić czasem na miejscu. Zastanów się jednak, czy warto odkładać kupno polisy na ostatnią chwilę. Bywa nieraz tak, że lokalne służby ratownicze zalecają konkretnych ubezpieczycieli. Dla przykładu słowacka Horská záchranná služba poleca zakupić w Tatry ubezpieczenia www.union.sk. Kupno ubezpieczenia polecanego przez ratowników górskich lub wybieranego przez profesjonalistów (przewodników, instruktorów) to często oferta najbardziej godna zaufania.

Przykładowe wyliczenie kosztu polisy na dwutygodniowy wyjazd do Włoch. Korzystając z wyszukiwarek upewnij się, że polisa pokryje koszty poszukiwań i ratownictwa oraz ubezpiecza sporty wysokiego wyzyka. Mimo zaznaczenia odpowiedniej opcji wyszukiwania, na liście wyszukiwarka umieściła ubezpieczenia, które nadal trzeba o taką opcję rozszerzyć. (wyliczenie na podstawie www.polisaturystyczna.pl)
W środowisku górskim dwie najpopularniejsze opcje to kupno polisy Bezpieczny Powrót polskiego PZU oraz wstąpienie do austriackiego klubu górskiego Alpenverein, w którym po opłaceniu składki członkowskiej na rok, zyskuje się również ubezpieczenie. Wiele osób zastanawia się co jest bardziej opłacalne. Pytanie Alpenverein czy Bezpieczny Powrót co roku wraca na górskich forach, w rozmowach w klubach wysokogórskich i na wspinaczkowych ściankach. Wybór jednej i drugiej opcji ma swoje plusy i minusy. Na początek porównam te dwa popularne ubezpieczenia dla alpinistów i wspinaczy, a później postaram się wyliczyć, co w każdym jest atutem, a co przysłowiowym “kruczkiem”.

Porównanie kwot w ubezpieczeniu członków Alpenverien oraz ubezpieczenia Bezpieczny Powrót
Plusy ubezpieczenia członków Alpenverein:
Minusy ubezpieczenia członków Alpenverein:
Plusy ubezpieczenia Bezpieczny Powrót:
Minusy ubezpieczenia Bezpieczny Powrót:
Bez względu na to na jakie ubezpieczenie się zdecydujesz, zawsze dokładnie przeczytaj OWU, a przed wyjazdem przypomnij sobie, jakie obowiązują procedury zgłaszania wypadku i szkody oraz jakie są telefony alarmowe. Najpopularniejsze ubezpieczenia dla ludzi gór zakupić możesz przez internet. Wszystkie niezbędne informacje znajdziesz na stronach http://www.alpenverein.pl oraz http://bezpiecznypowrot.pl/.
Planując wyjazd we wszystkie europejskie pasma nie zapomnij wyrobić karty EKUZ. Darmową Europejską Kartę Ubezpieczenia Zdrowotnego wystawiają oddziały NFZ. Karta jest dokumentem potwierdzającym, że na terenie Polski jesteś osobą ubezpieczoną, a to oznacza, że w państwach Unii Europejskiej w Norwegii, Islandii, Liechtensteinie i Szwajcarii obejmuje cię opieka zdrowotna na tych samych warunkach, co obywateli tego kraju. Nie oznacza to zawsze w pełni nieodpłatnego leczenia, ponieważ sprawę kosztów regulują lokalne procedury. Kartę EKUZ należy wyrobić przed wyjazdem i zabrać ze sobą. Znacznie ułatwia ona procedury w razie wystąpienia wypadku czy konieczności podjęcia leczenia. Za granicą EKUZ nie sfinansuje jednak akcji ratowniczych czy poszukiwań, dlatego tak ważnym jest, żeby nie polegać jedynie na prawach przysługujących z tytułu powszechnego ubezpieczenia.
Popularność chodzenia po via ferratach rośnie z roku na rok. Nic w tym dziwnego. Piękne widoki, eksponowany teren powodujący emocje większe niż na zwykłym trekkingu, specjalistyczny sprzęt, który elektryzuje niektórych miłośników outdooru. Rosnąca popularność przechodzenia żelaznych perci sprawia też, że coraz więcej osób szuka na via ferratach coraz to poważniejszych wyzwań.
Niezbędne wyposażenie na via ferraty to kask wspinaczkowy, uprząż i lonża. Bez takiego zestawu w zasadzie nie powinniśmy nawet myśleć o wyruszeniu w skalną ścianę.
KASK. Atestowany kask wspinaczkowy jest konieczny ponieważ chroni głowę przed spadającymi odłamkami skalnymi i osłania ją przy odpadnięciu. Spadające małe fragmenty skał i kamienie nie należą do rzadkości. Lecący z góry kamień może przydarzyć się szczególnie na popularnych ferratach, które przechodzi większa liczba osób.
UPRZĄŻ. Uprząż chroni przed upadkiem z wysokości. Niezbędnym jest, żeby uprząż była atestowana, przeznaczona do wspinaczki lub była to specjalna uprząż na via ferraty. Warto wiedzieć, że na rynku dostępne są uprzęże dedykowane do via ferrat, ale każda wspinaczkowa uprząż może być równie skutecznie wykorzystywana na żelaznych perciach.
LONŻA. W przypadku lonży kompromisów już żadnych być nie może. Kiedy idziesz na via ferratę, w twoim wyposażeniu musi znaleźć się lonża z absorberem. Każda lonża na via ferraty wyposażona jest w dwa ramiona z karabinkami (najczęściej posiadającymi automatyczną blokadę) oraz absorber pochłaniający energię ewentualnego upadku.
Takie trio to na ferratach absolutne must have. Choć na wielu drogach ze sztucznymi ułatwieniami przydać się może dodatkowe wyposażenie.

Lonża Ocun Taja w swoim żywiole. Dolomity.
Nie warto zakładać zawsze, że podstawowy zestaw na via ferraty pozwoli przejść każdą drogę. Drogi wspinaczkowe z ułatwieniami w postaci stalowych lin asekuracyjnych, klamr, kotew, stopni i mostków mają zróżnicowaną trudność. Planując przejście via ferraty należy wziąć to pod uwagę i zastanowić się, czy na danej drodze nie będzie potrzebna dodatkowa asekuracja. Potrzeba stosowania dodatkowej asekuracji może wystąpić również niezależnie od trudności ferraty podanej w przewodniku. Zawsze warto wkalkulować zmienną pogodę. Deszcz przecież może błyskawicznie zwiększyć trudność przejścia danej ferraty. Ale czynniki atmosferyczne to tylko jeden z aspektów. Ferraty najczęściej pokonuje się w zespołach, a nie w pojedynkę.
Przed zespołowym wyruszeniem na ferratę warto ocenić doświadczenie i predyspozycje swoich partnerów. Czasem może okazać się, że ktoś z twoich towarzyszy będzie potrzebować pomocy na najtrudniejszych odcinkach drogi. Znaczenie może mieć nie tylko górskie doświadczenie. Czasem nawet chwilowa niedyspozycja – na którą wpływa choćby zmęczenie – może zablokować kogoś skalną trudnością. Bywa, że takie miejsce jest dla danej osoby nie do przejścia przy asekuracji z samej lonży via ferrata z absorberem.

Należy zastanowić się, czy na danej drodze nie będzie potrzebna dodatkowa asekuracja

Skłamałbym mówiąc, że na ferratach nie używam tylko podstawowego wyposażenia. Na każdą ferratę zabieram rękawiczki. Rękawiczki na via ferraty mogą być pełne lub bez palców. Pozwalają one chronić skórę dłoni. Ma to znaczenie szczególnie na długich ferratach, a także latem. Częste przepinki, manewry sprzętowe i wilgoć lubią uszkadzać skórę dłoni. Rękawiczki chronią dłonie i znacznie ułatwiają chwytanie stalowych klamer, czy stalowej liny asekuracyjnej. Czasem przeszkadzają w chwytaniu skały, którą najpewniej łapie się gołą dłonią. Zazwyczaj skalne trudności nie są jednak tak duże. Rękawiczki w razie potrzeby można zawsze zawiesić przy uprzęży. Oczywiście pod warunkiem, że jest na czym.
Zawsze przydają się do tego celu dodatkowe karabinki. Karabinki sprzętowe lub ekspresowe mogą służyć do noszenia ekwipunku. Na odpoczynku można na nich przymocować plecak. Do tego celu czasem noszę jeden ekspres wspinaczkowy lub pętlę i karabinek.
Pętla i karabinekNie rozstaję się również z przynajmniej jednym karabinkiem zakręcanym typu HMS i przynajmniej jedną zszywana pętlą wspinaczkową.
Nie wszystkie lonże via ferrata pozwalają zawisnąć w uprzęży do odpoczynku. W takich wypadkach pętla wspinaczkowa i karabinek są niezastąpione. Do odpoczynku, stabilizacji na stanowisku świetnie sprawdza się pętla o długości 60 cm i zakręcany karabinek. Pętla powinna być wykonana z poliamidu (nylonu), a nie dyneemy. Do uprzęży wystarczy zamocować ją za pomocą węzła zwanego “główka skowronka”. Jeśli chodzi zaś o karabinek, wybieram zawsze większy zakręcany HMS, który oferuje duży prześwit otwartego zamka. Spotkać można na rynku karabinki na via ferraty z automatyczną blokadą. To również dobre rozwiązanie. Karabinek taki jak Vertigo z Petzla czy Via Ferrata marki Fixe, mają poręczny kształt, samoczynną blokadę i większe rozmiary (w tym prześwit). Zdarzało mi się używać nawet 30-centymetrowej pętli z modelem Via Ferrata marki Fixe i było to całkiem sprawny zestaw do autoasekuracji w czasie postoju.
Warto wspomnieć o maleńkim detalu, który usprawnia działanie tego typu lonży. Do zestawu przydaje się gumowy string stabilizujący pozycję karabinka na taśmie. Taki element dodany do sztywnej lonży pozwoli ci szybciej wpinać i wypinać lonżę i utrzyma karabinek zawsze w tym samym miejscu na taśmie.

Czasem przyda się więcej zakręcanych karabinków. Szczególnie wtedy, gdy do twojego zestawu na żelazną perć dojdzie lina. Linę stosować można w kilku sytuacjach, na przykład:
Linę powinna nosić osoba najbardziej doświadczona i znająca techniki asekurowania w górach. Podczas przechodzenia ferrat, liną można asekurować z górnego stanowiska. Wystarczy wykonać na kotwie lub drabince stanowisko i skorzystać z przyrządu asekuracyjnego do wspinaczki (oczywiście takiego, który pozwala asekurować z góry). Doświadczone osoby, które nie zabrały przyrządu, mogą ewentualnie użyć w takim przypadku HMS-a i półwyblinki.
Ważna jest kwestia tego, jak długa powinna być lina na via ferraty. Do przejścia trudnych ferrat wystarczy lina 30-40 metrowa. Może to być jedna z lin przeznaczona do wysokogórskiej turystyki lub graniówek. Sam używam 30-metrowej liny Roca Trek o średnicy 7,8 mm, atestowanej jako pojedyncza żyła liny bliźniaczej. Wspinaczkowe liny bliźniacze lub połówkowe – choćby lina Black Diamond 7,8 – pozwalają bezpiecznie asekurować się na ferratach i przy przejściach lodowców.
Do bezpiecznego i szybkiego przemieszczania się w miejscach z gorszą asekuracją można użyć również innego patentu. Na długiej pętli wspinaczkowej z poliamidu (200-300 cm) można zawiązać kilka węzłów, co kilkadziesiąt centymetrów. Tworzy się w ten sposób sieć oczek, która przypomina trochę taśmę daisy chain. Taśmę instaluje się na kotwie. Mniej wprawiona w przechodzeniu ferrat osoba, może stosować oczka na pętli do wpinania jednego z ramion lonży. Należy pamiętać przy tym, żeby drugie ramię było z a w s z e wpięte w stalową linę! Dzięki temu wyeliminować można ryzyko długiego lotu na fragmentach, gdzie kotwy są bardzo oddalone od siebie, a także skutecznie dodać odwagi komuś, kto przy pokonywaniu technicznego terenu ma większe trudności.
To nie żart. Raki i czekan na via ferraty to czasem niezbędny ekwipunek. Warto pamiętać, że wiele dzisiejszych ferrat to klasyczne drogi prowadzące na alpejskie szczyty. Ferraty prowadzące na najwyższe góry mogą wymagać podejść przez lodowce lub pola śnieżne. Sytuacja dotyczy nawet słynnych Dolomitów w gorącej Italii. W Dolomitach Brenta, a także na Marmoladzie, która jako najwyższy masyw Dolomitów nieustannie elektryzuje turystów, raki i czekan potrzebne są nawet w pełni lata. Gwarantuję, że w sierpniu na ferracie Hanns-Seiffert-Weg prowadzącej na najwyższy wierzchołek Marmolady, raki były potrzebne. Nie tylko dlatego, że w dół schodziliśmy lodowcem, ale dlatego, że dwie noce wcześniej spadł śnieg, a skała w wielu fragmentach była oblodzona.
Na ferraty zakłada się najczęściej buty trekkingowe. Mogą to być buty wysokie lub niskie. Ferraty wygodnie pokonuje się w niskich butach trekkingowych, nazywanych też butami podejściowymi. W obuwiu tym można precyzyjnie stawiać stopy. Via ferraty z powodzeniem można pokonywać również w wysokich butach trekkingowych lub butach o średnim profilu. Wyższe buty są zresztą wygodniejsze na podejściach prowadzących piargami. Tych nie brakuje choćby w Dolomitach. Na najtrudniejszych ferratach mogą przydać się także buty wspinaczkowe. To jednak wybór dla osób wyruszających na najtrudniejsze żelazne percie, które poprowadzone są na przykład po drogach pierwszych zdobywców danej turni. Buty wspinaczkowe przydadzą się tam, gdzie nogi pracować będą metodą “na tarcie”. Najpopularniejsze ferraty nie wymagają jednak stosowania obuwia wspinaczkowego.
Przygoda z via ferratami jest bardzo ekscytująca i na pewno dostarcza więcej wrażeń niż turystyka po zwykłym szlaku. Trzeba jednak pamiętać, że nie każda ferrata jest dostępna z marszu zwykłemu turyście. Na niektóre percie trzeba się dobrze przygotować, nawet nauczyć technik asekuracji, bądź wspinaczkowych sposobów pokonywania skalnego terenu. Do każdej takie przygody musisz przygotować się też czytając o regionie i konkretnych ferratach, na które się wybierasz. Przykładowo, jadąc w Dolomity nie zapomnij zajrzeć do przewodników Dolomity na ferratach.
Twoja lina wspinaczkowa to element szpeju, któremu musisz bezgranicznie ufać. Kupno dobrej liny posiadającej atesty i logo choćby najlepszego producenta to jednak za mało. Od chwili, w której wychodzisz ze sklepu z nową liną, musisz troszczyć się o jej kondycję. Warto wiedzieć jak zadbać o linę wspinaczkową, dlatego dziś kilka słów w tym temacie. Zobacz co możesz zrobić, żeby lina służyła dłużej i zasługiwała na pełnię zaufania.
Zapamiętaj, że o linę wspinaczkową możesz dbać cały czas. Prawidłowe obchodzenie się z liną podczas wspinaczki jest tak samo ważne jak prawidłowe jej przechowywanie i transportowanie.

Od chwili, w której wychodzisz ze sklepu z nową liną, musisz troszczyć się o jej kondycję
Lina jest do wspinania, nie do spacerowania. Podczas wspinaczki zwracaj uwagę, by nie deptać po linie. Patrz także czy twoi partnerzy i znajomi nie spacerują po niej. W nadepniętą linę wdzierają się zabrudzenia, a te wnikają w struktury włókien i powoli, w sposób niemal niezauważalny, niszczą je. Specjalną uwagę na problem deptania liny zwracaj zimą. Kiedy masz na nogach raki, linę możesz uszkodzić za jednym przydepnięciem.
Stosuj płachtę i torbę na linę. Najłatwiej o linę zadbasz podczas wspinu z płachtą i torbą na linę. Z torbą przeniesiesz linę wygodniej, a dzięki płachcie położysz ją na czystym podłożu. Torby na linę z płachtą warto używać zarówno w skałach jak i na ściance. W tym drugim przypadku łatwiej przenosi się linę pod kolejną drogę i prościej dba, żeby lina była sklarowana. Stosowanie płachty ma również ten plus, że końce liny są zawsze dostępne, a ten wolny przeważnie cały czas jest do niej dowiązany. Tym sposobem na końcu zawsze masz zawiązany węzeł.
Zapoznaj się z liną, nie puszczaj jej samej na wspinanie. O swojej linie powinno wiedzieć się wszystko. Staraj się poznać prawie każdy milimetr liny. Po wspinaczce samodzielnie ją zwijaj. To dobry czas, by wytropić zgrubienia, zmechacenia lub przetarcia. Raczej unikaj pożyczania liny. Na wspin wybierajcie się zawsze razem.
Lina ma dwa końce, używaj obu. Liny wykonane są z włókien poliamidu. Włókna te są bardzo wytrzymałe, ale warto im czasem dać odpocząć. Podczas wspinaczki stosuj zamiennie oba końce. Dzięki temu lina będzie się starzeć jednakowo na obu. Warto również po każdej wspinaczce z większym lotem użyć końca, który nie był jeszcze w użyciu. Po solidnym odpadnięciu włókna liny potrzebują odpocząć, żeby znów mogły utrzymywać parametry wytrzymałości. Pamiętaj też o tym, że lina niszczy się bardziej na końcu. Jeśli zauważysz, że jest ona już zniszczona od brania bloków, przytnij (na gorąco) kilka zużytych metrów liny. Skrócenie jest znacznie rozsądniejszym zabiegiem niż użytkowanie wysłużonych odcinków.
Nie ma bonusów za odpadnięcia. Sport, w którym liczą się loty z wykorzystaniem liny nazywa się bungee jumping a nie wspinaczka. Unikaj więc porządnych lotów, szczególnie tych z większym współczynnikiem odpadnięcia. Jeden taki lot może zaszkodzić linie, a także tobie.
Dobrze się z nią prowadź. Podczas wspinania warto prowadzić linę tak, żeby nie była prowadzona przez ostre krawędzie, błoto, a także żeby nie była narażona o zbyt duże tarcie o skałę. Wszystkie te czynniki niszczą oplot liny i doprowadzają do zmniejszenia bezpieczeństwa. Starannie zakładaj przeloty. Tam, gdzie istnieje potrzeba przedłużenia przelotu, wpinaj dłuższy ekspres wspinaczkowy.
To nie ryby – unikaj wędkowania. Wspinaczka na wędkę bardzo uszkadza liny. Z badań przeprowadzonych przez firmę Edelrid wynika, że wspin na wędkę uszkadza liny dziesięciokrotnie szybciej niż prowadzenie. Lepiej dobierać trudności tak, żeby je prowadzić a nie przechodzić TR. Będzie to lepsze nie tylko dla twojej liny, ale też dla twojego wspinaczkowego stylu i formy.

Nawet jeśli troszczysz się o linę najlepiej na świecie, w końcu przyjdzie czas żeby ją wyczyścić. Po treningach linę wspinaczkową można czyścić przez przeciąganie jej przez wilgotną szmatkę. Od czasu do czasu lina zasługuje jednak na kąpiel. Linę można prać ręcznie w wannie albo prysznicu. Zanim to zrobisz wypłucz wannę, żeby zmyć wszelkie mocniejsze detergenty. Liny wspinaczkowe można prać w letniej wodzie bez używania detergentów. Maksymalna temperatura wody może wynieść 40°C. Do czyszczenia liny można ewentualnie użyć delikatnego mydła, ale jeśli sama woda to zbyt mało, najlepszym sposobem będzie użycie specjalnego płynu do prania lin. Skywash marki Skylotec lub płyn Rope Cleaner czeskiego Tendona to przykłady tego typu preparatów.
Linę można wyprać również w pralce. Jeśli decydujesz się na ten krok, najpierw wypłucz pralkę kilkukrotnie, żeby nie było w niej żadnych detergentów. Pamiętaj, że płyny do płukania stosowane przy praniu odzieży są silnymi detergentami, które wpływają na włókna. Na pewno nie warto liny wirować – ze względu na włókna i ze względu na to, że pralka mogłaby tego po prostu nie wytrzymać.
Nie musisz używać pralki, nawet jeśli lina jest mocno zabrudzona. Zamiast automatu można użyć szczoteczki z włókien syntetycznych. Wygodnym rozwiązaniem jest używanie specjalnej, spiralnej szczotki do mycia lin. To patent na szybsze i skuteczniejsze pozbycie się z liny całego brudu. Po wypraniu linę należy wypłukać kilkukrotnie, aż woda będzie klarowna.
Nie wystarczy wiedzieć jak prać linę wspinaczkową. Warto również wiedzieć jak linę wspinaczkową wysuszyć. Żeby linę dobrze wysuszyć potrzebujesz trochę czasu. Jeśli w piątek wybierasz się w skały, zapomnij o myciu liny w czwartek wieczorem. Lina nasiąka mocno wodą, a nie wysuszona lina to większa waga, a tym samym gorsze parametry. Podniesienie masy liny tylko o 5% prowadzić może do obniżenia parametru liczby odpadnięć nawet o 30%.
Linę trzeba suszyć w suchym, najlepiej przewiewnym i zacienionym miejscu. Tuż po praniu można przeciągnąć linę przez suchą szmatkę lub ręcznik. W ten sposób usuniesz nieco wody. Następnie rozłóż linę w odpowiednim miejscu. Pod żadnym pozorem nie susz jej suszarką, nie rozkładaj na słońcu i nie przytulaj do grzejnika. Duża temperatura i promieniowanie UV niszczą włókna.
Linę należy przechowywać w suchym i ciemnym miejscu. Najlepiej żeby była ona przechowywana zwinięta, ale nie były na niej związane żadne węzły. Warto pamiętać, żeby było to miejsce wolne od kontaktu z substancjami, które szkodzą linie. Włókna liny wrażliwe są na działanie promieniowania ultrafioletowego, opary, kwas siarkowy i amoniak. Warto pamiętać o tym również w trakcie transportowania liny. Często wspinacze wożą liny w bagażnikach aut. W środowisku wspinaczkowym znany jest wypadek z uszkodzeniem liny przez płyn z akumulatora. Warto jednak powiedzieć, że badania prowadzone przez Pita Schuberta nie wykazały wpływu benzyny i oleju napędowego na wytrzymałość liny. Najprawdopodobniej włókna liny nie niszczą się, ale raczej nie próbuj tego sprawdzać.

Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od tego, w jaki sposób lina jest eksploatowana. Warto wspomnieć, że liny nowe i magazynowane w odpowiednich warunkach, przez okres do 5 lat nie tracą wcale wytrzymałości. Linę należy obserwować i nie przedłużać w nieskończoność decyzji o jej wycofaniu. Zaleca się by sprawdzać często stan liny, nawet poddawać linę inspekcji specjalistów co 12 miesięcy. Liny tracą właściwości najbardziej w skutek:
– zjazdów i opuszczania (obniżenie parametrów dynamiczności)
– przecierania się oplotu chroniącego rdzeń
– brudu niszczącego włókna
– dynamicznych obciążeń (odpadnięć); szczególnie tych o współczynniku odpadnięcia >1
– wykorzystania w ekstremalnych warunkach klimatycznych
– intensywnego działania promieniowania UV.
Kondycja liny zależna jest również od tego jak często jest użytkowana i jak wiele metrów pokonuje ona za wspinaczem i podczas opuszczania. Dokładnie obserwuj swoją linę wspinaczkową i kiedy znajdziesz niepokojące sygnały pomyśl o wycofaniu jej z użycia.
Dociekliwych mogę odesłać do ciekawych analiz, które można znaleźć w katalogu Tendona. Strona 48 i 49 pokazuje ciekawy przykład badania przeprowadzonego przez Komisję Bezpieczeństwa DAV.
Kończąc tych kilka słów zachęcam także do sięgnięcia po tom pierwszy “Bezpieczeństwa i ryzyka w skale i lodzie” i przeczytania rozdziału: Czy liny mogą się jeszcze zrywać?. To prawdziwa kopalnia wiedzy i zbiór śmiertelnie ważnych przykładów, które pozwalają zwracać uwagę na najważniejsze kwestie bezpiecznego obchodzenia się ze wspinaczkową liną.
Nie zdziw się, jeśli na szlaku coraz częściej zaczniesz spotykać flanelowe koszule. Jeśli zobaczysz kogoś w oldschoolowo wyglądającej, zapinanej na guziki koszuli to – w zależności od wieku turysty – nie musi być to ani hipster, który wyrwał się z miasta, ani turysta, którego ubiór w góry mocno trąci myszką. Flanela właśnie wraca na szlak i jest to jeden z trendów tegorocznej, outdoorowej jesieni.
Trudno znaleźć osobę, która nie nosiła flanelowej koszuli. Wiele osób z pewnością przypomina sobie, że tego typu koszule były kiedyś podstawowym elementem wyposażenia turysty. Polarowe bluzy pojawiły się znacznie później. Czasy, w których na bawełniany t-shirt zakładało się flanelową koszulę wprawdzie minęły, ale myli się ten, kto uważa, że mokry i wyziębiający kompres był przede wszystkim winą flaneli, a nie bawełnianej koszulki, która magazynowana wilgoć przy ciele.
Prawda jest taka, że flanela od zawsze stanowiła dobrą warstwę izolującą od chłodu. Wiedzieli o tym nasi dziadkowie, a wcześniej – dawno, dawno temu – wiedzieli o tym także Walijczycy. To właśnie oni rozpoczęli fascynującą historię kultowego materiału, który nie traci popularności aż do dzisiaj.
Już w XVI w. w Walii opracowano metodę wytwarzania materiału, który dał początek flaneli. Wyobraź sobie walijska zimę, a zobaczysz pewnie chłód i przesycone wilgocią powietrze. Jeśli udało ci się to dobrze zwizualizować, to już pewnie nie dziwisz się, dlaczego ludność walijska poszukiwała materiału cieplejszego, przyjemniejszego dla skóry, a przy tym bardzo wytrzymałego, który mógłby zastąpić wełnę.
Taka jest bowiem flanela, czyli lekka i miękka odmiana tkaniny bawełnianej lub wełnianej, którą drapie się lub szczotkuje dla uzyskania pożądanych właściwości. Właśnie w taki sposób uzyskuje się tzw. tkaninę czesankową, w której podnosi się na powierzchnię materiału wierzchołki włókien.
Długie i ciekawe są dzieje flaneli od najstarszych czasów, przez czasy dzikiego zachodu, industrializacji i kontrkultury. Flanelowa koszula od zawsze kojarzy się z wolnością i siłą. Być może może także z tego powodu, tak dobrze jest jest jej dziś w katalogach outdoorowych marek. Nie chcę jednak uprzedzać faktów. Wróćmy do właściwej opowieści.
Najlepsze kariery robi się w Stanach. Świadczy o tym również historia flanelowej koszuli. Twierdzi się, że flanela dotarła za ocean w czasach uprzemysłowienia. Znasz to pewnie z westernów. Układanie kilometrów nowych torów wymaga długotrwałej pracy, siły ludzkich rąk i odzieży, która mogłaby to wytrzymać. Kto jak nie flanela mógł temu sprostać. Jeśli zastanawiasz się czemu flanelowa stylówka kojarzy ci się z robotnikami, to skojarzeń nie szukaj w czasach strajków w stoczni, ale w czasach rewolwerowców, bladych twarzy i indiańskich wodzów.
Od czasów amerykańskich pionierów, aż po lata ‘50 XX w., kraciasta flanela zakorzeniła się w kulturze jako odzież ciężko pracującego mężczyzny. Stąd właśnie wziął się wizerunek faceta we flanelowej koszuli, który uosabia męskość i siłę. Nieprawdą jest jednak, jak można by przypuszczać, że krata to jedynie symbol gościa, który przynajmniej z wyglądu przypomina silnego drwala.
Wczesne lata ‘90 XX w. to przecież mocny związek flanelowej koszuli z kulturą grunge. W modzie zaowocował on swobodą łączenia stylów, materiałów i kolorów. Pełen buntu i nonszalancji styl wziął się z podglądania ikon, takich choćby jak członkowie zespołów Nirvana czy Pearl Jam. To właśnie tacy ludzie wpłynęli na trend, w którym zbyt duża koszula flanelowa w kratę, staje się rozpoznawczym znakiem nieprzystosowania do mainstreamu, a tym samym manifestacją wolności i oryginalności.

Dawniej flanela była niemal koniecznością. Kiedy robiło się naprawdę chłodno, trudno było o cieplejszy i przyjemniejszy materiał. Wełniane swetry gryzły i były sztywne. Koniec ery flaneli w górach przypadł na lata, gdy polarowe bluzy stały się łatwiej dostępne.
Obraz powracającej w modzie outdoor flaneli będzie jednak zakłamany, gdy weźmie się tylko pod uwagę historię o samotnej chatce na skraju lasu i lumberseksualnym drwalu, który lepiej wygląda niż rąbie siekierą.

O flanelowych koszulach i outdoorze lepiej pomyśleć w bardziej funkcjonalny, a mniej lifestylowy sposób. Flanelowe koszule outdoorowych marek to dziś odzież doskonała do podróżowania i wypoczynku w terenie. Z pewnością na szybki trekking znajdzie się lepsza odzież niż koszula flanelowa, ale jest dużo outdoorowych okazji, by założyć koszulę z flaneli, cieszyć się jej ciepłem, delikatnością materiału i jego odpornością mechaniczną. Z obserwacji zachodniego rynku outdoor można wyciągnąć wnioski, że flanela świetnie nadaje się na spacer, mniej forsowną wycieczkę, podróżowanie i wypoczynek w stylu vanlife, czy do aktywności, jaką jest wędkarstwo muchowe (fly fishing). Nie tak dawno dowiedziałem się, że ten ostatni model outdooru jest bardzo popularny na Sanie, a Polacy w Europie to niekwestionowani mistrzowie posługiwania się muchówką.
O użyteczności flaneli przekonani są projektanci największych outdoorowych brandów. Od 2016 roku Marmot, ale nie tylko ta firma, włącza do swej kolekcji flanelowe koszule do zastosowań outdoorowych. Stylowa i multifunkcjonalna odzież dla kobiet i mężczyzn powstaje przy zastosowaniu nowych technologii. Dla lepszego zarządzania wilgocią powstającą przy ciele, Marmot do bawełny dodaje syntetyczne włókna Coolmax®. Dzięki nim można nie tylko cieszyć się izolacyjnymi właściwościami flanelowej koszuli i komfortem, jakiego może dostarczać ona każdego dnia, lecz także korzystać z szybszego odprowadzania pary do zewnętrznych materiałów. Doskonałymi przykładami tego typu koszul są modele Anderson Flannel LS i Jasper Flannel LS dla mężczyzn oraz model Bridget Flannel LS dla kobiet.
Koszule flanelowe Marmot to tylko jeden z przykładów, który zresztą zainspirował mnie do szperania w ciekawej historii flaneli. W katalogach innych marek można bez trudu znaleźć koszule, które materiałem i wzorem nawiązują do flanelowej mody. Nie ma wątpliwości, że tej jesieni flanelowa koszula to jeden z najmodniejszych, a do tego całkiem funkcjonalnych trendów.
Sławek Nosal, redaktor skalnik.pl
Wiele osób zastanawia się czy warto kupić produkty marki Fire-Maple, czy lepiej sięgnąć głębiej do kieszeni i zaopatrzyć się w kuchenkę z bardziej renomowanym logo. Warto tej azjatyckiej marce przyjrzeć się nieco bliżej, a także zobaczyć, jak w terenowym teście wypadła kuchenka FMS-116T.
Może nawet uśmiechniesz się czytając te słowa, ale na początek wypada napisać kilka słów o “chińskiej jakości”. Nie będzie pewnie przesadą stwierdzić, że marka Fire-Maple nie jest jeszcze znakiem rozpoznawalnym bardzo szeroko wśród klientów sklepów outdoorowych. Logo producenta ani nazwa nie elektryzują outdoorowych pasjonatów. Kto jednak z bliska przygląda się produktom najsłynniejszych marek, ten wie, że największe marki outdoorowe produkują często na azjatyckich rynkach. Wybierając produkt bardziej znanej marki wybierasz często przysłowiową chińszczyznę.
Fire-Maple to chińska firma, która od wielu lat specjalizuje się w produkowaniu kuchenek turystycznych, lamp gazowych i naczyń turystycznych. Można powiedzieć, że motto firmy – “Your mobile kitchen” – to formuła, która w najprostszych słowach obrazuje asortyment tego producenta. Fire-Maple posiada dwie marki własne (Fire-Maple oraz Black Deer). Będąc jednak jednym z najprężniej działających azjatyckich producentów sprzętu kempingowego, marka od lat wytwarza wyroby dla innych firm, które z własnym brandingiem sprzedają kuchenki turystyczne i wyposażenie do obozowania w terenie. Jeśli zobaczysz łudzące podobieństwo między kuchenką Fire-Maple a inną kuchenką renomowanej marki, to zachodzi duże prawdopodobieństwo, że oba modele przyszły na świat na jednej produkcyjnej taśmie. Bliźniacze modele to często wynik produkcyjnej ekonomii, a nie kradzieży pomysłów, technologii i patentów.
Nie mam zamiaru dać jednoznacznej odpowiedzi na pytanie, czy kupić kuchenkę Fire-Maple. Zakup i tak będzie uzależniony od twoich potrzeb, doświadczeń z innymi produktami, przekonań i wreszcie zasobnością portfela. Chętnie podzielę się jednak własnymi spostrzeżeniami i przybliżę swój punkt widzenia. Dziś wystarczy zrobić krótki research, żeby znaleźć odpowiedź, jakie w internecie krążą o Fire-Maple opinie. W ostatniej części tego tekstu znajdziesz test kuchenki FMS-116T, który może pomoże ci wyrobić sobie zdanie. Terenowe testowanie to w outdoorze przecież najlepsze dowodzenie. Warto jednak mieć świadomość, że Fire-Maple wciąż dopracowuje swoje produkty. Od pewnego czasu widać mocniej, że Fire-Maple to marka coraz częściej dostrzegana w branży. Nagrody i wyróżnienia na branżowych targach dla kuchenki FMS-300T i tytanowego czajnika Panna to pierwszy dowód na wzrost jakości produktów tej marki. Drugim przykładem może być chęć pozyskania feedback-u, o który proszą dystrybutorów producenci z kraju za Wielkim Murem. W Skalniku zdarzało nam się odpowiadać na pytania chińskich partnerów, co jeszcze mogliby dopracować w swoim sprzęcie. Zdaje się, że produkcja pod własnym logo sprawiła, że Fire-Maple chce dostarczać produkty nie tylko w dobrej cenie, ale również w coraz to lepszej jakości.
Kolekcja kuchenek Fire-Maple jest całkiem pokaźna. Chiński brand produkuje zarówno kuchenki nakręcane, wolnostojące palniki z wężykiem doprowadzającym gaz z kartusza, a nawet kuchenki na biomasę. Producent stworzył również serię systemów do gotowania, które wzorowane są na popularnym systemie, jaki wymyśliła marka Jetboil. To jaką kuchenkę Fire-Maple warto wybrać zależy od tego, w jakich warunkach chce się gotować i jakie są najbardziej pożądane cechy kuchenki.
Kuchenki nakręcaneNakręcane palniki na kartusz gazowy to chyba najlepszy wybór dla weekendowych turystów, a nawet trekkersów wybierających się na dłuższe wędrówki. Mała waga, małe rozmiary i szybkość składania całego zestawu mają tu decydujące znaczenie. W tym segmencie podstawowym modelem są kuchenki FMS-102 i FMS-103. Na szczególną uwagę zasługują również FMS-116T i FMS-300T. O modelu FMS-116T dowiesz się więcej z testu. Teraz warto wspomnieć, że FMS-300T to “kuchnia turystyczna” prawdziwie kieszonkowych rozmiarów. Jest to jeden z najmniejszych i najlżejszych palników dostępnych na rynku.
Kuchenki nakręcane na kartusze sprawdzą się na kilkudniowych wypadach, które nie wiążą się z gotowaniem w ekstremalnie niskich temperaturach. Wszystkie kuchenki działają podobnie, ale różnią się w gabarytach i detalach. Pamiętaj, że warto dobrać odpowiedni model do wielkości swoich naczyń turystycznych.
Ten typ powinny wybrać osoby, które wyruszają na przygody w ekstremalnych warunkach i decydują się na kuchenkę zasilaną gazem. Wolnostojący palnik, na przykład FMS-118, oferuje stabilność. Stawia się go nisko na ziemi, więc łatwiej osłonić z nim płomień przed wiejącym wiatrem. Co ważne, kartusz przyłączany jest do palnika za pomocą wężyka. Dzięki temu kartusz gazowy można odwrócić, a to jedyny skuteczny sposób na dobry przepływ paliwa w niskiej temperaturze. Ten patent pomyślnie przetestowany został z kuchenką FMS-118 choćby na wyprawie, której celem było zdobycie Mount Everest.
Kuchenki serii X, czyli tańsza wersja jetboilaFMS-X1, FMS-X2 i FMS-X3 to seria podobnych do siebie produktów, niejako wzorowanych na słynnych jetboilach. Zestaw tego typu składa się z palnika wyposażonego w osłonę przeciwwietrzną oraz garnka z radiatorem. Konstrukcja pozwala skrócić czas gotowania i efektywniej wykorzystywać paliwo. Z systemem łatwiej gotuje się w trudniejszych warunkach, ale warto pamiętać, że kuchenki tego typu najlepiej wykorzystuje się z dedykowanymi do nich naczyniami. Można w nich szybko zagotować wrzątek na herbatę lub do zalania liofa. Specjalna przejściówka dołączona do zestawu pozwala używać kuchenkę z innymi naczyniami, jednak wówczas płomień nie jest tak dobrze chroniony i efektywność kuchenki może być niższa. Seria X wybierana jest często przez wspinaczy, turystów i podróżników, którym zależy na szybkim gotowaniu i oszczędnym wykorzystaniu gazu. Systemy Fire-Maple mogą konkurować z innymi atrakcyjną ceną. Kilka wrażeń z użytkowania kuchenki z tej serii znaleźć można na blogu Szukając Przygody. http://szukajacprzygody.pl/fire-maple-fms-x1-tania-wersja-jetboil/
Jeszcze innym rozwiązaniem jest kuchenka Green Mountain. Ten model Fire-Maple wpisuje się w popularny ostatnio trend ekologicznego gotowania, w którym nie wykorzystuje się paliw kopalnych. Kuchenka hula dzięki spalaniu biomasy w postaci patyków, szyszek, igliwia. Można z nią gotować na tym, co aktualnie jest pod ręką. Jeśli nie liczysz wagi, nie przywiązujesz największej uwagi do gabarytów i nie wybierasz się w wysokie góry, gdzie znajdziesz tylko śnieg i kamienie, to może Green Mountain jest dobrym rozwiązaniem, z którym zyskasz przenośne palenisko.
Na trekkingowy wypad po gruzińskim Kaukazie zdecydowałem się zabrać coś mniejszego. Interesowała mnie kuchenka o mniejszych gabarytach, ale duża na tyle, żeby stabilnie utrzymać menażkę do 1 litra pojemności. Zależało mi na kuchence do gotowania wody potrzebnej do zalania liofilizatów, zrobienia kawy lub herbaty, upichcenia prostego dania (np. ugotowania kaszy jaglanej, do której dodaje się kilka smakołyków). Wybór padł na kuchenkę FMS-116T, która nie była zbyt kieszonkowa (jak model FMS-300T). Liczyły się również takie parametry jak waga, trwałość i przyzwoita moc.
Kuchenka Fire-Maple FMS-116T to znany już model, który produkowany jest od 2008 roku. W tamtym czasie był to jeden z najlżejszych (tylko 48 g) i najbardziej kompaktowych palników nakręcanych na kartusz. Kuchenka wykonana jest z wytrzymałego i lekkiego tytanu. Producent dostarcza ją w plastikowym pokrowcu, który doskonale chroni ją w trakcie transportowania.
Kuchenkę testowałem podczas dłuższych i krótszych okazji. Dwutygodniowy wyjazd trekkingowy w rejon Kazbeku i Uszby był dla niej najdłuższym testem. Oprócz tego stosowałem ją na weekendowych wypadach wspinaczkowych oraz na jednodniowych wycieczkach w polskie góry. Kuchenkę stosowałem z dwoma rodzajami kartuszów gazowych: Coleman Performance C300 (240 g) oraz Powersource marki GoSystem (100 g). Do gotowania wrzątku wybrałem najprostszą aluminiową menażkę One Person czeskiej marki ALB.
Do kuchenki nie mam żadnych poważniejszych zastrzeżeń. Dwutygodniowy wyjazd do Gruzji, gdzie hulała po kilka razy dziennie, zaliczyła wręcz wzorowo. Zgasła na wietrze tylko raz i raz sprawiła psikusa przy odpaleniu. Pierwsza sytuacja miała miejsce na biwaku pod klasztorem Cminda Sameba. Kuchenkę zostawiłem prawie nieosłoniętą, postawioną w pewnej odległości za namiotem) i narażoną na całkiem niezłe, wieczorne podmuchy wiatru. Wiatr był na tyle silny, że w ten sierpniowy wieczór (po raz pierwszy i ostatni) musiałem wyjąć z plecaka lekką kurtkę puchową. Problem z odpaleniem wywołałem sam przez niedokręcenie kartusza do końca. Lekka poprawka i wszystko działało jak trzeba.
Około 6 czy 7 minut trzeba było czekać na zalanie liofa, czy też wrzątek na herbatę dla dwóch osób. Myślę, że to wynik całkiem przyzwoity i dla turysty zwyczajnie do przyjęcia. Na wspinaczkowych wypadach w skały lubię wypić dobrą kawę. Tu palnik zaskoczył mnie najbardziej. Mała włoska kawiarka w zestawie z FMS-116T to już tylko 4 minuty czekania na aromatyczną i mocną kawkę.
Jakość wykonania i odporność na terenowe warunki oceniam również bez zarzutu. Zdarzało się, że palnik pracował raz za razem. Nie oszczędzałem go z przyjaciółmi w skałach. Kawę robił co kilka minut, aż wszyscy zainteresowali się bardziej wspinaczką niż piciem kawy. Palnik przeżył również lot z rąk na skały pod lodowcem Gergeti. Nie zaobserwowałem w związku z tym żadnych uszkodzeń. Po kilkudziesięciu odpaleniach kuchenki zauważalne są tylko delikatnie odbarwienia metalu w okolicy zawiasów składanych wsporników pod naczynia oraz na podstawie okrągłego palnika. To wynik działania wysokiej temperatury, którą może wyzwolić kuchenka o deklarowanej przez producenta mocy na poziomie 2820 W. Ważnym atutem kuchenki jest szybki czas jej stygnięcia. Po zgaszeniu płomienia palnik stygnie w kilka minut. Dzięki temu, na trekkingu, po kilku chwilach od zakręcenia zaworu, można znów wyruszać w dalszą drogę.

Atutem kuchenki FMS-116T są kompaktowe rozmiary.
Warto rzucić okiem na bardziej szczegółowe testy. W tabelce zamieściłem kilka parametrów, które obrazują, jak kuchenka radziła sobie w terenie. Uprzedzam, że wyniki zależą od kilku czynników. Wśród nich znaczenie miały na pewno te, których nie mierzyłem, a był to czynniki takie choćby jak siła wiatru i temperatura wody używanej do gotowania. Z rożnym skutkiem udawało się również osłaniać kuchenkę od wiatru, czasem z tego zabezpieczenia rezygnowałem zupełnie (dla testu lub z powodu ledwie wyczuwalnych podmuchów).

Tuż przy Lodowcu Gergeti. Około 3000 m n.p.m., słońce i silny wiatr. 7:30 min. do zalania liofa dla 2 osób.
Potrzebny jest komentarz do tabeli. Prób i pomiarów zrobiłem oczywiście znacznie więcej. Zamieszczenie wszystkich zmieniłoby ten wpis w śmiertelnie nudną i nie do przebrnięcia wyliczankę. Tabela zbiera kilka wyników, które dają reprezentatywny ogląd tego, jak palnik radził sobie w akcji. Wynik na poziomie bliskim 6:13-6:30 to standardowy czas dla zagotowania wody o pojemności 500-600 ml. Zagotowanie wrzątku na dwa liofilizowane dania lub danie podwójne zajmuje tylko minutę dłużej. Wynik na pewno można poprawić przy zastosowaniu garnka z radiatorem, bądź wykorzystaniu naczyń o lepszej przewodności cieplnej niż aluminiowa menażka. Na potrzeby testów celowo zrezygnowałem z tego typu “gadżetów”.
| CZAS | POJEMNOŚĆ | WYSOKOŚĆ | Powietrze °C | GAZ | UWAGI |
|---|---|---|---|---|---|
| 15:40 | 750 ml | 2175 | 17°C | Coleman | zimna woda ze śródełka, mocny wiatr, nieosłonieta kuchenka |
| 7:30 | 750 ml | 3000 | 19°C | Coleman | osłonięta kuchenka, woda z butelki |
| 7:28 | 650 ml | 1800 | 26°C | Coleman | wiatr, kuchenka osłonięta częściowo, woda z butelki |
| 6:19 | 500 ml | 450 | 28°C | Coleman | lekki wiatr, woda z kranu |
| 6:13 | 500 ml | 700 | 21°C | Go System | lekki wiatr, nieosłonieta kuchenka, woda z butelki |
| 6:21 | 600 ml | 538 | 20°C | Go System | lekki wiatr, nieosłonięta kuchenka, woda z butelki |
Niechlubny rekord 15:40 osiągnięty został testowo przy dużym wietrze, sporej pojemności i bardzo zimnej wodzie ze źródełka. Dla równowagi mam coś, co powinno pomóc uwierzyć w moc tej tytanowej kuchenki Fire-Maple. Kuchenka postawiona na kuchennym stole – przy wykorzystaniu tej samej menażki i 0,5 l wody w temperaturze pokojowej (powietrze 24°C) – zagotowała wodę na kartuszu GoSystem w 4:35 min. To jednak wynik przy zaworze ustawionym na dość ekonomicznym przepływie paliwa. Test powtórzony na pełnej mocy (w tych samych warunkach) pozwolił osiągnąć wynik na poziomie 3:54. Dodam tylko, że domowy Mastercook na palniku o podobnej średnicy i mocy rozkręconej na full, potrzebował na zagotowanie aż 8:51. Oczywiście są to palniki o innej mocy i z inną mieszanką gazu. Porównanie to jest jednak bardzo obrazowe i jasno kreśli, jak sporą moc może mieć tak mała kuchenka turystyczna Fire-Maple.
Nie chcę przekonywać, że FMS-116T to najlepsza kuchenka na świecie. Na pewno jest to jeden z lepszych małych palników turystycznych o takiej mocy, gabarytach, wadze i cenie. To model w sam raz do turystyczno-trekkingowych wypadów w pojedynkę lub we dwoje. Kilkadziesiąt sytuacji, w których z dużą satysfakcją korzystałem z kuchenki sprawiło, że dla palnika i stugramowego kartusza znajduję chętnie miejsce w najmniejszym plecaku. Nawet na jednodniowych wycieczkach.
Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, spodnie trekkingowe Milo to jeden z największych hitów mody na szlaku. Spodnie tej polskiej marki odzieży turystycznej i wspinaczkowej, zobaczyć można na szlakach we wszystkich polskich pasmach górskich. Noszą je zarówno turyści jak i wspinacze. Popularność spodni Milo sprawia, że coraz więcej osób zastanawia się nad ich zakupem. Jeśli jednak sklep górski nie jest tuż za progiem domu, nie da się łatwo przymierzyć i obejrzeć spodni, pozostaje zakup w sklepie internetowym. Jeśli musisz zdecydować na odległość, które spodnie Milo wybrać, to możesz mieć pod górkę, jeszcze zanim wyruszysz na wycieczkę. Szeroki wybór tylko utrudnia zadanie.
Obłożyłem się spodniami Milo, oglądam jakbym pierwszy raz widział je na oczy i piszę ten raport, który mam nadzieję ułatwi ci wybór. Często klienci pytają: czy dany model to spodnie Milo letnie czy zimowe; czy krój nadaje się do trekkingu, czy również posłuży jako spodnie do wspinaczki; czy zimą mogą to być spodnie na skitoury. Spróbuję udzielić kilku odpowiedzi.
Przede wszystkim warto zauważyć, że w swojej kolekcji ma Milo spodnie w góry i bawełniane spodnie wspinaczkowe. Te drugie są idealne na wypady w skały, do boulderingu i trenowania na ściankach wspinaczkowych. Tym razem skupię uwagę na pierwszym typie spodni, które w większości uszyte są z pewnej elastycznej i wytrzymałej tkaniny. Warto zaznaczyć, że spodnie górskie z tego materiału nadają się nie tylko na piesze wędrówki, lecz także mogą służyć na ferratach, czy podczas wspinania w górach.
Spodnie turystyczne Milo to całkiem sporo modeli, które można sklasyfikować zasadniczo na cztery grupy. Najważniejsze co je różni, to materiał stanowiący bazę dla odzieży. Największa część kolekcji spodni turystycznych tej marki, to spodnie uszyte z materiału Extendo. Żeby nie było zbyt łatwo, jest kilka odmian tej tkaniny i właśnie trudność wyboru rozbija się o niuanse dotyczące materiału.
Kolejne cechy różniące poszczególne modele dotyczą już kroju i zastosowanych rozwiązań. To właśnie drobiazgi sprawiają, że jakiś model można zastosować nie tylko do jednej aktywności. Warto dodać, że większość z modeli, które zaraz opiszę, produkowane są w wersji jako spodnie męskie i spodnie damskie.
Extendo to tkanina syntetyczna, która dzięki kilku właściwościom świetnie nadaje się do zastosowania w odzieży outdoorowej. Powstaje ona z połączenia włókien nylonu i elastanu, które to zapewniają wytrzymałość i elastyczność. Extendo odporne jest na uszkodzenia mechaniczne i trwale zachowuje właściwości. Byle zaczepienie o skałę czy gałęzie nie zaszkodzi łatwo spodniom. Materiał ten dobrze chroni przed wiatrem i sprawdza się jako bariera dla przelotnych opadów.
Nie pomyśl, że są to informacje przepisane z katalogu marki. Łatwo je zweryfikować pytając znajomych o wrażenia. Bardzo możliwe, że znasz kogoś, kto właśnie w takich spodniach chodzi po górach. Popytaj. Wśród moich znajomych jest mnóstwo osób, które mają w szafie sztany Milo. Większość zakłada je w góry, ale są i tacy, którzy na co dzień nie mogą się z nimi rozstać. Znajomy używa ich prawie codziennie do prac na wysokościach. Miał dość roboczych portek, które krępowały mu ruchy.
Najwięcej modeli to spodnie trekkingowe Milo z materiału Extendo 4-way Stretch. Można przyjąć, że jest to bazowa tkanina z rodziny Extendo. W konstrukcji spodni do tego materiału dodaje się często mocniejsze inserty wykonane w technologii ripstop. Extendo 4-way Stretch to tkanina typu softshell, która z zewnątrz jest gładka i gęsto tkana. Dzięki temu materiał dobrze wygląda i nie przepuszcza łatwo wiatru. Wewnętrzna strona tkaniny jest przyjemna dla skóry i mniej szorstka. Dobrze odprowadza wilgoć ze skóry i chroni ciało przed podrażnieniami. Najpopularniejsze modele – takie jak spodnie Brenta, Maloja, Vino, Tacul – uszyte są właśnie z tego, bazowego materiału. Można powiedzieć, że właśnie te spodnie to tzw. modele czterosezonowe, czyli takie, które będzie można użyć we wszystkie pory roku. Nie oznacza to jednak, że będą to spodnie, w których uzyskasz zawsze taki sam poziom komfortu. Upalnym latem, w trakcie aktywności, może być w nich odrobinę za ciepło. Nie dotyczy to oczywiście wysokich partii gór, gdzie jest zawsze znacznie chłodniej. Zimą, pod spodnie tego typu przyda się bielizna termiczna. Czas na kilka zbliżeń do konkretnych modeli.
Spodnie Milo Brenta to wybór wielu turystów, którzy potrzebują spodni do aktywności w górach przez cały rok. Tak się składa, że to także mój wybór, do którego zachęciło mnie kilka detali. Design spodni jest typowo techniczny za sprawą wzmocnień z tkaniną rip-stop. Spodnie są wzmocnione gdzie trzeba: z tyłu, na kolanach i po wewnętrznych stronach nogawek. Tym, co przekonało mnie całkiem do ich zakupu, były rozpinane i regulowane w obwodzie nogawki. Dzięki nim mogę zwęzić nogawkę, czego potrzebuję zakładając na stopy buty wspinaczkowe, a także rozpiąć zimą nogawki i założyć je na narciarskie buty, kiedy wybieram się na skitourową wycieczkę. Brenty nie pozbawione są wad i warto na nie uważać. Techniczny krój spodni naraża twój wizerunek na łatkę profesjonalisty, przewodnika, goprowca. Jeśli jeszcze wybierasz spodnie w kolorze czerwonym, spodziewaj się poważnych pytań na deptaku w Karpaczu i na Krupówkach. Ktoś może cię zapytać o drogę na okoliczny szczyt lub o warunki w górach, ale można się do tego przyzwyczaić. A tak na poważnie, Brenty to jeden z cięższych wagowo modeli, ale za to jeden z najbardziej praktycznych. Spodnie wyparły z katalogu kultowe spodnie Milo Nito – model, który po raz ostatni szyty był w 2011 r., a który nadal można spotkać na szlaku.
Nieco lżejsze i mniej zwracające uwagę górskim stylem są spodnie Milo Vino (męskie, damskie). To świetnie wyprofilowany model z przegubowymi kolanami i elastycznym materiałem, który nie krępuje ruchów. Model ma mniejszą wagę, dzięki konstrukcji pozbawionej kilku detali. Nogawki w tych spodniach nie są regulowane i nie da się ich rozpiąć. Nie musi być to wcale wada spodni Vino. Dla turystów, którzy ani nie potrzebują zwężać nogawek, żeby nie przydeptać ich podczas wspinania, ani nie chodzą w góry na narty skitourowe, to zupełnie zbędne rozwiązania. Vino marki Milo mają wszystko co potrzebne jest turystom, a nie mają tego co waży, a i tak nie jest używane.
Jeśli wolisz jednak regulowane nogawki, ale cenisz sobie lekkość modelu to właściwe spodnie dla ciebie zwą się Milo Tacul (męskie, damskie). Ten model ma krój klasycznych spodni trekkingowych ze wzmocnieniami strategicznych partii. Wzmocnienia wykonane są w technologii rip-stop. Spodnie Tacul mają regulowane nogawki. Nie zastosowano tu ściągacza jak w modelu Brenta, ale trwały rzep, który szybko umożliwia dopasowanie obwodu. Spodnie Tacul to model, z którym wygląda się jak prawdziwy człowiek gór, a nosi się o 100 gramów mniej niż w pierwszych opisywanych spodniach.
Na koniec serii z Extendo 4-way Stretch spodnie Milo Maloja. W tym przypadku można mówić o spodniach dla osób, które nie lubią się przegrzewać bądź potrzebują ograniczyć zabierany w trekking ubiór. Maloja to spodnie trekkingowe z odpinanymi nogawkami. Wydaje się, że to dobra propozycja dla osób, które wybierają się latem w wysokie góry. Na podejściu w pełnym słońcu można odpiąć nogawki i uzyskać wentylowanie, zaś wysoko w górach zapiąć nogawki i chronić w ten sposób całe nogi przed wiatrem czy chłodem. Szorty i spodnie trekkingowe z regulowaną nogawką w jednym – dla wielu turystów to strzał w dziesiątkę!
Drugą grupę spodni Milo stanowią spodnie ze wzmocnionej tkaniny. Materiał Extendo XT to wersja dla użytkowników, którzy wiedzą, że nie mają zamiaru oszczędzać swoich spodni podczas outdoorowych wyzwań, a potrzebują ubrania z lekkiej i technicznej tkaniny. Maksymalna wytrzymałość spodni na mechaniczne uszkodzenia, uzyskana została w tym materiale przez dodanie wzmocnień z niemal pancernego kevlaru. Ten typ spodni reprezentują dwa sztandarowe modele, które sprawdzą się latem i w przejściowych sezonach.
Milo Atero (męskie, damskie) to prawie opancerzony model. We wszystkich tych miejscach, gdzie materiał może trzeć o siebie, lub gdzie może być narażony bardziej na rozcięcia i przetarcia, znajdują się w tych spodniach mocne inserty. Kolana, spora partia tyłu spodni, okolice kroku i nogawki zyskały w tych spodniach na wytrzymałości, dlatego jest to model gotowy na naprawdę intensywne użytkowanie. Te spodnie softshell posiadają regulowany ściągaczem obwód nogawki, który można również rozpinać na wysokość łydki. Atero to zatem również wszechstronny model, który można polecić dla osób oczekujących największej odporności od górskiej odzieży i lubią takie detale jak rozpinane i regulowane nogawki. Na pewno w tej grupie znajdą się wspinacze próbujący swych sił w górach albo miłośnicy via ferrat.
Inny model z tego materiału opancerzony jest w stylu light. Spodnie Milo Gabro (męskie, damskie) również posiadają kevlarowe wstawki. Super mocne inserty nie są jednak tak rozległe w tym modelu spodni górskich. Atutem modelu Gabro jest lekka konstrukcja spodni, w której oprócz wspomnianych wzmocnień, technicznego kroju i kilku kieszeni, nie ma detali zwiększjących wagę i zbytecznych na turystycznym szlaku. Gabro to po prostu imię lekkich spodni turystycznych o niebywałej wytrzymałości. Model można wykorzystać także do turystyki w cieplejszej części sezonu, bądź użyć na wspinaczce. Spodnie posiadają regulację obwodu nogawek, dzięki której każdą z nich można dopasować do różnych butów.
W katalogu polskiej marki outdoorowej nie zabrakło cieplejszych spodni typu softshell. Od późnej jesieni aż do ustąpienia chłodów, sprawdzą się spodnie z materiału Extendo WT. Ta odmiana technicznej tkaniny, oprócz pożądanej w spodniach górskich elastyczności i wytrzymałości, może poszczycić się dodatkowymi właściwościami izolującymi i większą grubością. Z takiego właśnie materiału skroili projektanci spodnie Milo Uttar (męskie, damskie). Ta techniczna odzież posiada profilowany krój i wzmocnienia strategicznych miejsc tkaniną o splocie ripstop. Doskonale widać, że Uttar to model przystosowany do chłodnej części sezonu. Rozpinane mniej więcej na wysokość połowy łydki nogawki, pozwalają na dostęp do kołnierza wysokich butów trekkingowych lub alpinistycznych. Grubsze spodnie softshellowe tego typu to odzież, która przy wsparciu termoaktywnej bielizny sprawdzi się podczas mroźnych i śnieżnych przygód.
Na zupełnie drugim biegunie lokują się ultralekkie modele. Spodnie Juuly i Nagev to odzież zaprojektowana na letnie wycieczki w góry. Modele, którym teraz poświęcę trochę miejsca, sprawdzą się nie tylko jako spodnie trekkingowe letnie, ale mogą być również odzieżą do podróżowania.
Z lekkiej odmiany tkaniny Extendo LT uszyte są spodnie Milo Juuly (męskie, damskie). To kolejny z bestsellerowych modeli marki. Model ten nie narzuca się tak technicznym krojem i designem. Posiada dobrze wyprofilowaną partię kolan i luźniejszy krój, który wpływa dobrze na wentylowanie i motorykę. Kilka poręcznych kieszeni i regulowany obwód nogawek u dołu to jedyne elementy, wzbogacające ten model spodni przeznaczonych do trekkingu latem. Spodnie Juuly to również świetne spodnie na inne outdoorowe okazje, które niekoniecznie muszą być związane ze zdobywaniem szczytów. Ściągacze w nogawkach pozwalają na dopasowanie tych spodni na przykład do sandałów. Tego typu spodnie mogą uzupełnić outdoorową garderobę i być podstawowym modelem na cieplejszą część turystycznego sezonu. Latem chętnie używam podobnego modelu, który w trakcie upałów zapewnia dużo więcej komfortu niż spodnie Brenta. Szczególnie, gdy wędruje się po niższych górach.
Na koniec jeszcze jeden sprzedażowy hit na letnią porę. Tym razem uszyty z innej tkaniny. Milo Nagev (męskie, damskie) to spodnie trekkingowe na lato, które wykonane są z materiału Suplex®. Jest to materiał syntetyczny znanej firmy Invista, który łączy w sobie wytrzymałość nylonu i miękkość, jaka jest cechą naturalnych włókien bawełnianych. Dzięki niemu spodnie Nagev nie są nadmiernie sztywne, a w kontakcie ze skórą po prostu bardzo komfortowe. Niska waga samego materiału sprawia, że wybór tego modelu to wybór wytrzymałych i szybkoschnący spodni, które ważą około 300 gramów. To prawie tyle, ile ważyłyby spodnie z Extendo 4-way Stretch w tym samym rozmiarze, ale z obciętą jedną nogawką. Waga takich spodni to spory atut dla kogoś, kto potrzebuje odzieży na wycieczki w słoneczną pogodę.
Ofertę turystycznych spodni Milo uzupełnia jeszcze kilka modeli. W sklepach górskich można znaleźć szorty Milo, spodnie wodoodporne oraz spodnie polarowe. Zrezygnowałem tu z ich opisania, ponieważ niemal jednoznacznie można określić ich przeznaczenie. Mam nadzieję, że z tą ściągą łatwiej będzie kupić na odległość odpowiedni model spodni Milo.
Okresowe kontrole sprzętu używanego w pracach na wysokościach to coraz bardziej popularny temat w wysokościówce. Wokół niego narasta wiele przesądów, a dyskusje na branżowych forach dzielą techników linowych na tych, którzy sądzą, że istnieje obowiązek okresowych kontroli SOI i tych, którzy twierdzą, że kontrole takie mogą wykonać samodzielnie. W tym tekście wyjaśniamy, czy trzeba kontrolować SOI i kto może wykonać kontrolę środków ochrony indywidualnej.
Powinniśmy wyjść od elementarnego, ale ważnego stwierdzenia. Sprzęt ochrony indywidualnej (SOI) to podstawowy system odpowiadający za bezpieczeństwo pracujących na wysokościach osób, więc w kwestii jego użytkowania nie można pozwalać sobie na żadne – nawet najmniejsze – kompromisy. Jako pracownik, czy też jako pracodawca, musisz być absolutnie pewny, że użytkowany sprzęt wart jest zaufania i nie zawiedzie, gdy ty lub ktoś z twoich pracowników go używa. Od SOI zależy życie i zdrowie, i to nie tylko tych osób, które pracują z jego wykorzystaniem, ale często również ludzi, którzy znajdują się w pobliżu prac wysokościowych.
Każdorazowe kontrole przed używaniem SOI to kwestia zdrowego rozsądku. Każdy kto używa lin, lonży, uprzęży i przyrządów powinien dokładnie przyglądać się swojemu sprzętowi i znać całą historię jego wykorzystania. Oprócz zdrowego rozsądku są jeszcze przepisy, rozporządzenia, normy i BHP-owcy, którzy coraz bardziej zwracają uwagę na sprzęt i jego dokumentację. Bez wątpienia wysokościówka profesjonalizuje się coraz bardziej. Widać to choćby po szkoleniach (IRATA, OTDL), realiach rynku (wystarczy przyjrzeć się ogłoszeniom firm poszukujących ludzi z konkretnymi uprawnieniami) i kolejnych praktykach, które stają się standardami (karty sprzętu, logbooki). Wszystko to sprawia, że praca na wysokościach staje się bezpieczniejsza, a prace bardziej profesjonalne. To chyba najważniejsza przesłanka, by zmiany takie zaakceptować i pogodzić się, że czasy alpinistów przemysłowych na ławeczkach samoróbkach przechodzą do historii tej profesji.
Definicję sprzętu ochrony indywidualnej (SOI/ŚOI) określają stosowne rozporządzenia. Najpopularniejszą jest stwierdzenie, że jest to: „każde urządzenie lub przyrząd przewidziany do noszenia bądź trzymania przez osobę w celu ochrony przed jednym lub wieloma zagrożeniami zdrowia lub bezpieczeństwa”. W praktyce wysokościowej jest to wszystko to, co chroni przed upadkiem lub doznaniem uszczerbku na zdrowiu.
Tego typu sprzęt musi spełniać odpowiednie warunki. Żeby był dopuszczony do użytkowania i dystrybucji na terenie UE musi być zgodny z normami, a normy te muszą być nadzorowane, aby zapewniać ochronę użytkownikowi i osobom postronnym. Taki sprzęt oznaczony jest znakiem CE, który potwierdza jego przeznaczenie. Oznaczenie sprzętu tym symbolem wiąże się z pewnymi obowiązkami zarówno dla producentów, jak i dla dystrybutorów. W konsekwencji także wiąże użytkowników tego typu wyposażenia, którzy muszą korzystać z niego zgodnie z przeznaczeniem i instrukcją.
Przepisy polskiego prawa nakładają na pracodawcę obowiązek zapewniania właściwych środków ochrony osobistej, minimalizowania ryzyka i eliminowania czynników, które narażają pracowników na utratę zdrowia lub życia. Nawet jeśli prowadzisz jednoosobową działalność – w której przecież dla siebie stajesz się pracodawcą – musisz dbać o bezpieczny sprzęt i warunki pracy.
Ponadto za stan SOI odpowiada każdy użytkownik tego sprzętu. Należyte dbanie o elementy wyposażenia i informowanie o zdarzeniach, które mogą mieć wpływ na SOI, należą do obowiązków osób podejmujących się prac wysokościowych.

Wśród osób pracujących na linach to gorący temat. W sprawach dotyczących SOI kwestię regulują przede wszystkim trzy akty:
– Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/425 z dnia 9.03.2016 r. w sprawie środków ochrony indywidualnej i uchylenia Dyrektywy Rady 89/686/EWG
-Rozporządzenie Ministra Gospodarki z dnia 21.12.2005 r. w sprawie zasadniczych wymagań dla środków ochrony indywidualnej
-Norma PN-EN 365
Sprzęt do ochrony indywidualnej sprzedawany i dopuszczony do użytku w pracach wysokościowych podlegają zawartym w nich przepisom. To właśnie na ich podstawie (szczególnie w zakresie normy i PN-EN 365 i instrukcji użytkowania, o których mowa w rozporządzeniach) SOI musi być okresowo kontrolowany przez odpowiednie osoby.
Co więcej, SOI, który ulega starzeniu się – na przykład taki, który wykorzystuje materiały tekstylne (lonże, absorbery, uprzęże) – musi zawierać datę produkcji, informacje o okresie użytkowania bądź wskazówki pozwalające użytkownikowi określić czas przydatności. W praktyce zazwyczaj oznacza to konieczność okresowej kontroli przynajmniej raz na 12 miesięcy.
Konieczność kontrolowania SOI jest również regulowana przez instrukcję dołączoną zawsze do produktu. Sprzęt musi być użytkowany zawsze w zgodzie z przeznaczeniem i zaleceniami producenta. Standardem zapisanym niemal w każdej instrukcji jest konieczność przeprowadzenia certyfikowanej kontroli przynajmniej raz w roku. Coraz częściej powszechną praktyką staje się także prowadzenie karty dla sprzętu SOI.
Nie zawsze pracownicy wysokościowi i firmy zatrudniające techników linowych podchodzą z należytą powagą do okresowych kontroli SOI. Do lekceważenia tego obowiązku dochodzi również w branży budowlanej, gdzie świadomość zagrożeń pracy na wysokościach jest jeszcze mniejsza, niż u osób pracujących dostępem linowym. To błąd, bo cykliczny i profesjonalny przegląd przyrządów, uprzęży i lonży znacząco poprawia bezpieczeństwo pracujących na wysokościach osób. Coraz częściej dokumentacji z regularnych przeglądów pilnują inspektorzy BHP oraz inwestorzy, którym zależy na powierzaniu robót zespołom profesjonalistów. Wymagania okresowych przeglądów są również składową dobrych praktyk, o które troszczyć muszą się technicy linowi pracujący w systemach typu IRATA czy OTDL.
Bezpieczeństwo pracy powinno być podstawową motywacją do przeprowadzania kontroli sprzętu dla każdego, kto pracuje w warunkach zagrożonych upadkiem z wysokości. Kolejnym powodem powinny być istniejące regulacje prawne i zasady poprawnego używania SOI. Warto dodać, że brak okresowych badań przydatności sprzętu, w przypadku zaistnienia wypadku może skutkować odpowiedzialnością finansową i prawną.

Samodzielnie można kontrolować sprzęt jedynie przed każdym użyciem. Jako błędne należy przyjąć twierdzenie, że skoro nie istnieje „zawód” inspektora takiego sprzętu, to każdy, kto ma doświadczenie i wiedzę, wynikającą choćby z wieloletniej pracy, może okresowo sprawdzić sprzęt i dopuścić go do pracy. Osobą okresowo kontrolującą SOI może być jedynie ten, kto został przeszkolony przez producenta (lub jego przedstawiciela) w zakresie dokonywania tego typu kontroli. Właśnie z tego powodu kontrolerzy SOI uzyskują certyfikaty od konkretnych marek produkujących sprzęt do prac na wysokościach. Tylko w zakresie produktów danego producenta mogą oni sporządzać kontrole, dokumentować je i dopuszczać środki ochrony indywidualnej do dalszego wykorzystania. Zwracają na to uwagę sami producenci, a także reguluje tę sprawę obowiązująca pracowników wysokościowych norma PN-EN 365. Określa ona, że osobą kompetentną do oceny środków SOI chroniących przed upadkiem z wysokości jest jedynie: „osoba wykształcona w zakresie aktualnych wymagań dotyczących badań okresowych, zaleceń i instrukcji wydanych przez producenta”.
Kontrola Sprzętu Ochrony Indywidualnej to proces niezwykle istotny dla bezpieczeństwa pracy. Z tego powodu musi być wykonana skrupulatnie, według pewnego schematu. Każda kontrola składa się z kilku etapów. Pierwszym jest sprawdzenie sprzętu pod kątem wad i stopnia zużycia. Drugim przygotowanie karty produktu lub jej prawidłowe wypełnienie. Trzeci etap to procedura wykonania testu sprawności danego przyrządu, łącznika, czy innych elementów poddawanych kontroli. Ostatnim etapem jest sporządzenie raportu z kontroli, który wiąże się z dopuszczeniem sprzętu do użycia lub jego wycofaniem. Sprzęt, który nie nadaje się do dalszego wykorzystania powinien być zniszczony tak, by nie mógł być już wykorzystany do pracy i stanowić zagrożenia.
Znalezienie certyfikowanego kontrolera sprzętu SOI jest dziś coraz łatwiejsze. Tego typu kontrole przeprowadzają liczne firmy. Sprzęt SOI można poddać kontroli także w Skalniku. W naszym zespole pracują kompetentne osoby, które posiadają odpowiednie certyfikaty do przeprowadzania kontroli sprzętu takich producentów jak: Petzl, Beal, Kong, Tendon, Singing Rock, Climbing Technology, Lanex. Ponadto oferujemy inne usługi: zakładanie kart produktu, oznaczanie lin, serwis wybranych elementów oraz ich konserwację. Doradzamy również w wyborze zgodnego z normami i kompatybilnego ze sobą wyposażenia SOI. Szczegóły znajdziesz tutaj.
Kto zarażony jest bakcylem skitouringu, ten z ataku wiosny cieszy się mniej. “Normalsi” zacierają ręce licząc minuty, z którym wydłuża się dzień i cieszą z każdej kreseczki więcej na termometrze. Tego nie można powiedzieć o skiturowcu. Ten przy każdym stopniu na plus patrzy, ile jeszcze śniegu zostało na zboczach i spieszy się coraz bardziej, żeby urwać wiośnie choć jeszcze kilka zjazdów. W końcu jednak nadchodzi pora, w której trzeba odłożyć narty skiturowe do kolejnego sezonu. W takiej chwili warto wiedzieć jak zadbać o narty skiturowe. O takiej chwili właśnie jest ten tekst.
Serwis nart zjazdowych po sezonie to standard dla prawdziwego narciarza. O narty skiturowe również trzeba się zatroszczyć. Są przynajmniej trzy powody, dla których warto to zrobić. Przecież kochasz swój sprzęt – i swoje narty, i swoje foczki, i wszystko, co pozwala Ci zimą poczuć prawdziwą wolność. Przecież lubisz mieć więcej niż mniej w portfelu, a regeneracja kosztuje mniej niż nowe. To się po prostu opłaca. Na koniec trzeci powód. Przecież chcesz, żeby sprzęt był gotowy i sprawny od razu, jak znów pojawi się warun!
Nie ma co ukrywać – pewnie swoje dwie deski darzysz sporym uczuciem, ale jeszcze większe emocje budzi w tobie zjazd, w którym ślizgi mogą spotkać kamienie, gałązki, wiosną nawet poletka trawy. Narty skitourowe nie mają łatwego życia. Po sezonie narty trzeba wyczyścić. Szczególną uwagę należy poświęcić ślizgom. Oczyszczone ślizgi obejrzyj pod względem ewentualnych ubytków. Potem zanieś narty do spa. Niech twój ulubiony serwisant zaklei większe dziurki, jeśli trzeba naostrzy krawędzie i posmaruje zole tak, jakby warun miał się zdarzyć jutro.
Ślizgi nart skiturowych trzeba smarować, by do kolejnego sezonu nie stały się przesuszone. Suchy ślizg jest mniej wytrzymały, łapie klej, co możesz czytać również jako “zrywa klej z foczki”. W terenie psuje też zabawę. Na mało nachylonym stoku narciarze ze ślizgiem “jak ta lala” śmigają w dół, ci z przesuszonym ślizgiem jadą “na kijach”.
Narty przechowuj złożone ślizgami do siebie i zabezpieczone paskami do nart. Nie trzeba owijać ich w prześcieradła, wkładać do specjalnych pokrowców. Ważne, żeby było to miejsce suche. Narty nie mogą być narażone na wilgoć.

Wiązaniom skiturowym przyda się przynajmniej jeden zabieg. Na ich żywotność i prawidłowe działanie może mieć wpływ to, czy po sezonie regulację siły DIN odkrecisz na zero. Nie zostawiaj ustawionych wiązań do przyszłego sezonu. Najpierw zapisz sobie parametry ustawień, potem DIN-y skręć do zera. Dzięki temu sprężyna nie będzie niepotrzebnie ściśnięta do kolejnej zimy, a mechanizm odpowiadający za bezpieczeństwo zachowa właściwe działanie.
Wiadomo. O foczkę musisz dbać. Trzeba ją głaskać, trzeba ją zawsze suszyć i chronić przed brudem tego świata. Czyste i suche foki najlepiej skleić przez siatkę dołączoną zazwyczaj do fok przy zakupie. Jeśli siatka pofrunęła ci gdzieś na wietrze, albo “dostała nóg”, możesz skleić klejem do kleju lub kupić siatkę na owady w sklepie budowlanym. Ważne jest jedno. Zamienna siatka nie może być powlekana żadna farbą, która może się łuszczyć i zostawać na kleju. Sklejone przez siatkę foki na pewno będzie łatwiej później rozkleić. Producenci fok zachęcają do używania siatek, choć wśród narciarzy skiturowych jest też szkoła tych, co siatki nie używają.
Suche i sklejone foki trzeba włożyć do pokrowca na foki, a potem odłożyć do suchego i zacienionego miejsca. Można przy tym zwrócić uwagę, żeby zagięcia przy składaniu fok nie wypadały zawsze w tych samych miejscach.Tak zwierzaki mogą przeleżeć do przyszłego sezonu. Jeśli w fokach trzeba wymienić lub uzupełnić klej, możesz to zrobić przed sezonem. Pamiętaj tylko, żeby nie robić tego wieczorem, gdy już rano masz zamiar ruszyć na tury.

Na pewno dbasz by buty, tak jak foki, były suche zaraz po skiturowej wycieczce. Buty narciarskie po sezonie trzeba wyczyścić, a potem schować tak, żeby botki nie stały się magazynem kurzu. Rzucone luzem buty skiturowe pod wyrko to nie jest dobry pomysł. Dobre jest za to lekkie zapięcie butów. Dzięki temu skorupa będzie miała właściwy kształt i bez szwanku doczeka do kolejnego sezonu.
Nie zaszkodzi przyjrzeć się, w jakim stanie są sznurowadła w botkach. Jeśli przy okazji p o c z u j e s z, że botkom należą się specjalne zabiegi, to możesz poszukać w sklepach narciarskich specjalnych płynów do dezynfekcji. Możesz też użyć Banana Boots lub pochłaniaczy SmellWell, które wyciągają wilgoć i walczą z nieprzyjemnymi zapachami.
To tylko kilka prostych zabiegów, które utrzymają twoje narty i skiturowy sprzęt w dobrym stanie. Z nimi możesz zapomnieć o przesuszonych ślizgach, zardzewiałych krawędziach i fokach, które mają brud zamiast kleju. Kilka prostych trików, potem możesz czekać, czekać i czekać, aż powderday wezwie cię w góry!
Minęły czasy, gdy turysta z kijami trekkingowymi budził zdziwienie. Kije trekkingowe w góry zabiera coraz więcej osób i coraz to szersze ich grono staje się szczerze przekonanych do używania kijków. Niektórzy wręcz nie wyobrażają sobie już wędrówek bez nich. Z tego powodu na tapet biorę dziś temat, w którym zastanowię się dlaczego warto używać kijów trekkingowych, ale też pomyślę o tym, kiedy z nich lepiej zrezygnować.
W sieci znaleźć można dużo artykułów o tym, jak dopasować kije trekkingowe, albo jakie kije trekkingowe kupić. Mniej jest jednak stron odnoszących się do zalet, ale też i do wad ich stosowania. Medycy, fizjoterapeuci i organizacje zajmujące się profesjonalnie działalnością ludzi w górach zbadali ten temat. Jak głosi przysłowie: “każdy kij ma dwa końce”. Jeśli poświęcisz chwilę na lekturę dowiesz się kiedy chwycić kijki w dłonie, a kiedy lepiej przymocować je do plecaka.

Używanie kijów trekkingowych ma wiele plusów. Oczywiście skorzystać z tych zalet można tylko wtedy, gdy kije są właściwie dobrane i wyregulowane. Kije używane do wędrówek w górach muszą przede wszystkim mieć płynną regulację. Ważna jest także odpowiednio wyprofilowana rączka, która dłoniom daje pewne i właściwe podparcie. Z właściwym modelem i wiedzą o tym, jak wyregulować kije trekkingowe, można odczuć różnicę i dalej zawędrować z ciężkim plecakiem.
Zobacz tutaj jak różnorodne moga być kije trekkingowe.
Kije trekkingowe odciążają stawy i kręgosłup. Podczas chodzenia w górach na ciało działają duże obciążenia, których skutki można zminimalizować. Największe obciążenia generowane są za sprawą dwóch czynników:
+ noszenia ciężkiego plecaka
+ schodzenia zboczem
a tych dwóch elementów podczas trekkingów górskich nie da się wyeliminować.
Według badań prowadzonych przez Komisję Medyczną Federacji Związków Alpinistycznych (UIAA) podczas jednej godziny marszu (szczególnie schodzenia), używając kijów trekkingowych, można zamortyzować kilka ton obciążeń, którym w innym przypadku poddawane byłyby stawy. Niemieckie pogotowie górskie policzyło kiedyś, że podczas jednej godziny marszu po płaskim podłożu stawy i mięśnie poddawane są obciążeniom rzędu 28 ton. Przy schodzeniu wartość ta była jeszcze większa, bo osiągnęła 34 tony. Z tego punktu widzenia wędrowanie z kijami trekkingowymi nie ma w sobie nic z górskiej mody czy lansu, ale jest kwestią zdrowia.
Z kijami trekkingowymi można zyskać większą kontrolę podczas schodzenia i złagodzić impet zejścia. Można też przenieść częściowo obciążenia na górną część ciała. Rozłożenie ciężaru na górne i dolne kończyny to jeden ze sposobów pomagania ciału w trudnym terenie i z bagażem na plecach.
Używanie dwóch kijów trekkingowych pozwala skorygować postawę. W terenie o charakterze górskim można przybierać nienaturalną postawę. Inne ułożenie ciała może powodować też ciężki plecak wrzucony na barki. Dobrze wyregulowane kije pozwalają utrzymywać ciało wyprostowane.
Uzyskana w ten sposób poprawa postawy jest dobra dla oddechu. W naturalnym dla ciała ułożeniu łatwiej się oddycha. To ważne szczególnie na podejściach. Na pewno znasz ten moment, gdy na podejściu brakuje tchu, choć tyle świeżego powietrza jest wokoło. Może to wynikać z konieczności forsowania się pod górkę, ale też wiązać się z nadmiernym pochyleniem ciała w kierunku stoku.
Z kijami trekkingowymi często czuje się mniejsze zmęczenie. Może to wiązać się z długotrwałym wysiłkiem fizycznym. Oczywiście nie oznacza to, że wędrówka przestanie być męcząca, ale z kijami zawędrujesz dalej. Gdy będzie dopadać cię zmęczenie, zharmonizowany rytm ruchu dolnych i górnych kończyn może nieść cię nawet wtedy, gdy w głowie już zaświeci się lampka energetycznej rezerwy. Wielu turystów potwierdza, że to naprawdę działa. Wystarczy się temu poddać.
Co ciekawe, używanie kijków trekkingowych sprzyja utrzymaniu niskiej częstotliwości pracy serca w początkowej fazie wysiłku. Mniejsze jest więc ryzyko, że przeforsujesz się już w pierwszych minutach trekkingu. Ratownicy GOPR zauważyli nawet, że właśnie na starcie wycieczki w góry, u wielu turystów dochodzi do problemów z niewydolnością krążeniowo-oddechową, a nawet zawałów serca.
Przypomnij sobie, ile trudności terenu musisz pokonywać podczas wypraw górskich. W niełatwych do przebycia miejscach kije trekkingowe pomagają utrzymać równowagę. Dzięki nim można zwiększyć balans statyczny i zmniejszyć ryzyko upadku na niepewnym podłożu, na przykład na piargach. Kije trekkingowe mogą być też nieocenione przy przekraczaniu rzek i potoków lub służyć do sondowania terenu. W podmokłym i grząskim terenie pozwolą choćby znaleźć twardsze podłoże, przejść po kępach traw i uniknąć skąpania się w jakimś bagienku.
W stromym terenie – zarówno na podejściach jak i schodzeniu w dół – z kijami chodzi się szybciej. Ma to związek oczywiście z rozkładaniem obciążeń i ustabilizowaniem ciała przez dodatkowe punkty podparcia.

Używanie kijów trekkingowych w niektórych wypadkach może wiązać się z pewnymi uciążliwościami lub wadami. Kije – jak wszystko – trzeba używać z umiarem, w zgodzie z potrzebami i ich przeznaczeniem.
Nieprawidłowe trzymanie kijów, które najczęściej związane jest z niewłaściwą ich regulacją, może powodować złą postawę. Jakiś czas temu nakręciliśmy film, w którym możesz dowiedzieć się, jak właściwie reguluje się kije trekkingowe.
Zauważa się również, że u osób długotrwale używających kijów trekkingowych lub chodzących nie do końca właściwą techniką z kijami nordic walking, mogą wystąpić zaburzenia w prawidłowym poczuciu równowagi. Kolejne dwa punkty podparcia trochę rozleniwiają ludzkie ciało, które adaptuje się szybko do nowych warunków. Może to być przestroga szczególnie dla tych osób, które bez kijów trekkingowych nie wyobrażają sobie wędrowania w górach, a które zapuszczają się także w bardziej eksponowany teren.
W takim właśnie terenie należy bezwzględnie zrezygnować z kijków i uwolnić dłonie. Gdy spotykasz na drodze przepaść, koniecznie przypnij kije do plecaka. Nawet nie musi być to klasyczna lufa pod stopami. Wystarczy wąska ścieżka, fragment grani, czy przewinięcie się przez skały w wąskim miejscu. W takich miejscach “patyki” są niepotrzebne. Potrzebne są wolne ręce i porządny plecak z uchwytem na kije trekkingowe.
W tym miejscu mała podpowiedź. Niektórzy mają wątpliwości jak nosić kije trekkingowe. Odpowiedź jest jedna – bezpiecznie. Zazwyczaj najbezpieczniejsze jest mocowanie kijów szpicami w dół, w pozycji złożonej do maksimum ich możliwości.
Kije mogą jeszcze przynajmniej na dwa sposoby wpływać na organizm. Wspominałem, że czasem pomagają utrzymać niską częstotliwość pracy serca, ale teraz muszę dodać, że mogą także zwiększyć liczbę uderzeń serducha na minutę. Jeśli wpadniesz w szybki rytm marszu z kijami to musisz pamiętać, że ruch górnych kończyn każe sercu pracować trochę intensywniej. Bazuje na tym w pewien sposób nordic walking, ale przy klasycznym trekkingu w górach jest to raczej niepożądane.
Na koniec coś, co trudno zaobserwować. Ludzkie ciało to skomplikowana i mądra “maszyna”. Poddawane obciążeniom mięśnie i stawy adaptują się do warunków i starają się im przeciwdziałać. Gdy chodzisz po górach, nacisk na stawy daje organizmowi sygnał do odżywiania chrząstki stawowej. Stałe używanie kijów może osłabić działanie tego typu mechanizmów obronnych ciała. Właśnie dlatego zamiast ciągle używać kijów trekkingowych, trzeba używać ich wtedy, gdy jest to potrzebne lub wskazane. Wsłuchaj się w ciało i jego potrzeby. Kiedy czujesz, że używanie kijów przyniesie ci korzyść, poprawi poczucie bezpieczeństwa lub pozwoli zawalczyć ze zmęczeniem – wtedy sięgaj po nie bez obaw.

Niezwykle ciekawe stanowisko UIAA w sprawie używania kijów trekkingowych w górach precyzuje, kto w szczególności powinien używać kijów trekkingowych. Specjaliści ustalili, że kije polecane są dla osób:
+ w podeszłym wieku
+ z nadmierną masą ciała
+ ze schorzeniami stawów lub kręgosłupa
+ osób, które noszą ciężki bagaż.
Co bardzo interesujące, zwraca się również uwagę, że używanie jednego lub dwóch kijów przy marszu bez obciążeń nie daje wyraźnych korzyści. Na płaskich fragmentach szlaków, gdzie marsz nie wiąże się z trudnościami pokonywania nierównego terenu, warto więc dołożyć kije do uchwytów w plecaku lub nieść je złożone w dłoni.
Na pytanie “z kijami trekkingowymi czy bez” odpowiedź brzmi “z głową”. Kije trekkingowe nie byłyby tak popularne, gdyby turyści nie doceniali ich przydatności. Jak widać, czasem jednak warto zostawić je w domu lub po prostu na pewien czas przytroczyć do plecaka. Można dodać, że kije trekkingowe mają sporo niestandardowych zastosowań. Jest wiele patentów i sposobów na ich wykorzystanie w górach. Wędrowcy lubią uniwersalne rozwiązania, dlatego też używają kijów trekkingowych w przeróżnych funkcjach. Można je stosować do rozstawienia tarpu czy płachty biwakowej. Kij może służyć jako monopod do ustabilizowania aparatu lub kamerki. Są zresztą specjalne modele, które mają tego typu systemy, a także istnieją specjalne uchwyty na kije, stworzone, by korzystać z nich w tej właśnie funkcji. Niektórzy używają kijków jako selfie stick’ów, inni czują się z nimi bezpieczniej, gdy w pobliżu krążą dzikie psy lub psy pasterskie. Kije przydają się też wtedy, gdy w górach wydarzy się wypadek. Wykorzystuje się je na przykład do usztywnienia złamanej lub zwichniętej kończyny. Ciekawe czy macie jeszcze jakieś swoje sposoby na ich niestandardowe zastosowanie?
Trekking określany jest jako forma turystyki, którą realizuje się w trudniejszych warunkach terenowych lub w wymagającym klimacie. Jego odmian jest wiele. Może wiązać się z wielodniową wędrówką, którą trzeba starannie zaplanować lub pokonaniem krótszej trasy, na której spotyka się terenowe przeszkody. Bez względu na to jaki rodzaj trekkingu uprawiasz, dobrze wiesz, że do tego typu działań potrzebna jest właściwa odzież. W tym artykule podpowiem, na co zwrócić uwagę przy wyborze spodni trekkingowych.
Dobre spodnie trekkingowe to przede wszystkim spodnie, które spełnią swoje zadania. Priorytetów w outdoorze jest wiele. Waga, wytrzymałość, elastyczność lub krój, który nie będzie podczas wyprawy krępował ruchów – to wszystko może mieć ogromne znaczenie dla wygody i satysfakcji ze spodni trekkingowych.

Na początek warto wyjaśnić, jakiego rodzaju odzież możemy określić mianem spodni trekkingowych. Przyjmuję, że jest to każdy z rodzajów spodni, który stworzony został do trekkingu i ma zapewnić użytkownikowi ochronę lub komfort. Według mnie są to zarówno spodnie trekkingowe na lato, które szyje się z oddychających, lekkich i szybkoschnących włókien, ale też mogą to być spodnie trekkingowe z membraną, czy spodnie softshell, które będą idealne jako spodnie trekkingowe o dość uniwersalnym przeznaczeniu. Najważniejszą cechą każdych spodni trekkingowych jest ich funkcjonalność, którą zapewniają takie elementy jak rodzaj materiału, krój i detale dopasowane do aktywności.
W spodniach najważniejsze będzie dobre dopasowanie. Nie chodzi tu o rozmiar, ale właściwe dobieranie odzieży do panujących w górach warunków i twoich działań. Jeśli poświęcisz chwilę uwagi ofertom sklepów outdoorowych, to szybko zauważysz, że podział na spodnie trekkingowe damskie i spodnie trekkingowe męskie to tyle, co wierzchołek góry lodowej. Za tą podstawową różnicą jest jeszcze wiele więcej zależności.
Pomocne mogą być na początek dwa podziały. Ze względu na dedykowaną porę roku spodnie można podzielić na spodnie trekingowe letnie, zimowe i spodnie na okresy przejściowe. Warto również podzielić sobie modele ze względu na stopień ochrony przed czynnikami atmosferycznymi. Tu da się wymienić przynajmniej trzy grupy, czyli:
+ lekkie i szybkoschnące spodnie trekkingowe letnie (często z filtrem UV)
+ spodnie trekkingowe softshellowe (najczęściej z powłoką DWR)
+ spodnie trekkingowe z membraną (wiatro- lub wodoodporną)
To kluczowe rozróżnienia ważne w wyborze odzieży. Za nimi jest jeszcze sporo detali i zależności. W dalszej części wpisu dowiesz się, na co przed zakupem trzeba zwrócić uwagę. Na koniec spróbuję krótko podsumować, co najważniejsze będzie latem, zimą i w czasie, kiedy pory roku przeplatają się ze sobą.
Najważniejszy w spodniach jest rodzaj materiału. To on decyduje czy model to dobre spodnie trekkingowe na zimę, lato lub okresy przejściowe. To także on odpowiedzialny jest za wytrzymałość mechaniczną spodni.
Spodnie trekkingowe w góry wytwarzane są najczęściej z wytrzymałych włókien syntetycznych. Można powiedzieć, że sztuczne włókna mają wszystko, czego turyści potrzebują. Stosowane w spodniach trekkingowych dobrych marek outdoorowych włókna są wytrzymałe, mają niską wagę i najczęściej schną dużo szybciej niż włókna naturalne. Cechą włókien syntetycznych, takich choćby jak poliester, jest często także ich oddychalność. Przez to określenie rozumie się zdolność do przechwytywania cząsteczek wilgoci, które wytwarza ciało podczas ruchu i odprowadzania ich do zewnętrznych warstw odzieży.
Spodnie zaprojektowane z myślą o lecie powstają zazwyczaj z poliamidu zwanego też nylonem. Może on szybko wysychać, jest tkaniną lekką i bardzo wytrzymałą, nawet wtedy, gdy spodnie nie są zbyt grube. Spodnie nylonowe wzmacnia się często splotem typu ripstop, który jeszcze lepiej chroni przed roztarganiem. Czasem materiał taki ma nazwę własną. W spodniach Salewa jest to materiał Durastretch, zaś w spodniach Milo tkanina o nazwie Supplex.
Spodnie z poliestru to w znakomitej większości spodnie softshell. Materiał ten sprawnie oddycha. Przy zastosowaniu gęstego spolotu jest on nie tylko wytrzymały, ale też silnie wiatroszczelny. Co więcej, przy wykorzystaniu hydrofobowej powłoki DWR może chronić też przed umiarkowanymi opadami deszczu lub śniegu. Tego typu spodnie najczęściej projektowane są jako modele całoroczne. Zimą przydają się wraz z termoaktywnymi leginsami do aktywnych działań. Idealnie są dopasowane do przejściowych okresów, w których pogoda jest zmienna. Mogą być także użyteczne latem, w wysokich partiach gór, gdzie temperatura zawsze jest dużo niższa niż na nizinach. Warto wiedzieć, że odmiany softshellu mogą być grubsze i cieńsze, a co za tym idzie bardziej lub mniej komfortowe przy różnej pogodzie.
Nie warto zapominać o słynnym materiale marki Fjallraven. G-1000® to niezwykle odporny mechanicznie, oddychający i przyjemny dla skóry materiał. Materiał ten łączy w strukturze włókna syntetyczne i naturalną bawełnę. Spodnie wykonane z tego materiału polecić można do intensywnego użytkowania na trekkingach, w których czasem schodzi się z utartych szlaków. Spodnie trekkingowe Fjallraven to produkt dla osób, które każdą wolną chwilę spędzają na trekkingu lub poszukują jednego modelu na wiele lat. Spodnie z tej tkaniny mają jeszcze dwie cechy, których próżno szukać w innych modelach. G-1000® (z wyjątkiem odmiany G-1000® Lite) jest tak gęsty, że chroni przed ukąszeniami komarów. Dodatkowo, po zaimpregnowaniu woskiem Greenland Wax, stają się one wysoce wodoodporne. Takie spodnie możesz impregnować na zimę i okresy przejściowe. Jeśli zrezygnujesz z impregnacji latem, uzyskasz skuteczniejszy parametr oddychalności materiału.

Grubość materiału odpowiada, między innymi, za zdolność do izolowania od chłodu. Latem na trekking ubiera się często spodnie z cieńszego materiału, zimą z grubszego. Jeśli nie masz okazji przyjrzeć się spodniom, bo robisz zakupy w sklepie internetowym, poszukaj w opisie produktu informacji o gramaturze. Wyrażona w jednostce g/m2 liczba może ci podpowiedzieć, jak przedstawia się waga materiału o wymiarach metr na metr. Najczęściej parametr ten informuje też czy materiał jest gruby. Nie wszyscy producenci podają tę informację, ale jeśli jest ona tylko dostępna, to znajdziesz ją w opisach na stronie Skalnika.
Drugim parametrem wartym uwagi jest tak zwana gęstość liniowa, którą wyraża się w denierach (DEN/D). Jednostkę stosuje się tylko do włókien syntetycznych, ale najczęściej właśnie z takich szyte są spodnie do trekkingu. Im wyższa liczba, tym większa odporność mechaniczna materiału i jego sztywność.
Wygoda przede wszystkim. Trekking ma przynieść ci przyjemność, naładować energią, z którą później łatwiej wraca się do codziennych obowiązków. Nie warto, by spodnie zabrały ci choć trochę z radości wędrowania po górach.
Krój spodni to bardzo ważny element przy doborze właściwego modelu. Przede wszystkim powinien być on dopasowany do twojej sylwetki i zapewniać naturalny sposób chodzenia. Spodnie o nieco luźniejszym kroju mogą przydać się latem. Nawet w długich spodniach można wówczas uzyskać wentylowanie nogawek.
Idę o zakład, że nie jest ci obce takie określenie, jak “techniczny krój”. Każdy słyszał, ale czy każdy wie, co się pod nim kryje? To kolejna cecha dobrych spodni trekkingowych, która sprawia, że odzież nie rozczaruje cię na trudniejszych szlakach. Ów techniczny krój to najczęściej takie “drobiazgi” jak choćby profilowane kolana, czy materiałowy klin wszyty w kroku. Po górach wędruje się inaczej niż po płaskim, dlatego projektanci profilują materiał w partii kolan i stosują inserty w kroku, dzięki którym nogę można podnieść wysoko i nie czuć, że odzież ogranicza nasze ruchy. Zwróć koniecznie na to uwagę, czy projektanci aby na pewno wiedzieli dla kogo i w jaki teren zaprojektowali spodnie.
Swobodny ruch w górskim terenie może zapewnić też inne rozwiązanie. Nie odnosi się ono wprawdzie do kroju, ale właściwym będzie wspomnieć o nim w tym miejscu. Przed zakupem spodni trekkingowych warto rzucić okiem na skład materiału. Do materiału spodni outdoorowych często dodaje się elastyczne włókna, takie jak: elastan, Spandex, Lycra®. Takie stretchowe włókna pozwalają materiałowi delikatnie rozciągać się, by nie stanowił bariery podczas ruchu.

To właśnie one sprawiają, że nawet wykonane z tych samych materiałów spodnie trekkingowe różnią się od siebie. W detalach ukryta jest funkcjonalność spodni, co jednak nie znaczy, że każdy potrzebuje spodni z mnóstwem rozwiązań. Tu trzeba pomyśleć przede wszystkim o swoich potrzebach, które wiążą się z naszymi upodobaniami i warunkami, w jakich najczęściej podejmujesz się trekkingów. Pamiętaj, że każdy zamek więcej, każdy ściągacz i inny bajerancki drobiazg waży. Nie ma sensu żeby spodnie go miały, jeśli nie będziesz z niego korzystać.
Odpinane nogawki mogą być strzałem w przysłowiową dziesiątkę lub utrapieniem. Jest to sprytny patent, by ograniczyć wagę ekwipunku i w jednym modelu mieć długie spodnie i spodenki trekkingowe. Na długi trekking w ciepłych rejonach to może być dobre rozwiązanie. A jednak zamki w nogawkach zwiększają wagę odzieży, a przy złym dopasowaniu spodni do użytkownika mogą przeszkadzać lub uwierać. To także kolejny element, który może kiedyś tam zawieść. Wprawdzie dobre spodnie trekkingowe mają “rasowe” zamki, ale zawsze coś może się przydarzyć. Zanim kupisz spodnie trekkingowe z odpinanymi nogawkami upewnij się, że będziesz często wykorzystywać ten patent. Upewnij się też, że długość nogawek odpowiada ci po skróceniu.
Liczba kieszeni to sprawa indywidualnych upodobań. Jedni wolą mieć ich więcej, inni mniej, dlatego muszę zwierzyć się z własnych upodobań. Kieszenie na dłonie są OK. Najlepiej jak mają zamki, bo wtedy można w nich schować smartfon, drobne na szybką kawę w schronisku, jakiś drobiazg którego nie chcesz pozbyć się przy byle okazji. Lubię pionową kieszeń na udzie, szczególnie jak jest na tyle szeroka, że można odłożyć do niej na chwilę mapę. Nie potrzebuję jednak dwóch takich kieszeni, a tym bardziej dwóch kieszeni z tyłu. Kieszonka tylna to zazwyczaj jedynie miejsce na chusteczkę higieniczną. Każdy ma jednak inaczej i musi to sobie przetestować.
Materiał wewnętrzny w kieszeniach może jednak odwrócić sytuację. Jeśli kieszenie podszyte są siateczką, to może stać się tak, że więcej kieszeni znaczy lepiej. Kieszenie podszyte delikatną tkaniną (najlepiej siatką z setką oczek) można wykorzystać do wentylowania. Rozsunięcie kilku takich kieszeni może zastąpić wentylację na nogawkach, którą można spotkać także w niektórych spodniach trekkingowych. Warto pamiętać jednak, że takie kieszenie są delikatniejsze. Nie ma co wypychać ich ciężarami.
Rozpinane nogawki przydają się do wysokich butów trekkingowych, butów wyprawowych albo jeśli spodnie trekkingowe chcesz założyć na skiturową wycieczkę. Zamki najczęściej mają długość do połowy łydki. Z rozwiązania skorzystają pewnie bardziej ambitni trekkerzy, którzy wybierają się na wysokogórski trekking i na stopach noszą buty alpinistyczne. Na łatwiejsze trekkingi wystarczą najprostsze nogawki pozbawione zamków. Możesz też spotkać zamki rozpinane na całej długości, ale to już raczej detal, który wykorzystują spodnie trekkingowe z membraną. Takich spodni najczęściej nie nosi się cały czas, ale zakłada się je w roli dodatkowej, awaryjnej warstwy na ulewny deszcz lub śnieżną zamieć.
Regulowany obwód nogawek to kolejny detal, który często występuje nogawkach spodni trekkingowych. Może się przydać bardziej niż rozpinane nogawki. Obwód można zmniejszyć jeśli używa się spodni trekkingowych do butów wspinaczkowych, sandałów, węższych butów podejściowych. Zaciągnięty ściągacz zapobiega przydeptywaniu materiału, pozwala też łatwiej podciągnąć nogawki, by przejść w bród płytką górską rzekę. Regulacja, jak wszystko, ma swoje plusy i minusy. Podczas przechodzenia przez mniej uczęszczane szlaki lub na kompletnych bezdrożach może zahaczać o gałęzie, kłopotliwie rozpinać się. Najczęściej obwód regulowany jest elastycznym ściągaczem i stoperem, rzepem lub guzikami.
Czasem w nogawkach można znaleźć haczyki. To rozwiązanie stosowane w spodniach przeznaczonych do trekkingu w miejscach, gdzie można spotkać pokrywę śnieżną. Haczyk zapobiega podchodzeniu nogawek ku górze, spełniając tę samą funkcję, co tego typu elementy w stuptutach.
Wzmocnienia nogawek po wewnętrznej stronie to detal godny uwagi. Po pierwsze, zabezpiecza on materiał przed uszkodzeniem. Taka sytuacja może się wydarzyć, gdy zaczepisz nogawką o gałęzie, skały, zęby raków lub przejedziesz po niej krawędzią skiturowej narty. Po drugie, wzmocniona nogawka to także większa odporność odzieży przy często podejmowanych wędrówkach. Czasem zdarza się przecież, że nogawki trą przy chodzeniu o siebie.
Membrany najczęściej wykorzystywane są w spodniach na najtrudniejsze warunki. Najbardziej uniwersalne spodnie do trekkingu górskiego ich nie posiadają lub posiadają tylko membrany wiatroszczelne, ale nie wodoodporne. Nie dotyczy to oczywiście spodni na awaryjne sytuacje w postaci nagłego załamania się pogody.
Pewien stopień odporności na opady może za to wprowadzać hydrofobowe wykończenie DWR. Jest to rodzaj technologii, która sprawia, że cząsteczki wody są odpychane na powierzchni materiału. Zauważysz ją w spodniach trekkingowych po tym, że woda nie wsiąka od razu w tkaninę, ale utrzymuje się na niej w postaci kropli. To bardzo pożądana cecha, którą powinny mieć spodnie w góry.
Od warunków atmosferycznych chroni także filtr UV. W opisach spodni trekkingowych możesz znaleźć informacje, że materiał posiada filtr UPF, blokujący szkodliwe dla skóry promieniowanie ultrafioletowe. Nie tylko w ciepłych rejonach górskich jest to przydatna cecha. Turysta jest przecież narażony na wędrowanie przez wiele godzin w pełnym słońcu nawet w wyższych partiach polskich gór.

Nie będzie to łatwe, ale spróbuję pokusić się o krótkie podsumowanie. Najważniejsze jest, by spodnie były dopasowane do tego kiedy i w jaki sposób realizujesz swoją trekkingową pasję. Latem najważniejsza jest w odzieży lekkość, sprawność oddychania materiału, a w razie letniej ulewy szybkie jego wysychanie. Ta ostatnia cecha jest też ważna, gdy potrzebujesz przeprać spodnie w trakcie trekkingu. Wiosną, jesienią, a już najbardziej zimą liczyć się będzie bardziej stopień ochrony przed opadami i wiatrem. W wielu sytuacjach sprawdzą się spodnie softshell, które w wyważony sposób łączą komfort i poziom ochrony. Wybór spośród takich spodni jest duży. Popularne są spodnie trekkingowe Milo, w których wyborze może pomóc ci inny mój wpis na blogu Skalnika. Tego typu spodnie są bardzo wszechstronne, ale sam przekonałem się, że jedna para w góry to za mało. Przez dużą część sezonu spodnie softshell są idealne. W najcieplejsze dni jednak warto zmienić je na lekkie i cienkie spodnie z nylonu. Zimą softshell trzeba uzbroić termoaktywnymi getrami, a podczas ulewy spodniami z membraną. To moje sposoby, choć ty możesz wypracować własne.
Wciąż mówi się o niej jako największej tragedii lawinowej w Polsce. Właśnie mija 50 lat od lawiny w Białym Jarze, która ogromną masą śniegu spadła na turystów, zabierając ze sobą aż 19 istnień. W okrągłą rocznicę wydarzeń warto wspomnieć ten fatalny dzień i napisać, gdzie schodzą lawiny w Karkonoszach.
Już kilka dni wcześniej w Białym Jarze mogło skończyć się ofiarami. 17 marca 1968 r. był dniem, w którym góry dały pierwsze ostrzeżenie. Właśnie wtedy grupa narciarzy i turystów, pomimo złych warunków pogodowych, wybiera się w rejon Strzechy Akademickiej. Idą trawersem przez Biały Jar, gdy nagle osuwa się śnieżna deska i porwa siedem osób. Na szczęście lawina zasypuje ludzi tylko częściowo lub znajdują się oni płytko pod śniegiem. Jedni o własnych siłach, drudzy odkopani przez kolegów, wydostają się ze śniegu.
Trzy dni później pogoda zmienia się. Wychodzi słońce, choć wiatr nie przestaje wiać z dużą siłą. Grupa turystów z ZSRR, Niemiec i Polski postanawia wyruszyć w góry. Wyciąg krzesełkowy na Kopę nie kręci z powodu podmuchów, więc wyruszają drogą przez Biały Jar. Takie dni jak ten – pierwsze słoneczne dni po czasie niepogody – są najgorsze. Chęć wyjścia w góry jest wtedy największa, podobnie jak największe jest ryzyko zejścia lawin…
Około godz. 11 wycieczka idzie Białym Jarem, gdy nagle masy śniegu zaczynają pędzić zboczem. Lawina porywa 24 osoby, z których 19 zostaje całkiem zasypanych przez śnieg. Sytuacja staje się dramatyczna, obszar lawiniska ogromny, a do tego zagrożony zejściem kolejnej lawiny. Pierwsi pomoc niosą świadkowie zdarzenia. Z Karpacza ruszają ratownicy. Na lawinisku z czasem pracuje coraz to więcej osób. Goprowcy, ratownicy Horskiej Służby, strażacy, ochotnicy i wojsko przez wiele dni przekopują śnieg, najpierw z nadzieją ratunku, później już w celu poszukiwania ofiar.
Lawina, która zeszła 20 marca 1968 r. w Białym Jarze miała ogromne rozmiary. Jej długość osiągała ok. 600-800 m, szerokość sięgnęła 80 m, zaś czoło lawiny o wysokości 20-25 m pędziło najprawdopodobniej z prędkością bliską 100 km/h. Szacuje się, że nawet 50 tysięcy ton śniegu pogrzebało turystów, wśród których było 13 obywateli ZSRR, 4 Niemców i 2 Polaków. Ostatnie ciała wydobyto spod kilkumetrowych pokryw śniegu dopiero 1 i 5 kwietnia.

Marzec 1968. Akcja ratunkowa w Białym Jarze (źródło: Wikipedia).
Nie był to niestety jedyny wypadek lawinowy w Karkonoszach. Najwyższe pasmo Sudetów, jak na swoje rozmiary, to teren lawinowo bardzo aktywny. Odnotowano około 100 miejsc, w których schodziły lawiny lub widoczne były mniejsze osunięcia warstw śniegu. Warto pamiętać, że w tych górach, w czasie śnieżnych zim, obserwuje się nawet 40-50 tego typu zdarzeń.
Na szczęście większość z nich nie pochłania ofiar, choć śmiertelne wypadki lawinowe w Karkonoszach miały miejsce wiele razy. Pierwszym zapisanym na kartach historii takim zdarzeniem jest śmierć Samuela Steinera. Był on gospodarzem Strzechy Akademickiej, który w 1700 r., niosąc pomoc innemu turyście, zginął pod masą śniegu. Zdarzenie miało to również miejsce na zboczach Białego Jaru.
O sile karkonoskich lawin świadczy również inna historia. W 1902 r. duża lawina pędząca Kotłem Łomniczki zmiotła schronisko, które nie zostało jeszcze oddane dla turystów. Kolejne schronisko w tym rejonie musiało stanąć dużo, dużo niżej.
Pierwszy wypadek lawinowy po wojnie miał miejsce w tym samym kotle. W lutym 1947 r. śnieg porwał dwóch oficerów WOP. Pomoc, w czasie gdy w Karkonoszach nie było jeszcze GOPR-u, nieśli polscy i niemieccy mieszkańcy Karpacza, którymi byli tatrzańscy górale, przedwojenni działacze turystyczni i niemieccy sportowcy zamieszkujący Karpacz Górny. Do zasypania grupy harcerzy przez tzw. pyłówkę dochodzi tu dziesięć lat później. Szczęśliwie w 1957 r. obchodzi się bez ofiar.
Także w czasach nie tak odległych dochodziło do groźnych i tragicznych zdarzeń. Rok 1998 r. to śmiertelny wypadek dwóch czeskich wspinaczy, którzy giną trawersując Labský Důl. Ponad wspinaczami obrywa się śnieżny nawis i ciągnie 200 m w dół.
Jest takie mądre zdanie: „Ekspercie pamiętaj o tym, że lawina może nie wiedzieć, że jesteś ekspertem”, które wypowiedział Werner Munter, a które można usłyszeć na wielu kursach lawinowych. Warto je zapamiętać, by nie lekceważyć zagrożenia lawinowego nawet wtedy, gdy jest się doświadczonym alpinistą, ratownikiem lub przewodnikiem. W strefie zagrożonej lawinami trzeba zawsze zachować czujność. Lawinie w Kotle Łomniczki nie uszedł choćby wybitny i doświadczony narciarz wysokogórski Jacek Mierzejewski, który na ostatnią wycieczkę skiturową wyruszył 30 grudnia 2001 r.
O słuszności tego powiedzenia przekonali się niestety także ratownicy z Polski i Niemiec, którzy 26 stycznia 2003 r. doskonalili ratownicze umiejętności w Kotle Małego Stawu. Schodząca wówczas żlebem lawina poturbowała czterech Niemców i zabiła polskiego goprowca. Niestety jeden z najbardziej tragicznych dni w historii karkonoskiego pogotowia górskiego miał dopiero się wydarzyć. 8 lutego 2005 r. śnieg, który zsuwa się Żlebem Slalomowym Kotła Małego Stawu sprawia, że na “wieczny dyżur”, wprost z trwającego patrolu, odchodzi dwóch młodych ratowników Karkonoskiej Grupy GOPR – patroni kultowego Przejścia Dookoła Kotliny Jeleniogórskiej – Daniel Ważyński i Mateusz Hryncewicz. Skiturowy patrol przy lawinowej jedynce niestety nie ma szczęśliwego zakończenia. Trzy lata później kolejna lawina w Białym Jarze zbiera doświadczonego instruktora snowboardu z Jeleniej Góry.
Do kilku wypadków dochodzi w ostatnich latach po czeskiej stronie. W 2008 r. przysypana zostaje skialpinistka w obszarze między Luční Bouda a Svatý Petr, dokładniej w miejscu zwanym Červinkově muldě. Ratownicy odkopują spod śniegu żywą jeszcze kobietę, choć cała akcja trwała od kilku godzin. Niestety w szpitalu nie udaje się uratować jej życia.
7 marca 2014 r. czeski turysta ociera się o śmierć w Kotle Małego Stawu. Kolejnej zimy, 5 lutego 2015 r., trzech narciarzy skiturowych wpada w tor schodzącej lawiny w miejscu zwanym Malá Studniční jáma. Jeden chroni się za skałą, drugi zostaje przysypany tylko częściowo, trzeci zostaje pogrzebany pod śniegiem. Mimo szybkiej akcji, dzień zapisuje się kolejną czarną kartą w dziejach karkonoskich lawin. Jeszcze w lutym tego samego roku w rejonie Modrý důl schodzi najpotężniejsza od około 30 lat lawina o ponadkilometrowej długości i szerokości aż 300 metrów. Kilkudziesięciu polskich i czeskich ratowników górskich przez dwa dni przeszukuje lawinisko. Informacje na temat trzech skiturowców, którzy znajdowali się w zasięgu lawiny zostają szczęśliwie niepotwierdzone.

Marzec 2018. Biały Jar 50 lat po tragedii.
W Karkonoszach jest wiele miejsc, w których obserwowano zejścia lawin. Jest również wiele potencjalnych stref, gdzie ukształtowanie terenu oraz zbieg warunków atmosferycznych i śniegowych może zagrożenie takie powodować. Większość takich rejonów jest niedostępna z uwagi na zamknięte zimą szlaki, wytyczone zimowe obejścia i przepisy obowiązujące w parkach narodowych po obu stronach granicy. Niezwykle ważna jest jednak świadomość ryzyka i poznanie najważniejszych miejsc o lawinowym alercie. Strefy takie zaznaczyłem na poglądowej mapie.

Oznaczenia: 1. Kocioł Szrenicki / 2. Kocioł Łabskiego Szczytu / 3. Śnieżne Kotły / 4. Czarny Kocioł Jagniątkowski / 5. Kocioł pod Małym Szyszakiem / 6. Kocioł Smogorni / 7. Kocioł Dużego Stawu / 8. Kocioł Małego Stawu / 9. Biały Jar / 10. Kocioł Łomniczki / 11. Obří Důl / 12. Stidniční Jámy / 13. Modrý Důl / 14. Dlouhý Důl / 15. Údolí Bilého Labe / 16. Kotelní Jámy / 17. Labský Důl
Ujmując rzecz teoretycznie, lawin w polskich Karkonoszach można uniknąć wówczas, gdy poruszamy się po szlakach turystycznych dopuszczonych do turystyki zimowej. Szlaki prowadzące dnem polodowcowych kotłów i nisz niwalnych – a te formacje terenu stanowią w Karkonoszach największe zagrożenie – są na okres zalegania pokrywy śnieżnej zamykane. Nikt nie może dać gwarancji, że lawina nie zejdzie w miejscu, w którym dotychczas nie była obserwowana. Warto pamiętać też, że lawiny nie schodzą tylko z bardzo stromych czy skalistych zboczy. Badania nad wypadkami lawinowymi dowodzą, że najwięcej wypadków dochodzi na stokach o nachyleniu 36-40 stopni, a nie przepaścistych ścianach opadających pionem w dół. W Karkonoszach zagrożeniem są również krawędzie kotłów polodowcowych. Nie należy zimą zbliżać się do nich, ponieważ nawisy potrafią mieć szerokość nawet kilku metrów.
Wyglądają niepozornie. Ich nazwa brzmi cokolwiek śmiesznie. Trzeba jednak przyznać, że zarówno dla turystów, jak i wytrawnych alpinistów, są jednym z podstawowych elementów wyposażenia. W trudnych warunkach stają się nieocenione na turystycznej wycieczce i podczas ambitniejszych celów w górach. W tym tekście na warsztat bierzemy stuptuty, by przyjrzeć im się z bliska.
Każdy turysta w końcu usłyszy to słowo. Przychodzi to zazwyczaj w momencie, gdy góry przestają kręcić tylko latem, a bajeczne krajobrazy ośnieżonych szczytów przyciągają coraz bardziej. Najprościej mówiąc stuptuty to ochraniacze zakładane na nogi. Samo słowo zaczerpnięte jest z języka francuskiego, jako zbitka słów stop tout oznaczająca “zatrzymaj wszystko”. Istotnie taka jest funkcja stuptutów. Założone na nogi mają chronić buty przed dostawaniem się śniegu, wody, zabrudzeń oraz sprawiać, że wszystko to nie będzie przenikać również pod nogawki spodni.
Stuptuty kojarzą się z zimą. Na myśl o nich przed oczyma stają albo głębokie śniegi, arktyczne przestrzenie lub góry, w których opady śniegu nie należą do najmniejszych. Jak się jednak okazuje zastosowania stuptutów są szersze, a okazji do ich założenia całkiem sporo.
Oczywiście najczęściej stosuje się stuptuty do chodzenia w śniegu, który jest głęboki i kopny. Jest to zastosowanie znane ambitnym turystom przecierającym szlaki w najzimniejszej porze roku. Stuptuty można założyć zimą również podczas chodzenia w rakach, a nawet w trakcie lodowej wspinaczki i to niekoniecznie z myślą o przedzieraniu się pod lodowe ściany przez zaspy. Stuptuty chronią nogawki i buty przed wodą i uszkodzeniami mechanicznymi. Jeśli założysz stuptuty do raków, a przypadkowo zaczepisz ich zębem o materiał, masz dużą szansę, że wytrzymała tkanina ochroni nogawki spodni przed uszkodzeniami. Łatwiej i taniej wymienić będzie nawet uszkodzone stuptuty, niż inwestować w nowe spodnie z membraną.
Stuptuty mogą przydać się też w miesiącach pozbawionych śniegu. Nawet na pustyni mogą być bardzo pomocne. Szczelny materiał i pomysłowe mocowanie sprawi, że to, co kojarzymy jako ochraniacze przeciwśnieżne może uchronić nas przed wodą, kamieniami, igłami, gałęziami, błotem albo piachem, który mógłby obcierać stopy i ranić je. Właśnie dlatego oprócz turystów korzystają z nich podróżnicy i biegacze.

Jeśli zaczniesz zastanawiać się jakie stuptuty warto kupić, pewnie dostrzeżesz, że większość z nich wygląda bardzo podobnie. Niemal wszystkie stuptuty mają podobną konstrukcję. Podstawowe elementy to ściągacz u góry, ściągacz u dołu, haczyki do mocowania za sznurowadła, mocowanie zakładane pod podeszwę butów oraz system pozwalający rozpiąć stuptuty na całej długości. Mimo tych podobieństw okazuje się, że nie wszystkie stuptuty są takie same. Różnią je szczegóły, na które warto zwracać uwagę.

W takich ochraniaczach ogromnie istotną sprawą jest materiał. Stuptuty najlepiej spełniać będą swoje zadanie, jeśli uszyte będą wytrzymałej i wodoodpornej tkaniny. Wodoodporność będzie strzec suchości stóp i nogawek. Gęsty splot tkaniny sprawi zaś, że model będzie bardzo wytrzymały, choć minusem może być w tym przypadku waga i objętość spakowanych do plecaka stuptutów.
Cenionymi modelami są tzw. stuptuty z goretexu. Są to modele wykonane przy wykorzystaniu materiałów ze słynną membraną GORE-TEX®, która blokuje dostęp wody, a dzięki oddychalności dba o zwiększony komfort podczas wędrowania. Pośród całej masy plusów, stuptuty takie mają jedną wadę. Ich cena nie należy do najmniejszych. Oprócz takich modeli istnieją również stuptuty z membranami innych producentów. Dla przykładu, stuptuty Black Diamond wykorzystują membrany BD.dry, stuptuty marki Rab korzystają z wodoodpornego i oddychającego materiału Watergate™ lub membran eVent.
Decydując o wyborze stuptutów spotkasz też modele bez membrany, których materiał będzie również w dużym stopniu wodoodporny. Popularne stuptuty Deuter Altus uszyte są z materiału powlekanego poliuretanem, z którym uzyskuje się również wysoki stopień ochrony.
W kwestii tkanin istotna jest także ich odporność mechaniczna. Lżejsze stuptuty nosi się wygodniej, ale stuptuty z “pancernego” materiału nosi się dłużej. Wciąż popularne pozostają stuptuty z Cordury. Z tego gęstego i odpornego materiału uszyte są stuptuty Wisport, które na polskich szlakach wciąż pozostają jednym z najczęściej spotykanych modeli. Zdarza się, że stuptuty uszyte są z dwóch rodzajów materiału: góra z lżejszej tkaniny, a dół z czegoś odporniejszego na roztarganie i przecieranie.
Stuptuty wysokie czy stuptuty niskieModel stuptutów można rozróżnić również ze względu na ich wysokość. W zasadzie można mówić o trzech podstawowych profilach, jakie mogą posiadać ochraniacze na buty górskie czy biegowe. Mogą to być:
– stuptuty do kolan
– stuptuty do połowy łydki
– stuptuty powyżej kostki.
Wyższe modele stuptutów chronią dobrze zarówno buty jak i nogawki. Dają po prostu użytkownikowi “wyższy” poziom ochrony, ale nie znaczy to, że niskie stuptuty są jakimkolwiek półśrodkiem. Tego typu ochraniacze wybierają osoby, które mają ograniczone miejsce w plecaku lub liczą każdy gram wagi ekwipunku. Niskie modele (znane także jako stuptuty biegowe) wybierane są choćby przez osoby trenujące biegi górskie i turystów używających stuptuty latem.
Przy okazji rozważań o wysokości warto dodać, że ochraniacze śniegowe i niskie modele mogą mieć rozmiary. Czasem producenci wiążą rozmiar stuptutów z wielkością butów, czasem podają orientacyjny wzrost użytkownika. Warto zwrócić na to uwagę i dopasować stuptuty do siebie. Szukając idealnego modelu trafisz najczęściej na modele unisex, choć czasem zdarza się rozróżnienie na męskie modele i stuptuty damskie. Te dla kobiet różnią się wielkością czy obwodem.
Stuptuty muszą mieć system, który pozwala rozpiąć je na całej długości. Dzięki temu zakłada się je szybko i bez konieczności zdejmowania obuwia. Tym razem stuptuty dzielą się na te zapinane rzepem lub zamkiem. Zapięcia montowane są z przodu lub z tyłu. Za wygodniejsze uchodzą te pierwsze, za trwalsze drugie.
Każdy z rodzajów zapięcia ma zalety i wady. Stuptuty z zamkiem błyskawicznym mają opinię szybkich w zakładaniu i szczelnych. Wszystko to prawda, ale pod jednym warunkiem. Zamek musi być dobrej jakości, by zagwarantować niemal bezawaryjne działanie. Ten detal to częsta bolączka stuptutów kupowanych za parę groszy. Zamki mogą mieć jeszcze jedną wadę. Przy bardzo niskich temperaturach mogą one zamarzać i zacinać się. Na szczęście dobre stuptuty posiadają ochronną patkę na suwakach, która w wielu przypadkach ogranicza ryzyko wystąpienia takiej niespodzianki.
Stuptuty zapinane na rzep są odporne na mróz, szczelne i wytrzymałe, ale tylko pod warunkiem porządnej jakości rzepów. Rzepy mogą być tak mocne, że ich rozpinanie będzie wiązać się z użyciem całkiem sporej siły. Gdy jakość rzepów będzie jednak wątpliwa, ochraniacze będą rozpinać się same i zupełnie zniszczą przyjemność wędrowania po górach.
Z paskiem, stalową linką, kevlarowym sznurkiemElement zakładany w stuptutach pod podeszwę butów trekkingowych to kolejny ważny element. Często nazywany jest opinaczem, niezależnie od tego jaką przyjmuje formę. Może mieć postać paska z metalową sprzączką, być stalową linką, lub kawałkiem wytrzymałej linki. Wybór należy oczywiście do ciebie, ale warto wiedzieć kilka szczegółów o każdym.
Pasek z dziurkami i metalową sprzączką wygląda stylowo i umożliwia doskonałe dopasowanie do butów. Dzięki temu gwarantuje szczelność dolnej krawędzi stuptutów. Między szerszym paseczkiem a podeszwą łatwiej może się jednak gromadzić śnieg. Ważne więc by element ten był wykonany z porządnego tworzywa. Takim jest Hypalon marki DuPont, do którego nic łatwo się nie lepi i który ma dużą wytrzymałość.
Zamiast paska można spotkać stuptuty z metalową linką pod butem. Na pierwszy rzut oka rozwiązanie może wydawać się super wytrzymałe i godne polecania. Niestety stalowa linka często szybko strzępi się od chodzenia po kamieniach, a wtedy nie ma wcale zamiaru oszczędzać podeszwy buta. Z czasem strzępy stalowej linki wbijają się w podeszwę i powolutku ją niszczą.
Niepozornie wyglądają stuptuty ze sznureczkiem. Nie warto jednak ulegać pierwszemu wrażeniu. Sznureczek – nawet ten kevlarowy – z czasem pewnie się przetrze, ale to nie problem, bo można go wtedy po prostu wymienić. Metr kevlarowego repika to koszt tylko kilku złotówek. Z takim odcinkiem wymienisz ten element nawet dwa razy i pewnie nie stanie się to w ciągu jednego sezonu. Cieniutki repik ma jeszcze jedną przewagę. Nie przywierają do niego większe grudki lodu, a śnieg nie może magazynować się między nim a podeszwą.
Zakładanie stuptutów jest proste. Wystarczy pięć prostych operacji, by uzbroić nogawki spodni i zabezpieczyć buty. Warto wiedzieć jak dopasować stuptuty na nogach, bo dobrze wyregulowane ochraniacze pozwalają uzyskać największą szczelność.

Z dobrze założonymi stuptutami możesz bez obaw wędrować choćby w głębokim śniegu. Stuptuty to prosty, ale bardzo przydatny element wyposażenia turystycznego. Warto przemyśleć zakup i zainwestować w dobry model. Dobre stuptuty służą przez wiele lat, nawet jeśli należy się do osób, które w góry ruszają przy każdej okazji. Ochraniacze turystyczne ze względu na swoje przeznaczenie często bywają zabrudzone, dlatego na koniec słowo o tym jak wyczyścić stuptuty. Żeby nie zniszczyć wodoodporności materiału i mieć pełną kontrolę nad ich konserwacją najlepiej czyścić je ręcznie. Zazwyczaj wystarczy płukanie w letniej wodzie. Gorsze zabrudzenia wyczyścić można przy pomocy miękkiej szczoteczki. Jeśli musisz stosować detergenty, korzystaj z płynów do prania odzieży membranowej lub środków do prania wyposażenia turystycznego. Dla większej odporności na wilgoć stuptuty można po takiej pielęgnacji zaimpregnować.
Brytyjski Rab to marka słynąca głównie z doskonałych produktów puchowych – śpiworów i kurtek. Jest jednak więcej powodów, by wyspiarską markę nazwać specjalistą od extremalnej ochrony.
Rab to marka wybierana często przez profesjonalistów i stale obecna na wyprawach w najwyższe góry świata. Zaufanie, jakim darzą markę osoby podejmujące się ambitnych wyzwań, jest dobrym miernikiem jakości marki, której od początku przyświecała idea tworzenia odzieży gotowej na starcie z najgorszymi warunkami. Wszak od zarania marki kierowało nią motto:
For the most extreme conditions in the world.
zaczyna się w jeszcze przed tym, jak powstaje pierwszy produkt. W 1973 Rab Carrington w Buenos Aires, po drodze w góry Patagonii, uczy się szyć śpiwory puchowe. W tamtym okresie ma to być źródło zarobku na najbliższą wyprawę. Umiejętność ta da mu jednak wiele więcej, niż możliwość zorganizowania jednej wspinaczki.
Początki marki sięgają lat ‘80. XX w. Wspinacz przeprowadza się do Sheffield i ręcznie szyje pierwsze śpiwory. Warsztacik Raba mieści się na strychu, ale kolejne zamówienia środowiska wspinaczkowego (którego jest częścią) sprawiają, że ze strychu musi przenieść się do lokalnej fabryki.
W latach ‘90. powstają kultowe kurtki Andes i Kinder Smock. Markę rozsławia ekspedycyjny śpiwór puchowy Premier Sleeping Bag. Rab staje się po prostu marką technicznych produktów. I tak jest do przełomu wieków. W 2003 roku założyciel marki odchodzi na emeryturę. Przekazuje firmę pod zarząd Equip Outdoor Technologies Ltd. Mijają lata. Rab wciąż jest pionierem technologii i rozpoznawalną marką nie tylko wśród alpinistów z Wysp Brytyjskich. Na polskim rynku marka obecna jest od 2013 roku.

„The greatest thing I ever got from climbing was friendship”
– Rab Carrington
Wspinaczka to partnerstwo, góry to wyzwania i ludzie, a nie tylko kupa kamieni. Każdy produkt marki to zaproszenie do przygody, stąd podejście, by tworzyć odzież i sprzęt funkcjonalnymi i dopracowanymi w każdym szczególe. Stąd też idea, by wspinacze czuli się wspólnotą.
Przyjaciółmi marki są instruktorzy sportów górskich, wspinacze, przewodnicy górscy. Marce zależy na tworzeniu społeczności ludzi gór, zadowolonej z jej produktów. Dlatego odzież przechodzi testy, a dopiero później trafia do sklepów outdoor. Marka współpracuje ściśle ze stowarzyszeniem instruktorów górskich Association of Mountaineering Instructors (AMI), wspinaczami takiego formatu jak Tom Randall i wieloma organizacjami non-profit. Angażuje się w działania Project Pressure – projektu dokumentującego zanikanie lodowców, jest partnerem inicjatywy CAC (Climbers Against Cancer) wspierającej wspinaczy z chorobami nowotworowymi i działa na rzecz tragarzy w górach całego świata wraz z International Porter Protection Group.
W kuźni brytyjskich alpinistów, jaką jest choćby droga Point Five Gully na Ben Nevis panują warunki, którym musi sprostać odzież Rab. Wspinanie tam, to nie herbatka u babci punkt siedemnasta!
Kurtki hardshell Rab tworzy przy zastosowaniu najsłynniejszej z technologii oddychających i wodoodpornych. Kurtki GORE-TEX Rab – bo o nich oczywiście mowa – to katalog produktów na najtrudniejsze warunki. Oprócz znakomitej membrany pierwsze skrzypce grają techniczne detale i kroje. Po tych produktach widać, że tworzą je specjaliści i praktycy. Widać też, że to produkty dla ludzi o tych samych pasjach – że projektanci i wspinacze to jedna społeczność.
Weźmy przykładowo sztandarowy hardshell Rab – kurtkę Latok GTX. To przemyślany w każdym kawałku tkaniny i w każdym szwie model. Łączy on w sobie dwa najnowsze rodzaje membrany GORE-TEX® Pro. Materiał GORE-TEX® Pro Most Rugged wykorzystano w miejscach, które muszą mieć pancerną wytrzymałość. Tam, gdzie kurtka powinna być bardziej oddychająca, zastosowano natomiast GORE-TEX® Pro Most Breathable. A zatem jest to konstrukcja bez kompromisu dla ochrony i bez kompromisu dla komfortu.

Puch i produkty puchowe to oczko w głowie projektantów marki. To również chyba największa miłość tych, którzy na kurtki Rab się zdecydowali. Od ponad dekady najbardziej popularnym modelem jest kurtka Microlight Alpine, która towarzyszy użytkownikom w górach i w mieście. Stworzona z myślą o alpejskich wyzwaniach kurtka z puchem, to model dla wielu osób – jak dla mnie – który zimą staje się kurtką nawet na codzienne okazje.
O tej bestsellerowej kurtce możesz przeczytać więcej tutaj.
Ale miało być o ekstremalnej ochronie, nie o ekstremalnej funkcjonalności. Rab oferuje wysoko wyspecjalizowane produkty puchowe, dedykowane do zadań w wysokich górach i walki z niesprzyjającą pogodą. Najcieplejsze kurtki ocieplane są puchem o sprężystości 800 cuin. Do himalajskich eksploracji w granicach 6000 m n.p.m. stworzona została kurtka Positron Pro, do działań, gdzie oprócz niskiej temperatury szturmuje wiatr, puchówka Infinity z technologią wiatroszczelną GORE-TEX® INFINIUM™.
Na jeszcze niższe temperatury i wyższe góry marka tworzy kombinezony ekspedycyjne. Podczas ekspedycji uzupełnieniem są również akcesoria, takie jak grube łapawice puchowe czy botki puchowe.

Jednym z najtrudniejszych zadań jest łączenie wysokiej ochrony przed niskimi temperaturami i wygody w czasie działań na wyższych obrotach lub w środowisku pełnym wilgoci. W wilgotnym otoczeniu i w czasie, gdy ciało produkuje zbyt dużo wilgoci, puch nie zdaje egzaminu. Na ekstremalne skrajności – wilgoć i chłód – w produktach dedykowanych do narciarstwa, wspinaczki lodowej, aktywnych działań zimą, marka stosuje włókna syntetyczne – głównie izolację Cirrus™. Kurtki takie jak bestsellerowy Cirrus Flex Hoody, czy znany od lat model Nebula Pro – niczym agent 007 – gotowe są na specjalne zadania.
Ile kresek poniżej zera musi spaść temperatura, by uznać ją za ekstremalną? Wszystko zależy od tego, jak dobrze przygotujesz się na spotkanie z nią, gdy będziesz najbardziej bezbronny. Na szczęście Rab to specjalista od ciepłych i dopracowanych śpiworów. Tym bardziej, że śpiwory to historia i oczko w głowie marki.
Najcieplejszy śpiwór puchowy marki Rab – Expedition 1400 – pozwala wyspać się w temperaturze do -40°C. Prawie półtora kilograma puchu prima sort (850 cuin) dba, o bezpieczeństwo i regenerację osób, które wyruszają na ekspedycje.
To nie jedyny śpiwór Rab, który warto poznać. Każdy użytkownik znajdzie w ofercie tego producenta model o parametrach idealnych do stawianych sobie zadań i celów. Jedno jest pewne – każdy śpiwór Rab to jakość, precyzja wykonania i ręczna robota, co do której możesz przekonać się samodzielnie oglądając film, który zamieszczam poniżej.
Jeśli masz wrażenie, że ten tekst to laurka dla brytyjskiej marki, to wcale czujność cię nie zawodzi. Moje doświadczenia z tą marką i jej produkty (z których korzystam już od lat) sprawiają, że o marce Rab potrafię pisać niemal w samych superlatywach. Nie mam zamiaru kryć, że to jedna z moich ulubionych marek!
Dorota i Piotr – team we wspinaniu i nie tylko. Ich ukochane miejscówki wspinaczkowe znajdują się Hiszpanii. Ich motto brzmi: a muerte! Zobacz co słychać u nich na Instagramie i Facebooku.

Doświadczony instruktor, współwłaściciel ściany wspinaczkowej Eiger we Wrocławiu. Wspina się od 14 lat. Uwielbia mordercze treningi. Prowadzi sportowe sekcje dla dorosłych oraz trenuje indywidualnie osoby na każdym poziomie.
Wymagający na treningach, pomaga podopiecznym spełniać marzenia i pokonywać własne słabości.
Dorota SękowskaWspina się od 4 lat. Od tego czasu prowadzona bez taryfy ulgowej przez Piotra. Na ścianie wspinaczkowej przebywa dłużej niż w domu. Jej ulubione narzędzie treningowe to moonboard.
Bardzo dobrą techniką rekompensuje małego bicepsa. Zdiagnozowana choroba autoimmunologiczna zmusiła ją do zmiany podejścia do treningów i swoich wyników. Nie poddaje się. Z pomocą Piotra walczy, żeby zrealizować marzenie i osiągnąć poziom 8a.
Wspinacz, skoczek B.A.S.E., wingsuit pilot, nauczycielka jogi. Od dziesięciu lat związana z Klubem Wysokogórskim Gliwice. Od przeszło dekady zakochana we włoskich Dolomitach, w których ma na koncie dziesiątki dróg wspinaczkowych. Pierwsza Polka wspinająca się technicznie w górach i skacząca skoki B.A.S.E. Propagatorka jogi jako treningu uzupełniającego dla wspinaczy (i nie tylko). Autorka bloga o wspinaniu, skokach, jodze i outdoorowym życiu. Organizatorka warsztatów jogi i wakacji wspinaczkowych we Włoszech.
Aleksandra i Mariusz Robak, pieszczotliwie nazywani Robaczkami, to partnerzy w życiu i w sporcie. Grotołazi, wspinacze, miłośnicy gór i podziemi, a także podróży bliskich i dalekich. Nie stronią również od sportów zimowych, uwielbiają żeglować, chętnie odwiedzają wodne kaniony oraz pokonują via ferraty. Od niedawna zakochani bezgranicznie w nurkowaniu. Co więcej? Ona – z wykształcenia manager oraz pedagog wczesnoszkolny i przedszkolny. Pasjonatka społecznej strony sportów. On – z wykształcenia budowlaniec, który odnalazł się zawodowo w stolarstwie. Instruktor alpinistycznych technik linowych, certyfikowany kontroler sprzętu wysokościowego i wspinaczkowego. Pasjonat technicznej strony sportów górskich.
Alpinizm, ekspedycje górskie, trekking w górach wysokich, nawet zimowe działania w niższych górach wymagają lepszego przygotowania. Jeśli są to działania, które wiążą się z biwakowaniem w terenie, priorytetem staje się zapewnienie odpowiedniej jakości snu, dzięki któremu po nocy wrócą ci siły do dalszego działania. Na komfortowy i bezpieczny sen w niskich temperaturach jest jeden sposób. Ten sposób to dobry śpiwór ekspedycyjny.
Gdy zaczniesz przygotowywać się na ambitniejszą wyprawę lub prawdziwy zimowy biwak, staniesz przed dylematem, jaki śpiwór zimowy warto wybrać. W tym artykule nie znajdziesz odpowiedzi, który model jest najlepszy. Na tak postawione pytanie nie da się jednoznacznie odpowiedzieć. Wszystko zależy od warunków, w jakich chcesz biwakować, własnych upodobań, wreszcie budżetu. Śpiwory ekspedycyjne nie należą do najtańszych. Ich cena to wypadkowa wielu czynników: doskonałej jakości puchu, nowoczesnych materiałów, zaawansowanych technologii, wreszcie kosztu opłacenia doświadczonych krawców, którzy muszą być mistrzami w swoim fachu. Każdy śpiwór ekspedycyjny to w istocie majstersztyk, który dzięki precyzji wykonania chroni termikę w ekstremalnych warunkach.
W tym tekście zwrócę uwagę na pewne aspekty, które trzeba rozważyć przed zakupem śpiwora na ekspedycję. Jeśli zastanawiasz się jaki śpiwór ekspedycyjny kupić, musisz wziąć pod lupę wiele elementów. Musisz też sięgnąć głębiej do kieszeni, rozbić świnkę-skarbonkę. Niestety w produktach takich jak śpiwory na ekspedycje nie ma kompromisów.

Zimowa ekspedycja na K2. Ciepło zapewnia Małachowski (fot. Denis Urubko)
Na początek trochę historii. Tak zwana “złota era polskiego himalaizmu” i związane z nią sukcesy Polaków w górach najwyższych, nie wydarzyły by się, gdyby nie pewne zwierzę i pewna nasza narodowa przywara. To polska gęś i zdolność Polaków do kombinowania sprawiła, że w produktach puchowych staliśmy się czołówką i pozostajemy nią do dziś. To realia PRL-u, w którym albo nie było sprzętu, albo śpiwór kosztował tyle co miesięczna pensja sprawiły, że w kraju nad Wisłą wymyślano coraz lepsze konstrukcje i wypełniano je znakomitym puchem. Puchowe wyroby marki Yeti (funkcjonującej dziś jako marka Aura) powstawały najpierw dla Wandy Rutkiewicz. Pracownia Sprzętu Alpinistycznego Małachowski produkowała już w latach siedemdziesiątych śpiwory i odzież do eksploracji Spitsbergenu, lodowcowych jaskiń i najwyższych szczytów. Historię zdobywania himalajskich szczytów i bicia w nich rekordów ma we krwi również marka Pajak.
Dziś marki te tworzą najcieplejsze śpiwory puchowe na świecie, konkurując jakością i innowacyjnością produktów z większymi firmami. Dlatego właśnie oferta na ekspedycyjne śpiwory puchowe w Skalniku, to przede wszystkim oferta na polskie śpiwory.
W wyborze najważniejsze są trzy aspekty. To one dyktują decydują niemal o wszystkim, co istotne przy kupowaniu śpiwora na ekspedycję. Przy zakupie musisz przemyśleć trzy rzeczy:

Polskie śpiwory ekspedycyjne – od Himalajów po Lofoty! (fot. Pajak)
Śpiwór powinien mieć takie parametry izolacyjne, które będą odpowiadać warunkom, jakie spotkasz podczas swoich ekspedycjach. Najczęściej na śpiworach podawane są trzy temperatury, które zależą od wyniku testu zgodnego z Normą Europejską EN 13537. Test polega na włożeniu do śpiwora manekina z czujnikami temperatury, stopniowym schładzaniu otoczenia i badaniu zmian temperatury na powierzchni manekina. Test nie jest doskonały, ale jego wady to temat na osobny artykuł. Mimo to w pewien sposób pozwala wyznaczyć parametry, które pomagają dobrać właściwy śpiwór. Krótko wyjaśnię, do czego odnoszą się wartości czterech temperatur w nim wyznaczonych.
Przy doborze śpiworów należy pamiętać, że mężczyźni i kobiety odczuwają zimno w różny sposób. Dla kobiet jest ono bardziej dotkliwie i szybciej odczuwalne. Warto też pamiętać, że tolerancja na chłód i zagrożenie hipotermią zmienia się ze względu na poziom zmęczenia, głód czy stopień odwodnienia organizmu. Zdarza się czasem, że na śpiworze nie są podawane wartości temperatur. Dotyczy to na przykład śpiworów amerykańskich marek, które nie zawsze są testowane według europejskich norm. Na śpiworach mogą też pojawiać się dodatkowe wartości, które określane są przez producenta, choćby po testach z ambasadorami marki i testerami. Tego typu parametr – nazywany Rab Sleep Limit – używa brytyjski lider puchowej odzieży i śpiworów, marka Rab (śpiwory marki znajdziesz tutaj).
Nie da się poprawić natury. W przypadku śpiworów ekspedycyjnych należy stawiać na najwyższą sprawność izolowania, a taką posiadają śpiwory wypełnione naturalnym puchem. Myśląc o ekspedycjach myślę o wyprawach w wysokie góry, gdzie nocą temperatury spadają grubo poniżej zera. Dlatego też myślę o warunkach, w których wilgoć nie jest straszna dla puchowego wypełnienia.
Do śpiworów ekspedycyjnych doskonale nadaje się puch gęsi. Dla przykładu, puch z gęsi Białej Kołudzkiej to dziś symbol najwyższej jakości. Po puch ten sięgają nie tylko polscy producenci, lecz także giganci outdooru, tacy jak choćby Patagonia.
W ekstremalnych warunkach nie musisz obawiać się tak bardzo, że puch zostanie zawilgocony. Zagrożeniem może być ewentualnie nagromadzenie pary i jej kondensacja w przypadku, gdy gotuje się w namiocie, rzadziej będą to opady deszczu. Porzucając myśl, by na wyprawę zabrać śpiwór syntetyczny, zyskujesz coś jeszcze. Jest to mianowicie mniejsza waga i większa kompresyjność śpiwora, a te parametry przy poważnych akcjach górskich zawsze stają się istotne.

Ekspedycyjne i zimowe działania najczęściej wymagają stosowania puchu (fot. Pajak)
Dwa najistotniejsze parametry puchu w śpiworach to jego waga i sprężystość. Po pierwsze, śpiwór musi mieć odpowiednią ilość puchu, która wypełni komory. Nawet najbardziej sprężysty puch, którego będzie po prostu za mało, nie zapewni odpowiedniej ochrony termicznej.
Zasada dotycząca sprężystości jest prosta – im wyższy parametr, tym lepiej. Śpiwory ekspedycyjne i śpiwory zimowe powinny mieć puch najlepszej jakości. Zasadniczo będzie to puch o lofcie 700 cuin lub większym. Jeśli zastanawiasz się, czy ma to być puch kaczy czy puch gęsi, to spieszę wyjaśnić, że ten pierwszy zasadniczo nie rozpręża się aż tak dobrze. Siłą rzeczy kto wybiera się na ekspedycje górskie, ten skazany jest na gąskę. Zwróć uwagę, że ekspedycyjne śpiwory puchowe mają najczęściej puch o sprężystości 750-900 cuin.
W przypadku tak zaawansowanych modeli, jak śpiwory puchowe na ekspedycje, każdy detal ma znaczenie. Precyzja konstrukcji wpływa na funkcjonalność produktu, a brak zbędnych elementów odbija się korzystnie na wadze śpiwora. Możesz mieć pewność, że śpiwory ekspedycyjne najlepszych marek są dopracowane, testowane w warunkach ekspedycyjnych i stale ulepszane.
Wystarczy wspomnieć o tym, jak ambitne akcje realizowane są z tym sprzętem. Śpiwory ekspedycyjne Pajak to wybór Andrzeja Bargiela. Wyobraź sobie, że śpiwór Pajak Radical 16H okazał się dla tego skialpinisty w Himalajach zbyt ciepły. Podczas rekordowego wejścia i wjazdu na Manaslu Andrzej Bargiel stosował nieco chłodniejszy model – Radical 8H. Z kolei śpiwory ekspedycyjne Małachowski wykorzystuje program Polski Himalaizm Zimowy. Zwróć uwagę na model 1300 Guide Pro. To właśnie w tym śpiworze puchowym marki Małachowski spali polscy himalaiści atakujący zimą K2.

Baza zimowej wyprawy na K2 pełna śpiworów Małachowski (fot. Artur Małek)
Śpiwór do alpinizmu i zimowych biwaków powinien oczywiście być mumią. To ważne, by podczas snu chronił całe ciało – od koniuszków palców, po cebulki włosów. Można przyjąć to za ogólną zasadę. Kolejnym krokiem na drodze do określenia tego, który śpiwór ekspedycyjny warto kupić, powinno być przyjrzenie się konstrukcji komór puchowych.
W tak zaawansowanych modelach nie stosuje się zasadniczo komór typu X. Są to komory, które możesz znać z tańszych śpiworów czy kurtek pikowanych. Tego typu komora powstaje przez przeszycie materiału na przestrzał. W miejscach przeszyć – które oddzielają jedną komorę o d drugiej – brak jest ociepliny. W takich strefach dochodzi do ucieczek ciepła i powstawania zimnych miejsc, które w bardziej ekstremalnych warunkach mogą być groźne dla organizmu. Używanie takiej konstrukcji ma uzasadnienie tylko wówczas, gdy śpiwory są tworzone do noclegu w dodatnich temperaturach, a priorytetem jest waga ekwipunku.
Konstruktorzy śpiworów znaleźli jednak na to sposób. Każda z marek wytwarzających “śpiwory dla profesjonalistów” stosuje taki układ komór, które ograniczają straty ciepła. Typowym przykładem tego typu komór jest system H, w którym dwie warstwy materiału dzielone są wewnątrz taśmami dystansowymi tworzącymi komory. Niektóre śpiwory Pajak wykorzystują modyfikację systemu H, czyli system Z. W systemie tym przegrody między komorami ustawione są pod skosem, a same komory przyjmują trapezoidalne kształty.

Konstrukcje komór w śpiworach Pajak (żródło: Pajak)
Jeszcze cieplejszym rozwiązaniem jest wykorzystanie dwóch warstw komór z puchowym wypełnieniem. Na ekstremalne mrozy ma Pajak śpiwory ekspedycyjne z komorami HH. Małachowski w takich modelach stosuje natomiast komory DSV, o przekroju V.

Szczegóły konstrukcyjne komór puchowych stosowanych w śpiworach marki Małachowski (źródło: Małachowski)
Zanim kupisz śpiwór ekspedycyjny, przyjrzyj się dokładnie wszystkim detalom.
Tak wiele elementów, które trzeba mieć na uwadze sprawia, że wybór śpiworów ekspedycyjnych musi być poprzedzony sprawdzeniem ważnych elementów i solidnym namysłem. Mimo wielu podobieństw, w wyborze mogą pomóc ci swego rodzaju przewagi, które cechują producentów lub konkretne modele. Kryte szwy, warstwy odbijające promieniowanie podczerwone, rodzaj podszewki – wszystko to może sprawić, że konkretny model stanie ci się bliższy. Właśnie dlatego śpiworem na ekspedycje warto przyjrzeć się badawczym okiem i na spokojnie.
Jack of all trades, master of none. Gdyby miała opisać naraz wszystkie rzeczy, które ją interesują, prawdopodobnie nie starczyłoby na to czasu. Zawsze w biegu, mimo że aspiruje do miana najwolniejszego i najbardziej statycznego wspinacza na świecie. Marzycielka, realistka, ekstra i introwertyk w jednym. Wspina się po wszystkim, może oprócz szczebli kariery. Po godzinach, samozwańcza mistrzyni zdrowego gotowania, przynajmniej dopóki czegoś znowu nie przypali. Jeśli nie ma jej na ścianie, prawdopodobnie znajdziecie ją na siłowni… albo gdzieś w (na) drodze. Można to sprawdzić na jej Instagramie.
Wiele osób przez lata szuka prawdziwej pasji. Paweł ma to szczęście, że już ją znalazł. Kocha góry i wszystko co z nimi związane. Dlatego stara się je odkrywać na każdy możliwy sposób. Chodzi, biega, wspina się, jeździ na rowerze, a zimą na nartach. Nie każda z tych aktywności wychodzi mu tak samo dobrze, ale z każdej czerpie przyjemność. W góry wyjeżdża zawsze kiedy może. A jeśli akurat nie może to o górach czyta albo pisze. Po pracy prowadzi stronę Górsko z propozycjami górskich wyjazdów, poradami i testami sprzętu.
Spotkania z Górami, na których gościł Denis Urubko przechodzą do historii. Długo czekaliśmy na kolejne spotkanie z Denisem, a teraz długo będziemy je z pewnością wspominać. Tym razem alpinista opowiedział nam o świecie swoich himalajskich emocji.
Denis Urubko był gościem drugich Spotkań z Górami w tym sezonie. Renoma himalaisty przyciągnęła do auli Politechniki Wrocławskiej ogromną liczbę pasjonatów gór. Byliśmy pod ogromnym wrażeniem, gdy sala wypełniła się w kilka minut do ostatniego miejsca. Ale można się było tego spodziewać, bo Denis Urubko to nie tylko słynny himalaista, ale też świetny mówca i człowiek, który potrafi inspirować do działania.

Aula Politechniki Wrocławskiej wypełniona do ostatniego miejsca
Piotr Pustelnik zapytany dlaczego chodzi po górach odpowiedział, że ludzie dzielą się na tych, którym nie trzeba tego tłumaczyć i na tych, którzy nigdy tego nie zrozumieją. Na Spotkaniach z Górami Denis Urubko poruszył równie trudny do wyrażenia problem. Próbował powiedzieć, jakie emocje towarzyszą mu podczas himalajskich wypraw i dlaczego wciąż wraca do tych pięknych i niebezpiecznych szczytów. I choć w pierwszej części spotkania można było odnieś wrażenie, że Denis nie mówi zbyt wiele, to były to słowa ważne i płynące z bogatego doświadczenia rosyjskiego alpinisty. Pierwszy zimowy zdobywca Makalu i Gaszerbruma II pokazując wspinaczkowe filmy, komentował je opowieściami o szczęściu, odpowiedzialności, braterstwie i zaufaniu łączącym wspinających się razem ludzi, a także o euforii pozwalającej odczuwać siłę człowieka i jego zdolność do osiągania trudnych celów. Są to tematy trudne do wyrażenia, ale atmosfera spotkania nie dawała wątpliwości, że himalaista i licznie zgromadzona widownia znajdują doskonale w tej płaszczyźnie nić porozumienia. Wydaje się, że szczególnie doniosłym problemem jest dla Denisa Urubko problem odpowiedzialności. Himalaista prosił, by zgromadzeni na sali górscy pasjonaci pamiętali, że góry to zawsze miejsce niezwykle niebezpieczne. Powiedział, że wspinanie to bardzo egoistyczne zajęcie, którego nie robi się dla pieniędzy, sławy, uznania innych osób. To działalność, która daje dużo, ale tylko w indywidualnym wymiarze. Góry pozwalają poczuć pełnię życia. Trzeba mieć jednak w sobie zawsze dużo pragnienia, by wrócić w doliny, gdzie na chwilę pozostawia się rodzinę i znajomych.

Denis Urubko opowiadał o emocjach towarzyszących himalajskim wyprawom
Denis Urubko część prelekcji poświęcił kwestiom przygotowania i regularnego treningu. Prezentacją zabawnego filmu pokazał, jak wielką pracę należy wykonać przed wejściem na każdą wielką górę. Himalaizm według Urubki, to oprócz emocji i spektakularnych wejść na szczyty, także ciężka praca, przemyślana logistyka, dobrze dobrani ludzie. Denis Urubko wyznał, że nie mógłby tak wiele osiągnąć, gdyby na swej drodze nie spotkał wspinaczy, z którymi rozumiał się bez słów oraz firm, które zechciały sponsorować jego działania. Dziś himalaista współpracuje przede wszystkim z marką Camp oraz Acerbis. To właśnie one wspierają jego ambitne projekty i pozwalają nam podziwiać wyczyny tego himalaisty.
Najwięcej czasu poświęcono jednak na rozmowę i pytania. Urubko chętnie opowiadał o planach, własnej wizji działania w górach wysokich oraz działaniach społecznych – choćby takich jak Urubko-Camp – w które cały czas się angażuje. Elektryzujący był oczywiście temat zimowego wejścia na K2. Zgromadzona publiczność dowiedziała się, jakie są dalsze i bliższe plany himalaisty. Okazało się, że Urubko lubi wspinać się nie tylko w Himalajach i Karakorum. W najbliższym czasie planuje wspinaczkę w Górach Stołowych. Nie zabrakło też pytań bardziej osobistych. Dzięki nim można było dowiedzieć się, że ogromną sympatią darzy nie tylko alpinizm, lecz także kuchnię, którą podczas wizyt we Wrocławiu gości go zawsze żona Pana Bogdana Jankowskiego.

Gość chętnie fotografował się z publicznością
Po długiej serii pytań i rozmów nastąpiło losowanie nagród. Szczęściarze wyszli ze Spotkań z Górami bogatsi o kilka upominków od sponsorów. Prelekcja zakończyła się podpisywaniem książek i błyskami fleszy, w których świetle gość fotografował się z publicznością.
Denisowi Urubko, przybyłej na spotkanie publiczności, sponsorom i współorganizatorom raz jeszcze dziękujemy. Z niecierpliwością czekamy też na kolejną, tak klimatyczną imprezę.
Tak się składa, że kariera największych amerykańskich marek outdoor i historia ich twórców, to materiał na hollywoodzki scenariusz. Zazwyczaj to opowieść o garażu lub małym sklepiku, który z niechęcią – ale cóż począć – prowadzi jakiś dirtbag czyli gość, który najchętniej by się wspinał, a nie prowadził biznes.
Podobnie było ze znaną dziś na całym świecie marką The North Face. Dziś jest to brand, który kojarzy się ściśle z branżą outdoor, choć trzeba przyznać, że dawno też wyszedł poza granicę aktywnego stylu życia i stał się rozpoznawalną marką, funkcjonującą też w pewnym sensie na zasadach marek modowych. Nie od razu tak jednak było.
North Face – właśnie tak nazywał się sklepik narciarski i turystyczny, który w 1966 r. za pożyczone 5 tyś. dolarów zakładają Douglas Tompkins i Susie Russell. Już od samego początku twórcy jednej z największych marek outdoor przyjmują za swą filozofię hasło “Never stop exploring”. Warto dodać, że sama nazwa sklepiku, a potem marki, znaczy po prostu “północna ściana”. W świecie alpinistów z półkuli północnej globu to synonim ścian najtrudniejszych, najzimniejszych i najbardziej niedostępnych. Samo logo marki również mocno wiąże brand ze wspinaczkowymi początkami. Jest ono odwzorowaniem ściany El Capitan.

Logotyp The North Face inspirowany jest monolitycznym granitowym masywem El Capitan. Dla wspinaczy to więcej niż góra, to historia wspiaczki skalnej (fot. kadr z filmu Valley Uprising)
To właśnie on, potomek osadników ze statku Myflower, uważany jest za ojca marki The North Face. Tompkins, choć należał do zamożnej rodziny, można rzec jednej z tych, która założyła Stany Zjednoczone, zawsze szedł pod prąd i wybierał własną drogę. Nigdy nie skończył college’u, bo za łamanie zasad wyleciał z elitarnej szkoły. Prowadzenie interesu obchodziło go też mniej niż wejście na Fitz Roy.
Już dwa lata po otwarciu małego biznesu w North Beach pod San Francisco pakuje wspinaczkowy szpej i wsiada do wana z czwórką przyjaciółmi, między innymi Yvonem Chouinardem – twórcą marki Patagonia. Wspinacze ci spędzają następne pół roku w Patagonii pod górą-ikoną, gdzie zapisują się w historii jako trzeci zespół, który stanął na szczycie Fitz Roy. O wyprawie opowiada film „Mountain of Storm”.
Tompkins, jak na twórcę marki, szybko porzuca interes. Po powrocie z Patagonii sprzedaje udziały w firmie. Z lokalnego biznesu do globalnej marki marki firmę rozkręci jego przyjaciel Kenneth „Hap” Klopp. Tompkins natomiast angażuje się w rozwój marki Esprit, której udziały też później sprzeda z zyskiem po to, by kupować ziemię w Ameryce Północnej, stać się jednym z największych posiadaczy ziemskich na globie i tworzyć na kupionych obszarach parki narodowe. Do śmierci w 2015 r. dla jednych będzie wizjonerem oddającym ziemię naturze, dla innych szaleńcem, który niszczy kulturę lokalnych farmerów.
Spokojnie można stwierdzić, że w DNA The North Face – nie tylko z racji sloganu – jest wpisana eksploracja. Marka ma za sobą szereg innowacyjnych produktów, które na trwałe wpisały się w historię outdooru.
Jeszcze z inicjatywy Tompkinsa powstaje pierwszy namiot o zakrzywionym daszku. To właśnie on wpada na pomysł, żeby namiot był zaokrąglony u góry i nie miał tradycyjnego szpicu. Tompkins wygina rurki stelaża, co czyni namiot The North Face znacznie odporniejszym na podmuchy wiatru, a to w górach bardzo pożądana cecha.
Szybko, bo już w końcu lat ‘60, firma ugruntowuje swoją pozycję na amerykańskim rynku outdoor. Oczywiście ma to związek z kolejnym pomysłem produktowym, którego pomysłodawcą jest Klopp. Dokładnie w 1969 roku powstaje legendarny plecak The North Face o nazwie Ruthsack, który stoi u progu mody na backpacking. Plecak jest lekki i ma wiele kieszonek, które ułatwiają spakować się na wyprawę. Niby proste, ale znowu rewolucyjne.

Namioty ekspedycyjne to również mocna strona marki (fot. The North Face)
Lata 70 przynoszą kolejną innowację. W 1975 r. marka do współpracy zaprasza Richarda Fullera – konstruktywistę i twórcę “kopuły geodezyjnej”. Pomysły amerykańskiego konstruktora i architekta rewolucjonizują nie tylko architekturę, ale też namioty ekspedycyjne. Tak powstaje pierwszy namiot sferyczny The Oval InTENTion.
To kilka przykładów, bo marka wciąż nie przestaje eksplorować, czego dowodem może być nowa membrana, która w zapowiedziach swych twórców ma przynieść w outdoorze kolejną rewolucję. O membranie przyszłości FutureLight przeczytasz tutaj.
Dziś marka pozostaje częścią amerykańskiej korporacji odzieżowej VF Corporation, w której katalogu są tak znane marki jak choćby Wrangler, Lee, Timberland czy Vans. Dzięki temu kapitałowy portfel marki jest naprawdę bogaty. Może ona stawiać na dalsze innowacje, wspierać alpinistów najwyższego formatu i brać udział w ekspedycjach i wyprawach eksploracyjnych, o których mówi się na całym świecie.

Emily Harrington jedna z najlepiej wspinających się kobiet i ambasadorka marki The North Face (fot. The North Face)
Niektóre produkty znanych marek przechodzą do historii nie tylko outdooru, ale też popkultury. Rozwój marki The North Face, ale też jej romans z modowym światem, sprawił, że dziś odzież z logo TNF to produkty rozpoznawalne i pożądane na całym świecie.
W latach osiemdziesiątych kultowym produktem TNF stał się polar Denali Jacket. Model debiutował wprawdzie w roli polarowej podszewki, ale zaraz po wprowadzeniu go do katalogów w 1988 r. stał się ikoną outdoorowego stylu. Polarowy klasyk nie wypadł z katalogu do dzisiaj i wciąż w sprzedaży plasuje się jako bestsellerowa bluza North Face. To właśnie w takiej bluzie Todd Skinner z partnerem, którym był Paul Piana, dokonał pierwszego przejścia Salathé Wall w Yosemitach. Wspinaczka ta była wydarzeniem przełomowym dla amerykańskiej i światowej historii wspinania.
Teraz zamknij oczy i spróbuj wyobrazić sobie prawdziwego rapera z Nowego Yorku. Na lata 90 XX w. przypada boom, w którym kurtki The North Face zawładnęły nowojorską sceną. Nieodłącznym atrybutem raperów z East Coast staje się nie tylko cięty język, ale też kurtka North Face Nuptse. Najpierw kurtka, a potem bluza i czapka The North Face stały się rozpoznawalnym elementem outfitu raperów i trwa to do dzisiaj. Zresztą 25 lat historii tego modelu przekonuje, że model doskonale sprawdził się w roli odzieży zakładanej zimą na co dzień. Dziś jest to po prostu bestsellerowa kurtka zimowa The North Face.
Do trzech razy sztuka? Klasyczny duffel bag… to przecież również model torby The North Face. Niezniszczalna, ponadczasowa, produkowana nieprzerwanie od 1986 roku – po prostu Base Camp Duffel Bag. Mogę się założyć, że to model, który był na wszystkich kontynentach. Ponadczasowy design torby i jej wysoka funkcjonalność sprawia, że ta torba ekspedycyjna przez lata praktycznie niewiele się zmienia i stanowi wzór dla toreb ekspedycyjnych innych producentów.
Pośród wielu istniejących marek outdoor ma The North Face kurtki i inne produkty, które obrosły historią nie tylko w świecie gór i dzikich ostępów, ale także stały się bardzo pożądanymi produktami, po które sięga szersze grono użytkowników. Na szczęście marka nie zatraciła w tym wszystkim swego górskiego rodowodu i wciąż jest mu wierna w technicznych produktach, a nawet całych seriach, takich choćby jak osławiony The North Face Summit Series.
Wśród wielu znakomitych marek nasz sklep The North Face stawiał zawsze wysoko w katalogu oferowanych produktów. Jeden z naszych stacjonarnych punktów we Wrocławiu jest nawet firmowym stoiskiem tej marki. Zaufanie najlepszych alpinistów, ale też i satysfakcja klientów uprawiających choćby tylko weekendową turystykę sprawia, że odzież i ekwipunek z logo TNF to jedna z najczęściej wybieranych opcji zakupowych. To również zasługa filozofii amerykańskiej marki, która chce wyposażać ludzi kochających outdoor w odzież i ekwipunek kompleksowo, bez względu na to, jak ambitne lub zupełnie zwyczajne są ich aktywności. W tym sensie można powiedzieć, że w przypadku tej marki realizacja hasła Never Stop Exploring zaczyna się zawsze tuż za progiem domu, a nie tylko w górach i miejscach, które mogą być jeszcze areną prawdziwej eksploracji.
Gdy w listopadzie spadł w Karkonoszach pierwszy śnieg tej zimy, wyjąłem z szafy zestaw bielizny termicznej merino, która czekała na test. Od ponad dwóch miesięcy to element outfitu, od którego zaczynam ubierać się w góry. Nic nie wskazuje na to, byśmy się na siebie mieli pogniewać i nic nie wieszczy, że jest to nasza ostatnia, wspólna zima!
Na warsztat trafił mi się komplet bielizny termo złożony z koszulki merino z długim rękawem 260 Zone LS Crewe oraz leginsów 260 Zone Leggins. To modele z technicznej serii, która zaprojektowana jest do aktywności w warunkach niskich temperatur. Pierwsze przymiarki wprowadziły mnie w pewne zakłopotanie. Od dłuższego czasu jestem fanem przędzy z merynosów i chętnie noszę koszulki merino, ale tym razem czekała mnie niespodzianka. Duża gramatura materiału tych legginsów i koszulki sprawiła, że pierwszy chyba raz poczułem, że mam na sobie jednak wełnę. Mięsisty materiał i dużo ciepła – tak mogę opisać pierwsze wrażenie, gdy dobierałem odpowiedni rozmiar bielizny do testu.
Nowozelandzka marka Icebreaker tworzy odzież z prawdziwą pasją, mistrzostwem i pełną odpowiedzialnością. Nie boję się pisać w takich słowach, bo widać to zarówno w produktach, jak i działaniach marki. Moje doświadczenia z odzieżą tego producenta to raczej opowieść o satysfakcji, dlatego na początku testu przyznam się, że przygodę z tym testem bielizna termiczna na zimę zaczynała na skórze zdeklarowanego entuzjasty. Czy po teście coś się zmieniło…?
Zobacz, co Icebreaker robi dla środowiska – kliknij tutaj.
Koszulka 260 Zone LS Crewe i legginsy 260 Zone Leggins należą do serii BodyfitZONE™. To odzież stworzona w koncepcie, w którym każdy element odzieży ma znaczenie. Bielizna ma zapewnić najwyższy komfort i funkcjonalność, jakiej użytkownik może spodziewać się po bieliźnie termicznej z wełny merino. Tak koszulka, jak i getry termoaktywne, wyposażone są w techniczny krój, którego cechą charakterystyczną są panele o większej sprawności w odprowadzaniu wilgoci. Po wyjęciu bielizny z estetycznych, kartonowych pudełek (zero plastiku!) zacząłem się jej uważnie przyglądać.

Koszulka 260 Zone LS Crewe to jakby połączenie kilku rodzajów merino. Gładko wykończona przędza chroni przód korpusu, plecy i rękawy w okolicy pach i wewnętrznej części rąk otula miły dla skóry i lepiej odprowadzający wilgoć merino-mesh, który w dolnej części pleców i końcach rękawów przechodzi w nieco cieplejszy grid. Wszystko połączone wygodnymi szwami o płaskiej konstrukcji, które zlokalizowane są w wygodnych miejscach. Jak dla mnie majstersztyk!
Leginsy merino 260 Zone Leggins wykonano z identyczną wirtuozerią. Oddychający mesh znajduje się w nich pod kolanami, w kroku i na lędźwiach, tuż pod szerokim i elastycznym ściągaczem dopasowującym się do bioder.
W teorii gramatura merino rzędu 260 g/m2 odpowiednia jest na najzimniejsze warunki. Przy zastosowaniu body mappingu – czyli tworzeniu odzieży tak, by odpowiadała potrzebom ciała – można wykonać z niej odzież, która równie sprawnie chroni termicznie, jak i odprowadza pot.
Wspomniałem już, że po założeniu kompletu bielizny zimowej Icebreaker można poczuć mięsistość tej wełny. Taka obserwacja powodowała we mnie wątpliwości, czy materiał nie będzie zbyt ciepły. W trakcie testu wielokrotnie mogłem się przekonać, że strefy wentylacji dają dużo, a merino jest materiałem, który zachowuje się świetnie zarówno w czasie dłuższych postojów, jak i w czasie naprawdę intensywnych działań. Zestaw bielizny Zone w gramaturze 260 szczerze mogę zarekomendować jako bieliznę termiczną na warunki w temperaturach spadających poniżej zera. Na cieplejsze dni w górach warto wybrać bieliznę o mniejszej gramaturze.
Więcej na temat gramatury i rodzajów bielizny termicznej Icebreaker pisałem tutaj. Test bielizny merino na jesień był natomiast tematem artykułu Beaty Nawrotkiewicz.

Tekst ten piszę na bazie doświadczeń z wielu wycieczek, podczas których komplet bielizny termicznej merino testowany był w bardzo różnych warunkach i przy bardzo różnym stopniu intensywności aktywności. Po leginsy merino i koszulkę z długim rękawem sięgałem zarówno wybierając się na samotne i szybkie rajdy po górach, towarzyszyła mi podczas wypadu na stok narciarski i w czasie przewodnickiej roboty, w której tempo marszu jest spokojniejsze, a odpoczynki częstsze i dłuższe.
Bieliznę testowałem w szerokim spektrum warunków pogodowych. Test zainaugurowałem powitaniem w listopadzie pierwszych śniegów w Karkonoszach, gdy amplitudy temperatur między podnóżem a grzbietem gór były spore i gdy jesień walczyła z zimą. Zdarzało mi się zakładać samą koszulkę w czasie cieplejszych epizodów zimowych i dozbrajać się tym ciepłym kompletem, gdy w najwyższych partiach gór sudeckie wichury i mróz powodowały spadek temperatury odczuwalnej do kilkunastu stopni na minusie. Prawda jest taka, że prawdziwie zimowe warunki przeplatały w tym czasie całkiem jesienne i wiosenne wątki – odwilże, deszcze i ocieplenia. To sprawiło, że set bielizny merino mogłem przetestować w naprawdę różnych warunkach.

Czy to bielizna merino męska, czy damska – jest ona tylko pierwszą warstwą zimowego ubioru. Od razu spieszę wyjaśnić, że bielizną tą nazywamy koszulki i getry termiczne, czyli wszystko to, co Icebreaker nazywa mianem “baselayer”, czyli ubiorem warstwy podstawowej. Zakładane pod tę warstwę bokserki i inne drobiazgi, mieszczące się w kategori “underwear”, to zupełnie inna bajka.
Trzeba też zaznaczyć, że bielizna termo to warstwa, która praktycznie zawsze występuje z innymi warstwami. Wyjąwszy nieliczne wyjątki, to odzież, która ma dać komfort przy skórze, chronić ją zarówno przed przegrzaniem i wilgocią, jak i w sposób podstawowy dodawać izolacji.
W kwestii lekkiego ogrzewania i transportu wilgoci testowany komplet bielizny merynos sprawdził się świetnie. W zależności od panujących warunków uzupełniały go kolejne warstwy. Najczęściej była to bluza stretch, kamizelka, lekki softshell, kurtka puchowa i lekki hardshell. Wszystkie te warstwy ubierałem w różnych konfiguracjach.

Sztuka chodzenia po górach to w dużej mierze sztuka ubierania się i zdejmowania warstw. Wychodzę z założenia, że operowanie warstwami ubioru to jedna z kluczowych rzeczy w utrzymaniu komfortu i termicznego bezpieczeństwa. Trudność w przypadku bielizny termo polega na tym, że jest to zazwyczaj warstwa, którą nie operuje się w czasie wycieczki. Bieliznę termiczną – drugą skórę outdoor – zakładasz rano i ściągasz po powrocie z wycieczki.
Komplet bielizny termicznej Icebreaker w tej kwestii sprawdził się kapitalnie. Dobór kolejnych warstw bądź rezygnacja z nich pozwalała mi praktycznie zawsze utrzymać optymalną termikę. W czasie pierwszej wycieczki, która miała miejsce w Karkonoszach, bielizna Icebreaker merino nie miała łatwego zadania. Na starcie musiała odpowiednio szybko transportować wilgoć na zewnątrz mierząc się zarówno z dodatnimi temperaturami, jak i forsownym zdobywaniem wysokości. W górze, gdy temperatury były na kilkustopniowym minusie, miała z kolei zapewnić ciepło, bo do plecaka nie wskoczyła na ten wypad żadna kurtka zimowa typu puchówka czy primaloft. Jak się okazało, na trasie o długości około 25 km i przy około 1300 metrach podejść i tylu samo zejść, komplet zdał pierwszy test celująco. Podczas najbardziej forsownych momentów wycieczki (na przykład podejście Obří Důl – Przełęcz pod Śnieżką) wystarczał zestaw złożony z koszulki merino i kamizelki.

Najtrudniejszy test na zimno komplet zdawał paradoksalnie w dużo niższych górach. Wypad narciarski na przełęcz Sokolą w Górach Sowich był dla bielizny też dobrym sprawdzianem. Nocnemu szusowaniu towarzyszył silny wiatr i opad śniegu. Leginsy merino uzupełniały spodnie Milo Brenta, a koszulkę termiczną uzbroiło aż kilka warstw: bluza (Patagonia, R1), kamizelka polarowa, kurtka puchowa (Rab, Microlight) i softshell (Rab, Torque). Rezultat – komfortowo przy zjazdach i naprawdę ciepło w kolejce do wyciągu, a także w czasie wjazdu orczykiem.

Zimowa bielizna termiczna nie ma łatwego zadania. Z jednej strony oczekuje się od niej dodatkowej warstwy ciepła, z drugiej, pragnie się, by z szybkością radziła sobie z odprowadzaniem wilgoci. Jak wiadomo w szybkim jej transportowaniu z dala od skóry wyspecjalizowane są specjalne włókna syntetyczne. Mimo tego sądzę, że zimowa bielizna termiczna Icebreaker i w tej kwestii nie ma się czego wstydzić.
Leginsy i koszulka marki Icebreaker z tym zadaniem poradziła sobie świetnie. Zaskakującą skuteczność w utrzymywaniu skóry w suchości wykazywały panele zlokalizowane na ciele tam, gdzie ciepła i potu wydziela się najwięcej. Przy sporym wysiłku można było doświadczyć jak przędza merino dobrze odprowadza wilgoć w tych miejscach. Co więcej, tuż przy skórze ani razu nie udało mi się poczuć chłodu, jaki znany jest mi z noszenia syntetycznych leginsów i koszulek thermo.
Chyba najtrudniejszym testem dla oddychalności bielizny merino była jedna z karkonoskich wycieczek, podczas której przyszło mi trawersować Wielki Szyszak przy mrozie, wietrze o prędkości 65-70 km/h i nawianych zaspach, z których kilka łatwiej było pokonać na “czterech łapach” niż brnąc w śniegu po pas. Zdejmowanie warstw ze względu na przenikliwy wiatr nie wchodziło w grę, a wygrzebywanie się z zalegającego miejscami kopnego śniegu wymagało nie lada wysiłku. Nie pamiętam, by komplet thermo w drodze do powodował wówczas dyskomfort. Po przyjściu do schroniska Pod Łabskim Szczytem zauważyłem jednak, że merino jest zauważalnie wilgotne, nie pachnie brzydko, ale delikatnie czuć je mokrą wełną. Obserwacja ta nie była zbyt długa… Kilka chwil wystarczyło, by nadmiar wilgoci odparował!

Atutem testowanego przeze mnie kompletu jest jego bezbłędny design. Ładny wygląd przydaje się po dojściu do schroniska. Komplet Icebreaker nie wygląda jak obcisła piżamka. Po wejściu Pod Łabski Szczyt, do Samotni czy Výrovki, najczęściej zdejmowałem wierzchnią odzież, pozostając w świetnie skrojonej i wyglądającej po prostu na techniczną odzież koszulce.
Co ważne, będąc pod dachem i siedząc z przyjaciółmi nad knedlem lub zupą, nie odczuwałem, że bielizna termiczna merino Icebreaker grzeje zbyt mocno. Jak się okazuje pogłoski o cudownych właściwościach merino, które w zimnym grzeje, a w ciepłym środowisku izoluje i utrzymuje przy ciele komfortową temperaturę, nie były wcale przesadzone.

W przewodnickim fachu często nie dreptasz w swoim tempie, czasem czekasz na grupę, a czasem sam jesteś powodem dłuższego postoju na szlaku. Tyle jest przecież w górach do opowiedzenia! Zestaw bielizny termoaktywnej Icebreaker towarzyszył mi również wówczas, gdy miałem przyjemność gościć w górach z wycieczkami. I w tym przypadku mogłem cieszyć się uniwersalnym spektrum właściwości, jakie ma wełna merino. Szybko przekonałem się, że ta bielizna naprawdę pozwala czuć się komfortowo i w marszu, i na postoju.
Pamiętam też sytuację, w której komplet merino musiał przyjąć na siebie główny obowiązek ochrony przed chłodem. Pewien listopadowy świt chciałem przywitać na wieży widokowej na Trójgarbie. W planie był szybki rajd na szczyt, kilka fotek wschodzącego słońca i powrót. Z premedytacją nie zabrałem więc naprawdę ciepłej odzieży. Na szczycie okazało się, że góra skryła się w chmurce i nici z pięknych widoków. Oczywiście liczyłem, że w końcu wszystko się przewieje i sięgnę wzrokiem daleko, aż po linię horyzontu. Czekałem. Postój na wieży przedłużał się i wiązał z dłuższym zmaganiem z kilkustopniowym mrozem oraz potęgującym go i wyziębiającym wiatrem. Nadzieja na widoki okazała się płonna, a cała wycieczka zmieniła się w okazję do testu termicznej ochrony, który bielizna Zone zdała znowu z wyróżnieniem.

Bielizna termiczna Icebreaker merino Zone 260 to więcej niż ciepły i sprawnie oddychający komplet. Bez trudu można wymienić co najmniej jeszcze kilka powodów, za które pochwalić mogę koszulkę i legginsy. W czasie testu wielokrotnie doceniałem detale i cieszyłem się innymi benefitami niż termiczne właściwości. Krótko więc o tych plusach.
Koszulka i legginsy męskie w każdym detalu wykonane zostały bardzo starannie. W czasie wędrówek nigdy nie odczuwałem, by naprzykrzały mi się szwy lub wykończenia takich detali jak mankiety, wykrojony na okrągło kołnierzyk lub wykończenie materiału na brzegach. To ważne, bo bielizna termo jest przecież najbliższa skórze.
Krój i elastyczność materiału to sprawy, o których się zapomina podczas użytkowania. To najlepsza rekomendacja dla elementu odzieży, która ma być jak druga skóra. Niewielki dodatek elastanu ale i właściwości merino sprawiają, że materiał jest blisko skóry, odprowadza wilgoć z każdego niemal zakamarka i w najmniejszym stopniu nie wpływa na ograniczanie motoryki.

Osobna uwaga należy się na temat długości koszulki oraz długości rękawów i nogawek w leginsach.
Koszulka wydaje się lekko przedłużona, co sprawia, że w trakcie aktywności brzeg nie podwija się i nie odsłania ciała. Mankiety koszulki również są długie i wyposażone w otwory na kciuki. Często z tego patentu korzystałem, chroniąc dłonie bardziej przed zmarznięciem. Od razu warto dodać, że mankiety rękawów są też na tyle elastyczne, że trochę wyższe podciągnięcie rękawa w stronę łokcia również wchodzi w grę. Taki zabieg pozwala uzyskać dodatkowe wentylowanie.
W leginsach wyróżnić trzeba szeroką gumkę w pasie. Rolowanie, a tym bardziej zsuwanie się to przypadki, których nie doświadcza się zakładając testowane getry merino. Odpowiednia jest także długość nogawek, które bez wysiłku można połączyć ze skarpetami o zwykłym profilu.
Wspominałem już o sprawnym odprowadzaniu wilgoci. Dość jeszcze dodać, że delikatniejszy i lepiej oddychający materiał pod pachami w koszulce, czy w legginsach u zgięciu kolan, nie wykazały podczas testu mniejszej trwałości. Po wielu wycieczkach materiał w tych miejscach wygląda wciąż tak samo, jak wtedy gdy nowy zestaw wyjąłem z pudełka. Z pewnością ząb czasu i trudy outdooru odcisną znak na materiale

To pewnie kwestia osobistych odczuć, ale chętnie podzielę się swoimi. Jak zaznaczyłem materiał jest bardziej wełniany niż znany z produktów takich jak koszulki merino na lato, co tuż po założeniu można odczuć. W zależności od wrażliwości skóry pewnie może to być silniejsze lub słabsze wrażenie. W moim przypadku merino nie podrażniało zupełnie skóry, a tym bardziej nie gryzło. Zaraz po założeniu kompletu czułem się tak naturalnie, jak po założeniu na skórę bawełnianego t-shirtu.
Last but not least – osławiona antybakteryjność merino. Myślę, że to wyznanie przy merino nikogo nie zaskakuje. Komplet nie nadawał się do prania po każdym wyjściu w góry! Materiał nawet po znacznym wysiłku nie przenikał zapachami, a ja nie miałem oporów, by założyć zestaw bielizny merino na kolejną wycieczkę bez prania. W kwestii tej oczywiście ważny jest zdrowy rozsądek i dbałość o wełnianą odzież. O ile nie prałem za każdym razem bielizny przed następną wycieczką, o tyle zawsze stosowałem prosty i znany fanom merino patent. Biorąc kąpiel rozwieszałem koło prysznica getry i koszulkę, by naciągnęły wilgoci, a potem solidnie przeschły. W ten sposób wełna merino wykorzystywała swe zdolności antybakteryjne i właściwość do tak zwanego samooczyszczania się. To przewaga merino, której nie mają syntetyczne koszulki termoaktywne.

Koszulka 260 Zone i legginsy na trwałe wskakują do mojej zimowej cebulki. Po sprawdzeniu prognozy, utwierdzeniu się, że słupek rtęci zejdzie na minus, to właśnie od tego elementu zaczynam ubierać się w góry! Jestem głęboko przekonany, że przed nami wiele wspólnych przygód na turystycznym szlaku i niejedna wyrypa na skiturach!
Najwyższy szczyt Karkonoszy, najwyższy szczyt Sudetów, najwyższy szczyt Czech. Całkiem sporo tych “naj”, a był nawet czas, że Śnieżka (zwana nawet górą olbrzymią) uchodziła za najwyższą górę Europy. Na liście szczytów Korony Gór Polski Śnieżka zajmuje 3. miejsce, mierząc – w zależności od pomiarów – 1602 lub 1603 m n.p.m.
Śnieżka położona jest w Karkonoszach i jako najwyższy szczyt tego właśnie pasma jest celem dla osób kompletujących Koronę Gór Polski. Same Karkonosze to jedno z pasm łańcucha górskiego zwanego Sudetami, który rozciąga się między Górami Połabskimi a Bramą Morawską. Ta ostatnia oddziela Sudety od Karpat. Łańcuch sudecki ma około 300 km długości, leżąc na terytorium trzech państw: Polski, Czech i Niemiec.
Karkonosze to najwyższe pasmo łańcucha, położone w Sudetach Zachodnich. Jest to jedno z najchętniej odwiedzanych i najbardziej atrakcyjnych pasm górskich, w których turyści podziwiać mogą cechy rzeźby alpejskiej (na przykład kotły lodowcowe) oraz doświadczać surowego klimatu, któremu na podobnych wysokościach ustępują nawet Tatry. Warto pamiętać, że najwyższe partie Karkonoszy położone są na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego lub jego czeskiego odpowiednika, którym jest Krkonošský národní park, w skrócie KRNAP. Pamiętajmy o tym, bowiem przebywanie na terenie Karkonoskiego Parku Narodowego wiąże się z koniecznością zastosowania się do zasad ochrony przyrody w takim miejscu.
Trudno jednoznacznie stwierdzić, kiedy została zdobyta Śnieżka po raz pierwszy. Z kart historii wiemy jednak, że przynajmniej od XVI w. Śnieżka była celem wypraw naukowych, a nawet turystycznych. W tym też czasie dokonano jej pierwszych pomiarów, które dawały królowej Sudetów nawet 5880 m. Na owe czasy i znajomość gór świata, uplasowało to karkonoski szczyt na liście najwyższych gór na świecie. Od tamtego czasu Śnieżka trochę zmalała w oczach ludzi, ale wciąż jest najwybitniejszym szczytem w Polsce.
Rozwój turystyki sprawił, że szczyt z czasem stał się jedną z najchętniej odwiedzanych gór w tej części Europy. Górę zdobywano zazwyczaj w dwa dni. Pierwszy poświęcano na dojście do miejsca, gdzie stoi dziś Schronisko Strzecha Akademicka. Potwierdzić może to także fakt, że to właśnie u stóp tej góry w XIX w. powstała pierwsza w Europie licencjonowana organizacja przewodników górskich. Popularność szczytu nie słabnie i w sezonie, każdego dnia szturmuje Śnieżkę duża liczba turystów. Liczbę tę potęguje czeski wyciąg na Śnieżkę oraz polski wyciąg na Kopę z Karpacza. Widoczna Śnieżka z Kopy wydaje się na wyciągnięcie ręki, choć niejednokrotnie panujące w górach warunki sprawiają, że wcale nie jest tak łatwo. Z górnej stacji kolejki do pokonania jest niecałe 300 m przewyższeń, bowiem leży ona na wysokości 1325 m n.p.m.

Bez wątpienia najpopularniejsze miejsce startu na Śnieżkę to Karpacz. Bogata baza turystyczna i rozwinięta infrastruktura szlaków turystycznych sprawia, że najczęściej zdobywana jest Śnieżka z Karpacza. W mieście nie brakuje miejsc parkingowych, choć zazwyczaj są to miejsca płatne. Wyruszając z Karpacza na Śnieżkę najlepiej wybrać jeden z parkingów w okolicach Kościoła Wang lub na ul. Olimpijskiej, nieopodal dolnej stacji wyciągu na Kopę. Z tych miejsc w kierunku Śnieżki wiedzie kilka szlaków.
Jako start na Śnieżkę można wybrać również czeski Pec pod Sněžkou (stąd też startuje jedyny wyciąg na szczyt Śnieżki) bądź Przełęcz Okraj, na którą można dojechać samochodem. Tuż przy szlakach z Pecu i Przełęczy Okraj znajdują się parkingi.
Śnieżka to szczyt, który zdobędziesz w czasie jednodniowej wycieczki. Przed wyjazdem dobrze zapoznaj się ze szlakami na Śnieżkę. Opcji jest wiele, bo szczyt można zdobyć różnymi szlakami: z Polski, od strony czeskiej, wybrać najbardziej malowniczą drogę lub najkrótszy szlak. Karkonosze są dobrze zagospodarowane turystycznie. Oprócz dużej ilości szlaków, istnieje tu wiele schronisk. Może warto wybrać jedno z nich na nocleg? Przed wejściem na Śnieżkę możesz odpocząć, zanocować lub zjeść w takich schroniskach jak Schronisko Strzecha Akademicka, Schronisko PTTK Samotnia czy Dom Śląski. Wspaniałe widoki czekają!
Kilka “tipów” zanim wyjdziesz na górski szlak. Zaplanuj wycieczkę. Możesz skorzystac w tym celu z serwisu mapa-turystyczna.pl. Pamiętaj, że Śnieżka leży w Karkonoskim Parku Narodowym. Wstęp do parku jest biletowany. Bilety można kupić w kasach na początku szlaku, przez smartfon lub internetowo. Na szlakach zdarzają się kontrole biletów, choć warto pamiętać również, że kupując bilet wspierasz też goprowców. Część wpływów z każdego biletu wspomaga pracę ratowników GOPR.

W Karkonoszach nad bezpieczeństwem turystów czuwa Grupa Karkonoska GOPR, a po stronie czeskiej Horská služba Krkonoše. Na stronie polskich ratowników górskich z Karkonoszy – www.gopr.org – codziennie znajdziesz komunikat o warunkach panujących w górach. Lista i mapa zamkniętych szlaków w Karkonoszach znajduje się natomiast na stronie tej podstronie serwisu KPN. Szlaki zamykane są najczęściej z powodu zagrożenia lawinowego lub ze względu na ochronę przyrody (m.in. sokoła wędrownego i cietrzewia).

Karkonoski Park Narodowy to miejsce cenne przyrodniczo. Z tego powodu ruch turystyczny może odbywać tylko po wyznaczonych szlakach. Nie schodź ze ścieżki, a także planuj wycieczki tak, by poruszać się od świtu do zmroku. Na terenie parku (z niewielkimi wyjątkami) nie wolno poruszać się nocą. To pora, gdy góry te pozostawiamy dla zwierząt.
Jak wejść na Śnieżkę? Gdyby na szczyt wiodła jedna droga sprawa byłaby prostsza. Prawda jest taka, że na Śnieżkę można wejść wieloma szlakami, a za każdym przemawia jakiś atut. Zasady zdobywania Korony Gór Polski nie określają, którą drogą masz wejść na szczyt, więc zależy to od ciebie. Skupię się na szlakach prowadzących z Polski, choć wejście na Śnieżkę z Czech przez Obří Důl, czy urokliwe miejsce jakim jest Horská bouda Růžohorky, to też godne polecenia wycieczki. A zatem jaki szlak wybrać?
Czas przejścia: 3:40 h
Dystans: 8 km
Na początek jedyna trasa, która nie poprowadzi przez Schronisko Dom Śląski. Wariant ten to jedna z dłuższych wycieczek, która prowadzi też najdłużej wysokimi partiami Karkonoszy, dokładniej mówiąc Czarnym Grzbietem. Żeby tą drogą osiągnąć szczyt Śnieżki musisz podejść ponad kilometr przewyższeń, zakładając start przy Kruczych Skałach w Karpaczu. Nagrodą na tej trasie jest wędrówka Sowią Doliną aż na Sowią Przełęcz, możliwość postoju w czeskim schronisku Jelenka, gdzie możesz zjeść dobrą zupę oraz widoki z Czarnego Grzbietu. Zimą raczej nie licz tu na przetarte szlaki.
Podobną trasą można dojść na Śnieżkę z Przełęczy Okraj. Szlak Przełęcz Okraj – Śnieżka łączy się ze szlakiem przez Sowią Dolinę na Sowiej Przełęczy. Z Okraju można wyruszyć na Śnieżkę też przez Skalny Stół. Sowia Przełęcz to ciekawy węzeł szlaków.
Dalej droga biegnie przez Jelenkę i Czarną Kopę. Wybierając tę opcję będziemy poruszać się także po czeskiej stronie granicy. Trzeba zabrać dokumenty, ale też warto pomyśleć o ubezpieczeniu.

Czas przejścia: 3:30 h
Dystans: 7,3 km
Wszystkie następne propozycje będą wiązać się z przejściem przez Dom Śląski i wyborem jednego z dwóch szlaków, które doprowadzają już na szczyt:
Czerwony szlak przez Kocioł Łomniczki to jeden z najciekawszych, najtrudniejszych i najkrótszych szlaków na Śnieżkę. Trasa ta jest fragmentem Głównego Szlaku Sudeckiego (GSS). Startując z okolic skoczni Orlinek po ok. 3 godz. możesz być na szczycie. Droga wiedzie najgłębszym z karkonoskich kotłów polodowcowych. Po drodze obejrzysz kaskady Łomniczki i symboliczny cmentarz ludzi gór, na którym znajduje się też tabliczka poświęcona Włodzimierzowi Szczęsnemu – założycielowi Skalnika.
Pamiętaj, że Schronisko PTTK w Kotle Łomniczki jest obecnie zamknięte, a szlak ten jest zamknięty zimą ze względu na zagrożenie lawinowe, co oznacza, że Główny Szlak Sudecki nie jest do przejścia zimą po swym kanonicznym przebiegu. To miejsce pamięta niejeden wypadek lawinowy, w którym ginęli ludzie. Obierając tę trasę przejdziesz przez schronisko Dom Śląski. Tuż przed nim czeka cię bardzo, bardzo strome podejście.
O karkonoskich lawinach czytaj –> tutaj.

Czas przejścia: 3:25 h
Dystans: 7,3 km
To również jedna z najszybszych dróg na trzeci szczyt Korony Gór Polski. Szlak dostępny jest również zimą. Jeśli wybierasz tę drogę to masz przed sobą 6 kilometrów wędrówki pod górę, co powinno zająć około 3 godziny. Po drodze przejdziesz nieopodal Białego Jaru – miejsca, w którym wydarzył się największy wypadek lawinowy w polskich górach. Pamiętaj, by zimą pod żadnym pozorem nie zbaczać tu na żółty szlak do Strzechy Akademickiej. Czarny szlak zaprowadzi cię do Domu Śląskiego. Tuż przed nim miniesz łącznik z górną stacją kolejki linowej na Kopę.
Czas przejścia: 3:40 h
Dystans: 8,4 km
Kolejny szlak na Śnieżkę z Karpacza to szlak żółty do schroniska Strzecha Akademicka i przez tzw. Kocioł Białego Jaru, będąc tak na prawdę niszą niwalną. Idąc żółtym szlakiem możesz zobaczyć najpierw kamień z rytem sań, a następnie miejsce tragicznej lawiny z 1968 r. Droga ta służyła bowiem kiedyś jako tor saneczkowy. Ze schroniska drogę na Śnieżkę można kontynuować:
Pamiętaj, że zimą zamknięty jest niebieski szlak pod samą Śnieżką (wariant “1”), a na drugiej trasie (wariant “2”) nie możesz iść trawersem przez Biały Jar (szlak żółty za Strzechą Akademicką).

Czas przejścia: 3:35 h
Dystans: 9,3 km
Na koniec zostawiłem ostatnią, wprawdzie najdłuższą, ale też najatrakcyjniejszą trasę. Trasę Karpacz Górny – Wang – Polana – Schronisko Samotnia – Schronisko Strzech Akademicka – Dom Śląski – Śnieżka opiszę bardziej szczegółowo. Wybieram ją do takiego opisu dlatego, że ta droga poprowadzi cię przez największe atrakcje turystyczne tej części Karkonoszy.
Wycieczkę rozpocznij w Górnym Karpaczu. Następnie wybierz niebieski szlak, który zaprowadzi cię najpierw do unikatowego Kościoła Wang. Jest to dziś ewangelicka świątynia, która w XIX w. została przeniesiona w to miejsce z Norwegii. Kościół ten powstał w ojczyźnie Wikingów już na przełomie XII i XIII w. i czasem bywa, że jest określany najstarszą drewnianą świątynią w Polsce, choć zdania są podzielone.

Niebieski szlak zaprowadzi cię dalej do miejsca zwanego Polaną. Dawniej stało w tej okolicy kilka schronisk. Największe z nich – zwane po II Wojnie Światowej Schroniskiem im. Bronka Czecha – strawił pożar w grudniu 1966 r. Z Polany podążaj dalej szlakiem niebieskim, który tu skręca w lewo, czyli w kierunku wschodnim. Stąd masz 45 minut wędrówki do Samotni, która uznawana jest za najpiękniejsze schronisko w Karkonoszach.

Po drodze do Samotni miniesz z lewej strony Domek Myśliwski. Dziś to miejsce pełni funkcję ośrodka informacyjno-edukacyjnego Karkonoskiego Parku Narodowego. Znajdziesz tu informacje o przyrodzie lub posłuchasz ciekawych opowieści pracowników parku bądź przewodników sudeckich, którzy będą dyżurować w domku. Tuż za Domkiem Myśliwskim można podziwiać rzeźbę Kotła Małego Stawu, który powstał w wyniku działalności lokalnego lodowca. Zimą nie przejdziesz niebieskim szlakiem, ale nie ma powodu do całkowitej zmiany planów. Jeszcze przed Domkiem Myśliwskim trzeba po prostu wybrać drogę transportową do Samotni, a nie szlak pod ścianami polodowcowego kotła. Okresowo szlak na tym samym odcinku bywa zamykany z powodu ochrony sokoła wędrownego.
Schronisko PTTK Samotnia im. Waldemara Siemaszki to miejsce z piękną historią i pięknym otoczeniem. Uznaje się je za najpiękniej położone schronisko w Karkonoszach. Trzeba je zobaczyć, ale też warto wejść do środka, poczuć klimat tego miejsca i przy kawie spojrzeć przez małe okienka na Mały Staw i skalne ściany. Jeśli będzie zbyt tłoczno, kwadrans wędrówki dzieli cię do sąsiedniego schroniska – od Schroniska PTTK Strzecha Akademicka na polanie Złotówka. To właśnie w tym miejscu powstało jedno z najstarszych karkonoskich schronisk. Stąd czeka cię podejście na Śląski Grzbiet, zwany przez wielu głównym grzbietem Karkonoszy. Dotrzesz do niego w miejscu zwanym Spalona Strażnica, czyli w punkcie, gdzie szlak niebieski łączy się z czerwonym. Na Spalonej Strażnicy istniała kiedyś strażnica WOP.
Kolejnym punktem na drodze będzie Schronisko Dom Śląski. Budynek pełnił najpierw funkcję schroniska, potem przez ponad 50 lat był placówką WOP, a potem Straży Granicznej. Wydaje się, że na Śnieżkę z Domu Śląskiego jest już kilka kroków. Stąd na szczyt Śnieżki masz do wyboru dwa szlaki.
Jest to najszybsza i najkrótsza droga z Domu Śląskiego na Śnieżkę. Pokonuje się ją zwykle w dwa, trzy kwadransy. Po drodze czerwonym szlakiem czekają na turystów świetne widoki na Kocioł Łomniczki, Obří Důl i górujący nad nim szczyt Studniční hora – trzeci najwyższy szczyt całych Karkonoszy. Po drodze miniesz punkty widokowe i krzyż poświęcony dwóm czeskim ratownikom. Krzyż i tablica upamiętnia ratowników czeskiej Horskéj služby – Jana Messnera i Štefan Spustę – którzy w 1975 r. zginęli na stokach Śnieżki niosąc pomoc czeskiemu turyście.

Szlak czerwony dość stromo pnie się na najwyższy szczyt Czech. Z jednej strony ograniczony jest łańcuchami. Zimą trasa ta wyślizgana jest przez innych turystów lub zalegania na niej lód lub szreń. Turystyczne raczki bądź raki powinny być tu standardem w trakcie zimowych wejść. Szlak dopuszczony jest tylko do ruchu pieszego, nie można na nim podchodzić na nartach. W okresach największego ruchu turystycznego (np. wakacje) zdarzyło się, że był jednokierunkowy (wiódł na szczyt).

Droga Jubileuszowa to niebieski szlak, który najpierw trawersuje północne zbocza Śnieżki, następnie wiedzie, tuż za granicą państwową, po czeskiej stronie, znakami czerwonymi na sam wierzchołek. Droga Jubileuszowa została wytyczona w 1905 r. na 25-lecie Towarzystwa Karkonoskiego (Riesengebirgsverein, RGV). Jest to szlak łagodniejszy, ale zimą zamknięty z powodu zagrożenia lawinowego. To nie jedyny powód zamykania szlaku zimą. Droga praktycznie przecina tzw. Rynnę Śmierci na zboczu Śnieżki, która przy oblodzeniu może stanowić ogromne zagrożenie dla turystów. Zbocza są w tym miejscu tak strome, że nawet latem obserwowano tu spływy błotno-gruzowe. Przy korzystnych warunkach jest to jednak najłatwiejszy szlak na szczyt Śnieżki.
Szlak oferuje łagodniejszą wędrówkę i piękne widoki na Kocioł Łomniczki i zbocza Czarnej Kopy. Jeśli nie decydujesz się wchodzić Drogą Jubileuszową na Śnieżkę, to warto wybrać drogę szlakiem niebieskim jako opcję powrotną.
Szczyt Śnieżki to miejsce wyjątkowe. Na żadnej innej górze nie spotkasz spodków UFO, które przycupnęły i zostały na dłużej. Charakterystyczna forma obserwatorium IMGW, najwyżej położony obiekt sakralny w Polsce – czyli kaplica św. Wawrzyńca z XVII w. – oraz najwyżej położona poczta w Czechach to nie jedyne osobliwości szczytu. Zupełnie wyjątkowy jest również klimat Śnieżki. To jedna z najbardziej zachmurzonych i wietrznych gór.

Od kilku lat schronisko na Śnieżce pozostaje zamknięte. Schronić się i ogrzać możesz w razie potrzeby już po czeskiej stronie w bufecie i poczcie. Trwają pracę, by najwyższy szczyt Karkonoszy znów miał lepszą infrastrukturę turystyczną. W ramach projektu Nowa Śnieżka IMGW planuje przywrócić do życia dolny spodek.
Oczywiście dziecko w życiu zmienia wiele, ale przecież nie może zmienić wszystkiego. Mały człowiek potrafi wywrócić świat do góry nogami i w pierwszej chwili może sprawić, że na kilka dni, czy tygodni zapominamy o górach… Ale to wraca. Prawdziwa pasja przypomina o sobie szybko i każe prędko znaleźć sposób na wycieczki w góry z małym dzieckiem.
U mnie nie zajęło to dużo czasu. Po niespełna dwóch tygodniach wybrałem sobie płaski szeroki szlak i rozjeżdżałem go kółkami dziecięcego wózka. No cóż, dziecko przewodnika górskiego lekko nie ma. Rodzice z zajawką na góry mają też z maluszkiem pod górkę podwójnie, ale przy odpowiednim dobieraniu celów i przygotowaniu, można cieszyć się całkiem nową formą chodzenia w góry. Dzień dziecka tuż-tuż, więc dzielę się kilkoma trasami w Sudetach do pokonania z dzieckiem, które nie ma nawet jeszcze roczku!
To subiektywny wybór kilku miejsc, które można odwiedzić z wózkiem, niosąc dziecko w chuście lub nosidełku turystycznym. Nie każdy z tych szlaków uda się pokonać dowolnym sposobem, ale każdy z was powinien znaleźć pomysł na wycieczkę dla swojej rodziny. Zaczynam od łatwych opcji, dostępnych nawet na kółkach, a kończę prawdziwie górską wycieczką!

Wycieczki górskie z najmłodszymi dziećmi muszą być krótkie i dobrze przygotowane. Oczywiście należy wybierać dzień ze stabilną pogodą i mieć zawsze możliwość szybkiego powrotu do bezpiecznego miejsca. Z tego powodu warto znać lub zapoznać się przed wycieczką z miejscem, do którego się wybieramy. Wszystko też zależy oczywiście od tego, jak dziecko szybko się rozwija.
Z pewnością wasze początki będą przypominać bardziej spacery niż górską wyrypę, ale to tylko powód, by wybrać się w miejsca, do których nigdy nie wybraliście się sami. Dzięki takim spacerom udało mi się zejść z popularnych szlaków turystycznych i zajrzeć w miejsca, które zawsze czekały w kolejce do odwiedzenia.
Nowy towarzysz wycieczki to również nowe bagaże. Im dłuższa wycieczka, tym będzie ich więcej – przekąski, krem ochronny, kocyk, pieluszki, koniecznie worek na odpady. Wszystko musicie sobie jakoś zorganizować. U nas działa to tak, że jeden rodzic niesie dziecko, a drugi ekwipunek dla całej ferajny. Nosidełko turystyczne pozwala dopiero połączyć sensownie noszenie bagażu i dziecka.
Nie przedłużając więcej – i tak wypracujecie swoje patenty – przechodzę do polecenia kilku miejsc.

Zaczynam od pewnej oczywistości. Najwyższy szczyt Przedgórza Sudeckiego to absolutny hit turystów z wózkiem. Szczytu bliżej chyba nie trzeba nikomu przedstawiać. Sam właśnie tu wybrałem się na pierwszą przejażdżkę szlakiem turystycznym, choć szczyt zdobyliśmy już w chuście i wcale nie najłatwiejszą z turystycznych dróg.
Najprostszą opcją dotarcia na “śląski Olimp” jest spacer żółtym szlakiem z Przełęczy Tąpadła. Na przełęczy, gdzie znajduje się duży parking, można spokojnie przygotować się do wędrówki. Trasę da się pokonać bez problemu na kółkach. Oczywiście najlepiej jeśli wózek ma kółka pompowane i nie całkiem malutkie, choć różne rzeczy widywałem już na tej drodze. Szlak prowadzi szeroką drogą leśną, która ma w miarę stałe nachylenie. Po drodze mija się miejsce odpoczynku, gdzie można zatrzymać się na chwilę z dzieckiem. Spacer z przełęczy na szczyt zajmuje około 1,5 godz. Na górze można skorzystać z wiaty i Domu Turysty PTTK na Ślęży. W weekendy szczyt oblegany jest przez turystów, więc nie liczcie w tym czasie na pustkę ani na szczycie, ani w budynku. Dom Turysty to jednak najlepsze tu miejsce na odpoczynek z maluchem, który właśnie zdobył szczyt!
Popularnym i z pewnością ciekawszym – pod względem krajoznawczym i przyrodniczym – szlakiem na Ślężę jest droga z Sobótki. Czerwony szlak jest jednak wycieczką dłuższą, bardziej kamienistą i wymaga w wielu miejscach zrobienia z wózka lektyki. To raczej opcja dla większych dzieci, które mogą dłużej “wędrować” w chuście lub nosidełku.
Właśnie stosując chustę po raz pierwszy udało mi się wejść na Ślężę z dzieckiem. Na wędrówkę wybraliśmy jednak jeszcze inny – ulubiony, ale też trudniejszy i dłuższy szlak. Droga szlakiem niebieskim z Przełęczy Tąpadła przez Skalną i Olbrzymki wymaga w kilku miejscach zachowania większej ostrożności, a po drodze trzeba malucha z chusty rozwiązać. Podobnie jak wędrówka z Sobótki, jest to wycieczka na jakieś dwie godziny. W tym przypadku do auta na Przełęcz Tąpadła można wrócić bardzo szybko żółtym szlakiem. Szlakowskazy informują, że trzeba na to trzech kwadransów, ale nam ta sztuka zajęła jakieś pół godziny.

Borowy Jar to niezwykle atrakcyjne miejsce, położone niedaleko od centrum Jeleniej Góry! Wycieczkę można połączyć ze zwiedzaniem miasta, czy pobytem w jednej z kawiarni na jeleniogórskiej starówce. Wędrówka przełomem Bobru – położonym w Parku Krajobrazowym Doliny Bobru – doprowadza zresztą do obiektu PTTK Perła Zachodu, gdzie można odpocząć, wypić kawę bądź zjeść posiłek.
Szlak przez Borowy Jar już od dawna stanowił atrakcję turystyczną. Urokliwa ścieżka wzdłuż rzeki, malownicze skałki i punkt widokowy na Wzgórzu Krzywoustego przyciągały turystów i spacerowiczów. Atrakcyjność miejsca wzrosła, gdy na rzece Bóbr wybudowano elektrownie wodną z zaporą, a spiętrzone wody w rejonie Perły Zachodu utworzyły Jezioro Modre.

Wycieczkę można połączyć z wizytą na Wzgórzu Krzywoustego, choć to opcja wygodniejsza na nosidełko lub chustę. Tu można obejrzeć pozostałości średniowiecznego grodziszcza i wejść na wieżę widokową, którą w 1911 r. wybudowało Towarzystwo Karkonoskie (Riesengebirgsverein, w skrócie RGV). Wstęp na wieżę jest bezpłatny. Po dotarciu nad Jezioro Modre i Perłę Zachodu, wycieczkę można wydłużyć jeszcze do Siedlęcina, by zwiedzić Wieżę Książęcą. Jest to ważny zabytek średniowiecznej budowli mieszkalno-obronnej, w której odkryte zostały ścienne polichromie. Ich tematem są podania dotyczące losów rycerza sir Lancelota i to sprawia, że są unikatowe.
Trasę można pokonać bez problemu z wózkiem. Miejscami ścieżka wyłożona jest kostką i staje się jedynie węższa. Warto uważać na rowerzystów, bo żółty szlak współdzielony jest ze ścieżką rowerową.
Kolejna wycieczka to kolejny spacer, który można odbyć z wózkiem lub niosąc dziecko w chuście. Tym razem udajemy się na najwyższy szczyt Wzgórz Łomnickich w Sudetach Zachodnich. Urocza okolica z widokiem na Karkonosze.

Wycieczkę z dzieckiem na Zamek Księcia Henryka i górę Grodna najlepiej rozpocząć w Sosnówce. Przy ulicy Złoty Widok znajduje się parking przeznaczony dla osób odwiedzających to miejsce. Stąd żółtym szlakiem (nosidełko/chusta) bądź znakowaną drogowskazami leśną ścieżką (którą można przejechać wózkiem) dociera się na szczyt w około 30-45 minut.
Szczyt góry Grodna choć mierzy zaledwie 501 m n.p.m., to pięknie góruje nad Sosnówką i Marczycami. Zachwycającą panoramę na okolicę i Karkonosze można obejrzeć z wieży zamku, bądź jego okolic. Na szczycie góry – staraniem księcia Henryk XXXVIII von Reuss – w 1806 r. wzniesiono zameczek myśliwski. Dziś romantyczna ruinka zbudowana w stylu neogotyckim jest odnowiona, a wkrótce oprócz wieży widokowej ma powstać tu niewielka restauracyjka. Niedaleko szczytu można podziwiać również granitowe skałki z kociołkami wietrzenowymi. W jednej ze skałek znajduje się naturalne okno skalne.
Na chwilę zostajemy na Wzgórzach Łomnickich. To naprawdę świetna okolica na wycieczki z dzieckiem. Kolejną propozycją jest wycieczka na górę Witosza. To trochę zapomniane, ale ostatnio coraz bardziej popularne miejsce, które jako atrakcja turystyczna było znane od wieków i to nawet Polakom przybywającym do uzdrowiska w Cieplicach. Wycieczkę w to miejsce odnotowała Izabela Czartoryska w swoim Dzienniku podróży do Cieplic w roku 1816.

Wycieczkę można rozpocząć u podnóża góry w Staniszowie. Auto możecie zostawić pod starą remizą, przy skrzyżowaniu szlaku niebieskiego i zielonego. Jeśli nie będzie tu wolnego miejsca, to możecie spróbować postoju pod zabytkowym kościołem w Staniszowie. Od skrzyżowania szlaków przy starej remizie i pomniku, który upamiętnia poległych na frontach I Wojny Światowej mieszkańców dawnego Stonsdorf, idzie się w górę szlakiem żółtym. Ścieżka jest wygodna, ale miejscami stroma. Często prowadzi schodkami, które ułatwiały dawniej i dziś spacery.
Witosza to góra szczególna. Znajduje się tu granitowe miasteczko skalne i jaskinie szczelinowe, z których dwie są łatwo dostępne i do których można zajrzeć nawet z dzieckiem. Idąc ku górze miniecie jaskinię Skalna Komora. By wejść do niej trzeba delikatnie zboczyć ze szlaku w lewo i wejść pod skałę, na której można dojrzeć starą barierkę punktu widokowego. Druga jaskinia znajduje się wyżej i nazywana jest Uchem Igielnym, a trzecia Pustelnią (dwie ostatnie bywają błędnie opisywane na mapach). Ostatnia z jaskiń nie znajduje się na szlaku, ale to z nią wiąże się najciekawsza historia.
Otóż w tym schronisku skalnym zamieszkiwał żyjący na przełomie XVI i XVII w. “śląski Nostradamus” – Hans Richmann. Człowiekowi temu przypisywano zdolność jasnowidzenia, mówiono, że potrafi unosić się w powietrzu, a nawet przenikać przez ściany. Richmann przepowiedział wiele lokalnych zjawisk i wydarzeń oraz wydarzenia historyczne. Podobnie jak najsłynniejszy wizjoner świata, Richmann przewidział dokładnie datę swojej śmierci, stąd często porównywany jest do niego i stąd wziął się jego przydomek. Sława “śląskiego Nostradamusa” nie była jednak jedynym magnesem przyciągającym turystów do Witoszy. Górę znana była choćby ze zjawiska takiego jak widmo Brockenu. Na szczycie z piękną panoramą na Staniszów i Karkonosze obserwowano kilkukrotnie to zjawisko, a samej górze nadano miano “karkonoskiego Brockenu”. Kolejną atrakcją stał się pomnik Bismarcka na szczycie. Z pomnika – po działaniach saperów – pozostał jedynie cokół.
Na tym nie kończą się atrakcje Witoszy i Staniszowa, ale pozostawiam to waszej ciekawości i zachęcam do poszukiwań. Na koniec dodam tylko, że wycieczkę z Witoszy można kontynuować istniejącą na górze ścieżką dydaktyczną, którą możecie dotrzeć do ogrodu pałacowego i Pałacu w Staniszowie. Warto przedłużyć spacer, bowiem na samą Witoszę, można wejść w 10-15 minut.
To miejsce, które ma chyba wszystko, czego potrzeba małym turystom i ich rodzicom. Głazy Krasnoludków położone są w Górach Stołowych, ale w ich nieoczywistym paśmie, o którym pamięta niewiele osób. Góry Stołowe to nie tylko Szczeliniec i Skalne Miasto. To pasmo górskie, które – patrząc w kierunku północno-zachodnim – kończy się częścią zwaną Zawory. Jak dojechać na Głazy Krasnoludków? Musicie kierować się do wsi Gorzeszów, leżącą pomiędzy Mieroszowem a znanym doskonale turystom Krzeszowem, który słynny jest z zabytkowego opactwa cystersów.
Dojazd pod Głazy Krasnoludków jest prosty. W miejscowości Gorzeszów należy skręcić w polną drogę, którą prowadzi czerwony szlak turystyczny. Droga przejezdna jest samochodem osobowym i prowadzi na spory parking pod samą atrakcją. Z parkingu wystarczy przejść przez potok Jawiszówka, by znaleźć się na rozległej polanie, gdzie znajdziecie wiaty turystyczne, a nawet piaskownicę dla dzieci! Jest to idealne miejsce na rodzinny piknik.
Z polany wystarczy wejść do lasu, by podziwiać ukryte w nim skałki z piaskowca. Niektóre są kilkumetrowe, inne tworzą skalne ściany o wysokości kilkunastu metrów. W rezerwacie nie brakuje również skalnych grzybów, które dzieciom najbardziej przypadają do gustu. Najmniejsze dzieci najlepiej będzie ponieść w tym miejscu w nosidełku bądź w chuście. Dla kilkulatków wycieczka nie będzie forsowna, a jeśli uzupełnicie ją opowieściami o żyjących tu ponoć krasnoludkach, frajda będzie gwarantowana. Istnieją lokalne podania, opowiadające o tym, że żyjące tu krasnoludki nie zawsze były grzeczne i uczynne. Wysokie na dwie stopy stworzenia ubrane w płaszcze i kaptury, mają ponoć długie brody, nienaturalnie długie stopy i swój charakterek!
Spokojny, trwający około godzinę – spacer pozwoli wam poznać to miejsce. Pamiętajcie tylko, że w 1970 r. na tym terenie utworzony został rezerwat przyrody, w którym szczególną ochroną objęte są formy wietrzenia piaskowca i gleby. W Głazach Krasnoludków należy poruszać się po szlakach i ścieżkach. Nie wolno niszczyć tu skał, wspinać się, zrywać roślin czy zbierać grzybów.
Każdy zna Zamek Książ, ale nie każdy zna uroczą Ścieżkę Hochbergów, która biegnie Wąwozem Pełcznicy (będącym de facto nie wąwozem, a jarem) znajdującym się poniżej zamku. Jest to ścieżka edukacyjno-przyrodnicza, która znajduje się w Rezerwacie Przyrody “Przełomy pod Książem”. Rezerwat obejmuje przełom rzeki Pełcznicy i przełom Szczawnika. Punktem startu i metą może być dla tej wycieczki Zamek Książ, a sama wędrówka zajmuje około 2 godzin 30 minut. Na ścieżce znajdują się tablice, z których dowiecie się jak wyjątkowe jest to miejsce.

Dla zachęty wyruszenia na ten szlak dodam tylko kilka informacji. Przełom Pełcznicy to wyjątkowo widokowe miejsce. Cały czas wędrówce towarzyszy widok jednego z najpiękniejszych i największych zamków w Polsce. Przy okazji przejścia tego szlaku w kształcie pętli, można zajrzeć także do ruin tak zwanego zamku Stary Książ. To pozostałości ruiny, którą Hochbergowie urządzili dla organizowania polowań i turniejów rycerskich. Co prawda badania archeologiczne dowodzą, że w tej okolicy mogła stać dużo starsza warownia czy gród, ale ich pozostałością nie są ruiny Starego Książa. Warto odwiedzić to miejsce ze względu na atrakcyjność, jak również na zaplanowanie odpoczynku – wyjęcie dziecka z chusty lub nosidełka. Ta wycieczka to opcja nieco dłuższej wycieczki z dzieckiem, która wymaga w kilku miejscach ostrożności. Szlaku nie pokona się z wózkiem.
Urocze widoki, kładki prowadzące przez skalne urwiska dolnokarbońskich zlepieńców, wijąca się między wysokimi ścianami jaru rzeka oraz osobliwości przyrody polecają się, by je odkryć. Podczas wycieczki warto zwrócić uwagę na przyrodę. Miejsce to jest wyjątkowe ze względu na dobrze zachowane kwaśne buczyny, lasy łęgowe czy dużą populację cisów, z pomnikowym cisem Bolko na czele. Cis ten liczy około 400-600 lat, choć słynny przyrodnik Alexander von Humboldt dawał mu nawet 800 lat. Okazały i również objęty ochroną jako pomnik przyrody jest bluszcz na Starym Książu. Rezerwat to miejsce cenne także ze względu na żyjących tu przedstawicieli fauny. Można spotkać tu muflony, salamandrę plamistą, rzekotkę drzewną, puchacza, muchówkę białoszyją i osiem gatunków nietoperzy. Zupełnie osobliwy jest tu świat mięczaków i pajęczaków. Wśród 89 gatunków mięczaków, żyje tu świdrzyk ozdobny i jest to jego jedyne miejsce występowania na Dolnym Śląsku. Wśród 199 gatunków pajęczaków, na odnotowanie zasługuje aż 21 bardzo rzadkich w skali regionu górskich pajęczaków o trudnych do zapamiętania nazwach – na przykład Centromerus sellarius, Zygiella montana, Leptyhantes monticola.
Pamiętajcie o tym, gdy wybierzecie się do Wąwozu Pełcznicy. Niech nie zwiodą was śmieci, które przynosi z Wałbrzycha rzeka. Niestety tak cenne przyrodniczo miejsce nie ma szczęścia i na brzegach oprócz drobnych odpadów, można dojrzeć opony, wózki z marketów, części lodówek… W Wąwozie Pełcznicy widać doskonale, jak ważna jest edukacja ekologiczna i dbałość każdego o naszą planetę.
Ktoś może powiedzieć, że wciąż nie byliśmy w tym artykule w prawdziwych górach… Jeśli góry mierzy się tylko wysokością szczytu, to najwyższa w tym artykule Ślęża wciąż położona jest na pogórzu i mimo dużej wybitności nie zbliża się nawet za blisko do 1000 m n.p.m.
Na koniec proponuję więc wycieczkę na Kalenicę. Już na wstępie zaznaczam, że to propozycja “bez wózka”, bez marudzenia i ciągle pod górkę. Przed nami minimum godzina dreptania ze Schroniska PTTK “Zygmuntówka” na szczyt z wieżą widokową i wiatą. Wybieram tę “prawdziwą górę”, bo leży w rozsądnej dla wycieczek z maluszkiem odległości od schroniska, nie jest tak oblegana jak Wielka Sowa, a oferuje nie gorsze od niej widoki.

Wycieczkę w Górach Sowich najlepiej rozpocząć na Przełęczy Jugowskiej, gdzie jest sporo miejsc parkingowych. Stąd 10 minut marszu w dół dzieli was od uroczo położonego Schroniska PTTK Zygmuntówka. Proponuję zajrzeć tu na początek, bo to świetne miejsce, by odpocząć po podróży samochodem. To najspokojniejsze (i w mojej ocenie) najbardziej klimatyczne schronisko w tych górach. Zagląda tu już coraz więcej osób, ale i tak jest to (jak na Góry Sowie), miejsce z tych odrobinę bardziej kameralnych. W schronisku jest niewielki kącik z zabawkami dla dzieci, fotelik do karmienia, a wokół dość ławeczek, łąki i lasu, by położyć kocyk lub rozwiesić hamak turystyczny.
Ze schroniska Zygmuntówka na szczyt Kalenica dojdziecie szlakiem czerwonym. Jest tu kilka podejść, w których poczujecie ciężar dziecka w nosidełku turystycznym bądź chuście. Nie wybierajcie się na Kalenicę z wózkiem, bo nie będzie to przyjemna wycieczka, a właściwie zaryzykuję stwierdzenie, że taka wycieczka się nie uda. Trasę można rozłożyć sobie na dwa etapy z przystankiem na Zimnej Polanie. Dalej czeka na was podejście na szczyt Słoneczna, kilka ciekawych skał metamorficznych po drodze i szczyt ze stalową wieżą widokową z 1933 r. W obrębie szczytu utworzono Rezerwat Bukowa Kalenica, więc nie zbaczajcie ze szlaku i nacieszcie oczy piękną buczyną, która stanowi przyrodniczą wartość tego miejsca.
Ze szczytu można wrócić tą samą drogą albo wybrać inny wariant. Jeśli wybierasz się z dzieckiem, które może dłużej być w nosidełku, lub pokona część trasy o własnych siłach, warto rozważyć powrót przez Bielawską Polankę, a tam zmienić szlak na niebieski. Opcjonalnie można wrócić na Zimną Polanę i przejść do szlaku niebieskiego wygodną drogą leśną (bez znaków), która za wiatą wiedzie w kierunku południowym i dochodzi do szlaku niebieskiego. Na Rozwidleniu nad Zygmuntówką możesz zdecydwoać, czy iść znów do schroniska, czy pójść prosto (najpierw szlakiem czerwonym, a potem bez szlaku) już do parkingu na Przełęczy Jugowskiej.
Oczywiście to tylko subiektywne propozycje, ale starałem się wybrać miejsca, które nie są aż nadto oczywiste. Liczę, że te pomysły na wycieczkę z dzieckiem w góry sprawią, że odkryjecie coś nowego. Poza Ślężą, na której był praktycznie każdy zakochany w Sudetach piechur, są to wycieczki spoza topu turystycznych celów.
Każda wycieczka w góry zaczyna się dużo wcześniej, niż w chwili, gdy stawiasz pierwszy krok na szlaku. Tak przynajmniej powinno być. Nie wystarczy spakowany plecak turystyczny i wygodne buty trekkingowe. Potrzebny jest dobry plan! A on powinien dotyczyć nie tylko trasy do pokonania, ale też prognozy pogody w górach.
Prognozowanie pogody to trudna sztuka. Na nizinach niełatwo jest przewidzieć, jak będzie się kształtować pogoda, a co dopiero w górach, gdzie procesy pogodowe zachodzą szybciej, są bardziej gwałtowne i zależą od większej liczby czynników. Niemniej jednak, prognozowanie pogody to nie wróżenie z fusów, ale analiza setek danych i obserwacje prowadzone od wieków.
Prognozowanie pogody przed wycieczką w góry jest niezbędne. Każda aktywność w górach zależy od aury. Dobra pogoda w górach to nie tyle przyjemność z wędrówki, skitury czy wspinaczki, ile po prostu bezpieczeństwo i powodzenie takiej akcji.
Zjawiska pogodowe w górach są bardziej dynamiczne niż na nizinach. Czasem trudno nadążyć za aurą, która nawet w środku lata potrafi zafundować nam w Tatrach czy Karkonoszach zimowy epizod. Pół biedy, jeśli nagła zmiana pogody w górach skończy się tylko przemoczonym ubraniem, a do ciepłego schroniska nie będzie daleko. Niestety bywają sytuacje takie jak burza w Tatrach z 2019 r., która w rejonie Giewontu i innych miejscach najwyższego pasma Karpat przyniosła tragiczne rezultaty.
Przeczytaj tekst o tym, jak zachować się w górach w czasie burzy – tutaj!

Można powiedzieć, że góry stanowią przeszkodę dla frontów pogodowych. To właśnie ukształtowanie terenu ma ogromny wpływ na tworzenie się w górach lokalnych zjawisk atmosferycznych i częstą zmianę pogody. Szybciej nadciągające burze, wyższe sumy opadów, dużo niższe temperatury to standard. A do tego każde pasmo górskie rządzi się ponadto swoimi prawami. Tatry słyną z gwałtownych burz i wiatru halnego. Sudety – mimo mniejszej wysokości – z wysokogórskiego klimatu najwyższych partii i zamglenia.
Prognoza meteorologiczna polega na przewidywaniu, w jakim czasie i miejscu dojdzie do zmiany pogody. Prognozowaniem zajmują się specjaliści, którzy najpierw zbierają dane z dużej liczby stacji meteo, a potem analizują je, by przewidzieć zmiany stanu atmosfery. W samej Polsce IMGW posiada ponad 900 takich stacji pogodowych, które nadają depesze o każdej pełnej godzinie, przez całą dobę. Synoptycy stosują wyniki tych pomiarów w skomplikowanych modelach, których efektem jest prognoza. Dzięki zintegrowaniu ogromnej liczby danych i wykorzystaniu mocy obliczeniowych komputerów tworzy się nie tylko lokalne prognozy, ale także globalne modele numeryczne, z których najczęściej korzystamy szukając prognoz w internecie.
Pamiętaj, że prognozowanie to zawsze tylko przewidywanie zmian. Jest ono obarczone większym bądź mniejszym błędem. Na początek zapomnij o długoterminowych prognozach. Pogoda nie weźmie pod uwagę tego, że masz zaplanowany dzień w górach, a jej ustalenia będą nieaktualne już po kilku dniach, a nawet godzinach. Zaplanuj wyjazd z wyprzedzeniem i licz po prostu na pogodowy fart! Jeśli aura spłata Ci figla, po prostu zmienisz plany na wycieczkę albo dłużej odpoczniesz w schronisku i nacieszysz się jego klimatem.
Dobrym nawykiem jest monitorowanie pogody przez kilka dni poprzedzających wyjazd. Zimą mogą być to nawet o wiele dłuższe okresy. Wówczas będziesz znać historię opadów, zmiany w komunikatach lawinowych i łatwiej ocenisz lokalne zagrożenie lawinowe. Obserwuj prognozy i sprawdzaj czy były trafne. O tym, gdzie zweryfikować aktualne warunki w górach dowiesz się już za chwilę.
Plecak spakowany, budzik nastawiony jeszcze przed świtem. Jeszcze tylko prognoza pogody i do wyra. Przedostatni raz przed wyjściem w góry możesz sprawdzić pogodę tuż przed zaśnięciem. Przed samym wyruszeniem warto jeszcze ostatni raz rzucić okiem na prognozę. Po co robić to tak często? Jeśli prognoza znacząco się zmieni, będziesz wiedzieć, że dynamika zjawisk atmosferycznych jest akurat duża, jeśli nie zmieni się wiele, być może czeka Cię kolejny dzień stabilnej pogody w górach!

Jaka pogoda w górach będzie danego dnia? Nie mam dobrych wieści. Jedna prognoza to stanowczo za mało. Najlepiej sprawdzić prognozę pogody w różnych serwisach i porównać dane. Co więcej, warto korzystać bardziej wyspecjalizowanych serwisów, w których czytania trzeba się trochę nauczyć. Prosta prognoza pogody z popularnego serwisu informacyjnego może nie wystarczyć.
Najlepsze są prognozy na najkrótszy okres czasu i tworzone na gęstych siatkach meteo. Zazwyczaj zaczynam od pogody dla “zwykłych śmiertelników” czyli tej, gdzie można sprawdzić prognozy dla danych miejscowości. Pomocny w tym względzie jest dla mnie serwis IMGW (meteo.imgw.pl) oraz strona numerycznej prognozy pogody Uniwersytetu Warszawskiego (www.meteo.pl), na której wybieram model UM na 60-72 godziny z siatką 4 km. Z tych serwisów dowiaduję się, co czeka mnie na dole, na początku wycieczki i jaki jest ogólny układ frontów atmosferycznych i ogólne prognozowanie pogody.
Następnie sprawdzam, jaka pogoda w górach może być danego dnia. W tym celu sięgam po prognozy, które uwzględniają to, że góry leżą na innej wysokości niż miejscowości w dolinach. Pamiętaj, że nawet jeśli pogoda jest stabilna, to często siła wiatru w górach jest większa, a temperatura spada o od 0,6°C do nawet 1°C na każde 100 metrów podejścia w górę.
Z tego powodu temperaturę na szczytach gór prognozuję z serwisami takimi jak:

Cenną informacją w dwóch pierwszych serwisach jest wartość temperatury odczuwalnej, na którą duży wpływ ma siła wiatru. Jednym z najlepszych serwisów do monitorowania wiatru jest natomiast strona windy.com. Korzystają z niej żeglarze, ale w górach może też okazać się przydatna. Czytelna mapa z wieloma warstwami pozwala sprawdzić temperaturę w najbliższych stacjach meteo, zachmurzenie i wyładowania atmosferyczne.
Za pomocą takich właśnie prognoz staram się dowiedzieć, jak trzeba dobrać ubranie i jakich zjawisk atmosferycznych mogę spodziewać się w górach. To prognoza decyduje, czy do plecaka wskakuje solidniejsza kurtka przeciwdeszczowa czy awaryjny model lub czy na nogi zakładam buty trekkingowe z membraną.
Sprawdź buty trekkingowe w naszej ofercie.

Obiecałem informację o tym, jak sprawdzić aktualne warunki w górach. Komunikaty synoptyków to jedno, ale nawet sprzed ekranu komputera możesz dziś wiedzieć, jaka jest sprawdzalność prognoz pogody dla Tatr, Sudetów, Beskidów czy Bieszczad.
Pierwszym źródłem informacji są strony lokalnych grup GOPR i TOPR. Monitoring prognozy w Tatrach, czy na innych obszarach górskich, to czasem nie tylko raport z warunków, ale też obraz z kamer internetowych. Wzorem może być tu strona Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (pogoda.topr.pl), gdzie znajdziesz obraz z dziesięciu kamer. Prognoza dla Tatr publikowana jest także na stronie Tatrzańskiego Parku Narodowego (tpn.pl/zwiedzaj/pogoda). Warto zawsze sprawdzać takie strony. W witrynach służb ratunkowych w górach (GOPR/TOPR/Horska Sluzba/HZS) znajdziesz również ostrzeżenia, a na stronach parków komunikaty o zamkniętych szlakach.
Istnieje też szereg innych obrazów z kamer, które udostępniają schroniska, wyciągi i inne firmy. To również świetne źródło informacji tym, jaka jest aktualna pogoda na Śnieżce (kamery.infoo.net), Babiej Górze (zawoja.webcamera.pl) czy Kasprowym Wierchu (www.pkl.pl/kasprowy-wierch/kamery-online.html). Obrazy z kamer można oglądać także z pozycji witryny meteoblue®.

O pogodę możesz zapytać również w innych miejscach. To nie wstyd uciąć sobie pogawędkę i zapytać goprowców lub toprowców, jeśli akurat przechodzisz koło stacji ratunkowej. Możesz zadzwonić do znajomych, którzy mieszkają w górach. Wreszcie możesz sprawdzić pogodę i warunki na szlakach w grupach i na fanpage’ach w serwisie Facebook. Zobacz tylko jak wiele informacji pojawia się na takich facebookowych stronach jak Aktualne warunki w górach, Warunki w Tatrach, Sudety z plecakiem, Beskidomaniacy. Istnieją też lokalne fanpejdże, gdzie prognozuje się pogodę. Zimą do jednej z moich ulubionych stron tego typu należy fanpage Izersko-karkonoska Pogoda publikujący genialne prognozy nie tylko dla narciarzy. Tatromaniakom może natomiast przydać się strona Tatromaniak i fanpage tego serwisu na Facebooku. Twórcy tej strony stworzyli też aplikację MeteoTatry, której warto się przyjrzeć. O innych aplikacjach więcej będzie w dalszej części artykułu.
Niewielu turystów jest synoptykami, więc chyba lepiej będzie pasować tu słowo przewidywanie. Warto pamiętać, że pogodą powinniśmy interesować się nie tylko przed wyjściem w góry, ale też w czasie trwania aktywności. Na wycieczce, wspinaczce czy narciarskiej wyrypie trzeba cały czas obserwować pogodę i przyrodę. Wiele znaków na niebie i ziemi zapowiada bowiem zmianę pogody i naprawdę możliwe jest jej przewidywanie.

Pogoda w gorach zmienia się szybko, a chmury mogą być tego pierwszym zwiastunem. Jeśli na niebie pojawiają się chmury typu Cirrus, to w ciągu kilku godzin kolejnym zjawiskiem może być deszcz w górach. Z kolei chmura soczewkowata będzie zwiastunem wiatru i zjawisk fenowych. Pojawia się wcześniej niż wał fenowy, który turystom daje jasny sygnał o treści “zawróć”. Nadciągający front burzowy, gwałtowny deszcz lub grad daje się często poznać, już z daleka, chmurami typu Cumulonimbus. Już sam pułap chmur może Ci wiele powiedzieć – im niższy, tym deszcz staje się bardziej prawdopodobny.
Z pomocą przychodzi nam również technika. W schroniskach warto zaglądać na ekrany z prognozą pogody. Ponadto, telefon w górach przydaje się nie tylko do robienia zdjęć i dzielenia chwilami na Facebooku i Instagramie. Każdy smartfon to narzędzie, które z odpowiednią aplikacją i dostępem do internetu jest bardzo przydatnym źródłem danych o pogodzie. W przeglądarce możesz sprawdzić prognozę pogody ze stron, które przydatne były do planowania wycieczki. Szybki dostęp do prognozy ze stron meteo.pl daje aplikacja Meteo ICM.
Błyskawiczny dostęp do danych IMGW dostarcza aplikacja pogodowa Meteo IMGW Prognoza dla Polski. Oprócz pogody znajdziesz w niej ostrzeżenia wydawane przez IMGW, radar pogodowy z historią tworzenia się frontów atmosferycznych oraz radar wyładowań atmosferycznych z dokładnością nawet do 1 km.
Burza w górach to zjawisko, które najlepiej jest przewidzieć zanim zobaczy się pierwsze błyski i usłyszy grzmoty. Od kilku lat w górach towarzyszy mi inna aplikacja burzowa – aplikacja Blitzortung. W niej można nie tylko na bieżąco śledzić wyładowania, ale też ustawić alarm burzowy. Gdy nastąpią wyładowania na w odległości, jaką się wybierze, aplikacja działająca w tle powiadomi Cię o tym sygnałem bądź wibracją.

Aplikacje pogodowe, zbieranie informacji z prognoz, nawet media społecznościowe – wszystko to przydaje się, gdy planujemy wypad w góry. Pogoda często rozdaje karty ponad poziomem morza. Z dobrym przygotowaniem i odrobiną szczęścia możesz albo unikać pogodowych niespodzianek, albo dostosowywać cele wypraw w taki sposób, by odpowiadały zmiennej pogodzie w górach.
Zainteresował Cię ten temat? Sprawdź inne artykuły z serii bezpieczeństwo w górach.

Strome stoki tych wulkanicznych góra zasłużyły sobie na miano “sudeckich Tatr”. Choć Góry Kamienne nie przekraczają swoją wysokością nawet 1000 m n.p.m., to potrafią zaskoczyć niejednego piechura i zmęczyć największych wyjadaczy turystycznych szlaków. Tym razem najwyższy szczyt Gór Kamiennych – Waligóra!
Niech nie zwiedzie Cię wysokość 936 m n.p.m. Lista KGP wyróżnia Waligórę dopiero jako 19 najwyższy szczyt w koronie. Jeśli jeszcze spojrzysz na mapę i dowiesz się, że ze schroniska na szczyt – najkrótszą drogą – idzie się niespełna pół godziny… pomyślisz fraszka! A jednak myślę, że ten szczyt i te góry tak Cię nie rozczarują!
Góry Kamienne to długie pasmo graniczne w Sudetach Środkowych, które jednym krańcem “dotyka” Gór Jastrzębich i Wzgórz Bramy Lubawskiej w okolicach Lubawki i Kamiennej Góry, a drugim sięga prawie po Góry Stołowe i Wzgórza Włodzickie, za którymi na północ są już bardziej znane Góry Sowie. Pasmo tworzy kształt pięćdziesięciokilometrowego rogala pozbawionego symetrii, na który składają się takie części jak:
Na całym obszarze Gór Kamiennych służbę ratunkową pełnią ratownicy Grupy Sudeckiej GOPR. Najbliższą stacją ratunkową jest stacja centralna grupy w Wałbrzychu.

Najwyższym szczytem całych Gór Kamiennych jest Waligóra. Szczyt położony w mikroregionie o nazwie Góry Suche i ma formę klasycznego stożka, jaki rysują dzieci wyobrażając sobie góry. Właśnie w tej części Gór Kamiennych spotkasz najwyższe szczyty i najbardziej strome podejścia. Wpływa na to geologia Gór Kamiennych, która związana jest ze zjawiskami wulkanicznymi i powstawaniem takich skał jak porfiry.
Waligóra położona jest w obrębie Parku Krajobrazowego Sudetów Wałbrzyskich, który obejmuje swym zasięgiem dwa pasma Sudetów Środkowych – Góry Kamienne i Góry Wałbrzyskie. Osobliwością przyrodniczą Gór Kamiennych jest występowanie motyla o nazwie Niepylak mnemozyna. To tu znajduje się jedyne stanowisko tego owada w Sudetach!
O tym jakie zasady panują w parkach krajobrazowych możesz przeczytać w tym artykule.


Skąd wejść na Waligórę? Klasycznym miejscem startu na szczyt Waligóry jest Przełęcz Trzech Dolin, a dokładnie Schronisko PTTK Andrzejówka. Do schroniska najłatwiej dostać się samochodem, jadąc od miejscowości Rybnica Leśna. Przy samym schronisku znajduje się darmowy parking, a drogę do tego miejsca wyznaczają nawet znaki drogowe.
Schronisko PTTK “Andrzejówka” (dawniej Andreasbaude) powstało w 1933 r. Inicjatorem jego budowy był Andreas Bock – prezes towarzystwa turystycznego WGV z Wałbrzycha. Dawniej słynęło z organizowanych tu biegów narciarskich o nazwie “Bieg Gwarków”. Dziś – choć niedawno zmienił się gospodarz schroniska – zaczyna słynąć z doskonałej kuchni, w której nie brakuje wegetariańskich opcji na dobry posiłek.

Do schroniska można dotrzeć także komunikacją miejską miasta Wałbrzych. Nieopodal schroniska znajduje się pętla autobusu nr. 12, kursującego z/do Pl. Grunwaldzkiego w Wałbrzychu. Do Sokołowska, skąd prowadzą świetne szlaki na Waligórę, kursuje natomiast autobus linii nr 15. Ciekawą opcją dotarcia do Andrzejówki jest wędrówka z PKP Wałbrzych Główny przez Góry Wałbrzyskie – choćby przez szczyt Borowa z wieżą widokową.
Jeśli zastanawiasz się jak wejść na Waligórę, to sprawa jest prosta. Na najwyższy szczyt Gór Kamiennych należący do Korony Gór Polski można wejść szlakiem tylko jednego koloru! Szczyt Waligóry przecina szlak żółty, ale sam atak na 19. najwyższy szczyt KGP można przypuścić z dwóch stron.
Czas: 20 min
Dystans: 0,5 km
Opcja “fast&hard”. Najszybsze i prawdopodobnie najbardziej strome w całych Sudetach podejście to szlak żółty z Andrzejówki. Ze schroniska kierujemy się na południe, za znakami szlaku wprost na szczyt! Rajd po szczyt z przytulnego schronu zajmuje niecałe pół godziny, ale na długo zostaje w pamięci. Kluczowy fragment to 272 m “ściany”, którą pokonuje się różnicę wzniesień równą 121 m. Kto nie próbował, niech spróbuje. Kto próbował… czasem więcej tu nie wraca.

Szlaki: żółty → niebieski → żółty
Czas: 50 min.
Dystans: 2,3 km
Wycieczka w opcji “light”. Ze schroniska należy wyruszyć w kierunku południowym, a następnie na wschód łagodną ścieżką ze szlakiem niebieskim. Ścieżka doprowadza do węzła szlaków Rozdroże pod Waligórą. Znajduje się tu miejsce odpoczynku i wiata skandynawska zbudowana w 2020 r. Tu wracamy znów na szlak żółty, by osiągnąć szczyt po przyjemnej, kilometrowej wędrówce, która nie zajmie więcej niż 30 minut.

Istnieje też inny wariant – powiedzmy – “medium”.
Szlaki: zielony → żółty
Czas: 55 min.
Dystans: 2,3 km
Przy schronisku trzeba kierować się w dół, na Sokołowsko. Idziemy aż do skrzyżowania z mostkiem nad potokiem Sokołowiec. Tu drogi rozchodzą się w stronę Sokołowska, ruin Zamku Radosno i Rozdroża Pod Waligórą. Droga do rozdroża prowadzi ciekawie wciętą formacją stoku, aż do węzła szlaków przy wiacie skandynawskiej.
Szlaki: czarny→ niebieski → żółty
Czas: 2 godz.
Dystans: 4,6 km
Najciekawszą wycieczkę można odbyć jednak z malowniczego Sokołowska. Już samo miejsce startu jest wyjątkowe. Miejscowość nazywana “śląskim Davos” jest jednym z najstarszych w Europie uzdrowisk, gdzie leczono gruźlicę. W istocie to Davos powstało na wzór ówczesnego Görbersdorf, więc po prawdzie to szwajcarski kurort jest kopią, a Sokołowsko oryginałem. Zaniedbana przez lata miejscowość z ruinami dawnego sanatorium dr. Brehmera (Grunwald) i istniejącym zakładem dr. Römplera (Biały Orzeł), powoli staje się miejscem popularnym. Wiele zmienia się tu za sprawą festiwalu Kieślowskiego, pizzy z truflami i tortu bezowego. Sokołowsko słynie też z miejsc wartych jeszcze odkrycia i cerkwi najmniejszej prawosławnej parafii w Polsce.

Z Sokołowska należy wyruszyć szlakiem czarnym, bądź zwiedzić miejscowość drogami (np. ul. Parkową) i ruszyć na turystyczne szlaki z miejsca o naziwie Bednarski Jar, gdzie szlak czarny spotyka się z niebieskim. Dalej należy podążać za znakami niebieskimi aż do Rozdroża pod Waligórą. Od samego początku na śmiałków czekają strome podejścia.
Szlak na Waligórę z Sokołowska prowadzi przez trzy kolejne, najwyższe szczyty Gór Suchych: Włostową (903) Kostrzynę (906) i Suchawę (928). Pierwszy szczyt prawdziwym górołazom przypadnie do gustu stromą i “piarżystą” ścieżką, ruinami zameczku Friedenstein i wulkanicznymi skałkami. Dwa kolejne można polubić za widoki na Góry Kamienne, Góry Wałbrzyskie, a nawet Karkonosze z najwyższą Śnieżką, która też jest na liście KGP.
Szlaki na Śnieżkę opisaliśmy w tym artykule – przejdź.

Warto odnotować, że na zboczach Suchawy znajduje się miejsce o nazwie Czerwone Skałki. To grupa form skalnych w postaci stromego urwiska, które powstało w wyniku erozji skał porfirowych. Formy tworzą osuwiska, turnie, piargi a nawet małe grzędy. W formacjach wyróżniono nawet Wielką Basztę (ok. 33 m wysokości) i Lawiniasty Żleb. Ze względu na ekstremalną kruszyznę próba podejścia pod skały jest bardzo niebezpieczna. Skałki widoczne są dobrze ze szczytu Kostrzyny.
Ten tekst to kolejny artykuł z serii Korona Gór Polski na naszym blogu. Zobacz opisy wypraw na inne szczyty KGP klikając w ten link!